"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

29.12.2010

Na Dobry Poczatek...

Chcialam Wam, moi Kochani przede wszystkim podziekowac za to, ze przez te wszystkie dni BYLISCIE ze mna i z moja wiekowa Ruinka!
Nie wyobrazacie sobie nawet, jak wiele znaczyly dla mnie Wasze slowa otuchy, Wasze wsparcie i cale te poklady dobrej energii, ktora mi przesylaliscie. I gdy w chwilach najwiekszego zwatpienia, czytalam Wasze komentarze typu:
"... kobieto, nie zalamuj sie, dasz rade... zacisnij zeby i idz do przodu!" lub "... warto, walcz dalej, nie poddawaj sie!" czy "... dasz rade, bo robisz cos waznego!" Zaciskalam zeby i ruszalam do przodu, powtarzajac Wasze slowa jak mantre, podczas gdy wszyscy pukali sie w czolo, wolajac co robie!
To Wy wlasnie dodawaliscie mi swoja wiara sil do walki! I jakze czesto to jedno, jedyne slowo moze zmienic tak wiele.! I walczylam! I dalam rade! I za to wszystko bardzo Wam DZIEKUJE!
Przede mna nowe wyzwania, przeprowadzka do chaty i dalszy remont... tak wiec dalsze Wasze wsparcie bedzie po prostu... nieodzowne!

A na Dobry Poczatek, tego Nowego, 2011 Roku Wszystkim Wam dedykuje utwor Marka Grechuty "Dni, ktorych jeszcze nie znamy".




Tyle było dni do utraty sił
Do utraty tchu tyle było chwil
Gdy żałujesz tych, z których nie masz nic
Jedno warto znać, jedno tylko wiedz, że

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy
Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy








Pewien znany ktoś, kto miał dom i sad
Zgubił nagle sens i w złe kręgi wpadł
Choć majątek prysł, on nie stoczył się
Wytłumaczyć umiał sobie wtedy właśnie, że

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy
Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy







Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy?
Jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych?
Jak oddzielić nagle serce od rozumu?
Jak usłyszeć siebie pośród śpiewu tłumu?








Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy?
Jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych?
Jak odnaleźć nagle radość i nadzieję?
Odpowiedzi szukaj, czasu jest tak wiele...




Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy
Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy



A swiat caly okryl sie biala, puchowa, przecudna pierzynka. Taka ciepla i srebrno-bezpieczna!
I jakby spowolnial... w rytm padajacych leniwie platkow sniegu. I zrobil sie jakis inny, piekniejszy... Z tymi dostojnie ubranymi w biel jak najpiekniejsze panny mlode, drzewami i ta wszechogarniajaca biela.
I ten spokoj i ta cisza wokol! Jak w bajce. I tylko Krolowej Sniegu, ktora jednym musnieciem reki moglaby wszystko zaczarowac, pedzac w swym konnym zaprzegu przez srebrna biel, brakuje!
Wczoraj, gdy szlam platki sniegu przybraly wyglad srebrnych gwiazdek. Gwiazdki z Nieba! Gwiazdki, po ktore wystarczy tylko... siegnac reka... cichutko wypowiadajac zyczenie i... JUZ!
Srebrno-biale gwiazdki to takze... PREZENT dla Nas... od swiata... na ten Nowy Rok!


... Trzysta szescdziesiat piec dni... w ktorych nasze MARZENIA SPELNIAMY!!!!




W Nowym, 2011 Roku
zycze Wam wszystkim
tych trzystu szescdziesieciu pieciu
wspanialych, pelnych
radosci i ciepla dni.

20.12.2010

W ten swiateczny czas...

