"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

05.09.2011

Glina, glina...


... ktora stala sie od miesiecy wszechobecna w moim zyciu... i tylko teraz mala chwilka bez niej, gdy na dwa dni wpadlam do cywilizacji z tej mojej gluszy i odpoczywam od gliny.
I mam chwilke na napisanie w wielkim skrocie, o tym co sie u mnie dzieje.

Tak wiec od ponad dwoch miesiecy tkwimy wciaz w glinie. Wciaz jestesmy w glinianych tynkach i konca nie widac. A wszystko dlatego, ze pierwsi wykonawcy, ktorzy owe tynki kladli w dwoch pokojach... zawalili sprawe i tynki najzwyczajniej w swiecie zaczely... kwitnac!!!
A na suficie i na scianach zaczely jak grzyby po deszczu wyrastac zielone roslinki i pojawiac sie czarne plamki plesni. Z przerazeniem patrzylam na coraz bardziej powiekszajace sie z kazdym dniem moje... zielone poletko. Przerazenie moje siegnelo zenitu, gdy stwierdzilam, iz tynk zaczyna sie wykruszac, a wszystko razem zaczynalo sie po prostu kisic!
I tak przez kolejne dni z trwoga obserwowalam kwitnace tynki, nie wiedzac co dalej. Wygladalo na to, iz zostaly uzyte zle proporcje gliny i piasku i stad kruszenie, a kolejne kladzione warstwy byly po prostu za mokre. Tynki nadawaly sie wlasciwie jedynie do skucia. Ogarnialo mnie coraz wieksze przerazenie. Ale coz, trzeba bylo myslec i dzialac dalej, tylko co, nikt z nas przeciez tego nie wiedzial. A czas naglil, bo gliniane tynki mozna klasc tylko w miesiacach letnich, aby mogly wyschnac. Wiec czasu nie bylo duzo. I tak, po moich licznych telefonach do osob z biobudownictwa i penetrowaniu tychze stron i forow, zaczelismy za rada specjalistow robic probki gliny... dziesiatki glinianych plackow zmieszanych z piaskiem, aby ustalic wlasciwe proporcje dla naszego tynku.
A potem suszylismy je tygodniami na sloncu. I tak czas plynal, a ja stalam nadal w miejscu z moimi tynkami.
I gdyby nie moi wolontariusze, wierne i oddane dusze, dopingujace do dzialania pewnie rzucilabym to wszystko w diably i uciekla majac raz na zawsze dosyc gliny i wszystkiego co z nia zwiazane.
I tak w koncu po dniach i tygodniach czekania, chwilach zwatpienia i euforii... gdy wreszcie owe placki powysychaly i w koncu mozna bylo ustalic sklad glinianego tynku... odetchnelismy z ulga! Nie wiedzac, ze przed nami jeszcze najgorsze!!!
A w miedzyczasie zaczynaly wysychac tynki w obu pokojach i wszystko jakby samo za sprawa cudownych wlasciwosci gliny, bo jak mi powiedziano glina poradzi sobie i z plesnia i z roslinkami... wszystko zaczelo wracac do normy... roslinki zaczely obumierac, przykry zapach plesni zanikac, tynk zrobil sie twardy, a sciany pojasnialy i przybraly piekny lososiowy kolor.






Na podlodze widoczne probki gliny.



I wtedy zaczelismy. Zaczelismy mieszac nasza wlasna zaprawe gliniana i obkladac glina dalsze czesci domu. Mielismy przed soba 250m2 powierzchni... ! To prawie tak, jak porywanie sie z motyka na slonce!
My - nasza silna grupa pod Wyzwaniem, czyli: ja, jeden bardzo wytrwaly wolontariusz o zacieciu artystycznym, jeden wsiowy majster o jako takim pojeciu budowlanym, jeden bezrobotny inwalida... jedna wolontariuszka przebywajaca czasowo, nasz czarny dochodzacy koteczek oraz... nasi nowi towarzysze: przeurocza para kociakow, uratowanych przed niechybnym zatopieniem w pobliskiej rzeczce - Lola i Lulus. Ktorzy pojawili sie w najbardziej odpowiednim momencie.
I Na nasze jakby pocieszenie!








I tak w polowie sierpnia zaczelismy, majac przed soba trzy warstwy tynkow i 250 m2 powierzchni i... te nieodparta swiadomosc, ze nie mamy wyjscia... i, ze musimy w koncu te... tynki... skonczyc, nawet gdyby sie walilo i palilo!!!
Uratowala nas pogoda, bo polowa sierpnia byla naprawde piekna i sloneczna, jakby akurat dla nas... jakby na nasze pocieszenie... aby gliniane tynki mogly wyschnac i tak pieknie wyplowiec w sloncu...


Pierwsza warstwa tynku w trakcie kladzenia.
Wolontariusze rzucaja gliniane kulki na sciane.




I wykuwanie okna w glinianej scianie.



Biale plamy to impregnacja pierwszej warstwy mlekiem wapiennym z dodatkiem... chudego twarogu.




Druga warstwa tynku juz wysychajaca, do niej dodalismy bialko kurze i make ziemniaczana... ku uciesze i zdziwieniu naszego majstra... ktory na nastepny dzien chcial dodac piwa do tynkow... i szczypiorku do twarogu...






Druga warstwa w kuchni pomalu wysycha.





I moja letnia baza...





I tecza... jak zapowiedz czegos niezwyklego!





C. d nastapi, gdy znow na mala chwilke wpadne do... cywilizacji. A poki co wracam do swojej gliny, ktora juz pewnie powysychala i bedzie mozna zaczynac trzecia warstwe.
Ufff... jakze marze o koncu!!!
Serdecznie wszystkich obserwujacych pozdrawiam !

27.07.2011

Niech sie mury pną do góry.... c. d.


Na wstępie bardzo dziękuję za komentarze, jak zwykle miłe i bardzo budujące.
Nie odzywałam się dość długo, glownie ze względu na nawał pracy, jak i i to, iż jestem obecnie praktycznie odcięta od świata, zamieszkałam juz bowiem w swojej chacie pod lasem i stad utrudniony kontakt ze światem zewnetrznym, a internet dopiero w pobliskim miasteczku i możliwe tylko bardzo sporadyczne zaglądanie i to też w biegu, bo tyle sie dzieje u mnie każdego dnia, że trudno to wszystko nawet opisać, bo nie wiadomo od czego zaczać i na czym skończyć.
Kazdego dnia trwa nieustająca walka. Jak na Alasce prawie.

A w wielkim skrócie wygląda to tak:

Po przestoju w tynkowaniu, spowodowanym miedzy innymi poszukiwaniami słomy, o czym nawet nie miałam pojęcia, iż tak trudno będzie mi ją znależć i dopiero po długich poszukiwaniach i objeżdzaniu pobliskich pegeer-ów i okolicznych chłopów znalazłam w końcu gospodarza, który nie tylko był w posiadaniu słomy, ale i również maszyny do jej cięcia, prawie zabytku dawno juz zapomnianego i okazalo sie, iz ów chłop może nawet mi ją pociąć.
Tak więc nadal czekam na słomę. Jak tylko będzie, zaczynamy dalej tynkowanie, bo do tej pory zamiast slomy użyte były konopie lniane.

Nadal trwa również walka o wodę, o czym nie będę sie już rozpisywac, bo to temat rozległy i zawiły. Tak wiec wodę przez cały czas czerpiemy za pomocą pompy ze strumyka obok domu, którego obecność ratuje nam po prostu życie.

Zmienila się również nasza ekipa budowlana, i tak obecnie na placu boju jesteśmy we czwórkę czyli:
- ja, głównie dowodząca, charakteryzująca się dość mglistym pojęciem o budownictwie w ogóle...
- jeden wolontariusz, o bardzo artystycznej duszy
- jeden wsiowy majster , mający jako takie pojecie o budownictwie w ogóle
- jeden bezrobotny inwalida, pomocnik majstra.. o słabym pojęciu, ale za to z dużym zacięciem do pracy
- i... jeden maly, czarny... przybląkany koteczek...
czyli tzw. silna grupa pod WYZWANIEM!

A wyzwanie szczytnym jest, bo ratowanie starej chałupy... które czynimy na przekór wszystkim i wszystkiemu... pomijjąc już ze zniecierpliwieniem wszelkie komentarze typu... dlaczegóż to tak bardzo lubimy tę całą... STARZYZNĘ!???

Tak wiec walka trwa!

11.07.2011



Niech sie mury pna do gory... !


