"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

21.12.2013

Opowieść Wigilijna...


 "Aniołem można stać się zawsze!"

Był sobie chłopiec. Na imię miał Adaś. Mieszkał w małej wiosce, w domu pod lasem. Z mamą, z jej przyjacielem, z dziadkiem, babcią i z nowo narodzonym 1 miesięcznym braciszkiem.
Dom był schludny i czysty, choć nie bogaty, wokół rosły kwiaty, a w przydomowym ogródku warzywa, w sadzie jabłonki i śliwy obfitowały w owoce. W przydomowej zagródce biegały kury i kaczki, gdacząc wesoło. Na okiennym parapecie wygrzewał się w słońcu kot.
Chłopiec biegał wesoło po podwórku, często spacerował z dzaiadkiem po lesie lub wędrowali razem polnymi scieżkami, trzymając się za ręce i śmiejąc wesoło.
I na tym powinna się ta opowieść skończyć... słowami... i żyli długo i szczęśliwie w miłości i w zgodzie!

Ale...  los, jak to los, lubi płatać figle i pisze swój własny scenariusz.
I tak też się stało w wypadku Adasia.

Gdy chłopiec skończył 5 lat, poszedł do przedszkola. A nauczycielki stwierdziły, że to trudne dziecko.Adaś nie mówił, jedynie sylabami, nie umiał usiedzieć na miejscu, a swoje potrzeby załatwiał pod siebie. Bił i gryzł dzieci, a je kopał boleśnie. Rodzice domagali się jednogłośnie usunięcia chłopca ze szkoły.
W końcu nauczycielki odkryły... liczne ślady pobicia na ciele chłopca.

I któregoś dnia pod dom Adasia zajechał wóz milicyjny, a dwóch policjantów wyprowadziło chłopca i pomimo, że kopał i bił, broniąc się, wpakowano go do milicyjnego wozu i odjechano.
Adaś trafił do domu dziecka. A matce postawiono zarzuty znęcania się nad chłopcem, bicia, zamykania i zakładania mu... psiej kolczatki na szyję.

To opowieść  jakich wiele. O których słyszy się dość często w telewizji i czyta w prasie, myśląc, czy to może... jakaś moda nastała na znęcanie się nad dziećmi?!!  A potem kiwając smutno głowami  nad ich losem... szybko zapomina.
Pewnie i ja też tak bym zrobiła, myśląc... jakie to dalekie i nierzeczywiste.
I pewnie tak, jak i innych, wiele by mnie to nie obeszło.
Ale niestety... ta opowieść jest dla mnie bliska i namacalna. Ze względu chociażby na to, że Adaś jest moim najbliższym sąsiadem!

Znałam go dobrze, bo często do mnie przychodził z dziadkiem i z matką. A ja do nich biegłam zawsze, gdy coś się u mnie działo i potrzebowałam pomocy. Mieliśmy dość dobre sąsiedzkie stosunki, choć tak naprawdę, to jedynie ceniłam dziadka chłopca, dobrego i uczynnego człowieka.
Matkę i babkę ledwo tolerowałam, a obie te kobiety przerażały mnie swoim stosunkiem do chłopca i tym,że malec był obrzucany stekiem wyzwisk... i to była normalna rozmowa jaką z nim prowadziły. Inaczej było przy dziadku, który traktował chłopca z szacunkiem, rozmawiał z nim i ... nade wszystko... go kochał.

Niestety, dziadek nie miał w tej rodzinie za wiele do powiedzenia, zdominowany przez babkę, swoją żonę i matkę chłopca, swoją córkę.

Gdy Adaś do mnie przychodził  to wszysto latało w powietrzu, a psy i koty uciekały w najdalszy kąt ogrodu, kto nie zdążył, ten obrywał kijem.
Takiego stosunku do zwierząt Adaś nauczył się od matki i babki, które kopały i biły swoje kolejne psy, wywożąc je potem ponoć do... lasu, gdy miały już dosyć.

W domu dziadek zrobił specjalne zabezpieczenie, aby malec nie robił krzywdy ich psom i kotom, ale i tak niewiele to dało, bo Grandę chwycił któregos dnia i rzucił o ziemię. Pies był cały we krwi i ledwo uszedł z życiem.

Adaś był jak małe, dzikie i bardzo poranione zwierzątko.

Zastanawiam się, jaki bezmiar  krzywdy musiano wyrządzić temu dziecku...  skoro on  to wszystko wyrządzał  potem zwierzętom.!?

