"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

01.07.2011


Oczekiwania... szerszenie... i maki...

Moje obecne poczynania remontowe mozna zamknac w jednym slowie:
- Oczekiwania.
Oczekuje... na okna, ktore mialy juz dawno byc, a ktorych jeszcze nie ma.... oczekuje na elektrykow, ktorzy mieli byc, a ktorych tez nie ma... czekam na studnie, ktorej tez nie moge sie doczekac... czekam na hydraulikow... czekam... i czekam. A czas sobie plynie. Ale jak mnie pouczono i zapewniono... wkrotce wszystko ma... BYC... a ja mam sobie tylko czekac. I to wszystko, na dodatek ma sie wydarzyc w tym jednym... jedynym dniu...?!
Wiec nie ulega watpliwosci, ze bede miala... niesamowite, pomijajac juz sam fakt, ze jesli je w ogole przezyje... urodziny!!!
Wiec ... czekam!!!

Ale, zeby nie bylo tak, ze nic nie mam, wiec mam... mam, coraz to nowe niespodzianki.
I tak mam np.... SZERSZENIE!
Owe zwierzatka, widac upodobaly sobie bardzo moj malowniczy domek, wijac sobie w nim zapewne sliczne gniazdko, gdzies tam pod dachem i nie pozwalajac mi nawet sie do niego zblizyc... co mnie wcale zreszta nie dziwi.
Tak wlasnie bylo ktoregos dnia, gdy zamiast panow elektrykow... zastalam w swojej chatce... roj szerszeni, ktory uparcie krazyl nad moim autkiem, pobzykujac zlowrogo i uziemiajac mnie w nim i tlukac w szyby i maske z niespotykana sila!
Scena, gdyby ktos sie blizej jej przyjrzal, jakby zywcem wyjeta z filmu Chitchcoca "Ptaki", w ktorym to roj ptactwa atakuje glowna bohaterke... z tym, ze te moje, mnie jeszcze nie "zzeraly"... na szczescie!

I coz bylo robic?!
Uziemiona w swoim autku, obdzwanialam wszystkich, kogo tylko sie dalo, zaczynajac od jasnie pana lesnika... i proszac pokornym glosem o pomoc, co i tak na nic sie nie zdalo... bo lesnictwo strasznie zajete i w zwiazku z tym... polecilo mi straz pozarna... a straz... gmine.... a gmina - sanepid... ale ja w miedzyczasie przestalam juz zupelnie wierzyc w... cuda, postanawiajac tym samym przejac sprawe w swoje rece... czyli udac sie po pomoc do swojej najblizszej sasiadki K. ktora jedynie... wzruszyla ramionami.
No coz, nikt przeciez nie mowil, ze bedzie latwo...?!

Gdy wiec wracalam z nadzieja, ze jakims cudownym sposobem roj zwierzatek juz sobie odlecial, a ja najspokojniej w swiecie, wejde sobie do mojego domku... myslac przy tym... jakiez to swietne mam teraz zycie... bo kazdego dnia cos sie dzieje... i kazdego dnia musze walic glowa w mur... a o stagnacji i nudzie nie ma mowy... roj szerszeniowy jakby sie zmniejszyl, ale nadal istnial, krazac zlowieszczo w powietrzu i trzymajac mnie na dystans.

I gdy tak siedzialam, uziemiona, pograzona w dosc ponurych myslach... krazacych wokol tego, czy odjezdzac... czy tez zostawac....i co robic w ogole... niespodziewanie nadszedl moj ubiegloroczny pomocnik... p. Heniu. O, jakze sie ucieszylam!
Pan Heniu, bedacy akurat w bardzo blogim stanie upojenia alkoholowego, ucieszyl sie rowniez ze spotkania... a po zapoznaniu sie z problemem, oswiadczyl, iz mam szczescie... bo trafilam wlasnie na... specjaliste od likwidowania gniazd. I ze mam czekac... a on skoczy tylko po drabine... a potem zrobi porzadek!