Dopiero teraz, znalazlam chwilke, pomiedzy jednym a drugim zawirowaniem, aby wejsc na strone i odczytac Wasze komentarze, za ktore tez dopiero teraz dziekuje! Dzialaja jak zwykle balsamicznie i dopingowo. Niestety o odwiedzinach nie ma na razie mowy, taczka i lopata nie daja wytchnienia!

A wiec tak, jak przewidywalam w ten jeden, jedyny dzien wszystko sie... DOPELNILO!
Przyjechaly okna, pojawili sie z utesknieniem wyczekiwani zacni panowie elektrycy, a za nimi zaraz zacni panowie hydraulicy. Tyle szczescia na raz! I tak oto... zaczelo sie dziac!
I stalo sie nagle bardzo budowlanie!
Tak wiec moje naste- urodziny... swietowalam zaiscie budowlanie, nie przyznajac sie naturalnie do niczego... chcac tym samym zachowac panow w dobrym zdrowiu i formie.

I zaczelo sie rowniez... GLINOWANIE, czyli lepienie scian glina. Robimy to wspolnie, ja i moi przyjaciele przybyli az z... Suwalszczyzny, skad tez przyjechala glina. I zapachnialo ziemia!

I oto kilka zdjec z tego calego "dziania sie"... tylko kilka, jako, ze jak to na budowie bywa... baterie wysiadly!



Tak wiec na poczatek domek dostal - nowe drewniane okna.... biale, takie same, jakie byly.



... i pierwsza warstwa gliny polozona w salonie





I trwa praca nad sufitem, bardzo zreszta pracochlonna, bo caly sufit trzeba pokryc najpierw matami trzcinowymi, a na to dopiero nalozyc warstwy gliny.
Wnetrza nieoczekiwanie przybraly wyglad jakiejs... wloskiej tawerny... a to tez dlatego, ze glina o czerwonej barwie. Piekna. Jak Matka Ziemia.




I zrobilo sie u mnie tak jakos, nie dosc ze budowlanie, to jeszcze obozowo... namioty, przyczepa... i dwoch wolontariuszy, gdzies ze swiata zawitalo... ech, wakacje przeciez... !


01.07.2011


Oczekiwania... szerszenie... i maki...

Moje obecne poczynania remontowe mozna zamknac w jednym slowie:
- Oczekiwania.
Oczekuje... na okna, ktore mialy juz dawno byc, a ktorych jeszcze nie ma.... oczekuje na elektrykow, ktorzy mieli byc, a ktorych tez nie ma... czekam na studnie, ktorej tez nie moge sie doczekac... czekam na hydraulikow... czekam... i czekam. A czas sobie plynie. Ale jak mnie pouczono i zapewniono... wkrotce wszystko ma... BYC... a ja mam sobie tylko czekac. I to wszystko, na dodatek ma sie wydarzyc w tym jednym... jedynym dniu...?!
Wiec nie ulega watpliwosci, ze bede miala... niesamowite, pomijajac juz sam fakt, ze jesli je w ogole przezyje... urodziny!!!
Wiec ... czekam!!!

Ale, zeby nie bylo tak, ze nic nie mam, wiec mam... mam, coraz to nowe niespodzianki.
I tak mam np.... SZERSZENIE!
Owe zwierzatka, widac upodobaly sobie bardzo moj malowniczy domek, wijac sobie w nim zapewne sliczne gniazdko, gdzies tam pod dachem i nie pozwalajac mi nawet sie do niego zblizyc... co mnie wcale zreszta nie dziwi.
Tak wlasnie bylo ktoregos dnia, gdy zamiast panow elektrykow... zastalam w swojej chatce... roj szerszeni, ktory uparcie krazyl nad moim autkiem, pobzykujac zlowrogo i uziemiajac mnie w nim i tlukac w szyby i maske z niespotykana sila!
Scena, gdyby ktos sie blizej jej przyjrzal, jakby zywcem wyjeta z filmu Chitchcoca "Ptaki", w ktorym to roj ptactwa atakuje glowna bohaterke... z tym, ze te moje, mnie jeszcze nie "zzeraly"... na szczescie!

I coz bylo robic?!
Uziemiona w swoim autku, obdzwanialam wszystkich, kogo tylko sie dalo, zaczynajac od jasnie pana lesnika... i proszac pokornym glosem o pomoc, co i tak na nic sie nie zdalo... bo lesnictwo strasznie zajete i w zwiazku z tym... polecilo mi straz pozarna... a straz... gmine.... a gmina - sanepid... ale ja w miedzyczasie przestalam juz zupelnie wierzyc w... cuda, postanawiajac tym samym przejac sprawe w swoje rece... czyli udac sie po pomoc do swojej najblizszej sasiadki K. ktora jedynie... wzruszyla ramionami.
No coz, nikt przeciez nie mowil, ze bedzie latwo...?!

Gdy wiec wracalam z nadzieja, ze jakims cudownym sposobem roj zwierzatek juz sobie odlecial, a ja najspokojniej w swiecie, wejde sobie do mojego domku... myslac przy tym... jakiez to swietne mam teraz zycie... bo kazdego dnia cos sie dzieje... i kazdego dnia musze walic glowa w mur... a o stagnacji i nudzie nie ma mowy... roj szerszeniowy jakby sie zmniejszyl, ale nadal istnial, krazac zlowieszczo w powietrzu i trzymajac mnie na dystans.

I gdy tak siedzialam, uziemiona, pograzona w dosc ponurych myslach... krazacych wokol tego, czy odjezdzac... czy tez zostawac....i co robic w ogole... niespodziewanie nadszedl moj ubiegloroczny pomocnik... p. Heniu. O, jakze sie ucieszylam!
Pan Heniu, bedacy akurat w bardzo blogim stanie upojenia alkoholowego, ucieszyl sie rowniez ze spotkania... a po zapoznaniu sie z problemem, oswiadczyl, iz mam szczescie... bo trafilam wlasnie na... specjaliste od likwidowania gniazd. I ze mam czekac... a on skoczy tylko po drabine... a potem zrobi porzadek!

Wiec czekalam, blogoslawiac w duchu mojego wybawce, myslac o tym, jakaz to bede szczesliwa... gdy gniazdka juz nie bedzie! I gdy po przeszlo godzinnym oczekiwaniu... stracilam juz nadzieje... walnelam piescia w stol - /czyt.w kierownice/... mowiac sobie, ze jesli jest mi pisane... "pozarcie" przez owe owady, to niech tak sie stanie, ale ja w kazdym badz razie - wychodze!
I naubierawszy na siebie wszystko, co tylko bylo mozliwe, ruszylam im naprzeciw, myslac o tym, jak bardzo wszyscy mnie olali i... ze wzmozona wola walki, rzucilam sie w strone metrowych juz chyba chaszczy, co juz bylo i tak, w obliczu tego wszystkiego... prawie bez znaczenia.
Pracowalam z zacieciem, jakiego u siebie nawet nie podejrzewalam, myslac, ze jak tak dalej pojdzie, to w mgnieniu oka... odchaszcze te swoje pol hektara... i nie majac nawet bladego pojecia, ze znajduje sie dokladnie w miejscu, w ktorym to pod dachem obory, wisi wielki bialy, misternie utkany... kokon.

I wtedy wydarza sie naprawde cudowny przypadek.
Oto calkiem niespodziewanie, przed moja furtka staje moj najblizszy sasiad - K.
I nie byloby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, ze K. ignorowal mnie calkowicie. Nawet ze mna nie rozmawial, chowajac sie zawsze do chalupy, gdy do nich zachodzilam, a jedynymi osobami, ktore raczyly mnie jakas tam rozmowa byly jego zona i corka.

Wiec teraz, gdy K. stanal nagle przede mna... oswiadczajac, iz on... zlikwiduje u mnie owo gniazdo i pomoze mi ogarnac to cale moje... NIECHLUJSTWO... czyli skosi moj OGROD... myslalam, ze sie przeslyszalam!

Tak wiec w jednej niemalze chwili uwierzylam ponownie w ... CUDA ! Tylko, zeby az do tego stopnia?!!

Jesli wiec kiedykolwiek w ogole watpilam w mojego Aniola... tego od cudow i od zadan specjalnych... tak teraz, nie mialam juz najmniejszych watpliwosci... Blekitny byl bez watpienia ze mna!

A potem bylo juz tylko pieknie!
Cale popoludnie pracowalismy ramie w ramie... ja wyrywajac recznie wielkie chaszcze pod obora, i moj sasiad z "odzysku" koszac, a co nie skosil, to ja wyrywalam, a gdy kosa sie stepila... pojechal do wsi pozyczyc nowa! Cud... prawdziwy cud!