Matka i babka Adasia uważają, iż nic złego nie zrobiły... i że to szkoła się na nich uwzięła, aby im życie zatruć.
A gdy ostatnio tam byłam, matka karmiła swoje nowe 1-miesięczne  niemowlę, które ma ze swoim nowym konkubentem...siedząc przed telewizorem i głośno wymyślając na nauczycielki, grożąc, że ich wszystkich pozałatwia... za to, że im taką krzywdę wyrządzili, a ją czeka teraz proces!?
Na maleństwo nawet nie spojrzała, karmiąc je tak odruchowo, jak jakiś przedmiot, potem odłożyła dziecko, a gdy zapłakało... odezwała się... "ty marudo... co się za mną patrzysz"!
Maleństwo miało cały czas tak... dziwnie złożone rączki... ponoć ma tak zawsze... Wyglądało to tak ... jakby się modliło... lub o litość błagało... a może o miłość... o jeden maleńki okruch miłości?!

Czy może już przeczuwa... że czeka go podobny los, jak jego starszego brata?!

Kilka dni temu przyszedł do mnie dziadek Adasia. Zwoziłam akurat kamienie z pola, gdy on wracał z pracy, z lasu, gdzie pracuje i w drodze powrotnej czesto przystaje przy moim domu.
Teraz też tak było. Był podpity i zaczął mówić o Adasiu... łzy płynęły mu po twarzy... dlaczego, nie mógł zrozumieć... przecież on tak o niego dbał... tak, to prawda, on jeden dbał o Adasia... i że on ... wykradnie go z tego domu dziecka... bo on tak tam płacze...  i nawet na święta go nie wypuszczą do domu... więc jak... jak on ma teraz żyć...!!!
Żal zalał mi serce... Chryste, to on nawet na święta tam zostanie! To koniec świata dla tego dziecka... jak on ma to przeżyć... to trauma na całe życie!!!
Patrzyłam na jego łzy... a w głowie rodził się plan... wypędzić obie jędze do lasu... zabrać niemowlę... porwać Adasia... schować ich  u siebie... na odludziu... a potem, gdy wszystko ucichnie... oddać Adasia dziadkowi...  a niemowlę zatrzymać!!!
Dla dobra dziecka!

Tylko... kto w to uwierzy?!
Mnie uznano by za... jakąś obłąkaną i zakuto w kaftan bezpieczeństwa... a małego skazano na dożywocie w domu dziecka!
W imię dobra dziecka!

Takie przecież słowa padają na każdej rozprawie.Wszystko jest w imię dobra dziecka!
Tylko jaki sąd wie, co jest dobre dla danego dziecka!?
I skąd taki sąd może wiedzieć, że dla Adasia najlepszym człowiekiem jest...  jego dziadek i że to właśnie jemu, powinno się przyznać opiekę nad nim!

Gdy pomyślę... ile chybionych wyroków wydano w...  imię Dobra Dziecka... niedobrze mi się robi!
Ile niewinnych dusz skazano za życia... jedynie dlatego... że nie potrafiły się obronić przed stosem paragrafów i bzdurnych przepisów!

I... staliśmy tak przy tym płocie. A łzy dziadka płynęły.  Pomyślałam, że właściwie, to on jeden płacze za tym dzieckiem! Tworzyliśmy dość  dziwny obrazek. Płaczący zgarbiony człowiek i zaciskająca pięści kobieta... pod krzyżem... niemym świadkiem ludziego cierpienia!





Ten krzyż.. który jeszcze tak niedawno obydwoje na błękitno malowaliśmy. Ja trzymałam drabinę a dziadek malował... żeby nam, naszej wiosce się szczęściło! Kwiatów już nie zdążyliśmy zawiesić, bo Adasia zabrano...  Ale wtedy jeszcze Adaś był w domu... a jego łopatka wciąż jeszcze leży w moim piasku... jakby czekała?






A teraz...  łzy dziadka kapią na ziemię... a on patrzy z bólem na krzyż i woła... Dlaczego!!?
Ale ziemia... o dziwo się nie rozstępuje pod bezmiarem  tego nieszczęścia... i  nie pochłania tych.. którzy krzywdzą!
Choć powinna przecież!
A może to wszystko jest... po COŚ?!






Zastanawiam się... dlaczego Miłość... jedyna rzecz, która jest w zasięgu naszej ręki... jest najbardziej deficytowym towarem na tym świecie?!
I dlaczego...  tak rozpaczliwie musimy jej szukać... o nią żebrać... a nasze dzieci wchodzą... głodne i złaknione w życie?!
I jak to możliwe, że w dobie zawrotnego rozwoju techniki, kultury, rozkwitu cywilizacji...  domy dziecka, schroniska dla zwierząt i śmietniki... nadal pełne są tych porzuconych i niechcianych!