Swieta... Czym sa swieta...? Czym sa tak naprawde? Tyle juz o nich napisano... i wciaz jakby... za malo. I jakby zadne z tych slow nie bylo w stanie oddac tej ICH calej niezwyklosci!? Bo czy mozna w ogole niezwyklosc ubrac w slowa!?
Swieta... to malujace sie wciaz od lat na naszych twarzach zdziwienie, zdziwienie, ze to... juz, ze dopiero przeciez... listopad... ze jesien... ze zegar czasu bije tak szybko... za szybko... ze tak trudno nadazyc...! A One i tak nic sobie z tego nie robia... przychodzac jak co roku... o zwyklej porze... tak punktualnie... z zegarkiem w reku... pukajac cichutko do naszych drzwi i przypominajac nieublaganie, ze to... JUZ !
Czym sa Swieta ? I czy mozna je zdefiniowac? Mozna jak wszystko. I wg. definicji Boze Narodzenie to uroczystosc Narodzenia Panskiego. Jest to liturgiczne swieto stale przypadajace na 25 grudnia wg. kalendarza gregorianskiego, poprzedzone trzytygodniowym okresem oczekiwania, zwanym adwentem. Boze Narodzenie to zwyczaje i symbole takie jak: oplatek, szopka, choinka, koledy...
To tyle definicja... Ale czym sa swieta... tak naprawde?
Czy swieta to jedynie biel oplatka na snieznobialym obrusie... Zapach choinki... dzwiek koledy... tej jakze polskiej... Czy to smaki i zapachy zapamietane z dziecinstwa... I potrawy, ktorych nie moze zabraknac na wigilijnym stole... ? Czy to... wolne miejsce dla spoznionego goscia...?
Czy tez moze... to nieodgadnione i niewytlumaczalne wzruszenie zalewajace ciepla fala nasze serce...? Czy radosc dziecka... gdy ujrzy pierwsza gwiazdke na niebie... czy rodzina zgromadzona przy wigilijnym stole...?
I jedno jest pewne... ze to Czas magiczny, wyjatkowy, jedyny i niepowtarzalny.
Swieta... To na zawsze zatrzymane w sercu zapachy i smaki zapamietane z dziecinstwa. Jedyne, ktore przechowywuje sie w sercu jak najdrozszy talizman. I ktore, co roku o tej samej porze, gdy tylko zamknie sie oczy, powracaja... wciaz i wciaz, nie pozwalajac zapomniec!
Swieta... To pachnaca lasem choinka, a na niej bialy aniolek wyciety z papieru przy kuchennym stole w zimowe, dlugie wieczory, z przyklejonymi tak niezdarnie dziecinna reka anielskimi wlosami... Taki prosty i zwyczajny... W ktorego wlozylo sie cale serce... I ktorego nie sposob zapomniec. To serduszko z piernika... To orzech wloski zawiniety w zloty papierek po cukierkach... To szyszka przyniesiona prosto z lasu... To wydziergana na szydelku gwiazdka z resztek starych babcinych koronek... To dlugi lancuch z cienkich kolorowych papierkow, tak mozolnie klejony w zimowe wieczory... To pozlacane serduszko..., ktore z takim namaszczeniem pozniej, w ten jeden, jedyny wieczor zawieszalo sie na zielonym drzewku... To lampki w ksztalcie swieczek, zastepujace pozniej, w obawie przed pozarem, te prawdziwe.
I te wszystkie cudenka wykonywane na dlugo przed swietami, jakze pieczolowicie przechowywalo sie potem w kartoniku po butach, az do Wigilii, a potem... az do nastepnej i... znow do kolejnej... jak najdrozsze skarby, o ktorych nie sposob przeciez zapomniec!?
Swieta... to dlugie, goraczkowe przygotowania, zaczynajace sie juz w grudniu.... To cala lista sprawunkow i rzeczy do zrobienia, zapisanych w kalendarzu mamy na dlugo przed ich nadejsciem.
Swieta... to zapach siekanych migdalow i wanilii... To na dlugo nieczynna lazienka... bo zamieszkal w niej... pan Karp, jak go nazywalam. Pan Karp caly w srebrnych luskach, walacy pletwami w boki za ciasnej wanny i rozchlapujacy wode po niebiesko- bialych kafelkach i patrzacy na lazienkowy swiat tymi swoimi zdziwionymi, rybimi, oczyma. I zniecierpliwiony glos mamy: zabij wreszcie te rybe, niech juz tak nie plywa! I glos ojca: a niech sobie jeszcze troche pozyje! I moje niesmiale, w obronie pana Karpia: a moze by go tak... wypuscic do rzeki? I grozna mina mamy... ze swieta bez karpia to przeciez profanacja! Profanacja? I nie rozumiejac tak do konca znaczenia tego slowa, czulam jednak podswiadomie, ze to musi byc cos strasznego i ze Swieta... to musi byc... Cos naprawde waznego.
Swieta... To jakze zmienne koleje losu.... a kazde z nich to inna, oddzielna karta historii zapisana w naszym zyciu, nasza wlasna , jedyna i niepowtarzalna.
Swieta...? To czyjas twarz... czyjes oczy... wyryte w sercu jak pomnik z kamienia...
Swieta.... To... maly bialo- szary, z odgryzionym i tak smiesznie opadajacym na bok uszkiem piesek..., ktory zasiadl wraz z nami pewnej Wigilii do stolu... I nasza radosc, a jego ogromne, malujace sie w oczach przerazenie, ze moze... to tylko tak... na CHWILE... i ze potem znow, gdy skonczy sie ten swiateczny czas... czas dobrych uczynkow... odesle sie go tam, skad przyszedl...!? Bo przeciez czas dobroczynnosci dla zwierzat nie moze trwac wiecznie! I ta jego ogromna radosc, ze... jednak to naprawde... i ze, czas dobrych uczynkow nie musi sie przeciez NIGDY konczyc!
Swieta... to cala gama uczuc... i tych radosnych i tych smutnych i tych jakze bolesnych. To radosc pulsujaca w powietrzu, to smiech dziecka... gdy z noskiem przylepionym do zimnej szyby wypatruje tej jednej, jedynej gwiazdy, dajacej poczatek Czemus... Czemus niezwyklemu!? I ten okrzyk radosci... ze juz JEST... i ze wlasnie sie ukazala! I wielka niewypowiedziana radosc i jakas nagla, nieopisana chec... przytulenia do serca... calego swiata!
Swieta... to obrazy i zdarzenia schowane gdzies tam w zakamarkach duszy, a kazde z nich mogloby stanowic oddzielny rozdzial naszego zycia.... tak nierozerwalnie spleciony z nastepnym.
Swieta... to... zatrzymany pod powiekami obraz... rzedu ceglanych domow z bialymi oknami, tak rownych i identycznych, jak nigdzie indziej na swiecie! To czas gdy wsrod ceglanych murow i pustych ulic, slowo "Swieta" przestalo miec jakiekolwiek znaczenie. A wstrzymywane pod powiekami lzy pecznialy i pecznialy z kazda minuta i godzina... I gdy w mrozna grudniowa noc, rozklekotanym autem pedzilam zasypana sniegiem autostrada... Byle dalej i dalej...! I to ogromne uczucie ulgi na widok znajomych domow i pelnych swiatecznego gwaru i zgielku ulic. I lzy wzruszenia na widok... bialego oplatka na snieznobialym obrusie... zapachu siekanych migdalow zmieszanego z wanilia... dzwieku koledy... tej jakze polskiej. Ten zapach... tak wzruszajacy... jeden jedyny i niepowtarzalny. I gdy slowo "Swieta" znow nabralo znaczenia.
I obraz innych swiat... innych ulic i domow, gdzie zamiast choinki na szaro - bialym obrusie wsrod lukrowanych piernikow, stal czerwony Mikolaj z pekatym brzuchem i dzwonkami w reku, ktory za nacisnieciem guzika podskakiwal jak w transie, spiewajac "Jingle Bell " i zasmiewajac sie przy tym glosno, pobrzekiwal dzwonkami, jakby chcac zagluszyc wszystko to, co wazne. I moje zdziwienie... ze i tak tez mozna i... ze to TEZ swieta.
Swieta... To wyryty w sercu obraz tego... jakze dziwnego i obcego chlopca, ktory pojawil sie tak nieoczekiwanie w ten swiateczny czas... jak gdyby tylko na to czekajac...!? I gdy zastanawialam sie potem, czy byc moze... Maly Ksiaze, nie jest jakims duchem zeslanym po to... aby przekazac mi jakas niezwykla tajemnice... otwierajac mi oczy i serce...!? I zeby slowo swieta nabralo nowego, nieznanego mi jak dotad ZNACZENIA !?
Swieta... Czym sa tak naprawde?
Czy to obraz... tego grudniowego, pogodnego dnia, gdy szlam przez osniezony las do zasypanej sniegiem chaty Heleny i Wladyslawa... wstrzymujac jak zwykle oddech na widok jej niezwyklego piekna... I gdy torujac sobie droge wsrod zwalow smieci doszlam do kuchni i z zapartym tchem stanelam przed... bialym babcinym kredensem ze szklanymi szybkami i tymi smiesznymi malymi szufladkami... aby z jego dna wygrzebac... pozolkle juz, ale jeszcze ze sladami tej dawnej niezwyklej bieli... choinkowe swieczki z metalowymi lichtarzykami i metalowymi klamerkami w ksztalcie swierkowych galazek... Jakze niepowtarzalnie piekne! I gdy pod powiekami zobaczylam obraz... Heleny i i Wladyslawa, gdy w ten wigilijny wieczor przypinaja je na choinkowym, z pobliskiego lasu przyniesionym, tak bardzo pachnacym... jak zadne inne, drzewku... I jak siadaja przy nim z rekoma splecionymi na kolanach... i patrza na cieple swiatlo swiec, grzejac sie w ich blasku. I poczulam zapach tamtej choinki, tak intensywny, jak nigdy dotad... i cieplo swiec oswietlajacych lagodnie ich twarze.
Swieczki zostaly przez skuwajacego tynki i robiacego ogolny porzadek w chacie p. Henia... wywalone i spalone. I p. Heniu nie rozumiejac moich pretensji i zalu za ta ohydna starzyzna, jak ja nazwal, zdenerwowal sie w koncu mowiac: Pani, kupisz sobie przeciez nowe, ciesz sie, ze... spalilem, na diabla ci to cale smietnisko! Malo to smieci wala sie po lesie! Idz i sama zobacz!
I poszlam. Poszlam do lasu, jak tylko sniegi stopnialy i odslonily te wszystkie powywalane przez ludzi paskudztwa i brudy. I szlam przez ten las... z opuszczona glowa i z zacisnietymi ustami, wstydzac sie... spojrzec MU w TWARZ!
Las i jego cale bogactwo... to tez Swieta. Las, ktory obdarza nas pachnacymi swierkami, ktore potem z takim namaszczeniem ustawiamy w rogu pokoju... smazac grzyby do wigilijnej kolacji i delektujac sie ich zapachem i smakiem. I dostajemy je... ot, tak... po prostu... w prezencie, dla nas... Ludzi.
Las jest chojny i cierpliwy... i czeka, liczac, ze czas dobroczynnosci dla NIEGO... lasu... moze kiedys nadejdzie... w ktores, kolejne swieta!
Las i jego mieszkancy czyli zwierzeta... te zyjace na wolnosci... to tez swieta. I choc mnie zawsze sie wydawalo, ze tylko ptaki tak naprawde sa wolne... I te zyjace w schroniskach, ktorym powinno byc... wlasciwie dobrze, a nawet bardzo dobrze, bo sa przeciez pod opieka... CZLOWIEKA. I te z cyrku... zeby ludzie mieli atrakcje... i konie... i te na krotkich, bardzo krotkich lancuchach przy byle jak napredce skleconych budach... Zwierzeta, dla ktorych robi sie rozne akcje swiateczne jak np. Wielcy - Malym. I choc tak do konca trudno powiedziec, kto jest tym Wielkim, a kto tym Malym... I czy ci Mali - to CI z wielkim sercem...?
Swieta... To czas dobroczynnosci dla ludzi... dla zwierzat... czas, gdy fala dobroci tak niespodziewanie zalewa nasze serca. I gdy normalnosc staje sie SWIETEM.
Swieta... to czyjas samotnosc i ... czyjas nadzieja... i nasze puste miejsce przy wigilijnym stole...
Swieta... to...?
I tak wiele mozna by jeszcze napisac... i powiedziec... A i tak zadne ze slow nie odda tego, czym sa one... tak naprawde. I wszystko to i tak bedzie... jakby za MALO.