I tak gdzies pod wieczor w moim ogrodzie... zaczelo sie robic... calkiem OGRODOWO. A ogrod zaczal sie stawac lekko uporzadkowany... jako, ze tak bardzo ogrodowo to u mnie nigdy nie bedzie i ten element dzikosci pozostanie... rowne trawniki, to nie dla mnie.

A poznym wieczorem K. w ochronnym ubraniu i w kasku na glowie, jak rycerz jaki... przystapil do akcji - SZERSZENIE, wynoszac z pietra obory wielki szerszeniowy kokon. Jak prawdziwy bohater!
I faktycznie, nastepnego dnia po szerszeniach, ani sladu!!!
Tyle szczescia na raz!
A ja moglam juz dalej pracowac spokojnie w swoim ogrodzie. Ach, coz za ulga!
I wtedy wlasnie, spod ogromnych porastajacych podworko chaszczy, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zaczely ukazywac sie... MAKI!
Cale poletka wysokich i dorodnych, jeszcze nie rozkwitlych makow... jakich nigdy dotad nie widzialam!
Monte Casino... jak orzekl moj sasiad !

I widzialam juz, jak to pieknie bedzie, gdy maki porozkwitaja w tym moim troche juz uporzadkowanym... a troche jeszcze dzikim ogrodzie.
I spogladajac na pecherze na rekach... poczulam, ze zrobilam... cos tak... NAPRAWDE. I ze ten dom... niezwyczajny jakis... wymagajacy bardzo jest. Nie zadowala sie byle czym. Zmusza do walki... rzucajac pod nogi coraz to nowe klody.

To chyba taka ... domena starych domow... same heroiczne w swym trwaniu, nie pozwalaja na... byle-jakosc. A moj postawil sobie widac... szczytny cel - zrobienia ze mnie twardego czlowieka.... takiego co to sie nie... uleknie i nie... odejdzie. Twardziela, jednym slowem!
Testujac bez konca i zmuszajac do dzialania... bo szerszenie... bo chaszcze... bo... stroz... bo kolejne, ktores tam z rzedu wlamanie... Ech, i tak bez konca... coraz to nowe wyzwania... na tej nie konczacej sie liscie!!!

I zeby moc napawac sie tym calym pieknem i widokiem jak marzenie... musze miec chyba... rece urobione po pachy i... pecherze na dloniach!?
I czy to wszystko, nie zostalo juz niejako wpisane w ten caly scenariusz... zanim DOM... odpusci i podaruje... Milosc?! A moze juz ja wlasnie dostalam... myslalam... patrzac na niezwyklej urody kwiaty?!
Ach, wiec to tyle... czasu trzeba... i tyle trudu... zeby dom sie otworzyl i... zeby zeslal w koncu... USMIECH!
Maki w urodzinowym prezencie. W prezencie od DOMU.
To bardzo piekny prezent i... chyba... najpiekniejszy!


Maki o niezwyklej, rozowej barwie i platkach przypominajacych... piwonie.





Maki szlachetne... jak nazwal je moj sasiad?!



Czyz nie sa piekne?!
I trzymajcie prosze kciuki za moje poniedzialkowe... oczekiwania!

18.06.2011

Spotkania...


Na poczatek beda Podziekowania. Podziekowania za to, moi Kochani, ze w ogole w te moje skromne progi zagladacie. Samo zagladanie, jest juz bardzo cenne. A jesli dochodza do tego slowa, zwykle cieple i serdeczne, to niezwykle cieszy.
Wlasnie minal rok od momentu, gdy zaczelam pisac swojego bloga. Tak, to juz rok i az sama sie zdziwilam, ze tak to szybko zlecialo.

Rok z Wami. Rok z tymi wszystkimi Wspanialymi Ludzmi, ktorych dzieki mojemu blogowi mialam szczescie spotkac.
Rok pelen wspanialych... SPOTKAN. Rok pelen cieplych i niezwykle serdecznych slow.
Rok pelen zyczliwych i wspierajacych mysli, ktorre wysylaliscie, nawet jesli podswiadomie... to i tak one zawsze do mnie trafialy, dodajac sily i wytrwalosci.
Sily do walki. Bo remont starego domu to ustawiczna walka. Walka z przeciwnosciami losu, ktore pietrza sie i ktorych nigdy dosyc. To ciagly i ustawiczny wiatr w oczy. Ten, kto tego doswiadczyl, wie doskonale, co mam na mysli. I dlatego wsparcie zyczliwych osob w obliczu "nieustannych upadkow" i w obliczu ciaglej "utraty ducha" jest tak bardzo cenne.

A ja wlasnie dzieki Wam doswiadczalam tego wszystkiego, przez ten caly rok... czytajac Wasze slowa, odbierajac pozytywne mysli i wstepujac na Wasze blogi, ktore sa przeciez jak otwarta ksiazka. Kazda inna i kazda jakze niepowtarzalna i piekna.
Ksiazka, ktora otwiera sie z zapartym tchem... czyta... odklada na bok i czeka na ciag dalszy...

Dlatego w ten moj taki maly... jubileusz, dziekuje Wam przede wszystkim za to, ze.... JESTESCIE... i prosze o dalsze wsparcie... bo walka wkrotce znow sie zacznie. Bo to nie jest przeciez koniec... i jeszcze wiele przeciwnosci losu przede mna, zeby dojsc do celu... ale nikt tez nie obiecywal, ze bedzie latwo.

Wiec ten moj maly jubileusz, o ktorym w natloku codziennych zdarzen... zupelnie zapomnialam... a ktory jednak o mnie nie zapomnial i dal o sobie w jakichs sposob znac... byc moze tym oto wlasnie... jeszcze jednym... moze tym jubileuszowym... SPOTKANIEM?!
Spotkaniem, o ktorym chcialam opowiedziec...

A bylo tak:

Ktoregos dnia, gdzies tak przed tygodniem pojechalam do oddalonego o jakies sto kilometrow S.
W drodze od dworca do celu mojej podrozy, minelam niewielki sklepik izoteryczny. Przez chwile stalam przed wystawa, po czym weszlam do srodka. Ogladalam wiszace na scianie kamienie, szukajac wsrod nich swojego i wtedy wlasnie, tak jakby przypadkiem... zobaczylam... Jego.
Stal oparty o lade... jakby nigdy nic... ale tak, jakby na mnie czekal.
Cos niezwykle pieknego i nieziemskiego bylo w jego calej postaci... w spuszczonym wzroku... w splecionych dloniach. Cos, co nie pozwalalo mi oderwac od niego oczu.
Trzymajac w reku kamien, ktory podala mi sprzedawczyni... czulam przez caly czas Jego wzrok na sobie, choc oczy mial spuszczone. Z ociaganiem wyszlam ze sklepu.

Szlam... ale wlasciwie, to mialam wrazenie, ze stoje w miejcsu. Krecilam sie w kolko, podazajac wciaz tymi samymi ulicami. Dziwne, pomyslalam. Jakas niewidzialna sila ciagnela mnie do tylu.
W koncu zawrocilam. Szybko, prawie biegiem podazalam w kierunku sklepu. Gdy weszlam... On stal wciaz w tym samym miejscu... przy ladzie, jakby czekajac na mnie.
Pani wcale nie zdziwila sie, widzac mnie ponownie. Wiedzialam, ze pani wroci, odrzekla z usmiechem. Tak w moim zyciu... tyle sie dzieje... musialam wrocic, odrzeklam, nie wiedzac czemu.
Spojrzalam na Niego i poczulam... ze musze go miec. Jest taki piekny. Taki pelen spokoju. A ja wciaz nie moge sie na Niego napatrzec. I ten niezwykly blask, ktory od Niego bije. I juz zobaczylam Go na swojej bialej scianie.... w slonecznej poswiacie... Wiedzialam juz, ze nie zaznam spokoju, dopoki... dopoki...
Nie zastanawiajac sie dluzej, wylozylam na lade ostatnie pieniadze i z ulga wzielam go delikatnie w obie rece... jak cos bardzo drogocennego... jak figurke z porcelany, bojac sie, ze przy najmniejszym ruchu moze sie rozleciec... bedac tak niezwykle delikatna i krucha.
Czulam jak sie usmiecha... patrzac na mnie spod spuszczonych powiek.

Byl prawie mojego wzrostu. Blekitno-zloty. O anielskim wyrazie twarzy. Wlasciwym jedynie Aniolom.

A potem szlismy tak razem przez miasto. Blekitny Aniol i ja. Widok przedstawialismy z pewnoscia niecodzienny. Kobieta i Aniol. W samym srodku miasta. Dosc dziwny widok. Niektorzy przystawali, patrzac na nas. A on usmiechal sie tylko tym swoim anielskim usmiechem.
Do calego swiata.