Cóż...  jako gatunek ludzki... nie wystawiamy sobie najlepszego świadectwa... My, którzy naszych braci Mniejszych traktujemy z taką wyższością!!!
A przecież... w ich świecie takie scenariusze... jak ten... nie mają miejsca!
Może i oni są mniejsi.... ale Serca za to, mają Ogromne!!! Niejednej matce mogłyby ich użyczyć i niejedną miłości nauczyć!
Podobnie jak dzieci... bite... poniżane....maltretowane... wyrzucane... Ale wciąż, niezmiennie kochające swojego oprawca, zwykle matkę w roli głównej... tę swoją dziecięcą, niewinną i wielką miłością!
Miłością bezgraniczną!
Małe dzieci i psy... mają podobną wrażliwość i ufność... i pewnie dlatego, tak bardzo mnie wzruszają.

Więc gdzie tej miłości  ma szukać ... mały 5-letni, zagubiony chłopiec... z którym życie tak okrutnie się obeszło... skoro najbliższa mu osoba, własna matka nie może mu jej dać?!
I jaką on i jego mały braciszek mają szansę na...  ŻYCIE ?!!?

A może mój plan... to jedyna słuszna sprawa!!!

Choć... ja naprawde wierzę w CUDA!!
Jego łopatka wciąż przecież ... czeka!

I wciąż jest..  taki grudniowy... ciepły dzień... jeden, jedyny w roku... w którym otwierają się Serca... więc może właśnie wtedy...  otworzą się Serca matek... które z miłością przytulą do nich swe dzieci...!
I żadne z nich... nie będzie już musiało...  tak dziwnie składać rączek... błagając o Miłość!

A Adaś...  wróci do domu! 
I dostanie... najpiękniejszy Świąteczny Prezent...  od  swojej mamy.
Jej Miłość!
I to mogłaby być...  Najpiękniejsza Opowieść Wigilijna!!!

Bo przecież Aniołem... można stać się ZAWSZE!


I tym bardzo optymistycznym akcentem... pragnę zakończyć ten Stary Rok... i z nadzieją wejść w Nowy!
I życzę Wam Kochani, aby Wasze życiowe historie...  kończyły się tylko Happy Endem!!!
A Miłość i Dobro na zawsze zagościły w Waszym życiu!
 Radosnych i pogodnych Świąt!









 



  

11.12.2013

Przy ogniu.

 
Przez cztery dni huragan sparaliżował życie w mojej wiosce i w okolicy.
Już w czwartkowe póżne popołudnie, gdy wracałam z nad morza, gdzie w czwartki pracuję, goniona bylam przez wielką ciemną ścianę wiatru i mokrego śniegu, uciekałam, a moje malutkie autko ledwo trzymało się drogi, a potem na drodze przez las do mojego domu... musiałam przebijać się przez ciemność i gęsty mokry śnieg... i gdy w końcu dotarłam  do domu... czekała mnie kolejna niespodzianka... brak prądu i ogromna sosna powalona przed domem.
Nie mogłam więc napalić w centralnym, bo piec nie działal, nie było wody, bo pompa w studni nie działała, nie działał internet, telefon.

Ale za to rano...  otoczyła  mnie cudna, śnieżna zima.
Piłam więc niespiesznie poranną kawę, grzejąc o gorący kubek zmarznięte dłonie i  długo patrzyłam na ośnieżone pola. Potem zabrałam się  do pracy, rąbałam drewno, nosiłam, czyściłam kominek, odśnieżałam, zbierałam śnieg na wodę, jako, że i strumyk za domem zamarzł, zwoziłam z pól kamienie, które układałam  potem pod domem.
To była dobra przedpołudniowa rozgrzewka i moja codzienna praca.
 W południe zgarniałam psy i szliśmy na spacer... długo włócząc się po ośnieżonych drogach i podziwiając pierwsze śnieżne widoki.

 





 
 Póżnym popołudniem zapalałam w domu świece i rozpalałam w kominku, moim jedynym żródle ciepła, ciesząc się, że go mam. W domu rozchodziło się przyjemne ciepło, a ja sadowiłam się z kubkiem gorącej imbirowej herbaty i z kotami na kolanach przy ogniu.

I tak przez cztery dni.
Przypominał mi się czas, gdy przez ponad rok tak żyłam, mając wprawdzie prąd, lecz bez wody i z ogniem jedynie.
A potem nadszedł czas luksusu bieżącej wody i toalety. A ja, jakże szybko przyzwyczaiłam się do wygód, zapominając o pokorze, do której los zmusza czasami, żeby móc być wdzięcznym za to, co mamy.

