"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

25.01.15

Odejście Anioła.

Dziesięć dni po Bubusiu odszedł Aniołek.
Tak cicho, cichuteńko... tak jak żył, tak odszedł.
Przynajmniej wiem jak, zatruł się. Wieczorem wrócił z lasu i był chory. Myślałam, że to jakieś zwykłe  zatrucie, i że przez noc wydobrzeje, a rano będzie zdrów, tak, jak to zwykle bywało. Ale tym razem było inaczej. Rano już nie żył. A ja nawet nie mogłam mu pomóc, nie wiedząc, że to coś tak grożnego.

Był taki łagodny, dobry, kochany. Miałam do niego słabość, był moim pupilkiem, może dlatego, że to dziecko Loli...
Wyrósł na pięknego, dorodnego kota... choć żył tak krótko!


 


To smutny bilans noworoczny. W odstępnie zaledwie kilkunastu dni odeszły dwa stworzenia.
A w sumie przez cztery lata... pięć!

Żyły szczęśliwie, choć tak krótko.
Tak, to cena wolności, jaką ponoszą za to życie tutaj!
Mają dom i wolność, są szczęśliwe, a ja z nimi.
To pewnie lepsze... krótkie i szczęśliwe życie, niż długie i smutne....
To w końcu jakieś pocieszenie...




Teraz Róża przejęła rolę mojej pocieszycielki.
Cały czas jest w domu, śpi w Bobusia koszyczku, przychodzi na kolana, mizia się.
Ona, najbardziej niezależny kot, sama mądrość...

Tak, wiem... nie powinnam się przywiazywać, wiedząc, że one tylko na jedną chwilę są mi dane.
Te piękne, wolne i niezależne stworzenia... wszystkie odejdą kiedyś do innego świata... a ja będę wiedziała, że tam są, bezpieczne i szczęśliwe, tak jak były tutaj!
Tak , powinnam się uodpornić na ich odejścia!
Tylko jak?!




I powinnam... nie brać już nowych zwierząt pod żadnym pozorem.
Tak, jak orzekła sąsiadka, gdy jej powiedziałam ,
"Ciesz się!" wykrzyknęła " masz teraz mniej do garnka!"
Przez chwilę nawet z zazdrością popatrzyłam na nią, że też ona tak może!
"A tylko już nowych nie bierz!" zakończyła.

Tak...  nowych już nie będzie.... chyba, że jakieś porzucone, zbłąkane, głodne...
Bo i jak tu żyć bez nich?!
Kiedyś tak żyłam, w moim poprzednim życiu, nie miałam kotów, których przecież nie cierpiałam... i miałam spokój.
A teraz?!
Teraz.... wiem, że będą nowe!


I może to już taki mój los... i taki sens życia... żeby dawać innym, choć na  jedną, krótką chwilę dom i miłość... 



.


17.01.15

List do Przyjaciela.

Zawsze bałam sie tego dnia. Choć, czułam, że kiedyś nadejdzie. I że jedynie czai się, ukryty gdzieś za rogiem. I nadszedł, tak niespodziewanie, wyłonił się z mroku.
Tego dnia nic mi się nie udawało, a wszystko było nie tak. I ten wiatr... który wiał od kilku dni, to wycie, łkanie, zawodzenie... Było coś szaleńczego i przerażajacego w tym wianiu... a potem  łkanie i zawodzenie przybrało na sile... i słychać było tylko to i mój krzyk!

To był dzień, w którym Bobo odszedł.
Właściwie to nie wiadomo, co się stało,  może został zastrzelony... a może wpadł we wnyki... albo, może wilki go napadły, ponoć ich pelno w tych lasach... Wiem tylko, że już nie wróci, a jego łkanie wciąż niesie się w oddali...

 

 To już tydzień, jak odszedłeś, a ja piszę list do ciebie.

Bobo... tyle imion miałeś, byłeś Bobuniem, Bubusiem, Bubuleńkiem.... ale najważniejsze to... Przyjaciel.

Moim przyjacielem stałeś się od pierwszej chwili, gdy jako kilkumiesięczny szczeniak pojawiłeś się w naszym domu, miałeś być do towarzystwa Maksia, miałeś mu pomóc jego chorą, poranioną duszę uzdrowić.
I udało się. Przy tobie, Maks odzyskał radość życia i staliście się przyjaciółmi na śmierć i życie!