I wszystkim, tym Wielkim i tym Malym zycze radosnych, takich
otwierajacych oczy i serca
swiat i posylam bozonarodzeniowego Aniolka.




06.12.2010

Po-remontowy czas...

Po-remontowy czas zaczal sie choroba..., ktora przyszla nagle, niespodziewanie, a ktora czaila sie dlugo, gdzies tam w zakamarkach, tak jakby chciala wyczekac tylko odpowiedni moment, aby zaatakowac. I zaatakowala... stawiajac znak STOP. A dawno zapomniane slowo WYSTARCZY... znow nabralo znaczenia. I bezbronna jak dziecko, przykuta do lozka, z atakami goraczki i jakiegos nieziemskiego kaszlu... rzucona na kolana... nie moglam juz nic i wszystko nagle przestalo miec jakiekolwiek znaczenie. Tyle spraw, tyle slow, tyle rozmow... a wszystko... takie malo istotne. I ze wzrokiem wbitym w zegar przy lozku... odliczalam czas, tak jakby nic poza nim nie istnialo! A moze nie istnieje naprawde!?
Tik tak tik tak...
Zegar czasu bije... odmierzajac sekundy, minuty, godziny, dnie, lata... Lata cale, w ktorych zawarte jest zycie czlowieka. Tyle rzeczy do zrobienia... tyle spraw nie cierpiacych zwloki... I nagle to wszystko, w jednej chwili... staje sie tak malo istotne... i dom .... i agent B.... i aniol M... i cala reszta. Zegar czasu jest nieublagany i nie podaruje ani jednej minuty! A ja myslalam, ze dana jest mi cala wiecznosc, myslalam, ze jestem pania Wszechswiata.... A mam tylko SIEBIE. I mam swoj czas.
Tik tak tik tak... Zegar czasu przemawia tak cierpliwie, jak do niesfornego dziecka... Tlumaczy po raz setny, tysieczny...! I daje kolejna szanse! Tak, tak... wiem! Juz wiem.! Odejdz!... blagalam, ze lzami w oczach... juz wystarczy...! Nie jeszcze nie, jeszcze nie pora... slysze zimny glos mojej WLADCZYNI... ktora przyszla nieproszona, jak zwykle, a w rekach, ktorej... zawisl nagle moj los. Nie jeszcze nie czas... i nowy atak goraczki i kaszlu daje znac o sobie. Powala na kolana, jakby chcac mi dusze wyrwac!
Tik tak tik tak...
Moge tylko odliczac. Czuje sie taka marna... skurczam sie i staje sie... pylkiem... Wiruje gdzies tam we Wszechswiecie wraz z tysiacem innych pylkow... aby potem spasc na ziemie i przestac istniec. Jedna jedyna, bezcenna chwila dana jest pylkowi.
Jestem teraz pokorna i ulegla, nie tak jak kiedys. Kiedys traktowalam chorobe po macoszemu, a teraz wiem, po co przychodzi. I wiem, ze zawsze ma cos ukrytego w zanadrzu... i ze zawsze mnie czyms zaskoczy, i ze wlasciwie... powinnam byc wdzieczna. To nabywa sie z czasem, nic nie jest dane od razu, na wszystko przychodzi czas.
Tik tak tik tak...
I gdy w koncu odeszla... moja WLADCZYNI... I gdy juz WYSTARCZYLO... a ja moglam wstac... i znow patrzec na swiat oczami dziecka... i poruszalam sie tak, jakbym byla z chinskiej porcelany, bojac sie, ze przy wiekszym ruchu rozsypie sie na tysiace drobnych kawalkow. I gdy moglam parzyc herbate... robiac z tego rytual... delektujac sie jej smakiem i zapachem. I gdy potem z kubkiem herbaty w reku, w fotelu, moglam patrzec na platki sniegu za oknem, czujac radosc dziecka i dziwiac sie... ze to juz zima... ze grudzien.... i ze zaraz swieta.
Tik tak tik tak....
Platki sniegu za oknem wiruja tak delikatnie, tak lekko... zapatrzylam sie na nie... I moglabym tak godzinami siedziec i patrzec, myslac o cudzie natury. I gdy tak na nie patrze, to mysle, ze przeciez one wcale nie maja ksztaltu gwiazdek, jak mi sie zawsze wydawalo,przypominaja raczej labedzi puch... tak jakby Ktos tam na gorze trzepal pierzynke puchowa... i biale labedzie piorka leniwie spadaly na ziemie! Bedac dzieckiem usilowalam lapac je do torby, chcac miec gwiazdki z nieba... a potem co tchu bieglam do domu i z rozczarowaniem patrzylam na... wode na dnie torby. Biale piorka za oknem staja sie coraz wieksze i leca najpierw leniwie, a potem wiruja coraz szybciej, padajac na parapet i ukladajac sie w puchowa pierzynke. Zapatrzylam sie na nie, zapomninajac, ze ostatnio prawie tylko bieglam.
Tik tak tik tak...
Jaka cisza. Jaki spokoj... I ta biel za oknem. Biel to spokoj. Lubie zime, a najbardziej listopad i grudzien... Te dwa mroczne miesiace maja cos magicznego w sobie, jakby kryly jakas tajemnice!? Lubie wtedy zapalic swiece i siedziec wpatrzona w jej cieply plomien...
Biala puszysta kolderka otulila swiat, ktory zrobil sie od razu jakis piekniejszy. I pozakrywal te wszystkie niedoskonalosci i brudy tego swiata. A ja mam czas, mam czas na to co wazne, bo na to, co nie wazne juz go nie mam... zasmialam sie mojemu Czasowi prosto w twarz! Labedzie piorka za oknem zaczely sie powiekszac, ale dalej byly jakies leniwe. Pamietam jak bedac dzieckiem lubilam na nie patrzec i na wzory na szybie, ktore malowal dziadek mroz, jak mowila mama. Byly jak dziela sztuki. Albo sople lodu... ktore z taka luboscia sie lizalo? Albo gdy ze smiechem lapalismy platki sniegu, kto wiecej nalapie! I gdy szalelismy na sankach, a potem z zarumienionymi od mrozu i radosci policzkami, utytlani sniegiem wracalismy do cieplego domu, aby ogrzac sie przy piecu i wysluchac kolejnej zimowej opowiesci. Teraz nikt juz nie slucha zimowych opowiesci... i kto by je tam opowiadal? Szkoda czasu. Zima dawala tyle radosci! Czy teraz tez daje... czy tez stala sie przeklenstwem, ktore najchetniej wymazaloby sie z kalendarza raz na zawsze! I tylko dzieci zawsze ciesza sie z zimy. Bo dzieci to cos cudownego.
Tik tak tik tak...
Juz poludnie mysle, patrzac w niebo. Wlasciwie to nie obchodzi mnie godzina. Mam przeciez czas. Mam czas na to co wazne, powtarzam na glos. Czas nalezy odmierzac wschodami i zachodami slonca... Tak robili dawniej ludzie i to bylo dobre. W miescie to niemozliwe w tej ustawicznej gonitwie... w pracy... W pracy... Pomyslalam o mojej pracy, ktora nic, nic... procz pieniedzy mi nie daje... stepiajac dusze i umysl. A tak naprawde... to co ja wlasciwie w niej robie!? Nic?!
Tik tak tik tak. Zegar czasu znow przypomnial o sobie.
Wstalam i podeszlam do biurka, otworzylam najmniejsza z szufladek i wyjelam z niej wieczne pioro... Obracalam je w dloni przez chwile, jakby widzac je po raz pierwszy... Kiedy ostatni raz nim pisalam, zamyslilam sie. Przed miesiacami... bo nie mialam czasu. Bo nie mialam czasu na to co lubie. Tik tak tik tak... Siegnelam po kartke papieru i napisalam to co czulam, napisalam wymowienie z pracy, w ktorej nie robilam... NIC! I poczulam, jak jakichs niewidzialny ciezar... spada mi nagle z serca. Poczulam radosc. Spojrzalam z czuloscia na pioro, wiedzac juz co bede robic.
Tik tak tik tak...
Kiedys pisalo sie tylko piorem. Pamietam jak w klasie staly rzedy drewnianych, zielonych lawek z pochylym blatem i z laweczka do siedzenia, stanowiace jedna calosc, jakze piekna! A w srodku blatu bylo miejsce na kalamarz. Szklany kalamarz, ktory pani napelniala niebieskim atramentem. Wszyscy pisalismy piorem, byla to jedynie zwykla plastikowa lub drewniana obsadka, do ktorej wkladalo sie stalowke, ktora zanurzona w niebieskim atramencie wyczarowywala literki. Rzad rowniutko wykaligrafowanych literek o okraglych brzuszkach. Istne cudo! A pani mowila, ze pioro wyrabia charakter, a po charakterze pisma poznaje sie czlowieka.
Trzeba sie bylo bardzo starac, aby literki byly rowne i aby nie zachlapac zeszytu atramentem... bo mozna bylo dostac po lapach od pani. A potem przykladalo sie do literek rozowy lub bialy "liniuszek", czyli taka bibulke i gotowe! Rzad rownych literek, osuszonych przez bibulke widnial na papierze. Ale duma! I nie mialo znaczenia, ze paluszki zachlapane byly atramentem... i mama mogla nakrzyczec... Jakiez to mialo znaczenie, gdy duma rozpierala! Potem kladlo sie pioro do drewnianego piornika z kilkoma przegrodkami -na pioro, na olowek, na gumke Myszke... tak sie nazywala, bo miala myszke narysowana na wierzchu... i na stalowki. Jak w "Plastusiowym pamietniku" mojej ulubionej ksiazce. Wszystko mialo swoje miejsce. Wszystko mialo swoj porzadek. I milosc do piora i do literek pozostala do dzis.
Tik tak tik tak...
I jak dzis pamietam tamten letni dzien, gdy po raz pierwszy, wbieglam do domu Heleny i Wladyslawa... ktory z czasem stal sie moim, a ktory tak naprawde pozostanie ICH... i gdy przeszlam wszystkie pokoje po kolei... zatrzymujac sie w ostatnim i wygrzebujac z wielkiego smietniska na podlodze... ta jedna jedyna rzecz... listy pisane ICH reka. I jak urzeczona wpatrywalam sie w pozolkle kartki papieru, zapisane rzedem rowniutkich literek, pisanych niebieskim, wyblaklym atramentem.... z tymi roztkliwiajacymi bledami ortograficznymi, wlasciwymi jedynie starszym ludziom, ktore tak bardzo mnie rozczulily!
Wieczne piora. Czy sa naprawde wieczne!?
A teraz? Teraz sa kolorowe dlugopisy, ktore mozna wyrzucic gdy sie wypisza i kupic nowe. I juz! To bardzo wygodne. Tylko, ze ja z tej wygody nie korzystam. Nijak nie umiem nimi pisac. Pisze tylko piorem, albo olowkiem i wycieram gumka Myszka. Tylko do urzedow, jakby z premedytacja jakas, pisze dlugopisem, cieszac sie w duszy z powstalych bazgrolow. Mam pelno olowkow i gumek. I mam dwa piora. Jedno ciemno-czerwone, na "codzien". I drugie srebrne, od "swieta". Marzy mi sie jeszcze czarne, ze zlota stalowka i dwoma waskimi zlotymi paseczkami u dolu nakretki... Wiem jakie ma byc... mam je pod powiekami, gdy zamkne oczy...
Labedzie piorka za oknem przybraly kolosalne rozmiary i leca teraz bardzo leniwie. Na moim parapecie utworzyla sie cudna biala,delikatna pierzynka. Jaka cisza. Jaki spokoj.
Tik tak tik tak...
Wyjelam swoj dziennik, do ktorego dawno nie zagladalam..., bo nie... Nie! Tego slowa juz nie uzyje. Wykreslam je z mojego zycia! Mam czas. Otworzylam. Ostatni wpis gdzies w listopadzie. Feee... nieladnie! Wzielam pioro do reki i wsluchujac sie w delikatny szmer stalowki na bialym papierze... szur... szur... szur... napisalam:
7 grudnia... Siedze w fotelu. Nie robie nic specjalnego, poza tym, ze... pije herbate... patrze na platki sniegu za oknem... troche mysle... troche pisze... i... Mam czas.