Tak więc, przyzwyczajona do luksusu, złorzeczyłam na początku, jak to mi żle bez wody i bez prądu. Bez telefonu i  internetu.
Ale z każdym kolejnym dniem...i z każdą kolejną godziną... zaczynałam coraz bardziej lubieć tę moją nową sytuację, w której się znalazlam.
W domu słychać było jedynie strzelanie ognia na kominku i mruczenie kotów, z lubością wygrzewających się przy ogniu.
Otaczała nas jedynie... biel... las... ogień i... cisza.


 

Nic... co mogłoby  normalnie... normalnego człowieka zadowolić...!
Dziwne... że  mnie zadowalało.
I pomyślałam, że nie mam nic... a jednocześnie mam tak wiele!


 

I wpatrując się w ogień, myślałam o moich sąsiadach... podobnie jak ja siedzących przy ogniu i przy blasku świec... w ciszy... w ciasnym kręgu rodziny.
A może ten czas został nam... właśnie po to dany ... aby ci, którzy się od siebie oddalili... mogli znów się zbliżyć... i zacząć rozmawiać... zamiast patrzeć w zimny ekran telewizora?
Wszak od zarania dziejów ludzie gromadzili się przy ogniu, snując opowieści. A rodzina była scalona.
Teraz rodzinę scala telewizor... a im większy egzemplarz, tym lepiej.
Lepiej?  Dla kogo?!
Czy wszystko, co nas spotyka...  jest naprawdę po Coś?!

 A może właśnie takie dni bez prądu... są nam potrzebne, a może konieczne?
Żeby móc usłyszeć siebie... i to co ważne?
To jak Odwyk!
Odwyk od... bełkotu tego świata, który nie pozwala odetchnąć?!





I w końcu... polubiłam te godziny przy ogniu... i bez prądu.

Zwykle palę w piecu c.o.... choć nie lubię w nim palić i nie lubię centralnego... ale cóż, tak mam. W kominku palę sporadycznie, nie mając odpowiedniego drewna kominkowego. A palenie w kominku to prawdziwa przyjemność.Więc teraz miałam czterodniowy luksus palenia i siedzenia przy ogniu... i ze zdziwieniem stwierdziłam... że czas płynie naprawdę... wolno.
I to nie On... to My pędzimy w szaleńczym tempie... bo wciąż trzeba więcej... i wciąż trzeba lepiej!
I myślałam... jak bardzo jestem daleka ... od tego wszystkiego, co dzieje się wokół... od  tych wszystkich ważnych  i wielkich spraw tego świata.
I czy to naprawdę... jestem ja... w tym jakimś innym... jakby nierzeczywistym świecie?
W tak diametralnie zmienionym życiu?  Oddalona o lata świetlne od wszystkiego!


 


A może ludziom byłby potrzebny... taki właśnie odwyk. Wczasy z ... Odwykiem?!
Takie, gdzie nie ma Nic... a jest Wszystko!
Z kilkudniowym posiedzeniem przy ogniu... w ciszy.. bez dzwonka telefonu... bez telewizora... internetu... z mruczącymi kotami na kolanach. To przecież jak terapia?
Terapia ciszą? Terapia kotami?
To wszak one są mistrzami w celebrowaniu życia... wiec czemu ich nie naśladować?

Są ludzie, którzy juz dawno zapomnieli... jak pachnie las o świcie... lub jak cudownie miękkie potrafi być... kocie futerko... wplątani w szaleńczą turbinę życia... i nawet nie zauważają, że dusza łka, umiera... błagając o litość! 





Więc może taki czas bez...  prądu mógłby być zbawienny?
Czy to wystarczyłoby... aby wyprostować ścieżki życia... tych co się pogubili?

Kiedyś... przed laty, sama się pogubiłam... a potem wszystko wyprostowałam... i zamieszkałam w lesie.
A więc wszystko jest Możliwe... dopóki życie trwa?!



I gdy czwartego dnia, póżnym wieczorem, moją ciszę rozświetliły reflektory wozu strażackiego i oznajmiono mi, że już jest prąd... poczułam się, jak wyrwana z... dobrego i zdrowego snu!

I wciąż jeszcze siedziałam przy ogniu, napawając się ciszą.
Aż w końcu zapaliłam swiatło i włożyłam ręce pod bieżącą wodę, myśląc ile szczęścia właśnie mnie spotyka.












19.11.2013

Dzień, w którym...




Lola odeszła...
był zwyczajnym dniem, jak każdy.
I właściwie.... to nic przecież się nie zmieniło
świat istniał nadal  i toczył się swoim zwykłym, codziennym rytmem.

I tylko Jednej Małej Kotki już nie było!