A potem przyszła Wandzia, z wielką raną na grzbiecie, szczenna i została. Byliście nierozłączni, zawsze razem. To ona nauczyła was polować... taki sposób jej wpojono na zdobycie pożywienia. I ten obudzony w  was instynkt, pozostał... a ja drżałam za każdym razem, gdy was nie było...

Tak krótko żyłeś, tylko dwa i pół roku było nam dane być ze sobą... ale i tak dziekuję ci za te chwile, to był piękny czas, pełen radości i szczęścia.

Byłeś tak przyjacielski, do całego świata przyjażnie nastawiony. Nawet z kotami żyłeś w zgodzie, a największą twoja przyjaciółką była Róża... i nie było dnia, żebyście się nie pomiziali.... to było takie rozczulające... i nawet z syczącą wiecznie Polinką zawarłeś rozejm, zawsze ustępując jej z drogi...


 


Jakiego ty miałeś ducha! Wiedziałeś wszystko, siadałeś i czekałeś, aż koty zjedzą swój posiłek, choć nikt, niczego, nigdy  cię nie uczył, a ty wszystko umiałeś... jak ja ciebie podziwiałam!


 

Dzisiaj, gdy  wracałam z miasta... tak bardzo powoli jechałam przez las... ten las, który ty, tak bardzo kochałeś, a który cię zabrał...  i cały czas wyobrażałam sobie, że...  OTO JESTEŚ  i że zaraz wyskoczysz, jak zawsze, w połowie drogi na moje powitanie...  i odtańczysz swój obłędny, szalony  taniec radości...!!!





Jakże pusty jest teraz nasz dom bez ciebie!

I stało się dla mnie jasne, że to ty byłeś przewodnikiem stada, a nie Maks, jak myślałam. To ty wszystko ustalałeś i organizowałeś, byłeś alfą psem. Maks dysponował siłą, ty mądrością.

Byłeś moim ochroniarzem i opiekunem,  zawsze przy mnie, krok w krok chodziłeś za mną, nawet na chwilę nie spuszczając mnie z oczu... zawsze musiałeś wiedzieć, co się ze mną dzieje. Wandzia pilnowała domu, a ty mnie. Zawsze pierwszy na spacerkach, które uwielbiałeś, zawsze w przodzie, gotowy stawić czoła nawet największemu niebezpieczeństwu... tyle odwagi!

 


 A pamiętasz... jak tańczyliśmy razem.... i jak ty  lubiałeś tańczyć ze swoją panią! Jakim byłeś świetnym tancerzem, na tych swoich  chudych śmiesznych  nóżkach!
Albo...  jak stałeś się psem kościelnym, gdy biegłeś za mną do kościoła, a potem czekałeś pod jego drzwiami. A wszyscy pytali:  cóż to za pies i na kogo on tak czeka?!

O, nie! To się przecież nie godzi!
Żeby tak odejść...  tak bez słowa jednego, bez pożegnania! Tak nie opuszcza się przecież człowieka, przyjaciela, psa, ani kota nawet ! Tak się nie robi!!!
Maks i Wandzia wciąż przecież czekają... Żeby zniknąć tak nagle... Tym bardziej jeśli się kogoś, tak bardzo kochało!!!!


 

Odszedłeś... a życie toczy się dalej. Pędzi do przodu swym szalonym rytmem. I wszystko jest tak, jak było, jakby się nic, nigdy nie stało... ludzie, sklepy, reklamy... wciąż istnieją!
I tylko jednego, małego pieska już nie ma!
Psa o Wielkim Sercu!!!


 


Tak, wiem... to pewnie śmieszne, gdy w obliczu tych wszystkich ważnych i doniosłych spraw, ktoś rozpacza za psem?!
Chociaż dla  mnie, to ty byłeś ważny... a może nawet najważniejszy , kto wie!!!!
Są przecież ludzie, dla których pies... to coś WIĘCEJ niż  pies...!


 

I tyle jeszcze wspólnych chwil mogliśmy przeżyć, tyle spacerów, tyle radości...  ale czasu zabrakło.
Czas to złodziej. Kradnie wszystko, nawet życie, które jedną chwilą jest. Tak kruche jak bańka mydlana, jak balonik... trzasssk... i już nie ma!

 Teraz tam, z góry będziesz czuwał nad wszystkim. I wiem, że zawsze będziesz z nami.