I gdy stanal juz na bialej scianie, dostal imie - Kamael. To Aniol do zadan specjalnych. Aniol od spelniania marzen. Aniol od cudow.
Moj... jubileuszowy prezent.... niezwykly... na moja nowa droge zycia?!



Oto On.



08.06.2011

Wszystkie barwy Ziemi...


... jeszcze tylko kilka chwil... dzieli mnie od tej jednej, najwazniejszej, tej, ktorej wszystko inne od dawna zostalo podporzadkowane i gdy w koncu wkrocze w moje... Nowe Zycie...

... jeszcze pakuje ostatnie pudla i kartony, spogladajac z rozczuleniem na te wszystkie przedmioty i bibeloty... z mojego dawnego zycia... i myslac w zadumie, ilez tego wszystkiego sie nagromadzilo... i zastanawiajac sie nad koniecznoscia posiadania...?

... jeszcze wychodze na szare, duszne, pelne kolorowych reklam ulice... wielkiej, pulsujacej metropolii...

... jeszcze robie... To i Owo... w swojej bardzo... waznej pracy...

... jeszcze spiesze sie bardzo... gdzies biegne... cos zalatwiam... z glowa pelna terminow... usilujacych tak skutecznie zagluszyc wszystko... wszystko, co naprawde wazne... mijana obojetnie w tlumie wielkiego miasta...

... jeszcze lapie sie na myslach... ze przeciez glosu serca nigdy nie da sie zagluszyc... bo ono nigdy nie przestanie mowic... tego, co mysli i tego, co czuje...

... jeszcze robie wszystko to... co musze... i to, czego ode mnie oczekuja... lub co wypada... albo nie wypada... bladzac w gaszczu norm i zasad... jak dziecko we mgle...

... jeszcze tylko... jedna mala chwilka i zamieszkam pod lasem... na odludziu... tak blisko tego, co dla mnie naprawde wazne...

... jeszcze tylko ten... jeden krok dzieli mnie od tego, gdy zamienie te wszystkie... odcienie szarosci na...
WSZYSTKIE BARWY ZIEMI.

... a To i Owo... na dzialania tak... NAPRAWDE!

... I zobacze... jak z kazdym dniem, spedzonym tam... na tej ziemi... jak z kazdym najmniejszym ziarenkiem wsadzonym do NIEJ... jak z kazdym ruchem lopaty i taczki... bedzie potegowal sie sens zycia i... napedzal mnie do przodu. Ku dzialaniu!

... I pozawieszam kolorowe hamaki wsrod starych jabloni... zeby tak bez konca... moc patrzec na horyzont i obserwowac wedrowke slonca ku zachodowi... nie majac nigdy dosyc!

...I bede podziwiac te staroswieckie... tak... niezwykle slodkie jabluszka... dziwiac sie przy tym, ze jeszcze takie w ogole istnieja... w tym swiecie?!

... I w milczeniu bede czekac... az przemowi do mnie Ziemia... dajac mi znak, ze jestem na wlasciwym miejscu, do ktorego od dawna zmierzalam!

... I tak wlasnie zaczne... te moje pionierskie dzialania... rezygnujac z szanownych panow fachowcow... majacych tak wielka nadzieje na tegoroczna "powtorke z rozrywki"... ktorej niestety, tym razem im nie bede mogla zapewnic... i w zwiazku z powyzszym... sama zajme sie budowaniem!

... I tak dzien po dniu... zaczne oswajac te swoja zyciowa przestrzen... az stanie sie ona... DOMEM.
A szlifowanie i polerowanie tego wszystkiego stanie sie moja .... Zyciowa Esencja!

... Jeszcze tylko jedna chwila... gdy wyrusze w Podroz... te, na tysiac mil!


Zycze milego wieczoru, pozdrawiam serdecznie, przepraszam za czcionke i
dziekuje za zagladanie.

21.05.2011

Sens rzeczy prostych... czyli rozpoczecie sezonu!


Czas plynie, swieta dawno minely i maj w pelni. I wiosna w calym swoim rozkwicie, a mnie jakby to nie dotyczylo, tak jakby wiosna nie miala do mnie dostepu. Choc ona tak bardzo daje znac o sobie... Jak zawsze. Jak co roku. A u mnie glucho.

Coz, opieszala jakas sie zrobilam. Opieszala i... posypana... tak mozna byloby ten moj stan okreslic. Za duzo niewiadomych... ktore moze z czasem... jakos same sie rozwiaza, uloza... w jakas logiczna konkretna calosc, ot, tak po prostu, same z siebie?
Jak brakujace czesci puzzle?

I choc wprawdzie nie moge powiedziec, ze nic nie robie w sprawie... remontu... bo przeciez, czyz te setki godzin spedzanych dziennie przed monitorem, na czytaniu roznych stron budowlanych, na wchlanianiu tej calej wiedzy remontowo- budowlanej, az do calkowitego wyjalowienia umyslu i wszechogarniajacego wstretu do wszystkiego, co nierozerwalnie wiaze sie ze slowem - remont... to malo?!
A jednak, nieodparte wrazenie, iz wciaz stoje jakby w miejscu, nie opuszczalo mnie. Zaprzestalam nawet, do czego musze sie niestety ze wstydem przyznac, wchodzenia na zaprzyjaznione blogi... ktore przeciez tak chetnie odwiedzam... Coz, ogolne zniechecenie, przesyt migajacego ekranu a raczej tzw. komputerowy wstret... wprawily mnie w rozne, blizej nie dajace sie okreslic stany ducha... a raczej w jeden calkiem konkretny stan, ktory mozna by bylo zdefiniowac jako tzw. ogolne zdolowanie... I pewnie tak bym trwala w tym stanie... gdybym nie powiedzialam w koncu - dosc!

I gdyby moja corka, bedaca niemym swiadkiem moich stanow ducha nie zarzadzila w koncu... wyjazdu. Wyjazdu do chaty. Wyjazdu i wspolnego ogarniecie sytuacji. I ustalenia jakichs tam... dalszych dzialan. Dzialan ewentualnych, jak podkreslila z naciskiem.
Myslalam wiec, ze sie przeslyszalam.

I to wlasnie ona. Ta, ktora przed rokiem, w ow czerwcowy dzien, po raz pierwszy i jak sie wtedy wydawalo, ostatni, przekroczyla prog chaty... witana radosnie przez... wytaczajacych sie z glebi chaty na nasze powitanie... trzech roslych panow tzw. okolicznych meneli.
Panowie owi na tle rozpadajacej sie chaty.... tworzyli bardzo malowniczy obraz, ktory to niezwykle wyraziscie zadzialal na wyobraznie mlodej osoby... powodujac reakcje natychmiastowa w postaci... ucieczki.
Ucieczki na zawsze, jak to okreslila wowczas, moja rezolutna corka.
Uciekala, a ja nie majac wyjscia, uciekalam za nia.

I pamietam, jak to w pobliskim lesie, do ktorego obie wpadlysmy niemalze bez tchu... wyrzucala mi prosto w oczy... te moja, niczym nie dajaca sie wytlumaczyc i niczym nie dajaca sie usprawiedliwic... nieodpowiedzialnosc i... cala reszte, zapowiadajac zdecydowanie, iz noga jej wiecej tu nie postanie.
I gdy ja ze lzami w oczach probowalam wyjasniac, argumentujac, ze... to przeciez cos cudnego uratowac stary dom i tchnac zycie w szlachetna forme?!... i... ze... ten dom zanim mnie przyjmie... musi bezlitosnie wystawic na proby?!... i czy pojscie utartym szlakiem... nie oznacza utraty marzen?!
... i ze przeciez... istnieje w koncu cos takiego jak... milosc od pierwszego wejrzenia... nawet jesli... jest to milosc do popadajacego w ruine domu?!

Ech... i wtedy juz sama przestalam w to wszystko wierzyc. A ona machala tylko reka, nie wiadomo, czy odganiajac sie od chmary krazacych nad nami komarow... czy tez od moich slow. I tylko jedno nie ulegalo watpliwosci, iz z pewnoscia przedstawialysmy dosc dziwna i osobliwa scenerie w tym lesie.
I jak dzis pamietam ow dzien, gdy niemalze do zmroku siedzialysmy w tym przekletym lesie, ku niewatpliwej uciesze komarow, nie majac odwagi ani na powrot, ani tym bardziej, nie wiedzac co dalej.

I od tamtego dnia minal rok. Rok, w ktorym wszystko sie zmienilo.