21.11.2010


Koniec i... i alarm, ktorego nie ma...czyli sposob na zlodziei.

I tak oto po dlugich remontowo - ruinowych miesiacach pelnych zawirowan i burz... nadeszla wreszcie ta upragniona i jakze dlugo wyczekiwana chwila - czyli KONIEC !!!

I wlasnie wczoraj zamknelam swoja Ruine, ktora nabrala juz wygladu prawdziwego domu na "cztery spusty", pozawieszalam klodki, pozabijalam okna i drzwi. Uff... nareszcie! Nareszcie skonczylym, i bede mogla cieszyc sie swietym spokojem, o ktorym tak bardzo przez te wszystkie miesiace marzylam, a ktory to wlasnie teraz staje sie rzeczywistoscia!
I oby tak sie stalo... bo tak naprawde, to wcale GO nie mam!
I pewnie nie bede Go miec, wziawszy pod uwage fakt, iz dom stoi na odludziu i co sie z tym nierozerwalnie wiaze, jest niezlym kaskiem dla okolicznych meneli, nie wylaczajac naturalnie mojego bylego Aniola Stroza i jego nastoletnich synow i calej reszty miejscowego towarzystwa, parajacego sie wiadoma profesja.

Czyli tak naprawde... to o SWIETYM SPOKOJU moge sobie jedynie... pomarzyc.
I aby Go sobie choc w jakims minimalnym stopniu zapewnic i nie majac innego wyjscia, posluchalam rady majstra i postanowilam zalozyc... security, przed ktorym to tak bardzo sie bronilam, a ktorego to prawdziwie nie cierpie.
Ale coz, nalezy mi sie przeciez choc ta odrobina swietego spokoju!

I tak wiec pod koniec pazdziernika zjawil sie u mnie przedstawiciel tejze instytucji, niejaki p. Rafal, powazny agent, powaznej firmy.
P. Rafal o zniewalajacym usmiechu, mlody i zabojczo przystojny, jak na prawdziwego Agenta przystalo... zauroczyl mnie natychmiast. Od razu wiec zgodzilam sie na alarm, myslac przy tym, jakaz to tez cudowna instytucja jest to security, zatrudniajaca tak uroczych agentow jak p. Rafal i zalujac przy tym bardzo, iz z atrakcyjnej niegdys kobiety przeistoczylam sie w budowlano-roboczego babo-chlopa plci blizej nieokreslonej.
No coz, moja Ruina i w tym wzgledzie nie miala nade mna litosci!

Tak wiec p. Rafal fachowym okiem obejrzal chalupe, twierdzac iz potrzebny jest mi jedynie alarm tzw. podstawowy, i w zwiazku z tym cala ta inwestycja nie bedzie wcale taka droga.
I tak oto nie posiadajac sie z radosci, podpisalam cos w rodzaju umowy przedwstepnej, podczas gdy umowe wlasciwa mialam otrzymac po zalozeniu alarmu.
Za kilka dni p. Rafal zjawil sie ponownie, oblepil dom nalepkami, zawiesil na furtce wielka tabliczke - obiekt chroniony i ... odjechal w sina dal!!!
I tak oto wszelki slad po moim uroczym Agencie zaginal. A moje wszelkie proby nawiazania z nim kontaktu spelzly jak dotad na niczym, gdyz telefon mojego Agenta pozostaje wciaz gluchy, a w biurze firmy nikt nie umie dac mi odpowiedzi dlaczego do tej pory nie zostal u mnie zalozony alarm i dlaczego p. Rafal tak bardzo o mnie zapomnial!??