 A my z tobą.
I wciąż będę cię widzieć.... jak biegniesz, a twój biało-czarny ogonek tak śmiesznie zadarty do góry merda radośnie...  Twoje ślady są wszędzie i pozostaną
.... wyryte, jak kamienna tablica w moim  sercu...
          na  ZAWSZE!!!















10.01.15

Serce domu.

Właśnie dziś, siedząc przy kaflowej kuchni  i grzejąc się w jej ciepełku... przyszla mi do głowy myśl, że oto mój dom ma  Serce... a jest nim kuchenny piec.

 


Piec, który od dwóch lat nie działał i był jedynie kuchenną ozdobą, tego lata został uruchomiony. A dokonał  tego pewien kominiarz, który pojawił się u mnie niespodziewanie, jakby przewidział, że jest tu coś do zrobienia. I gdy dowiedział się w czym rzecz, długo oglądał piec ze wszystkich stron, jak unikat jaki, dumał, pukał, stukał, zaglądał do środka... i w końcu orzekł, że można zaryzykować i wybić dziurę w kuchennym kominie, który to wówczas ów zdun wymurował i być może tam tkwi przyczyna, ale on niczego nie gwarantuje.  Akurat wtedy była u mnie sąsiadka, syn, córka... i wszyscy jak jeden odradzali.
"I na co taka landara" mówiła sasiadka " tylko koty się na niej wylegują, niech rozbierze lepiej, chleb kupi, tani jest przecie, co bedzie piekła, tera na wsi juz nikt chleba nie piecze, kupić wszystko można, a kafle niech  sprzeda, koty przepędzi i kupi jakie nowe szafki kuchenne, bo na te stare to i patrzec nie idzie!"

Prawda, zgodziłam się... piec wyburzyć, koty przepędzić,  nowe szafki postawić... i zyć zacząć normalnie... czyli jak... nie wiedziałam.
I tylko kafli szkoda... tyle się przecież za nimi  najeżdzilam po różnych wsiach, naszukałam, a potem wiozłam je z tak daleka...Uffff... westchnęłam ciężko, po czym zwrócilam się do zdziwionego chłopa...  "a niech natychmiast i to zaraz...wybija tę dziurę!" i pojechałam do sąsiada po młot pneumatyczny.

A potem, oj działo się! W kuchni i w całym domu zrobiło się siwo, przez otwarte drzwi i okna waliły chmury pyłu, wszyscy pouciekaliśmy na dwór, a ja  myślałam, że być może będę miała ten swój wymarzony piec, ale za to mój dom w gruzach legnie!
Po czym nagle wszystko ucichło. Pomyślałam, że to już koniec, pewnie jaka ściana runęła. I nagle dał się słyszeć triumfalny krzyk chłopa "Jest!!!!"

Rzuciliśmy sie wszyscy do niego, a on stał przed domem, który był cały o dziwo, dzierżąc w rękach dwie cegły! Oto cała przyczyna, powiedział wskazując na cegły. To był  najprawdopodobniej szalunek, który owemu zdunowi wpadł do komina, gdy go murował, nie wyjął ich i one zapchały komin, który nie ciagnął, dym się cofał i kuchnia nie działała.

I tym oto sposobem moja kuchnia została naprawiona, ale nie w całości, o nie, częśc z piecem chlebowym nadal nie działa, należałoby zdaniem owego chłopa rozebrać całą kuchnię, a przynajmniej jej połowę , bo przyczyna leży w żle ułożonych kanałach. Może więc kiedyś to zrobię, kiedykolwiek... przecież mi się nie spieszy... stary dom i tak remontuje się przez całe życie... więc mam czas. Całe pokłady czasu.
Skoro najgorsze mam już za sobą, czasy, gdy na oknach był szron, a ja aby ugnieść ciasto na chleb zamykałam się w łazience, bo w kuchni nie szło nic zrobić. Wtedy nawet mój salon mieścił się w łazience. I nawet wstawiłam tam sobie wygodny fotelik i lampkę, żeby przytulniej było  i czytywałam wieczorami, na kompie nie sposób było nawet posiedzieć Ech, to były czasy!