A ja wciąż miałam nadzieję...
I wciąż wychodziłam na próg kuchennych drzwi...
patrząc z niepokojem na las, w którym zniknęła,
ten las, który tak kochaliśmy, a który co roku kogoś zabierał
A ja każdego lata z trwogą myślałam... kto następny będzie!?
Choć Loli nigdy pod uwagę nie brałam...
Jakby nietykalną była!




Zawsze przecież wracała!

Ale tym razem czułam, że coś się stało,
gdy tego ranka, nie było jej jak zwykle pod kuchennymi drzwiami.
A i potem mimo nawoływań i poszukiwań,
nie wracała.

Przyszła do mnie w nocy... taka pełna bólu i cierpienia... i zaczęła karmić swoje dzieci... dając mi do zrozumienia, że jest już... po Tamtej Stronie,
a ja mam się nimi opiekować.

Moja srebrna kotka!
Taka, jakich pełno na ulicach... nic szczególnego... przecież!
I tylko dla mnie  Szczególna... i  Wyjątkowa... Kochana!

Lola...!

To Ty byłaś od początku ze mną, od chwili, gdy tylko zamieszkałam w tym domu.
To Ty stałaś się moim pierwszym w życiu kotem!
Ja, która od zawsze, odkąd tylko pamiętam, panicznie kotów się bałam. Zwłaszcza tych czarnych. I nigdy, nie chciałam żadnego z nich mieć!





I dopiero w tym domu... mając wciąż pod powiekami obraz... wygrzewającego się w słońcu na kuchennym parapecie kota, bardzo zapragnęłam go mieć!
Tak wyobrażałam sobie mój wiejski dom... właśnie z kotem drzemiącym na kanapie!

I do dziś pamiętam...  tamten letni dzień...
gdy ze stogu słomy... wyciagnęłam dwie małe kosmate kulki.
Moją główną Wygraną na Loterii Szczęścia!

Lola i Luluś.
Luluś odszedł po dwóch miesiącach, przegoniony do lasu przez Azora, psa, który wówczas na krótko u mnie zagościł, Lolę udawało mi się zawsze uratować!
Azor też potem odszedł.
I wtedy zostałyśmy same.
Ja i moja srebrna kotka...  w starym zrujnowanym domu pod lasem!

  



Pamiętasz... jak bardzo się wtedy bałam!?
A Ty wiedziałaś... i nie opuszczałas mnie nawet na krok!
Wiedziałas o wszystkim!
Byłaś taka mądra!
I jakaś...  niewidzialna  więż nas łączyła od samego początku!

To wtedy stałaś się nieodłączną towarzyszką  mojego życia, drepcząc za mną krok w krok.
Jak pies.
Tak. Byłaś moim psem i kotem.
Byłaś moją towarzyszką doli i niedoli.
Pamiętam, jak towarzyszyłaś mi codziennie w drodze do strumyka po wodę... i patrzyłaś jak schodzę po stromej skarpie w dół, czepiając się gałęzi, a Ty jak mój cień za mną.... tak cichutko, bezszelestnie... czuwając, żeby nic mi się nie stało!





A potem grzałaś długo, swoim aksamitnym futerkiem moje zgrabiałe dłonie. Ucząc mnie swoją cierpliwością i spokojem  jak znosić przeciwności losu, które kłodami waliły mi się pod nogi!
Jakże wtedy podziwiałam twój stoicki spokój, twoją, cierpliwośc, twoją łagodność!

A Twoje oczy patrzyły na mnie zawsze z tak wielką miłością.
I nie było ważne... kim byłam i ... co zrobiłam w tym życiu....!
A nawet...
nawet...  mogłam być Nikim... !
Dla Ciebie!

I tak darzyłaś mnie miłością przeogromną i bezgraniczną!
Byłaś...  Aniołem Miłości!

 To Ty nauczyłaś mnie... miłości do Kotów.
Czy może właśnie po to...  zjawiłaś się w moim życiu!?





To Tobie zawdzięczam ten dar.
I to, że dziś w moim domu jest pięć kotów... bez których życia już sobie nie wyobrażam!
A najprzyjemniejsza chwila dnia, to poobiednia sjesta, gdy wszystkie  mrucząc leżą na moich kolanach, a ja wtulam moją twarz w ich miękkie futerko...



 


To dzięki Tobie, stałam się stuprocentową kociarą!!!





A potem...
potem, ten mały szaro- bury kłębuszek, jakim byłaś
 przeistoczył się w ... zielonooką...  srebrną Piękność!


 

A Twoje ruchy stały się pełne gracji... miałaś jakąś charyzmę w sobie!
A ja tak bardzo lubiłam na ciebie patrzeć!