Tak wiec nie mam ani alarmu, ani umowy, ani mojego uroczego Agenta... powinnam wiec byc bardzo, ale to bardzo zla... ale nie jestem!
Nie jestem zla z kilku powodow. Pierwszy z nich to ten, ze gdy moj Agent, ktorym to okazal sie byc naprawde... oblepial dom nalepkami, to wlasnie nadeszly mlodsze dzieci p. Mirka i wtedy to wlasnie p. Rafal w sposob bardzo obrazowy przedstawil dzieciom wizje zakutego w kajdany zloczyncy, ktory to , w wypadku gdyby sprobowal polakomic sie na cudze mienie, tj. w tym wypadku moje, nie ma na to najmniejszych szans, gdyz ZAKLADANY wlasnie przez p. Rafala alarm uniemozliwi mu to i to w ciagu kilku minut!

Dzieci wysluchaly opowiesci Agenta z wypiekami na twarzy i bardzo przejete, tym co uslyszaly, pobiegly do swojego tatusia, zdajac mu relacje o wszystkim.
I tym oto sposobem cala wies dowiedziala sie, ze ta dziwna kobieta na domiar zlego, zalozyla jeszcze ALARM!

Tak wiec mam alarm... ktorego w rzeczywistosci NIE MAM... choc wszyscy wiedza, ze go mam... o czym niezbicie swiadcza pozawieszane tabliczki i ponaklejane nalepki! Jakby wiec na to nie patrzec, p. Rafal zapewnil mi skuteczna ochrone przed zlodziejami. A jednak uroczy ten moj Agent, i jaki prawdziwy!?
I malo wazne, ze ja juz niczego nie rozumiem... w koncu przywyklam przeciez do tylu roznych dziwnych rzeczy, ktore mnie spotkaly, ze juz nic doprawdy, nic nie jest w stanie mnie zdziwic.

W kazdym badz razie, budowa zamknieta, alarm ZALOZONY... a ja moge sie nareszcie rozkoszowac swoim SWIETYM SPOKOJEM!
Hmm... ciekawe jak dlugo!? A moze moj uroczy Agent sie niespodziewanie pojawi!?
Coz zycie jest pelne niespodzianek! I nigdy nic nie wiadomo...

I tak np. wczoraj, gdy padnieta, na czworakach niemalze wracalam ostatnim pociagiem, ktory udalo mi sie jeszcze zlapac, czekala na mnie... nagroda w postaci... hmm... szampana wypitego w iscie szampanskim nastroju z grupka niezwykle wesolych podroznych.!
A moje zmeczenie i wykonczenie pryslo jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki.
Ach, jak to dobrze, ze zycie szykuje nam rozne przedziwne niekiedy niespodzianki!

A oto zdjecia juz... NIE RUINY!


Dom w nowej szacie.





Czeresnie przy domu.





Droga do domu prowadzaca przez las.



Moi mali Przyjaciele -mlodsze dzieci p. Mirka.




Jablonki w jesiennej szacie.




Widok na pola od strony oborki.


Dom od strony laki.


Widok na pola z przodu domu.



Widok na sad.


























07.11.2010

Remontowo - ruinowe zawirowania... i jedno calkiem powaznie zaplanowane... morderstwo.

Tak wiec moje ruinowo-remontowe zawirowania nie maja konca, a towarzyszy im nieodlacznie moja wierna PRZYJACIOLKA depresja, niekonczace sie i wciaz przyrastajace problemy, notoryczny brak czasu, nadmierny pospiech i obnizony poziom ogolnej motywacji do czegokolwiek.
Lody i chipsy, zgodnie z pora roku zamienione zostaly na kremowe ciacha spozywane w nadmiernych, niekiedy wrecz w nieprzyzwoicie obrzydliwych ilosciach, ale dajacych jakze rozkoszne ZAPOMNIENIE!

I tylko nieraz, bedac gdzies tam, pomiedzy... B. a K. w jakims pedzacym pociagu czy busie, niosacym mnie do mojego SZCZESCIA... zastanawiam sie momentami nad tym, dokad to ja tak wlasciwie pedze... i po co mi to wszystko i czy to ma w ogole jakis sens?! I wtedy powraca wciaz to samo MARZENIE... marzenie o tym, aby w koncu skonczyc to cale remontowe zawirowanie, zamknac chate na CZTERY SPUSTY i... wyjechac... wyjechac bardzo, ale to bardzo daleko... i zaczac nareszcie NORMALNIE ZYC!

A tu jeszcze tyle do zrobienia! I na dodatek, trzeba sie spieszyc ze wszystkim, i to bardzo, bo zima za pasem. I pogoda coraz bardziej kaprysna. A ja tak bardzo nie cierpie pospiechu!
Moja Ruina, ktora kiedys tak bardzo mnie urzekla, nie ma nade mna litosci i jest wciaz bardzo, ale to bardzo wymagajaca. Uff... jakze ja za to kocham!

Ale bywa rowniez, choc rzadko... wspanialomyslna. Tak jak np. ostatnio, gdy dala mi wolne od jazdy, pozwalajac wytchnac i wpasc choc na mala chwilke do... SIEBIE, aby co nieco napisac, o tym co sie dzieje. A dzieje sie jak zwykle niemalo!

Tak wiec po kolei, a zaczne od dobrych wiadomosci.
I tu godnym podkreslenia i nadwyraz pozytywnym faktem jest to, ze moja malownicza Ruina nabiera jakiegos domowo-normalnego wygladu i przestaje w koncu straszyc.
I tak oto obecnie kladziona jest dachowka, konczona izolacja fundamentow i drenaz wokol budynku. Trwaja prace w srodku tj. nad pokojem goscinnym i kuchnia zostaly wykonane luki, a dawna wedzarnia przeksztalcona zostala na lazienke i pomieszczenie gospodarcze. Na przekor fachowcom, co kosztowalo mnie nie malo zdrowia, zachowany zostal dotychczasowy rozklad pomieszczen, ich wielkosc i co najwazniejsze ich amfilarowy rozklad, ktory tak bardzo lubie.

Czyli jednym slowem - prace posuwaja sie do przodu, co powinno mnie w sumie cieszyc, a co niestety nie cieszy, poniewaz im bardziej prace posuwaja sie do przodu... tym bardziej moje problemy sie zwiekszaja!

Czyli jakas prawidlowosc!? I to prawie tak, jak w bajce... im blizej celu, tym wiecej przeciwnosci!
A jednak to pocieszajace, ze mam przynajmniej jakis punkt odniesienia!
I gdybym przypadkiem o tym zapomniala, prawie natychmast zostaje mi To PRZYPOMNIANE! Jak za nacisnieciem automatycznego pilota... pojawiaja sie z miejsca nowe trudnosci.
Alez to mile, ze los o mnie jednak nie zapomina!
I chyba naprawde musze pokonac te... TYSIAC lub wiecej przeszkod, aby zdobyc upragniona NAGRODE!? Coraz bardziej zaczynam jednak w TO wierzyc, dziwiac sie samej sobie jak moglam w ogole myslec, ze bedzie inaczej!?!

I w ten oto sposob do istniejacych juz tzw. PROBLEMOW PODSTAWOWYCH, ktorymi sa problemy finansowe i tzw. fachowcowe... doszly ostatnio tzw. pogodowe,a raczej niepogodowe, no i te calkiem nowe, ktore zwalily sie na mnie jak grom z jasnego nieba... a zwiazane z moim Aniolem Strozem czyli p. Mirkiem.