A teraz  mam  luksus. Mogę sobie w kuchni napalić kiedy tylko zechcę i nie potrzeba do tego nawet jakiegoś specjalnego opału. Można się wygrzać, ugotować, zwykle pyrka u mnie jakaś zupa, podrzemać, poczytać, pogapić się w ogień. Tak spędzam całe dnie, gdy na dworze zimno, a przy ogniu ciepło, przytulnie. Zresztą wszyscy, cała moja siódemka lubi się przy nim wygrzewać.

 

Żyję tak, jak  kiedyś się żyło, z piecem w sercu domu, gdy  ludzie grzali się w jego cieple, snując opowieści w długie zimowe wieczory. Niekiedy nawet spali przy nim, gdy mieli zapiecek.
Tak, jak u mojej babci. Babcia miała kuchnię kaflową z zapieckiem, na którym leżały skóry owcze, a każdy kto chciał mógł się na nim położyć.

O tak, kuchnia z zapieckiem to cudowna rzecz . Ja, gdybym raz jeszcze coś budowała czy  remontowała, to koniecznie postawiłabym na środku izby wielki piec z zapieckiem.
Piec, stół i łóżko. To co najważniejsze.

I teraz, gdy przychodzi sąsiadka, mości się od razu przy piecu. A ja robię gorącą herbatkę z czarnego bzu. A ona wyciąga zmarznięte ręce do ognia i  mówi  " Jak teraz ma ciepło, a tak zimno zawsze miała, że aż przychodzić sie nie chciało, a teraz to inaczej. Jeszcze tylko jak koty wyrzuci na dwór i psów nie bedzie wpuszczać, to już dobrze mieć bedzie."

 


 

A najbardziej na ciepłej kuchni lubi wygrzewać się Perełka, mój najmłodszy kociak



I zawsze miałam takie dziwne odczucie, że czegoś mi brakuje. Chodż, dokładnie nie wiedziałam czego. Teraz już wiem.
Serca Domu nie było.
I pewnie dlatego lodowaty chłód panował wszędzie. Nawet palenie nie skutkowało.
Teraz to Serce Domu go ogrzewa.

I tylko ja...  piekę chleb nadal w piekarniku...











 


21.12.14

Święta.


 I kolejne święta przed nami. I znów czeka nas gorączka świątecznych przygotowań, zakupów, prezentów. Czas dobrych uczynków, szlachetnej paczki. Czas wyjątkowy i niepowtarzalny, jedyny w roku. Czas, gdy otwierają się ludzkie serca. Czas miłości i dobroci.


Wczoraj zadzwoniła do mnie moja dawno nie widziana przyjaciólka z mojego rodzinnego miasta i wzdychając głęboko, oświadczyła, że wyjeżdża na święta. A właściwie to... ucieka, tak właśnie to określiła. Ucieka, ale  nie od przygotowań, lecz od...  świątecznych prezentów dla pięcioosobowej rodziny swojej córki. "Bo wyobraż sobie, że już moja najmłodsza, siedmioletnia wnuczka zażyczyla sobie tableta... że nie wspomnę o starszym  nieco wnuku... westchnęła, no i widzisz sama... jak tu nie uciekać... przecież nawet kilku dniowy pobyt w górskim pensjonacie, będzie tańszy od tych gwiazdkowych prezentów, których  naturalnie dzieciom odmówić nie sposób, a są jeszcze przecież dorośli!?"
Byłam zaskoczona. Muszę przyznać, że ja nigdy nie mialam podobnego problemu. Nigdy też i na szczęście, nie musiałam uciekać z powodu gwiazdkowych prezentów.

A może czasy były inne?!
I wszystko było skromniejsze, i wszystkiego było mniej, a dzieci miały takie... zwykłe, dziecięce marzenia ?!
Teraz czasy sie zmieniły, dzieci pewnie też.
A ja mam wciąż nieodparte wrażenie, że im czegoś mniej, tym ważniejsze to się staje?!

Choć w naszym domu, zawsze stawialiśmy na skromność i gest serca. Bo gwiazdkowe prezenty może takie właśnie być powinny... symboliczne, proste i co najważniejsze darowywane od serca. I jeszcze lepiej, gdy są własnoręcznie wykonane, wtedy wkłada się  w nie całą miłość i uwagę.
I wówczas mają swoją magiczną moc?!
Mam całe mnóstwo takich właśnie magicznych prezentów, głównie tych od moich dzieci.