I zawładnełaś mną na dobre... rujnując moją ukochana kanapę i robiąc z niej... wraz ze swymi pierwszymi dziećmi sito! A i reszta mebli nie uchowała się przed waszymi pazurkami... ech, szkoda mówić... wszędzie pozostawiłaś swoje ślady... a ja pozwalałam ci na wszystko!
Ale cóż to znaczy... wobec ogromu miłości... który dostałam
Gratis!


 


Przecież nawet najbardziej luksusowa kanapa... wyląduje w końcu na śmietniku!
Tylko... Miłość zostanie!

Myślę... że gdyby każdy człowiek przygarnął do serca choć jedno porzucone stworzenie, problem bezdomności miałby duże szanse zniknąć na zawsze.
Tylko, że wolimy...  raczej kupić nowy telewizor lub inny modny gadżet, niż przyjąć pod swój dach kota czy psa.
Bo to takie przecież...  Niewygodne!

Kiedyś sama też tak myślałam.
Byłam taka wygodna.
I  myślałam... żeby tylko się nie pobrudzić... i nowego dywanu nie zasmrodzić!
I kotów nie cierpiałam, myśląc, że są fałszywe i złe!
A potem wszystko się zmieniło.
Zawsze...  przecież można zacząć od nowa.
Każdy czas jest dobry na zmiany....!

Więc patrzę...  jak moje koty, codziennnie rujnują  moją śliczna kanapkę oraz inne mebelki... i co?
I nic!
Na kanapkę narzuciłam jedynie...  białą, koronkową narzutkę...
A niech tam! Niech mają!
Należy im się!
To wszystko przecież i tak wyląduje na śmietniku...  nie dając  mi nawet  namiastki tego, co one mi dały!


 

I myślę o tych wszystkich...  porzuconych i niechcianych... i tych żyjących na krawędzi życia i śmierci... gdzieś tam...  w piwnicach wielkich blokowisk i na śmietnikach... i wciąż mających Nadzieję... tę nadzieję, która pozwala im żyć... i wciąż żebrzących o okruchy ludzkiej miłości!
I wciąż niezmiennie wierzących w ....Człowieka!

Psy i koty... nasi Bracia Mniejsi!?
O Wielkich Sercach.
Odpady ludzkiej cywilizacji!?


 


I może kiedyś... tak jak Ori, która tak pięknie o psach pisze...
ja o tych cudownych istotach... jakimi są,  napiszę...!

Czy te słowa, Lolu...  chciałaś usłyszeć!?
Czy naprawdę chciałaś nauczyć mnie miłości do was, mnie... tak bardzo nie cierpiącej kotów!?
Czy taką właśnie lekcję postanowiłaś mi dać?!
Czy taki  był cel, tej  twojej krótkiej  misji na Ziemi!?

 Wiesz, Byłaś moją najlepszą Nauczycielką
W szkole Życia!

Ale nie odeszłaś pusto...
Zostawiłaś mi Prezent.
Może tak...  na wszelki wypadek... gdybym w razie zapomniała... !
Choć dobrze wiesz, że nigdy nie zapomnę!!!

Zostawiłaś
Dar Serca...
Swoje dzieci :









ANIOŁA...
           Anielinką zwanego

i

 


SZCZĘŚCIE...
              na nasze szczęście!


I teraz gdy rano wołam:

- Szczęście gdzie jesteś?
i mała czarna kulka z błyszczącymi ślepkami przybiega...
a  ja...
mam...  całe  SZCZĘŚCIE  tego świata w swoich dłoniach!!!


 


I dziś myślę, że jak to dobrze... że
Szczęścia nikt nie chciał!
I że... nawet Anioła nikt nie chciał!
I że mogą sobie u mnie, tak spokojnie niszczyć ... tę moją koronkową narzutkę i ścierać pazurkami śliczną  kanapkę!
Na szczęście przecież wszystko! 

Widzisz .... to właśnie dzięki Tobie
 Dobro i Szczęście  zagościło w moim domu!

Moje główne Wygrane, tak, jak Ty Lolu, kiedyś...
na
Loterii Szczęścia!

I tylko... gdy tego dnia do K. pojechałam...
długo stałam i patrzyłam... na świat, który... istniał wciąż tak samo... i toczył się swoim zwykłym  rytmem.
Jakby nigdy NIC!

A może naprawdę NIC się nie stało!?
Przecież wszystko jest tak, jak było!
Ludzie... samochody... reklamy... sklepy!?

I tylko...
Tylko...  Jednej... Srebrnej Kotki już nie ma!
Kotki o Wielkim Sercu.