I podczas gdy finansowe, pogodowe i fachowcowe jakos udaje sie przezyc... bo juz sie do nich zdazylam przyzwyczaic, to z tymi ostatnimi tak naprawde nie wiadomo, co zrobic.
Otoz p. Mirek, w ktorym pokladalam tyle nadziei, nazywajac go nawet... swoim Aniolem Strozem... niestety nim sie nie stal.
Jak sie bowiem okazalo kilkaktrotnie widziano p. Mirka i jego starszych synow jak wywozili wozkiem wlasnorecznie przez siebie pociete i poukladane w oborce moje drzewo.
Oprocz tego, widziano mojego Aniola Stroza jak ktoregos pieknego poranka wytaczal sie w letargu alkoholowym z przyczepy, a wraz z nim... pozostalych 17-stu chlopa, jego kompanow wraz z trzema najstarszymi, w tym dwoma nieletnimi synami.
Poza tym, ja sama, ktoregos poranka naliczylam walajace sie wokol przyczepy butelki od piwa w liczbie... 23! nie wspominajac o tych po wodce. Jak sie pozniej okazalo moj niedoszly Aniol Stroz swietowal wlasnie... swoje urodziny, jak sam z duma oswiadczyl, dziwiac sie mojemu zdumieniu i uwazajac, iz ja... bardzo, ale to bardzo ze wszystkim przesadzam i powinnam miec znacznie wiecej... WYOBRAZNI!?

To wszystko byloby jeszcze do zaakceptowania, gdyby nie ostatni, a zarazem najpowazniejszy z zarzutow, a mianowicie dewastacja przyczepy campingowej, w ktorej to p. Mirek spelnial, a raczej mial spelniac swoje obowiazki gospodarza posesji, jak sam to zreszta bardzo ladnie okreslil, a z czego sie niestety nie wywiazal.

Krotko mowiac moja sliczna i zadbana przyczepka stala sie melina pijacka i siedliskiem okolicznych meneli, w ktorej to regularnie odbywaly sie suto zakrapiane alkoholowe libacje.
Efektem owych libacji sa trzy pekniete szyby w oknach, odrazajacy brud i odor alkoholowo-tytoniowy, nie mowiac juz o innych szkodach, na ktore przymknelam oko.

P. Mirek, wielce oburzony moimi zarzutami, stwierdzil, iz to wszystko juz bylo i tylko ja, tego wzystkiego nie... pamietam!?
A on spelnial swoje obowiazki stroza nader sumiennie, co moga potwierdzic jego najstarsi synowie, ktorzy to razem z nim pili i dewastowali i wobec tego p. Mirek nie rozumie zupelnie czego ja od niego chce i czego sie w ogole... czepiam!
Bo tak naprawde, to powinnam zajac sie raczej fachowcami, ktorzy odstawiaja niezla fuszerke...!? i on moze mi to pokazac, a jego... GOSPODARZA POSESJI mam zastawic w spokoju i zakupic jego psu Misiowi nowa porcje jedzenia!?
Bo on juz Misia karmil nie bedzie, skoro Misiu pilnuje mojej posesji, a wiec jak sama logika wykazuje jest to... moj obowiazek!
Zachowujac zimna krew, wytaszczylam wiec z auta puszki dla mojego prawdziwego Aniola Stroza, najukochanszego ze wszystkich psow na swiecie i postawilam tryumfalnie przed p. Mirkiem.
Niestety, nie zrobily one na nim wiekszego wrazenia i p. Mirek zazadal... pieniedzy na SWOJEGO psa, ktory nagle stal sie jego, twierdzac, iz on kupi SWOJEMU psu to, co pies lubi, a nie takie tam... swinstwo!

W zwiazku z tym, przeszlam do rzeczy i zazadalam naprawy szkod lub ich odpracowania przy robieniu plotu. I wtedy to p. Mirek bardzo sie zdenerwowal i powiedzial, iz on sie juz wystarczajaco duzo napracowal przy pilnowaniu moich ruin i w zwiazku z tym, nic wiecej robic nie bedzie. Po czym wsiadl na rower i rzucajac glosno przeklenstwami odjechal.

Zostalam sama ze zdewastowana i cuchnaca przyczepa. Gotowalo sie we mnie niezle i ogarnal mnie nagly i niespodziewany zew krwi. Wsciekla pomyslalam, iz p. Mirka powinnam nie tylko wywalic, ale powinnam go najzwyczajniej w swiecie... po prostu, z zimna krwia... zamordowac! Czego moglabym z najwieksza przyjemnoscia dokonac!
Zaczelam snuc wiec plany o tym, jakiez byloby to zbawienne dla wszystkich, ktorych on okradal, dla calej wioski, a zwlaszcza dla jego szesciorga jeszcze nie calkiem zdegradowanych mlodszych dzieci i jakaz bylaby to dla nich ulga, pozbawic ich ojca menela i zlodzieja...

Moje plany, ktore tak dobrze mi sie snulo, przerwal mi... moj niedoszly Aniol Stroz, ktory to wlasnie powrocil i to w stanie upojenia alkoholowego, ale za to w bardzo dobrym humorze, a po niedawnej agresji nie bylo ani sladu. I powiedzial, iz on moze mi dalej pilnowac tego mojego calego KRAMU, a ja dam mu tylko na flaszke... gdy przyjade od czasu do czasu... bo to wszystko... i tu p. Mirek zatoczyl reka krag wokol siebie... za ktorym powiodlam wzrokiem, to wszystko to jest... MIRKOWO!

I w tej samej chwili, nie wiedzac czemu, przyszedl mi na mysl pies sasiadki, piekny, ogromny wilczur,ktorego czesto widzialam na spacerze, a ktory to niedawno zostal otruty, a sprawca byl podobno... moj Aniol Stroz!
Ponure mysli mnie naszly i pomyslalam, ze moje mordercze plany wcale nie sa takie calkiem glupie... i kto wie...!?
Matko swieta! Toz to wszystko zaczyna juz zakrawac na jakis kryminal. I czy ja aby napewno mam zamiar w tym wszystkim uczestniczyc!?
No coz, chyba nie mam wyboru, bo ja juz przeciez i tak, chcac czy nie chcac, w tym wszystkim... tkwie!






Dach przygotowany do polozenia dachowki.




Moj prawdziwy Aniol Stroz - Misiu



Wejscie do pokoju



Wejscie do kuchni a z niej do pokoju



Izolacja fundamentu



30.09.2010

Ruinowe fanaberie....!


Nareszcie znalazlam chwilke, zeby choc cokolwiek napisac.
Tak bardzo nie cierpie nie miec czasu i zyc w tym ciaglym pospiechu, w ktorym obecnie wlasnie tkwie... ale coz, odkad stalam sie wlascicielka Ruiny, moje zycie zmienilo sie diametralnie, a brak czasu stal sie rzecza niemalze normalna.
Wszystko bowiem zostalo podporzadkowane temu jednemu, jedynemu celowi - czyli mojej malowniczej ruinie, ktora z biegiem czasu staje sie coraz bardziej wymagajaca.
Wymagajaca i nie znajaca litosci nade mna... biedaczka, wysuwajac sie na czolowe miejsce w moim zyciu... i zachowujac sie przy tym tak, jakby byla NAJWAZNIEJSZA na calym swiecie i poza nia, nic wiecej nie istnialo!
A moze nie istnieje?!
Alez to przeciez jakies FANABERIE?!
Fanaberie, ktorym ja niestety calkowicie... uleglam!