 Najpiękniejszy z nich ... to prezent od mojej wówczas ośmioletniej córeczki. To mała błękitna karteczka w gwiazdki, w kopercie, a na niej napis: ściśle tajne!  W środku zaś, tylko jedno, pełne błędów i tym bardziej wzruszające  zdanie:
  " moja kochana mała mamusia cieszę się że jesteś moja mamusia i kocham cię bardzo"

Ta karteczka od lat stoi na honorowym  miejscu, a ja, gdy po nią siegnę, balsam wlewa sie do mej duszy. Rozczulam się do łez.
Tyle lat minęło, a dla mnie to wciąż... Bezcenny Prezent.

Albo... małe czerwone serduszko z myszką, a na nim napis: moja mała myszka / czyli ja/!

Jest też niewielki, drewniany stateczek wystrugany ręką mojego dziesięcioletniego chyba wówczas synka z moim imieniem na kadłubie. Ależ byłam dumna, gdy go otrzymałam! Tak nieziemsko piękny, że i napatrzeć się nań nie sposób i nigdy dosyć!

Albo mała różowa... bardzo śmieszna  świnka / to też oczywiście ja/ !

Jest jeszcze  aniołek z jednym skrzydełkiem, bo drugie sie ułamało, przy pakowaniu!
I mały słonik na szczęście! I inne... o których nigdy nie zapomnę!

Te prezenty, to moje skarby, najpiękniejsze, na wszystkie moje dni i do końca świata. I zawsze, gdy  będę na nie patrzyła, staną mi przed oczyma małe, kochane twarzyczki z zapałem i z błyskiem w oczach szykujące swoje tajemne gwiazdkowe niespodzianki.

I nigdy też... nie zapomnę naszego najpiękniejszego chyba, wspólnego prezentu, jakim był nasz... schroniskowy pies Bubi.
Bubuniu, kochany pozdrawiam cię w te świeta , tam w twoim świecie... i wiedz, że byłeś naszym najcudniejszym  gwiazdkowym prezentem!!!
Radośc na czterech łapach! Tyle szczęścia i miłości zagościło wówczas w naszym domu.

Dziś jego miejsce zajmuje magiczna siódemka, różnych znajd i przybłędowych Cudów!
Tak, szczęście na czterech łapach, to niezaprzeczalny  HIT  wśród gwiazdkowych prezentów... i jakże godny polecenia!

 I w tej chwili... bardzo żal mi się zrobiło mojej przyjaciółki. I żal jej wnuków, którym może... coś ważnego umyka w życiu!? A ich babcia, zamiast cieszyć się świętami i prezentami... musi uciekać.  I jeśli nawet... jest to ucieczka do pięknego górskiego pensjonatu. Zawsze to jednak...  jakby trochę boli!

A może jednak... zdecyduje się na schroniskowy prezent, lub chociażby odwiedzi z wnukami najbliższe schronisko... bo może one nigdy tam nie były... i nigdy nie widziały pełnych nadziei, wyczekujących na ten jeden, jedyny gest, zmieniający całe życie... psich oczu?!

My nadal sprawiamy sobie podobne przezenty. W te święta moje już dwudziestokilkuletnie, ale jeszcze bez własnych rodzin dzieci, dostaną swoje zdjęcia, gdy były małe... takie śmieszne, bobaskowe, oprawione w piękne ramki. Do tego pluszowe zabawne  misie. Będzie też kilka bardziej "dorosłych" drobiazgów. Ale wszystko tak w normie... i tak, żeby nikt nie musiał przed niczym i nikim uciekać! 

I Wam Kochani, w te nadchodzące święta,
życzę wspaniałych, rodzinnych spotkań przy światecznym stole,
pięknych prezentów darowanych z głębi serca,
dużo miłości i prawdziwie ciepłej rodzinnej atmosfery!

Ściskam
Wasza Amelia






    















02.11.14

Anioły.

Listopadowe święto nastroiło mnie tak niezwykle... anielsko.
I nie mogąc być na "grobach" zabrałam się do mycia przydrożnego krzyża, którego mocno zszarzały błękit domagał się odświerzenia. Szorując zawzięcie, myślałam o aniołach.
O tym, że jestem nimi otoczona, chociaż nie zawsze tak bywało...
Kiedyś, w moim poprzednim życiu... wolałam raczej otaczać się przedmiotami, niż aniołami, których nawet nie zauważałam. 
Dopiero z czasem zagościły w moim życiu.