I teraz, po roku, znow obie przyjechalysmy do chaty. I gdy ona stanela przed nia, zdumiala sie na jej widok. Rozsypujaca sie ruina, ktora tak dobrze pamietala, nabrala ksztaltu domu.
I widzialam nieukrywany podziw w jej oczach. Podziw nie tylko dla domu ale i nawet dla calego tego obrosnietego chaszczami, przypominajacego dziki ogrod obejscia.
Podziw, ktory utwierdzil mnie w przekonaniu, ze jednak to... cos tak bardzo niekiedy nieodpowiedzielnego... jest byc moze, czyms najlepszym, co mogloby sie w zyciu przytrafic?!

I tak w ciagu nastepnych trzech dni zabralysmy sie do pracy. Zakupujac na poczatek, kolejna, ktoras tam z rzedu taczke i kolejna, ktoras tam z rzedu lopate, zrobilysmy plan prac, choc i tak wiadomo bylo, ze sie jego nie bedziemy trzymac. Zaczelysmy wiec od odgarniania pozostawionej przez ubieglorocznych "fachowcow" fury piachu sprzed domu. Piach, ktory w niektorych miejscach w polaczeniu z woda i cementem stworzyl tam, gdzie w ubieglym roku rosly resztki kwiatow... sadzonych jeszcze reka Heleny, twarda warstwa betonu, ktora teraz jedynie koparka bedzie mozliwa do usuniecia. Moje usilne wowczas prosby do owych panow, aby uwazali na kwiaty, trafialy i tak w proznie. Dzika zlosc opanowala mnie na mysl o zabetonowanych kwiatach i jeszcze wieksza na mysl o ich bezmyslnych sprawcach.

Ale gdy tylko chwycilam za szpadel, poczulam sie w swoim zywiole. Chyba wlasnie tego mi brakowalo. I zapomnialam o wszystkim. A wiec to prawda, ze praca to apogeum na wszystko?! Pracowalysmy wiec ramie w ramie. A ja czulam, jak balsamem splywa na mnie jakis niezwykly spokoj ducha. Czulam jak ta ziemia oddaje mi swoja energie i sile. I czulam jakis nierozerwalny zwiazek z ta ziemia... i poczulam sie jej nieodlaczna czescia.
I chwilami, gdy podnosilam wzrok z nad taczki, ocierajac reka pot z czola... i obejmujac wzrokiem to wszystko, co tylko wzrok mogl objac... i myslac o ogromie pracy, ktory mnie czeka... wydawalo mi sie wtedy, iz widze siedzaca na laweczce przed domem Helene... z rekoma splecionymi na kolanach i z nieco ironicznym usmiechem, patrzaca na mnie... jakby chciala dac mi do zrozumienia, iz moje obawy sa calkowicie bezplonne, bo.... skoro tysiace kobiet przede mna dawalo sobie rade, nie wylaczajac jej samej, wiec i ja podolam wszystkiemu!

I uwierzylam. I ze zdwojona sila wbijalam szpadel w ziemie... czujac wzbierajaca we mnie sile i jakas rozpierajaca dziwnie radosc. Corka krecila glowa, widzac, jak wychodza ze mnie geny przodkow... a ja pomyslalam, ze nie moglo byc inaczej... i ze w swoim kolejnym zyciu.... mialam zapewne zostac... rolniczka.
I zawolalam glosno, ze skoro juz los obdarzyl mnie tym wszystkim... a wlasciwie, gdy dom wybral mnie sobie... nietaktem byloby wiec.... sie jemu sprzeciwiac!

Dom... ?! Domem to to wszystko bedzie po jakichs tam.... kilkudziesieciu-kilku latach remontu... ! Dosc trzezwo zauwazyla coreczka.
I tylko Helena ze swej laweczki... potakiwala moim slowom. A poniewaz bylo pieknie, las szumial, ptaki koncertowaly jak oszalale, a lekki wiaterek tak delikatnie poruszal zachaszczonym obejsciem i drzewami... nic wiec nie bylo w stanie zmacic mojego stanu ducha.

A potem, zbieralysmy smieci, jeszcze te po panach fachowcach i butelki po nocnych libacjach mojego stroza, ktorych to nazbieralo sie, oj, niemalo, bo kilka wiader.
Stwierdzilysmy tez, ze jest bardzo sucho i w zwiazku z tym, zrezygnowalysmy z ogniska powitalnego, na rzecz skromnego pikniku pod czeresnia, bo przeciez i las tak blisko.

W dalszej kolejnosci podcinalysmy swierki, wycielysmy leszczyne zaslaniajaca jedno z wejsc do obory, uporzadkowalysmy ponarzucane w niej byle jak przez jasnie panow fachowcow belki i deski, zabezpieczylysmy okna przed kolejnymi wlamaniami.
Czerpalysmy wode ze strumyka i podlewalysmy nia posiane nasiona slonecznika.
Zrywalysmy miete, parzac aromatyczne herbatki i... rabarbar... ktory wyrosl w dawnym ogrodku Heleny.
I tak krok po kroku ogarnialysmy cale obejscie, ktore pod naszymi rekami budzilo sie jakby do zycia, odzyskujac dawny blask i ukazujac cale swoje zapomniane piekno.

A my dumne ze swoich osiagniec... odpoczywalysmy pod stara czeresnia.

I tak przez trzy dni. Praca i odpoczynek. I nowy naplyw sil i nowy naplyw energii, ktory daje praca w zgodzie z natura.
I ta nieodparta mysl, ze wszystko da sie zrobic. I ze to wszystko ma jakis niewyobrazalny sens.
Sens rzeczy prostych?!



I tak oto sezon remontowo-budowlany wreszcie zaczety!!!
I ja w swoim zywiole!








... poskladane drzewo po podcince




... i podciete swierki.






... i odpoczynek w cieniu czeresni.






I powtorne przezywanie wiosny, ktora tu na polnocy, przychodzi znacznie pozniej.


Jeszcze kwitnace jablonie.











A zakonczenie pracy nagradzaly... wypady nad morze...



... i zlota plaza...




... i morze po horyzont...




... i szum fal




... i krzyk mew...





... i przedsmak zblizajacych sie wakacji!

23.04.2011


Swieta... Swieta....


... Swieta... ktorym niezmiennie od lat towarzyszy wciaz ta sama nutka smutku... smutku za tymi dawnymi, ktore odeszly... i ta nieodlaczna mysl, ze szczescie, jakze ulotnym jest, i ze tak malo myslimy o tym... co nam dane... o tym co jest... i o calej tej magii codziennosci.

I gdy tak rozne stany ducha mnie nawiedzaly... nagle zadzwonil telefon.
Goscie ze "swiata" sie zapowiedzieli. Po latach.
Tak nieoczekiwanie. I tak po prostu.
I w jednej chwili caly moj smutek zamienil sie w nagla i nieopisana radosc.
I mysl, ze Ktos tyle mil zechce przejechac... zeby choc ta krotka chwile... Pobyc, zmyla moj caly smutek.
Pobyc i poswietowac. I radosc, tak nagla, jak ta wybuchajaca wiosna, z ktorej tez nie potrafilam sie jakos cieszyc, i to ciazace jak kamien widmo remontu... ktore przytlaczalo, nie zostawiajac miejsca na "swietowanie"... i tyle innych jeszcze spraw do dokonania, ktore nagle staly sie tak... bardzo odlegle i tak malo istotne.
I tylko ta jedna chwila stala sie nagle tak naprawde wazna.

Wiec rzucilam sie w wir swiatecznych przygotowan, myslac jak dobrze, ze istnieja telefony i jak dobrze, ze tak spontanicznie mozna kogos... uszczesliwic.
Zaczelam wypieki, ktore tak naprawde nie sa moja mocna strona... ale jak czlowiek jest szczesliwy to i wszystko sie udaje.
I wstawilam bazie do glinianego naczynia i kilka rozkwitlych zonkili. Zwiastuny wiosny.
I... zaczelam wypieki. Najpierw mazurek... potem swiateczna baba.
Jak dobrze, myslalam... jak dobrze... jest moc upiec drozdzowe ciasto... jak dobrze jest moc wlozyc rece do cieplego, delikatnie nabrzmialego ciasta, wciagnac w nozdrza jego cudowny zapach i cieszyc sie ta chwila.
Drozdzowe ciasto, oprocz tego, ze jest moim ulubionym i potrafie nieograniczone ilosci jego pochlaniac... to, ma jeszcze cos mistycznego w sobie... gdy tak rosnie i ozywa i pnie sie do gory. Tak jak ozywajaca przyroda, dajac nadzieje i radosc. I sile na przyjecie Nowego.
Ach, jakze lubie te cale swiateczne zawirowanie, to wpisane w nie zmeczenie... i ta cala magiczna otoczke, wlasciwa jedynie tym niezwyklym dniom.