Wiec czekalam, blogoslawiac w duchu mojego wybawce, myslac o tym, jakaz to bede szczesliwa... gdy gniazdka juz nie bedzie! I gdy po przeszlo godzinnym oczekiwaniu... stracilam juz nadzieje... walnelam piescia w stol - /czyt.w kierownice/... mowiac sobie, ze jesli jest mi pisane... "pozarcie" przez owe owady, to niech tak sie stanie, ale ja w kazdym badz razie - wychodze!
I naubierawszy na siebie wszystko, co tylko bylo mozliwe, ruszylam im naprzeciw, myslac o tym, jak bardzo wszyscy mnie olali i... ze wzmozona wola walki, rzucilam sie w strone metrowych juz chyba chaszczy, co juz bylo i tak, w obliczu tego wszystkiego... prawie bez znaczenia.
Pracowalam z zacieciem, jakiego u siebie nawet nie podejrzewalam, myslac, ze jak tak dalej pojdzie, to w mgnieniu oka... odchaszcze te swoje pol hektara... i nie majac nawet bladego pojecia, ze znajduje sie dokladnie w miejscu, w ktorym to pod dachem obory, wisi wielki bialy, misternie utkany... kokon.

I wtedy wydarza sie naprawde cudowny przypadek.
Oto calkiem niespodziewanie, przed moja furtka staje moj najblizszy sasiad - K.
I nie byloby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, ze K. ignorowal mnie calkowicie. Nawet ze mna nie rozmawial, chowajac sie zawsze do chalupy, gdy do nich zachodzilam, a jedynymi osobami, ktore raczyly mnie jakas tam rozmowa byly jego zona i corka.

Wiec teraz, gdy K. stanal nagle przede mna... oswiadczajac, iz on... zlikwiduje u mnie owo gniazdo i pomoze mi ogarnac to cale moje... NIECHLUJSTWO... czyli skosi moj OGROD... myslalam, ze sie przeslyszalam!

Tak wiec w jednej niemalze chwili uwierzylam ponownie w ... CUDA ! Tylko, zeby az do tego stopnia?!!

Jesli wiec kiedykolwiek w ogole watpilam w mojego Aniola... tego od cudow i od zadan specjalnych... tak teraz, nie mialam juz najmniejszych watpliwosci... Blekitny byl bez watpienia ze mna!

A potem bylo juz tylko pieknie!
Cale popoludnie pracowalismy ramie w ramie... ja wyrywajac recznie wielkie chaszcze pod obora, i moj sasiad z "odzysku" koszac, a co nie skosil, to ja wyrywalam, a gdy kosa sie stepila... pojechal do wsi pozyczyc nowa! Cud... prawdziwy cud!

I tak gdzies pod wieczor w moim ogrodzie... zaczelo sie robic... calkiem OGRODOWO. A ogrod zaczal sie stawac lekko uporzadkowany... jako, ze tak bardzo ogrodowo to u mnie nigdy nie bedzie i ten element dzikosci pozostanie... rowne trawniki, to nie dla mnie.

A poznym wieczorem K. w ochronnym ubraniu i w kasku na glowie, jak rycerz jaki... przystapil do akcji - SZERSZENIE, wynoszac z pietra obory wielki szerszeniowy kokon. Jak prawdziwy bohater!
I faktycznie, nastepnego dnia po szerszeniach, ani sladu!!!
Tyle szczescia na raz!
A ja moglam juz dalej pracowac spokojnie w swoim ogrodzie. Ach, coz za ulga!
I wtedy wlasnie, spod ogromnych porastajacych podworko chaszczy, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zaczely ukazywac sie... MAKI!
Cale poletka wysokich i dorodnych, jeszcze nie rozkwitlych makow... jakich nigdy dotad nie widzialam!
Monte Casino... jak orzekl moj sasiad !

I widzialam juz, jak to pieknie bedzie, gdy maki porozkwitaja w tym moim troche juz uporzadkowanym... a troche jeszcze dzikim ogrodzie.
I spogladajac na pecherze na rekach... poczulam, ze zrobilam... cos tak... NAPRAWDE. I ze ten dom... niezwyczajny jakis... wymagajacy bardzo jest. Nie zadowala sie byle czym. Zmusza do walki... rzucajac pod nogi coraz to nowe klody.