Ruina, ktora kiedys tak bardzo mnie urzekla... teraz tak bardzo mnie wykancza, stawiajac przede mna ogrom pracy, zabierajac mi czas, sily a nawet... mysli, ktore kraza nieprzerwanie tylko wokol NIEJ. A ja zyje jak w jakims transie!
I bywaja chwile, ze mam JEJ juz tak serdecznie dosyc, iz mialabym jedynie ochote odwrocic sie plecami i odejsc... odejsc jak najdalej, a najlepiej uciec i miec nareszcie... SWIETY SPOKOJ... ktorego pragne jak niczego bardziej na swiecie!!!
Ale.. niestety... ruina mi na to nigdy nie pozwoli, przyciagajac mnie do siebie... w jakis niepojety sposob, niczym magnez jaki!
Najwidoczniej jestesmy sobie pisani! Na dobre i na zle... jak w tej slubnej przysiedze!
Wiec ulegla i pokorna, zaopatrzona w cala silna wole, jaka udaje mi sie tylko zgromadzic, ruszam tydzien w tydzien na JEJ spotkanie. Jade wszystkimi mozliwymi srodkami lokomocji, jakie udaje mi sie tylko dosiasc, aby w koncu swoim autkiem,czekajacym na mnie gdzies tam, na miejskim parkingu w miasteczku K.dojechac wreszcie do swojego "wymarzonego i upragnionego" celu, jakim stala sie moja ruina.

Na miejscu zas... od miesiaca czeka mnie wciaz ten sam scenariusz.
Gdy wiec zajezdzam... na moje spotkanie wybiega radosna gromadka... dzieci i psow.
Dzieci w liczbie ok. 6-7 i psy w liczbie ok. 3-4 naleza do p. Mirka, mojego... ANIOLA STROZA, ktoremu zawierzylam i powierzylam caly niemalze swoj dobytek.
I moj aniol stroz... okazal sie o dziwo... NIM NAPRAWDE... i jak dotad mnie nie zawiodl!
A wiec CUDA istnieja!? Jestem doprawdy ZBUDOWANA!
A moze to naprawde jakas cudowna PRZEMIANA!? I p. Mirek z czlowieka asocjalnego przemieni sie w czlowieka Uczciwego?!
Trzeba przeciez w koncu wierzyc w CZLOWIEKA.
Jestem wiec dobrej mysli. I wierze w p. Mirka, nie majac przeciez... innego wyjscia!?

Tak wiec wracajac do mojego scenariusza, to wypadki tocza sie w nastepujacy sposob i prawie zawsze tak samo:
Otoz po niezwykle radosnym powitaniu z dziecmi i psami, czeka mnie nieco mniej radosne powitanie z majstrem, ktory to z ogromna niecierpliwosci, zacierajac rece czeka juz na mnie, zarzucajac mnie z miejsca i z jakas dziwna premedytacja chinszczyzna, ktorej i tak nie znam... i tysiacem pytan, na ktore... i tak nie znam odpowiedzi!
A gdy zdarza mi sie COS jednak wiedziec, co sie rowniez rzadko, ale zdarza, wowczas on majster, patrzy na mnie tak dziwnie jakos, po czym mowi, skad ja to moge przeciez wiedziec, skoro jestem i tak calkowitym... laikiem!
Wtedy ja wsciekla, pedze do auta, wyciagajac plik, wydrukowanych z netu papierow,i macham mu nimi przed nosem, na dowod, ze to co mowie, to swieta prawda, bo tak mowi przeciez wiedza i nauka. A wiedza i nauka to SWIETE!
Tak swiete... moze, ale nie dla majstra. Bo on swoja wiedze przeciez ma. A zreszta dla niego liczy sie tylko i wylacznie praktyka, a to co jest tam gdzies powypisywane... to i tak nie ma nic wspolnego z tym, co on MAJSter wie i POTRAFI!!!
I tu nastepuje.... monolog MISTRZA.... ktorego ja, o zgrozo...i tak nie slucham, tylko machajac reka, pedze do auta, zakladam robocze ciuchy, filcogumiaki...biore widly i lopate i ku zgrozie mistrza... ide do dzieci.

A dzieci ciesza sie, jak to tylko dzieci potrafia, sa radosne, pelne energii i checi do pracy, pytajac od razu - co bedziemy robic.
A gdy mowie, ze... to i tamto, wydaja indianskie okrzyki,i kazde chce cos robic, wiec rozdzielam prace, po czym uzbrojeni w wiadra, pedzle, szpachle... ruszamy do dziela. Ostatnio pobielilismy i poprzycinalismy wspolnie drzewka.
Musimy przedstawiac niezwykle dziwny widok... gdy tak idziemy razem, ja a za mna siodemka dzieci, a na koncu wesolo poszczekujace psy.

Majster jako fachowiec moze i nie jest najgorszy... ale wspolnego jezyka jakos nie mamy. A poza tym ja nie znam laciny, wiec i porozumienie jest utrudnione.
Tak wiec z dziecmi tworzymy zgrana i wesola grupe, a one juz zobowiazaly sie,ze gdy tylko tu zamieszkam pomagac mi beda we wszystkim!
Mam wiec wspaniala perspektywe przed soba... i udajac, ze nie widze nagannego wzroku majstra, czuje sie jak jakas... bajkowa krolewna, ktora trafila do jakiegos dziwnego domku w srodku lasu i spotkala w nim... KRASNOLUDKI!

I gdy powiedzialam p. Mirkowi w uniesieniu, jak wspaniale ma dzieci, najpierw podrapal sie po glowie, a w koncu powiedzial:
Oj, pani... a jakie leniwe!

A poza tym w skrocie wyglada to wszystko tak:
Polozono nowa wiezbe i dach zostal przykryty tzw. membrana. Obecnie robione sa kominy i reperowane mury w srodku.
Tak wiec chalupa zaczyna nabierac wygladu domu i przestaje straszyc swoim wygladem opuszczonej przez Boga i ludzi rudery.
Ja zas... no coz... coraz bardziej wykonczona, majaca przed soba ogrom pracy, rosnace koszty, pietrzace sie stosy zadan... i ogolny brak sil, a w perspektywie miesiace jesienne w pocie czola... niekonczace sie jazdy... przestalam juz w ogole CZYMKOLWIEK sie przejmowac.
I to chociazby z tego prostego powodu, iz... na NIC juz nie mam sily!

Tak wyglada ruina.


Moi mali przyjaciele...

20.09.2010

Moje ulubione....

Dzieki Anandzie z bloga "Stary dom i... my" moglam choc na krotka chwile, za co bardzo dziekuje oderwac sie od remontowej "zawieruchy" i wziasc udzial w zabawie w "Ulubiona 10".

Dziekuje za zaproszenie i oto moja ulubiona 10.
Tak wiec:

1. Lubie SLODKIE NIC-NIE-ROBIENIE... gapienie sie w gwiazdy i obserwowanie plynacego po niebie ksiezyca.

2.Lubie wloczegi... zwlaszcza te samotne... snucie sie bez celu wsrod pol i lak, a potem powrot z nareczem polnych kwiatow i ukladanie ich w bukiety.

3. Lubie patrzec jak o poranku otwieraja sie zolte, malutkie kwiatuszki na mojej lace... a potem zanurzenie twarzy w porannej rosie.

4. Lubie sluchac porannego koncertu jaskolek, siadajacych w rownych rzedach na piecio-lini niskiego napiecia tuz nad moja glowa... z ta niezwykla gracja, wlasciwa jedynie... wielkim artystom.

5. Lubie moja ukochana...starenka jablonke, pod ktora uwielbiam siedziec, a ktora cale lato obdarza mnie malutkimi, slodkimi jabluszkami, dajac jakze mily cien i chlod.

6. Lubie zwierzeta... wszystkie bez wyjatku... ale najbardziej te opuszczone, samotne i bezbronne.

7. Lubie zycie bez zegarka i kalendarza.

8. Lubie cisze, zapach lak i przestrzen az po horyzont.

9. Lubie obserwowac malego zoltego ptaszka, ktory czesto przylatuje do mojego "ogrodu" i sluchac jego radosnego szczebiotu.

10. Lubie stare chalupki... takie starowinki, chylace sie ku ziemi, ktore tak bardzo mnie rozczulaja, a ktore w jakis niewytlumaczalny sposob zachowuja te tajemnicza aure zakletego domostwa, zatopionego w dzikim ogrodzie... z wiekowymi drzewami, a wsrod nich lubie najbardziej... mojego staruszka, ktorego wlasnie usiluje... odczarowac.