I zastanawiajace jest to, jak bardzo... jeden zwykly telefon... jeden gest...jeden czlowiek... jedno spotkanie... moze wszystko nagle zmienic. Dodac nadziei i radosci.

Tak wiec bedzie wspolne biesiadowanie i celebrowanie tych chwil. Bedzie radosc i smiech. Beda lzy i wspomnienia. Wspomnienia, ktorych tak nigdy dosyc.

I bedzie radosc z nadchodzacej i budzacej sie do zycia wiosny i radosc z Wielkiej Nocy i z magii tych niezwyklych swiat.

I wszystkim Wam, moi Mili zycze :



Radosnych i cieplych swiat
serdecznych spotkan
wiele radosci z budzacej sie wiosny

kolorowych pisanek
czekoladowego zajaczka
bardzo mokrego dyngusa
i duzo wiosennego slonca!



08.04.2011

"Portret kobiety... czyli jaka jestem?!"


Do tej to wlasnie zabawy, zaprosila mnie Grasza 44. Wiec choc troche spozniona, wybacz Graszko, jak to u mnie bywa, dopiero teraz odpowiadam.

Jaka jestem....? Hmm...? Coz... wcale nie latwe pytanie!
Wpadlam wiec na pomysl, aby zapytac o to dzieci, bo kto jak kto, ale wlasne dzieci wiedza przeciez najlepiej... i zaraz tez pozalowalam tego... oj, posypaly sie negatywizmy... posypaly sie... i to jak szybko, jakby na zawolanie?!
I gdy ja bliska juz lez, slabym glosem zapytalam swoich oprawcow... czy to juz zadnych plusow u mnie naprawde nie widza?! Wtedy dopiero sie zlitowali nad swoja ofiara i zaczeli wydzielac pozytywy... tak bardzo skapo wprawdzie, ale jednak...!!!
I tak oto powstal jakis tam moj obraz. Oto on.

Jaka jestem?

... Raczej chaotyczna... choc niekiedy zadziwiajaco uporzadkowana... zwlaszcza wtedy, gdy z jakas nie dajaca sie niczym blizej wytlumaczyc premedytacja... potrafi przez dzien caly czepiac sie... jednego, glupiego,
nie - umytego - kubka?!










... kochajaca wszystko co... wyjatkowo paskutne, szpetne i jak najbardziej zrujnowane /ludzi tez/... i ceniaca jednoczesnie piekno, lad i porzadek?!








.... Nie znajaca litosci... i z zimna krwia mogaca zabic... cala watache tzw. fachowcow... i jednoczesnie pelna wspolczucia dla jakiegos... malego opuszczonego koteczka, z ktorym potrafi szmat drogi przebyc... gdzies tam na koncu swiata... aby znalezc mu miejsce do zycia?!









... majaca gdzies wszystkie kremy i wynalazki odmladzajace, redukujace i wygladzajace .... i wierzaca slepo, ze okladajac sie roznymi zielskami i miksturami wlasnej produkcji... czas tak bardzo lagodnie sie z nia obejdzie i pozwoli jej sie tak ... "pieknie zestarzec"?!









... taka slaba i taka wiotka... kobieca kobietka..... i twardy babo- chlop w gumofilcach i roboczym waciaku.... potrafiacy murowac, szlifowac i rowy kopac... i " gory przenosic" ... gdy TRZEBA!!!








.... i taka "nic- nie - wiedzaca... i nic - nie- pojmujaca... i taka- bardzo-nie- wyuczalna".... i wiedzaca i pojmujaca nagle.... WSZYSTKO... i w jednej chwili, gdy juz nie ma zadnego WYJSCIA?!









... lagodna i spokojna jak baranek... i furiatka, choleryczka jaka... pieklaca sie nagle o wszystko i o
nic?!



.... kochajaca, ta jakze glupia, bezwarunkowa miloscia swoje wlasne dzieci... i zgrzytajaca zebami na ich pelne potepienia slowa... "Oj, matka!"... i majaca wtedy wlasnie najwieksza ochote... powystrzelac je wszystkie na inna planete i miec nareszcie...... Swiety Spokoj!!!










.... i potrafiaca w jakis niepojety sposob i bez zadnej wyraznej przyczyny... wylac z siebie cale morze lez... i popadac w jednej minucie w rozne skrajnosci... od euforystycznej radosci az do bezgranicznego smutku... ot tak po prostu... i bez zadnej widocznej przyczyny...?!


... i majaca na swoim koncie... tyle jeszcze innych slabosci i przypadlosci... jak np. slabosc do bardzo zrujnowanych ruin... i wierzaca, na przekor wszystkim i wszystkiemu... ze cos jej sie jeszcze w tym zyciu... przeciez do diabla UDA?!!!






... i wciaz majaca te... jakze glupie wyrzuty sumienia... ze tak za malo wycalowala te, jakze rozczulajace waleczki rozowego tluszczyku na dziecinnych lapkach... i ze wszystko mogla przeciez... LEPIEJ i ... BARDZIEJ... i WIECEJ i ... ze czas tak bardzo sie pospieszyl... a ona nie zdazyla i.... ze te jakze urocze waleczki tak bardzo szybko.... zmeznialy... ! O, Stanowczo za szybko?!










... i... tyle jeszcze innych przypadlosci. I same przeciwnosci?! O matko swieta!!!


I myslac w poplochu, czy to wszystko aby.... W - NORMIE - jakiej - sie - miesci... ?!!! wygrzebalam pewne slowa... pewnej kobiety o kobietach... i odetchnawszy z wielka ulga, zatriumfowalam radosnie:
Ufff...! Jestem wiec calkiem... ZWYCZAJNA kobieta!!!


A oto on...


"Portret kobiety" Wislawy Szymborskiej:

Musi byc do wyboru,
Zmieniac sie, zeby tylko nic sie nie zmienilo.

To latwe, niemozliwe, trudne, warte proby.

Oczy ma, jesli trzeba raz modre, raz szare,
Czarne, wesole, bez powodu pelne lez.

Spi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na swiecie.

Urodzi mu czworo dzieci, zadnych dzieci, jedno.

Naiwna, ale najlepiej doradzi.

Slaba, ale udzwignie.

Nie ma glowy na karku, to bedzie ja miala.
Czyta Jaspera i pisma kobiece.

Nie wie po co ta srubka i zbuduje most.
Mloda, jak zwykle mloda, ciagle jeszcze mloda.

Trzyma w rekach wrobelka ze zlamanym skrzydlem,
wlasne pieniadze na podroz daleka i dluga,

tasak do miesa, kompres i kieliszek czystej.
Dokad tak biegnie, czy nie jest zmeczona.
Alez nie, tylko troche, bardzo, nic nie szkodzi.

Albo go kocha albo sie uparla.
Na dobre, na niedobre i na litosc boska.



Pozdrawiam wiec Wszystkie....te.... jakze DOSKONALE i WSPANIALE kobiety!!!














29.03.2011

Zew natury...

... dal w koncu o sobie znac, wybudzajac mnie na dobre z pozimowego letargu.
I kazac dzialac! Zaniepokojona rowniez telefonami sasiadki o kolejnych wlamaniach do chaty i kierowana jakims wewnetrznym impulsem, wyruszylam.
Tym razem na szczescie, nie sama. Syn, z ktorym to owego pamietnego dnia przed niespelna dwoma laty znalazlam to OWO... "cudo", a majacy akurat przerwe w pobieraniu nauk, dal sie uprosic na wspolna wycieczke. I jako, ze w planie byla jazda moim autkiem, a on wiedzac, iz mam jakies dziwne predyspozycje... do dosc szybkiego oduczania sie raz nabytych umiejetnosci, szczegolnie jesli chodzi o jazde autkiem, zdecydowal sie towarzyszyc.
I nie pomylil sie wcale, widzac moje rozpaczliwe manewry na drodze, przejal ster w swoje rece, stwierdzajac, iz jestem wyjatkowo beznadziejnym przypadkiem, jakiego on jeszcze nie mial okazji spotkac. Poubolewal jeszcze nad licznymi ubieglorocznymi "obrazeniami" Matizka, a bylo ich troche, pokiwal glowa nad moja "niewiedza", po czym ja odetchnelam i ... wyruszylismy.

Po drodze odwiedzilismy mojego kochanego p. Mieczyslawa, ktory choc
"bardzo posypujacy sie", ale wciaz na chodzie i w pogodnym nastroju, przydreptal podpierajac sie laseczka, aby usiasc ze mna choc na krotka chwilke na laweczce przed domem i pogawedzic.