A zaczęło sie od tego Najpierwszego... od Białego Anioła ze złotą trąbką.
Trafił przypadkowo w moje ręce, chociaż przypadków nie ma, a ja patrząc na niego miałam wciąż to nieodparte wrażenie, że chce mi coś ogłosić... coś bardzo ważnego!
I ogłosił! Choć, ja wówczas nawet tego nie dostrzegłam, będąc złamaną i pozbawioną nadziei. To On pojawil się, po to, aby dać mi siłę, moc i nadzieję.
To Anioł mocy.  




Błękitnego... spotkałam w małej galerii na rogu ulicy, nieznanego mi  miasta. Od razu przykuł mój wzrok. Trzy razy wychodziłam i wchodziłam do galerii, aby w końcu wyjść wraz z nim. Dziś już wiem, że czekał tam na mnie.
To było wtedy, gdy  znajdowałam sie w trudnym okresie zmian i czekającego mnie remontu zrujnowanej chaty. I tak bardzo potrzebowałm wówczas siły i wsparcia... i On mi to dał. Wszystko udało się, a ja zaczęłam nowe życie.
To mój Anioł Stróż, który chroni i wspiera.

 


Anioł z Sercem .
To ten od Inkwizycji. Jest piękny... a ja, gdy na niego patrzę, wciąż myślę, jakie ma zadanie... co chce mi przekazać... trzymając w ręce serce, które ja... o ironio losu... właśnie tam zostawiłam?!
Pewnie znów lata upłyną, zanim się dowiem.
Cóż, skoro wszystko w życiu... ma swój czas, będe więc czekać cierpliwie!


 


I jest też Anioł Zamyślony ... na którego tak bardzo lubię patrzeć....




I Anioł Dobrego Domu, którego przywiozłam z mojej letniej podróży z zielonym kamykiem.





I w końcu doszłam do punktu, w którym nie sposób nie wspomnieć o tych bardzo ważnych... tych  czworonożnych, naszych braciach... mniejszych, jak mówia, choć dlaczego... nie wiem naprawdę.
To Róża... Pola...Anioł... Maks... Wandzia... Bob... Perełka. I te z tamtego świata. Wszystkie musiałam je wymienić, tak ważne są dla mnie, tak wiele znaczą w moim życiu.
To Anioły Miłości.
Piękne, szlachetne istoty o sercach pełnych miłości.
Tej  bezwarunkowej, tej o jaką najtrudniej w świecie. I gdy wszystko zawodzi, one zawsze są z nami.




I są jeszcze te... inne Anioły.
To te ukryte.
To te, które przybierają niekiedy zmęczoną, niechętną, wręcz wrogą  twarz sklepowej z najbliższego sklepu. Lub te...  o poszarzałej, pooranej bruzdami twarzy kierowcy szkolnego autobusu... To też Anioły.
I chodż tak trudno nam to dojrzeć, to jednak, może się to udać... gdy spojrzymy na nich w ten szczególny sposób, gdy spojrzymy sercem... to może wówczas zobaczymy... świetlistą, anielską twarz... i skrzydła białe, właściwe tylko aniołom?!

 

Moje Anioły. One zawsze są ze mną. Chronią, wspierają, dodają sił. Każdy z nich niepowtarzalny, piękny tym swoim wewnętrznym światłem, cenny. Moje życie dzieki nim stało się bogatsze, dużo bardziej, niż wtedy, gdy gromadziłam jedynie przedmioty.
Teraz jestem kolekcjonerką Aniołów. To je zapraszam do swojego życia.




I Wam , Kochani życzę pięknych spotkań z Aniołami !









04.10.14

Po-wakacyjnie....

... już dawno, a lato... wakacje jak jedno mgnienie minęły, tak że nawet dobrze nie zauważyłam, kiedy się skończyły. I gdy patrzę na swój ostatni wpis... wydaje mi się, że to było jakby wczoraj, a przecież całe trzy miesiące minęły. A ja wciąż pochłonięta remontem, który jak już zdązyłam zauważyć,  chyba nie ma końca!
Więc pogodziłam się już ze wszystkim i z tym, że moje wakacje to... taczka i łopata... Nie, nie żebym narzekała, absolutnie, cieszę się nawet, oczywiście! I może kiedyś zastrajkuję i zrobię sobie... Wolne... i może mi się to nawet uda?! 
Choć stare domy, wreszcie to pojęłam,  tak rzadko dają wytchnienie!