Do zabawy w "ulubiona 10" pragne zaprosic:

OLQE
Grasza44
Los aspaqueros
Mirke

Zasady zabawy w ulubiona dziesiatke pewnie wszyscy znaja, ale przypomne, ze nalezy w swoim poscie umiescic informacje o osobie, ktora nas zaprosila do zabawy, przedstawic swoja ulubiona dziesiatke i zaprosic kolejne osoby do zabawy.

Zycze milej zabawy i pozdrawiam.

15.09.2010

Szczescie... ulotne jest.

I zeby tak naprawde o tym nie zapomniec, tak zupelnie...tak calkowicie, musi od czasu do czasu dac o tym znac...
I tak tez sie stalo... gdy po chwilach wielkiej euforii... nadeszly chwile wielkiego zwatpienia... ktorego to przyczyna stal sie... zwykly, niewinny DESZCZ... ot, taka blahostka, zdawac by sie moglo... ale niestety... jakze grozna w skutkach potrafi ona byc, wie o tym kazdy bez mala.
I ta oto blahostka przyprawila mnie o niezly bol glowy, gdy z trwoga patrzylam na padajacy przez dwa dni i dwie noce deszcz, myslac z przerazeniem o tym, jakie szkody moze on wyrzadzic i co bedzie jak moja ruine zaleje calkowicie, a ceglane sciany nasiakna woda, pozamakaja i nie bedzie juz nawet czego ratowac!
I ta bezsilnosc wobec SIL NATURY i ten wszechogarniajacy lek...sparalizowal mnie zupelnie.

I pozazdroscilam nagle wszystkim tym, ktorzy... nie buduja, nie remontuja i nie musza obawiac sie zwyklego deszczu... i nie musza nic, majac po prostu... SWIETY SPOKOJ!
Och, jakze zapragnelam nagle SWIETEGO SPOKOJU!
Jakze dobrze jest GO miec... i nic nie musiec!
A ja... tyle rzeczy MUSZE!

I tak wiec, zeby mi nie bylo ani za DOBRZE, ani za LATWO... to oprocz deszczu, zostalam jeszcze na dokladke... okradziona.
Skradziono, a raczej wyrwano ze sciany nowiutka skrzynke elektryczna i zostawiono na pocieszenie jedynie smetnie zwisajace kable...

Aby wiec uchronic dom przed dalszymi kradziezami musialam podjac natychmiastowa decyzje przywiezienia na miejsce WYPADKOW mojej przyczepy i znalezienia KOGOS, kto bylby strozem na posesji, przynajmniej na okres do zimy.

Tak wiec majac bardzo malo czasu i jeszcze mniej sily, moj wybor, a wlasciwie jego brak... padl na... p. Mirka, czlowieka tzw. asocjalnego czyli parajajacego sie roznymi podejrzanymi "zajeciami", nie stroniacego od alkoholu i ojca 9-ciorga dzieci.
Pan Mirek, ktory wraz z synami pracowal przy wyburzaniu dachu, okazal sie jednak nie az tak bardzo... asocjalny, jak to o nim mowiono i w zwiazku z tym postanowilam ponownie obdarzyc p. Mirka pewna doza ZAUFANIa...
I tak oto p. Mirek zostal... STROZEM mojej posesji czyli ktotko mowiac - zlodziej stanal na strazy prawa!
Czyli niezly "bigos"!

A ja, kobieta bez wyobrazni, z dusza na ramieniu... odjechalam tak szybko jak tylko zdolalam z miejsca WYDARZEN, zastanawiajac sie po drodze... jakiz to tez bedzie dalszy ciag WYPADKOW?!

05.09.2010

Krajobraz... ksiezycowy i... schody do nieba.


Tak wiec zaczelam... i praca w pelni... a ja wciaz jeszcze nie moge uwierzyc... ze to stalo sie naprawde!
Bo byc moze, to co dla innych byloby zwyklym remontem, dla mnie jest czyms... hmm... niezwyklym.... moze z racji tej, iz jestem kobieta i moja wiedza remontowo-budowlana jest naprawde nikla, jesli w ogole nie zerowa?!
Najwazniejsze bylo jednak zaczac... zrobic ten pierwszy, najwazniejszy krok... a za nim nastapia juz sila rzeczy kolejne.
A wiec ide... ide do przodu i towarzysza mi wszystkie mozliwe emocje... od euforystycznej radosci az po paralizujacy strach, myslac przy tym, iz co mnie nie zabije, to napewno wzmocni.

Tak wiec ostatniego dnia sierpnia po wyburzeniu przez p. Mirka i jego syna drugiego szczytu i zwaleniu ostatnich belek stropowych... wszystko zakryla ogromna szara chmura pylu..., spod ktorej po dobrej chwili naszym oczom ukazal sie... hmm... KRAJOBRAZ KSIEZYCOWY.

Oto on:


Schody do... NIEBA.


Okno na swiat.



Wykorzystujac sloneczna pogode, przez caly dzien ja i p. Mirek przycinalismy czeresnie, ja zas zabezpieczalam rany po cieciu srodkiem grzybobojczym.
I choc p. Mirek chcial natychmiast TO CALE prochno poscinac, bo TO TO tylko szpeci... nie zgodzilam sie na to. Nie udalo mi sie niestety uratowac jednej starej jablonki i starego swierku, ktore pod moja nieobecnosc p. Mirek z satysfakcja pozbawil zycia, twierdzac, iz od razu wszystko ladniej wyglada i ze dzieki jego tworczej inwencji... bez tych staroci mam miejsce, na nowe ladne drzewka.

Moj czeresniowy Sad...




to... ogromna, stara czeresnia, wokol ktorej jak dzieci przytulone do matki rosna sobie sliczne, mlode czeresienki. A teraz poprzycinane i pomalowane tworza naprawde piekny widok.

Widok na salon.


Sypialnia pod gwiazdami.


Nostalgia pod stara czeresnia...


Ja i moje... szczescie.


Po czym ogarnal mnie jakis... dziwny, blogi spokoj.




26.08.2010

Szczescie ma... rozne oblicza...


Spiesze doniesc, Wam, moi Kochani, tym WSZYSTKIM, ktorzy czytuja te moje zapiski i dodajac otuchy, wierza, iz mi sie w koncu uda.../ za co serdecznie dziekuje!/... tak wiec spiesze doniesc, iz po miesiacach przeplatanych na zmiane chwilami zwatpien, euforii, momentami zalaman i niezliczonymi... probami ucieczki z miejsca "wydarzen"... Moja RUINA nieublaganie i w jakichs blizej niewytlumaczalny sposob, gdziekolwiek bym nie byla... nawet wpol drogi... zawracala mnie z POWROTEM.
Chcac jakby w ten oto sposob dac mi do zrozumienia..., iz bez wzgledu na wszystko, nieodwolalnie nalezymy... DO SIEBIE.
NA ZAWSZE.
Tak jak w malzenskiej przysiedze. NA DOBRE I NA ZLE.
I ze moje proby... "ODWROTU" sa jakze... dziecinnie smieszne i jakze... bezsensowne.
Bo w koncu i tak... WROCE do mojego... PRZEZNACZENIA.
I WRACALAM... wracalam skruszona, nie mogac inaczej.
Wracalam... tak jak dziecko marnotrawne wraca do domu.
Az w koncu poddajac sie zupelnie i.... zaczynajac... zaczynajac, TO czego tak bardzo sie balam.
I tak oto moj STARUSZEK dostaje NOWE ZYCIE.

A ja jestem.... ABSOLUTNIE SZCZESLIWA


Tak wygladal staruszek jeszcze wczoraj, dzis sa juz wszystkie drewniane elementy dachu zdjete i ladnie poukladane przez pana M. i jego synow w oborce.




Chlopcy pana M. pomagaja przy zwozeniu dachowek do oborki