Po czym ruszylismy do chaty. Jak zwykle, z dusza na ramieniu, aby potem z wielka ulga stwierdzic, iz wszystko... w porzadku. Wszystko, poza paroma "drobiazgami"...
Chata stala. W calosci. Obora tez. Drzewa rowniez mialy sie dobrze. Strumyk plynal wartko. Jakby nigdy nic. A jednak...?!
A jednak... cos sie dzialo.
Drzwi od obory, tam gdzie poskladane byly narzedzia, stare okna z odzysku, krzesla, stol... i caly ten budowlany kram, zamkniete teraz na klodke, ktora jednak wczesniej, wg. relacji sasiadki ktos otworzyl.
Po lustracji wszystkiego, doszlam do wniosku, ze nic nie zginelo, procz... pedzla, ktorym chcielismy bielic drzewka. Ktos wiec zadal sobie tyle trudu, aby przybity do muru obory plot z siatki lesnej wyrwac ze sciany, odsunac go, otworzyc klodke od drzwi obory, wejsc i sposrod tylu rzeczy, ktore tam byly, nie wziasc niczego, procz... malego pedzelka?!
Dziwne, tak mozna by pomyslec. Bardzo dziwne. Z tylu obory tez ktos wylamal drzwi i znikly ... dwa suporeksy.
I wlasciwie to nic takiego, bo przeciez nic takiego nie zginelo, tylko te "drobiazgi" ! Wiec nie ma powodu do zmartwienia....!
A jednak moj spokoj znikl.
Zwlaszcza gdy dowiedzialam sie od sasiadki, tej ktora doglada domu i u ktorej stoi moja przyczepa, ze otruto jej psa, zaniepokoilam sie na dobre. I nabralam podejrzen. Moje przypuszczenia potwierdzila sasiadka. Okazalo sie, ze myslimy o tej samej osobie. Czyli o moim bylym strozu - Mirku. To on latem otrul psa we wsi... duzego i pieknego wilczura. A w sumie, wg jej relacji otrul juz... siedem psow! Swojego... zabil widlami i siekiera! I to na oczach wlasnych dzieci!
Wiec jednak nie mylilam sie!
A ja jakze naiwna, myslalam, iz Mirek to tylko drobny pijaczek i biedny ojciec dziewieciorga dzieci, ktoremu nalezaloby niezwlocznie pomoc. I nie pomna wszelkich ostrzezen, uczynilam go strozem swojego domostwa, bedac niemal pewna, iz terapia praca odniesie pozadany efekt, i ze Mirek jakims cudem, jak za jednym musnieciem czarodziejskiej rozdzki - przemieni sie nagle w przykladnego ojca i obywatela swojej wsi! Niestety Mirek nie mial najmniejszego zamiaru dac sie "uczlowieczac" i to jeszcze jakiejs obcej babie! Jakos bardziej pasowal mu status miejscowego degenerata i zlodzieja. I kradl nadal wszystko, co tylko sie dalo i co bylo w zasiegu i ... naturalnie rowniez u mnie.
Na to wszystko mozna by bylo w zasadzie machnac reka, co tez ja zrobilam, rezygnujac jedynie z uslug p. Mirka. I na tym mial byc koniec. Konca niestety nie ma. Gdyz w okolicy ma miejsce trucie psow.
A trucie psow to juz INNA sprawa. To juz cos znacznie wiecej niz zwykla kradziez.
I z przerazeniem pomyslalam o jego dzieciach, ktore nie tylko, ze o tym wiedza, ale sa zapewne niemymi swiadkami tychze czynow! I niepokoi fakt... ile przejma z dewiacji ojca?! Bo co do tego, ze dwoch najstarszych 18 i 19- latkow poszlo juz w jego slady, nie ma watpliwosci. A co z reszta?!
Dobrze pamietam te dzieci, tak bardzo jeszcze niewinne i kochane, i to z jaka checia pomagaly mi we wszystkim... mimo, ze ich ojciec okazal sie idiota kompletnym!
A teraz te psy!?
Co robic, zastanawialysmy sie z sasiadka?! O pojsciu na policje nie ma mowy. Wszyscy we wsi boja sie Mirka i jego synow. Boja sie ich zemsty.
Zemsty, ktora i ja odczuwam na wlasnej skorze, bo te wlamania to jego sprawka, to kara za to, ze zrezygnowalam definitywnie z jego uslug, przestajac tym samym finansowac jego alkoholowe zapedy. Wiec teraz mam za swoje!
Oj, trzeba bedzie jednak z tym "fantem" cos zrobic... tylko CO?!

Syn, slyszyc to wszystko pokiwal glowa nade mna, mowiac: " Oj, matka... i ty tu chcesz naprawde mieszkac!!!!
Zawsze mowi do mnie "matka", gdy chce mnie potepic. To taki ponoc obecnie zargon mlodziezowy.
... przeciez to wariactwo!!! , popatrzyl na mnie groznie.
... ech... wariaci tez sa potrzebni... wtedy jest rownowaga, machnelam tylko reka.
Syn pokiwal glowa, stwierdzajac po raz kolejny, iz jestem najwidoczniej wyjatkowym przypadkiem wariata... i ze szkoda czasu...!

No wlasnie, czas naglil, wiec pozegnalismy sasiadke i wrocilismy znow do chaty, na ktorej to widok syn wydal ponownie przeciagly okrzyk: "O!... matka!"
Co w tym wypadku oznaczalo akurat uznanie!
To co zobaczyl, odbiegalo od obrazu straszacej ruiny, ktory pamietal z ubieglego roku.
Uroslam od razu pod tym jakze akceptujacym wzrokiem, myslac sobie, ze chyba nie jest az tak zle, i ze mimo pogrozek, iz noga ich tutaj nie postanie, na co ja morze lez wylalam, myslac juz nawet o sprzedazy owego cudu... moje dzieci jednak bardzo polubia TO miejsce i z ochota beda tutaj wpadac!

Po tym wszystkim nastapila bardzo przyjemna czesc dnia - czyli WIOSENNE PORZADKI.
A ja gdy tylko ubralam swoje robocze fatalaszki i sliczne zielono-szare gumiaczki... rzucajac sie z pasja w wir pracy, jakby od tego cale moje zycie zalezalo... poczulam sie od razu w swoim zywiole, zapominajac o Mirku, o jego manewrach i calym bozym swiecie.
Sloneczko swiecilo i bylo cudnie, a my przycinalismy i bielilismy drzewka.
I synek nawet bardzo zadowolony, pracowal z ochota.
A ja znow poczulam "wiatr we wlosach" i ta jakas nieodparta chec dzialania i... wzbierajaca sile i to natychmiastowe pragnienie, aby wlozyc rece do ziemi i siac i kosic... i murowac i... "przenosic gory"!!!
I uwierzyc, ze wszystko jest mozliwe!
I gdy usiedlismy w koncu pod pobielona jablonka, a ja powiodlam wzrokiem po swoim pieknym, dzikim ogrodzie, ktory syn nazwal "chaszczowiskiem", i w ktorym tylko w zasadzie jablonki prezentowaly sie nad wyraz dobrze... dech mi zaparlo... i poczulam sie absolutnie szczesliwa.

I gdy synek fotografowal dom, ja wybralam sie na poszukiwania wiosny.

I znalazlam jej pierwsze, niesmiale - zwiastuny...


... w budzacym sie do zycia lesie przy domu



... w delikatnych bialych zawilcach



... w strumyku


Niestety wiecej zwiastonow nie ma... bo aparat niestety wysiadl. Ale to i tak nie takie wazne, skoro WIOSNA JUZ JEST!
Pozdrawiam wiec wszystkich juz bardzo wiosennie!

15.03.2011

Spotkania... c.d.

... i nawet w obliczu najwiekszych kataklizmow tego swiata, nie ustajemy w naszych wiekszych czy mniejszych poczynaniach... w tych codziennych, najzwyklejszych czynnosciach... jak gdyby nigdy nic... i na przekor wszystkiemu. Myslac, jak dobrze jest zyc chwila.

I odganiajac wszelkie smutki i najczarniejsze wizje... zamykam oczy i poddaje sie wspomnieniom, czujac pod powiekami niezwykle cieplo tego wiosennego dnia... i przezywajac od nowa tamto spotkanie...