 

Tak więc tego lata zrobiliśmy znów małe 'co nieco" czyli  kolejny, trzeci i ostatni już pokój... a ja jestem przeszczęśliwa, że nie posiadam ich więcej!





Ponadto, po dwóch latach, oczekiwań naprawiona została kuchnia węglowa...choć nie całkiem, bo część z piecem chlebowym nadal nie działa... ale nie miałam ani ochoty, ani odwagi rozbierać jej w całości i od nowa stawiać, muszę więc cieszyć się tym, co mam...


 


  ... i doczekała się też swojego czasu obórka, dostając nowe drzwi i oszklone okna...




... i tym samym przestała straszyć, a woda nie leje się już do środka przez dziurawe otwory okienne...





I to tyle z remontowych zmagań, nie za wiele, ale i tak zajęło to nam /ja, syn, córka, sasiad do pomocy/ całe dwa miesiące.
A ja nadal szlifuję i maluję oborowe drzwi i robię po remontowe porządki.

Jest wciąż tak ciepło, pięknie, pogoda zupełnie letnia, choć to już jesień....  i wciąż kwitną kwiaty...








 Zakwitają słoneczniki... póżno, u mnie wszysto jakoś spóznione... a może to normalne... i codziennie kolejny otwiera się ku słońcu.... czy zdążą jeszcze?


 


Jabłonie pełne są  jeszcze jabłek... I nawet ta, nie poddająca się czasowi staruszka, obsypana jest malutkimi czerwonymi i bardzo słodkimi jabłuszkami...



Pomidorki cherry, pomimo niepielegnowania też jakimś tylko sobie wiadomym cudem ... doszły do całkiem godziwych rozmiarów i obfitości... zrywam je wciąż i zamykam w słoiki, robiąc "salsę cherry"... czyli pomidorki, słońce, trochę bazylii.
To będzie cudne wspomnienie lata w długie zimowe wieczory!






Wciąż suszę  grzyby, które sąsiad donosi wracając z lasu... sama nie miałam jeszcze okazji bycia na grzybobraniu...
 tak, remont włada mną nieustannie...


Zamykam to wszystko w słoiki...  a potem patrzę na tę swoje Cuda ... i czuję się jak... bogaczka, myśląc, że mimo wszystko... los tak łaskawie się ze mna obszedł, dając to wszystko, ten cały luksus..., o którym latami marzyłam, zamknięta w klatce na 10 piętrze...




W międzyczasie sterylizuje koty... już wszystkie, nawet Wandzia są "Po". Jedynie Polinka ... która jest w ogóle osobliwym kotem i  przed każdym terminem po prostu znika. Ostatnio nie było jej miesiąc, a ja odchodziłam od zmysłów. Wróciła, przynosząc w zębach swoje kolejne dzieci, rzuciła  mi je do stóp, nie robiąc sobie absolutnie nic z moich bezsennych nocy!

A moja zwierzęca rodzina znów powiększyła się o Perełkę, jej czerwcowe dziecko, która już u mnie pozostanie... ale kolejne cztery czekają na adopcję.
Cóż, wkrótce stanę się niechybnie drugą Villas!




Pozostałe koty, jak  również psy mają się dobrze!

 

 

 Aniołek, dziecko Loli, wydoroślał i stał się Prawdziwym Aniołem... A tego lata awansował do roli wujka Perełki... Jest więc Wujkiem Aniołem...



Róża zaś,  przejęła rolę matki Perełki... i jest tak rozczulająca... znosi  myszki swemu przybranemu dziecku... i mimo sterylki stała się matką karmiącą.... czy to w ogóle mozliwe ?!




A ja z żalem, już wkrótce będę musiała porzucić swoje campingowe letnie życie i przenieść się do domu... w którym już dotkliwe zimno daje się we znaki... I właściwie, gdyby nie zima, to mogłabym przez cały czas prowadzić to swoje koczownicze życie, czując się jak na nieustających wakacjach....




 ... ale póki co, łapię jeszcze ostatnie promienie słońca, napawam się letnimi kwiatami... i ze smutkiem spogladam w niebo na odlatujące klucze ptaków... tak, nie da się ukryć... to już jesień.






I życzę Wam Kochani i sobie, aby ta jesień była równie obfita w ciepłe, słoneczne i piękne dni. Do usłyszenia, pa.