To chyba taka ... domena starych domow... same heroiczne w swym trwaniu, nie pozwalaja na... byle-jakosc. A moj postawil sobie widac... szczytny cel - zrobienia ze mnie twardego czlowieka.... takiego co to sie nie... uleknie i nie... odejdzie. Twardziela, jednym slowem!
Testujac bez konca i zmuszajac do dzialania... bo szerszenie... bo chaszcze... bo... stroz... bo kolejne, ktores tam z rzedu wlamanie... Ech, i tak bez konca... coraz to nowe wyzwania... na tej nie konczacej sie liscie!!!

I zeby moc napawac sie tym calym pieknem i widokiem jak marzenie... musze miec chyba... rece urobione po pachy i... pecherze na dloniach!?
I czy to wszystko, nie zostalo juz niejako wpisane w ten caly scenariusz... zanim DOM... odpusci i podaruje... Milosc?! A moze juz ja wlasnie dostalam... myslalam... patrzac na niezwyklej urody kwiaty?!
Ach, wiec to tyle... czasu trzeba... i tyle trudu... zeby dom sie otworzyl i... zeby zeslal w koncu... USMIECH!
Maki w urodzinowym prezencie. W prezencie od DOMU.
To bardzo piekny prezent i... chyba... najpiekniejszy!


Maki o niezwyklej, rozowej barwie i platkach przypominajacych... piwonie.





Maki szlachetne... jak nazwal je moj sasiad?!



Czyz nie sa piekne?!
I trzymajcie prosze kciuki za moje poniedzialkowe... oczekiwania!

12 komentarzy:

  1. Kochana! Pęcherze na rękach od pracy, pęcherze na ciele od koszenia pokrzyw, spalone słońcem ramiona, bo cały dzień na dworze zleciał nie wiadomo kiedy - tak to wszystko los zakochanych w starych domostwach. Ale, ale to tylko etap przejściowy. A wszystko co przychodzi zbyt łatwo i szybko, słabo i krótko cieszy. Maki piękne, jak skarby odkryte. Coś czuję, że nie jednym skarbem dom Cię obdarzy. Pozdrawiam bardzo ciepło i doczekania fachowców życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Maki przecudnej urody, uwielbiam maki, sadziłam, pielęgnowałam, ochraniałam przed kretami, a u Ciebie, jak królik z kapelusza wyskoczyły. To na osłodę tych pęcherzy na dłoniach i spracowanych rąk, naprawdę dostałaś niesamowity prezent, a własćiwie prezenty, bo i Anioł Stróż się znalazł, każdy dom ma swojego Anioła, a i fachowcy przyjdą i okna przyjadą i jeszcze niejedna niespodzianka Cię czeka miła, czasami wręcz przeciwnie. Pozdrawiam z mojego już oswojonego domu..

    OdpowiedzUsuń
  3. Amelio, najważniejsze pytanie: czy już mieszkasz?! Myślałam dzisiaj dużo o Tobie... i masz! jest wpis ;-)) A jak się go czyta... z zapartym tchem ;-)
    Przygoda z szerszeniami dała Ci nowego, prawdziwego sąsiada. Cierpliwość jest, niestety, najbardziej pożądaną cechą, podczas remontu starych (i nie tylko) domów. Więc będę mocno zaklinać, żeby Twoja cierpliwość nie była wystawiona na zbyt wielką próbę ;-)
    A maki... cudowne! To na pewno dla Ciebie na powitanie od Twojej chaty ;-) Czy wiesz? u mnie też się takie wspaniałe, okazałe maki objawiły pierwszego lata ;-) Były ogromne i aż ciemnobordowe. Pozbieraj makówki i rozsyp nasiona następnej wiosny, żeby Ci nie zginęły (moje znikły i bardzo mi ich żal).
    Ściskam czule!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jola ma rację maki przecudnej urody, w pierwszej chwili myślałam, że to pelargonie.Chyba pierwszy raz widzę różowe maki.Miałam swego czasu mnóstwo czerwonych, niestety "wyginęły", a u Ciebie piękny urodzaj, ziemia i domek pięknie Ci się odwdzięczają za wszelkie trudy,piekna nagroda:)
    Buziaczki