Byl maj ubieglego roku. Piekny miesiac, choc dosc zimny jak na te pore roku. A ja zaczynalam wlasnie remont chaty i nie majac ochoty na lodowate noce w przyczepie, postanowilam poszukac sobie choc na troche jakiegos cieplejszego lokum. W pobliskiej wiosce wskazano mi domek pod lasem, w ktorym mieszkala samotna starsza kobieta. Pani Pelasia. Pomyslalam od razu, ze to cos dla mnie. I nie pomylilam sie.
Maly bialy domek pod lasem byl uroczy. Taka wzruszajaca starowinka, z pobielonymi scianami i kwiatami wokol, wlasnie tak jak lubie.. I ta brama, ktorej nie... bylo... i otwarte drzwi wejsciowe, jakby zapraszajace do wejscia... I juz wiedzialam, ze to wlasnie to. Moje klimaty.
Weszlam do srodka, rozgladajac sie ciekawie i gdzies ze srodka domu uslyszalam wesoly glos: Tutaj... tutaj jestem!
Domek byl nieduzy raptem jakies dwa pokoje i kuchnia na dole, wiec przeszlam je i w ostatnim ujrzalam siedzaca w fotelu usmiechnieta starsza pania.
Wskazala na kule i okreslila sie z usmiechem jako "niechodzaca... prawie", cmokajac mnie przy tym w oba policzki. A ja zapatrzylam sie na siateczke zmarszczek na jej twarzy i misternie upiety srebrny koczek. I gdy starsza pani powiedziala: "A nie poszlabys... DZIECKO do komorki po drzewo?" poczulam sie jak w... DOMU!
A potem juz tylko siedzialysmy przy herbacie, grzejac sie w cieple kaflowego pieca i ogladajac... seriale, jeden za drugim! Bo babcia Pelasia jest ich wielka fanka... I gadalysmy bez konca, zasmiewajac sie od czasu do czasu z serialowych bohaterow i ze wszystkiego, nie wiadomo czemu... Ot, tak, cieszac sie, jak dwie stukniete nastolatki.
A gdy zadzwonil syn, pytajac co slychac. babcia dpowiedziala. Jak to co? Telewizor!

I dziwila sie, ze wzielam sobie na glowe te straszna RUINE !!! ... zamiast postawic sobie sliczny, modny domeczek, jak wszyscy wokolo. A ja mowilam, ze nie chce slicznego nowego domeczku, bo nie lubie domow z ... prefabrykatow! I zasmie4walysmy sie, ocierajac lzy z oczu...

Bo babcia, oprocz tej cudnej siateczki zmarszczek i ksztaltnego, srebrnego koczka, posiadala rowniez poczucie humoru. Niewlasciwe raczej ludziom starszym i tym samym schorowanym, nawet gdyby nimi nie byli. Ale tak wlasnie wypadalo. A babcia byla tego calkowitym przeciwienstwem. I nie tylko, ze nie byla zgorzkniala, ale na domiar zlego byla nieprzyzwoicie... wesola! I machala reka niedbale, wskazujac na torbe pelna lekow i na te swoje kule... mowiac ze smiechem, ze czuje sie niekiedy jak narciarz, tylko, ze... wystartowac jakos nie moze!
I wcale bym sie nie zdziwila, gdyby nagle odrzucila te swoje kule i ze smiechem wybiegla do ogrodu, aby poszukac wiosny... ! Albo zaczela wspinac sie nagle na drzewo...! Zupelnie jak Astrid Lindgren, ta od "Pipii L.", ktora to w wieku siedemdziesieciu dwoch lat... wspinala sie jeszcze na drzewa?! Jak dziecko! I pewnie dlatego nie mogla sie calkiem zestarzec?! I pewnie dlatego jej ksiazki dla dzieci byly tak niezwykle?!
Ach... jakze ona sie pieknie zestarzala, wzdychalam teraz, patrzac na babcie Pelasie!!!

A gdy konspiracyjnym glosem, z szelmowskim usmieszkiem mowila - " A wyjmij no moje dziecko z kredensu ta naleweczke ziolowa... bo tak mi serce palpituje!" wiedzialam, ze to czas wspomnien.
Oj, bogate bylo to babcine zycie. I nielatwe. Oj, nazyla sie kobiecinka i niejedno przezyla!
Wojna, glod i poniewierka przypadly jej w udziale. I ciezka praca tez jej nie ominela. Urodzila szescioro dzieci. I nie majac czasu sie nimi zajmowac, musialy robic to same, tak wiec starsze wychowywaly mlodsze. A procz tego musialy wszystko robic w domu, bo ona z mezem od switu do nocy na roli i przy krowach i przy swiniach i przy wycince lasu... Oj, bylo tego, bylo!
A teraz, powiedziala raz ze smiechem, to pewnie te wszystkie dzieci, by mi pozabierali, mowiac, ze je zaniedbuje! Ale sie wychowaly. I wyszly na ludzi. O tak! szescioro dzieci babci to wspaniali ludzie. Poznalam ich, jako ze stale ktorys z nich zaglada do mamy.

I wzdychala, jak ciezko bylo. I jak to glod nieraz zagladal w oczy. I gdy chleb podawano sobie z najwieksza czcia, starajac sie nie zmarnowac ani okruszka. I jak po latach dopiero, kupili dzieciom telewizor, aby na dobranocki nie musieli juz do... sasiadow chodzic. Ale historia. Lubilam ja najbardziej. I jaka to byla wielka radosc w domu. I jak wszyscy, cala rodzina naboznie, jak na niedzielnym kazaniu, zasiadali przed telewizorem, aby uslyszec co tam tez w swiecie nowego.
A potem spiewalysmy serenady z mojej i z babcinej mlodosci.
Ech... po babcinej nalewce mialysmy glosy jak jakie primadonny operowe!
I opowiadala o tym jak remontowali dom, sami jedni, wlasnymi rekoma. Jak trudno bylo, ale ze wszystkim dali rade. I jak zostala wdowa. Ale sie nie martwi, bo ma przeciez... Telewizor!!!

A ja sluchalam i dziwilam sie, coz to za zycie?!
Zycie, w ktorym wszystko bylo tak zwyczajne. Proste. Trudne. I piekne.
Praca. Chleb. Dom. To co najwazniejsze.
Bez zadnych ozdobnikow. Kwintesencja zycia.

I palilysmy w piecu w starej weglowej kuchni. A najwiekszym swietem bylo to, jak ktorejs niedzieli wspolnie gotowalysmy rosol, z wypasionej od sasiadki kury i z jarzynek z ogrodka.
I z makaronem wlasnej, babcinej roboty. Rosol na prawdziwym ogniu smakowal inaczej. To prawdziwa uczta dla ciala i ducha. I powrot do tych smakow i zapachow z dziecinstwa, z moich dzieciecych pobytow u babci na wsi, gdy na weglowej kuchni pyrkal pachnacy rosol, a babcia zagniatala na wielkich kuchennym stole makaron.
I ten zapach rosolu z wlasnym makaronem... pozostal na zawsze. A teraz u babci Pelasi znow powtorka tych dawnych smakow... Menu w postaci rosolu.

Piecio-gwiazdkowy hotel babci Pelasi. Tak wlasnie nazwalam ten objekt. I tylko szyldu brakowalo na bramie, ktorej nie ma...!

A moja "suita" na pieterku, z prostym lozkiem, kaflowym piecem i widokiem na las. Bez lazienki, a nawet bez biezacej wody... byla najbardziej luksusowym apartamentem, jaki moglabym sobie wymarzyc.
I zadziwiajace bylo to, ze to wszystko to, bylo tak bardzo... Prawdziwe.


I warto, bylo przejsc ten szmat drogi... wywedrowac z poludnia na polnoc, aby choc przez chwile pobyc w piecio-gwiazdkowym hotelu babci Pelasi... I posiedziec z nia przy serialach... i chlonac jej opowiesci, zasmiewajac sie z niczego, ot tak po prostu!
I aby moc potem te historie opowiedziec... i spisac i... pokazac swiatu.
I nie wiem jak dla Was, Kochani, ale dla mnie, sa to historie... niezwykle.



I kilka zdjec z moich wedrowek...




... i droga bez konca....




... i stare domy napotykane gdzies po drodze...




... i zaproszenie do odpoczynku dla strudzonego wedrowca...




.... i pierwsze, niesmiale zwiastuny wiosny z ubieglych lat...





... i zbieranie zielska... gdzies po drodze na ziolowe herbatki... Jeszcze tutaj towarzyszyl mi moj pieseczek, wierny towarzysz moich wedrowek... ktory juz niestety przebywa w innym swiecie... patrzyc na mnie z gory...




... i wedrowki na poludniu...


Niestety zdjecia domku babci Pelasi gdzies wsiakly... wiec beda nastepnym razem... jak znow do jej hoteliku pod lasem zawitam.