Lolu, dziękuję, że byłaś ze mną!



















05.10.2013

Póżne wypadki póżnego lata.


Póżne lato obfitowało w serię  niespodziewanych i dziwnych zdarzeń.
Ale zacznę może od początku, skoro tak długo mnie nie było, a mój ostatni post jeszcze prawie wiosenny... a więc tak szybko to wszystko mija?!
Ale wracając do lata, to muszę zaznaczyć, iz było to naprawdę wyjątkowe lato.  Lato, w którym traciłam coraz bardziej nadzieję, że cokolwiek w ogóle zacznę, że cokolwiek ruszę do przodu. A wszystko mnie przytłaczało...  a najbardziej chyba myśl o...  pustym stanie konta... które to stało się głównym winowajcą mojego remontowego zastoju!
Cóż... odkąd stałam się ''wolnym strzelcem'', porzucając wygodne i bezpiecznie poukładane życie... mam wprawdzie wolność i...  życie z pasją \remont\ ... lecz cechujące się w zamian...  wzlotami i upadkami...  jak to zwykle u wolnych strzelców bywa.
Tak więc patrzyłam sobie... na czarne, dziurawe ściany, przez które zimą tak równo piżdziło ...


 

...  na rozwalony płot i  bramę, której już ni otworzyć, ni zamknąć się nie dawało.... leżała więc tak sobie powalona bidulka... a ja już nawet jej podnosić nie usiłowałam...
Z tym widokiem żyłam już czwarty rok. I podczas, gdy do tego wszystkiego zdążyłam już jakoś przywyknąć.... tak do zimna raczej  przywyknąć się nie da. Wiedziałam tylko, że dom muszę czymś ocieplić... myślałam o glinie... ale sama nie wiedziałam jak się za to wszystko zabierać...!




Ale nie... nie, żebym  popadała w jakieś szczególne zniechęcenie.... na to i tak nie mogłam sobie pozwolić, w natłoku codziennych spraw, które należało bezzwłocznie wykonać, a dom wymagającym bywał...!
Odawałam się więc jak zwykle  i z pasją dalszemu... ''odchaszczaniu'' terenu, które to z racji, że ręczne stało się już zajęciem permanętnym. Uprawie pierwszego w życiu  warzywniaka i  realizowaniu się w związku z tym  ''przetworowo''. Studiowaniu  w dalszym ciągu i nie bardzo wiadomo po co, budowlanych forów. Jak również na zakupie, co stało sie już letnią tradycją... 10 ton piachu, kilku worków wapna oraz cementu. Na apelowaniu o wolontariuszy. I po prostu na.... czekaniu.
Na co?
Sama już nie wiedziałam!? Zapewne na jakiś cud!!!

Myśli o zimie odsuwałam jak najdalej... tak jakby owa nigdy nadejść nie miała... albo jakbym miała wyemigrować do jakiegoś bardzo odległego i ciepłego kraju... ba,  nawet drewna nie szykowałam!
Zastój, jednym słowem, kompletny zastój!

 W chwilach trudnych... zbierałam moją wciąż  powiększającą się psią gromadką... właśnie tego lata  powiększoną o suczkę sąsiada, która w dość zaawansowanym stanie pewnego dnia ''przyemigrowała'' do nas, znajdując sobie wygodne miejsce w oborze, rodząc tam swoje dzieci i już pozostając....
 i udawaliśmy się na dłuuuuuuugie spacery....





.... Kocia gromadka również tego lata...  się rozrosła...  a obserwowanie jej było nader kojącym zajęciem.... balsamem... dla  remontowo i  nie-remontowo znękanej duszy...!





... a w domu zaczynało roić się od kociąt wszelakiej maści i wieku...




 .... Aż  Maks stracił w końcu orientację... ale widać polubił kociaczki...!


 


... A czas tak sobie płynął ... swoim  zwykłym, wartkim rytmem...  nie mając ani odrobiny litości...!
I w końcu, gdy doszłam do wniosku, że już na pewno nic... absolutnie nic, się nie wydarzy... staje się rzecz niezwykła!!!
Rodzina, która z racji mojego nabycia Ruiny, nie chcąc przyczyniać się do mojego dalszego... zrujnowania, odsuwa się na długie lata... nagle w jakiś niewytłumaczalny sposób... zmienia zdanie i ... staje się rzecz dziwna! Będący u schyłku życia dziadek...  przeznacza odłożone na....  nagrobek pieniądze...  na mój dalszy remont!!!
 Żebym wreszcie ciepło miała! Jak sam to telefonicznie  mi oznajmia! Nie mogę uwierzyć, to naprawdę zakrawa na cud!
I właśnie wtedy,  u schyłku lata, gdy już wszelkie nadzieje zostały niemalże pogrzebane...  przyjeżdża kuzyn z kolegą... przyjeżdża syn, córka i wspólnie zaczyna się dalszy remont!!!