    OdpowiedzUsuń
  5. Piekne maki
    u nas na strychu mielismy 7 gniazd os.
    jeden telefon na straz pożarną, która ma obowiazek likwidacji gniazd i po 5 godzinach zero broblemu
    koszt-jak na belgie symboliczny-30 euro
    buziole

    OdpowiedzUsuń
  6. Historia z szerszeniami mrożąca krew w żyłach! Toż to takie niebezpieczne dla ludzi owady, a Ty stanęłaś do walki! Niesamowite.

    Biorąc pod uwagę optymistyczny wydźwięk tej przygody, może masz za sobą pewien punkt graniczny... i teraz będzie już tylko fajniej i fajniej, czego oczywiście Ci z całego serca życzymy.

    Uściski

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak nic Błękitny Anioł Ci towarzyszy :) A maki to kolejny znak- znalazłaś swoje miejsce i pomimo pęcherzy, bólu, znużenia- dom da Ci powody do radości z tego co zrobiłaś. Buziaki i wytrwałości w dalszych dążeniach :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Amelio :) no to masz za soba chrzest bojowy w swoim siedlisku!!! Mam nadzieje ,ze zalozylas album z fotkami od poczatku Twojej przygody z tym domem i obejsciem ....Ja mam taki album od wylania fundamentow po....niekonczaca sie budowe ,a juz chyba czas zaczac remonta ;)Wiem ,ze prowadzisz tego bloga ,ale album i podpisane ( koniecznie !!!) fotki to cos innego i namacalnego ....i fajnie sie potem po latach oglada i utwierdza ,ile tak naprawde pracy wlozylo sie i jakie efekty sa po latach !!! A i goscie chetnie ogladaja takie albumy przy kawie podczas odwiedzin :)) Walcz dalej ,bo warto i pomysl ile ludzi Ci zazdrosci!!! Bedzie dobrze :)) 100 lat w zdrowiu i spelnienia marzen na te Twoje urodziny Amelio :)zycze :) Najlepszego !!!!Magdalena ..

    OdpowiedzUsuń
  9. Piękne, niezwykłe maki na pierwsze wiejskie urodziny!
    Ale przede wszystkim cieszę się z sąsiada - teraz zaczęło się życie!
    Wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
  10. Amelio, jak czasami ludzie pozytywnie i przemile"rozczarowują", wydaje się, że gbur, niedobry, a tu! dusza człowiek, a dobry sąsiad pod bokiem to skarb. Kto decyduje się na swój dom z obejściem, to już jest skazany na odwieczne koszenie, plewienie, odśnieżanie. Czasami przyjadą znajomi i mówią, jak tu u Ciebie miło, fajnie, ale chyba nie zamieniliby się na ciężką pracę z koszeniem, kopaniem, gryzącymi bąkami, meszkami, praktycznie całoroczny obowiązek. I to trzeba lubić, widzę, że Błękitny roztoczył nad Tobą swoje skrzydła, maki cudownie rozkwitły, to wszystko na dobry początek, rozsiewaj maki, niech ich będzie cała łąka, bo piękne są, serdeczności ślę, pa.

    OdpowiedzUsuń
  11. I czuję, że ci fachowcy oczekiwani, dowóz okien, materiałów zwali Ci się wszystko w jeden dzień, pa.

    OdpowiedzUsuń
  12. Trzymam kciuki, mam nadzieję, że przyjechali i zrobili Ci miły prezent na urodziny.

    Stary dom przekomarza się z Tobą, żeby zobaczyć czy na pewno jesteś odpowiednią osobą, na odpowiednim miejscu. Nie da się tak od razu ujarzmić. Stare domy są jak starzy ludzie, mają swoje przyzwyczajenia i charakter i pewnych rzeczy nie zmienisz, ale możesz pokochać go takim jakim jest, bo piękny przecież, z duszą i z wspomnieniami! Zyczę Ci więcej niespodzianek, takich jak te maki i jak Anioł Stróż.

    OdpowiedzUsuń