Zaczynamy ocieplać dom i stawiać płot. Mój pomysł z ociepleniem gliną upada, nikt nie podejmuje sie tego robić, również rezygnujemy z glinianego płotu, z racji jego  możliwego wymywania przez opady.
Czasu jest zreszta niewiele, jest juz przecież póżne lato, pogoda wprawdzie dopisuje, ale nie wiadomo jak długo. Należy sie więc spieszyć. Wybieramy więc ocieplenie z wełny mineralnej i płot z surowych desek i starej cegły.
I tak wszystko rusza pełna parą. Deski na płot okorowywujemy i malujemy sami.
Malujemy również cały dom, a ja obrzucam gliną kominek, żeby choć troszkę... pobabrać się w błotku.

I dom zmienia się nie do poznania! Z czerniejącej zgrzebnej ruiny... staje się nagle elegancką Białą Damą... do której wciąż nie mogę się przyzwyczaić!










Dróżkę układamy ze starej cegły.









Tak więc póżne lato okazało się dla mnie nad wyraz łaskawe. A pomoc rodziny stała sie nieoceniona. Po raz pierwszy od czterech remontowych lat i samotnego zmagania sie ze wszystkim, poczułam luksus wspólnego działania i pomocy, gdy nareszcie bylam wolna od ustawicznego myślenia o wszystkim, zalatwiania decydowania i budowania! Tego lata wszystko było inaczej! To inni decydowali za mnie, podejmowali decyzje, myśleli. A ja odpoczywałam od tych wszystkich najżmudniejszych i najtrudniejszych chyba spraw, poświęcając się jedynie zwykłej pracy rąk.
To było wyjątkowe lato. Lato... w którym uwierzyłam po raz kolejny.... że wszystko jest MOŻLIWE!!!
I...  że cuda zdarzają się naprawdę! I... że czekać na nie warto!



  

21.07.2013

Makowo...



Od rana przechadzam się po porannej rosie... świeżo  wykoszonymi scieżkami i ... fotografuję maki!



 

... czując jakąś nieodpartą potrzebę ich utrwalenia... i pokazania...



 

... delikatne... i kruche... symbole lata... tak piękne i tak szybko przemijające jak i ono samo...




... i nie wiem... jaki dzień... jaki miesiąc... a nawet...  nie chcę  wiedzieć.




... Zatraciłam się w czasie... żyję tylko tą jedną jedyną chwilą... tak jak mak...



... I tylko, gdy...  nieopatrznie zerknę  w wiszący kalendarz, który staram sie zgrabnie wzrokiem omijać... z miejsca ogarnia mnie przerażenie... że to już tak pózno... że przecież zaraz koniec lata!
I popadam w panikę. Remont nawet się nie zaczął. Cóż się dziwić... skoro ja nawet nie wiem... od czego i jak zacząć?!
No, cóż...najwidoczniej  mój remontowo budowlany zapał... już się skończył?!
A ja...  po prostu i najzwyczajniej w świecie... chciałabym już nic nie musieć robić... i nie musieć myśleć, co i jak trzeba zrobić... i nie musieć wiedzieć, szukac, planować .... i nie musieć szukać fachowców, których nie wiadomo gdzie i jak znależć... i nie musiec załatwiać tych tysiąca budowlanych spraw... a hurtownie materiałów budowlanych, które od lat są na czele mojej listy zakupowej... móc omijać nareszcie szerokim łukiem!!!
Mój następny dom bylby napewno z ziemi... a w ogóle to myślę, że  błotna ziemianka to chyba coś najlepszego, przynajmniej dla mnie...







Miejscowi przystają zdziwieni... widząc mnie  przy makach... i pytają co robię?
 I dlaczego  w ogóle nie remontuję?!  Już tak się tutaj przyzwyczajono, że ja zawsze  i o każdej porze...  z łopatą i z taczką.... coś dłubiąca... naprawiająca... poprawiająca... aż tu nagle nic... nawet gliną niczego nie obrzucam?!
Dziwne... jakieś!!!




... i  tylko te maki wszędzie...





... a tu dom nie obrzucony... płot nie naprawiony.... piec nie zrobiony... a chodzi i maki ogląda?!


 



 

 

I czy tylko... aby...  plantacji jakiej  nie zakłada!? Bo kto tam wie, ho, ho?




A może jednak... siała  baba mak!?