"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

19.02.15

Wsi spokojna... wsi wesoła...

....  życzliwa ludziom i zwierzętom.
 

O takiej wsi marzyłam! Taką też, znałam z dzieciństwa, spędzanego u babci na wsi. Wieś pełną zapachów i smaków. Pachnącą świeżym sianem, ziołami i chlebem... sprzedawanym w jedynej piekarni, gdzie wszystkie kobiety z rana ustawiały się w kolejce po gorący, dopiero co wyjęty z pieca chleb, który piekarz Pipek piekł dla całej wsi.  Dobrze pamiętam ten wesoły, rozjazgotany tłum  kobiet pod sklepem, te poranne wyjścia po chleb, były jedyną okazją do wspólnych spotkań i rozmów.
A potem wracało się do domów, niosąc przed sobą ten  pachnący, wielki, rumiany bochen chleba... jak skarb jaki... na wierzchu, którego leżały zawsze dwie jagodzianki, obsypane obficie krzyształkami cukru... o tak zniewalającym zapachu i smaku.... które ja, niemal natychmiast pochłaniałam, czując jak jagodowy, słodki  sok spływa mi po twarzy...
Nie, tego... nie sposób zapomnieć, nawet gdyby....bardzo się tego chciało!

Te smaki i zapachy dzieciństwa, przetrwały lata. I z czasem stało się to moim marzeniem. To, aby odnależć je i... taką wieś. A potem żyć szczęśliwie wsród zapachu kwiatów i ziól, wśród przyjaznych ludzi i szczęśliwych zwierząt.
W poszukiwaniu takiej wsi, zjeżdzilam szmat drogi, a moje wędrówki trwaly latami. Widzialam wiele wiosek, niektóre były tak cudne, a ludzie tak życzliwi, że chciało się... natychmiast tam pozostać... i tylko miejsca w nich dla mnie nie było.

I tak w końcu trafiłam do mojej wsi. Niewielkiej, takiej na kilka domów, otoczonej  lasem i polami, z dala od bitych dróg, o zapachu lasu i świeżo skoszonej trawy, ziół i kwiatów.  Wszystko zdawało się być tak, jak wtedy w dzieciństwie... Idylla! Tak wówczas myślałam... zakochana i zauroczona miejscem, które znalazłam. 
Wsi...  moja. Czy naprawdę moja?!


Ostatnio, gdy jeżdziłam i szukalam Bubusia, zajechałam do mojej wsi.
Wiem, to brzmi dziwnie, to tak, jakbym miieszkała gdzieś poza nią. Ale tak właśnie jest. I jedyne,co mnie wiąże z tą wsią, to adres. Należę do niej, choć w rzeczywistości nie mam z nią nic do czynienia. I nawet droga do mojego domu prowadzi przez las, a nie przez wieś.


 


Ufff...i  chyba zanosi się na coś dłuższego... może jakoś przez to przebrniecie?!

Tak więc, gdy zaginął Bobo, wybrałam się tam. Do mojej wsi..
To dziwne, myślałam, zawsze tam jadę, gdy coś się dzieje z moimi psami, ale zawsze je znajduję... tylko  teraz jest inaczej. Choć jeszcze wtedy miałam nadzieję.
Już sama droga do wsi nie napawa otuchą, zwłaszcza jesienia i zimą, wielkie koleiny i zwały błota nie pozwalają ani przejśc, ani przejechać, a auto ślizga się, jak na lodowisku, rozbryzgując zwały błota.
W połowie drogi między moim domem, a wsią, stoi dom  najbliższego sąsiada. Mijam go, postanawiając zostawić to, co "najlepsze" na koniec.


 


Wjeżdżam do wsi. To biedna wieś, robi wrażenie zapomnianej przez Boga i ludzi. Kilka domów, stojących w niewielkiej od siebie odległości, wszystkie z eternitowymi dachami, odrapane i zaniedbane, z tyłu skromne podwórka i niewielkie ogródki warzywne.

 Staję przed pierwszym z nich po prawej stronie.
Mieszkają w nim miastowi, jak mówi się  powszechnie o osiedleńcach  z miasta. To najładniejszy z domów, odremontowany, choć nie całkiem, z nowym czerwonym dachem.
Bylam już tu kiedyś... i to wówczas dowiedziałam się o ich zastrzelonym przez leśniczego psie.
Tym razem nie zostaję zaproszona do środka, a drzwi uchyla mi starsza kobieta, matka młodych, mówiąc krótko, że mojego psa nie widziała. Wiem, ma do mnie pretensje, że moje oba psy biegają po ich podwórku i rzucają się na ich psy, a  Bobuś podobno porwał latem obrus na stole ogrodowym. Od tego czasu nie rozmawia ze mną, choć tłumaczyłam, że to niemozliwe, bo Bobuś to najgrzeczniejszy pies pod słońcem...  Był?!
Tę sprawę puściłam dawno w niepamięć. Ale ona widać nie zapomniała i pewnie nigdy nie zapomni... nawet, teraz, gdy Bubusia już nie ma!
Cóż, tak już jest, że ludzie pielęgnują w sobie pamięć o tych wszystkich nieważnych sprawach, zapominając o tych naprawdę ważnych...


 


W domu obok mieszkąją dwie młode rodziny z małymi dziećmi. Jedna z nich, to też osiedleńcy z miasta. Wielki owczarek niemiecki podbiega do płotu, ujadając grożnie, po chwili z domu wychodzi młoda kobieta, wiąże psa i zaprasza do środka.To jedyna sąsiadka, z którą utrzymuję nieco bliższe, choć też raczej sporadyczne kontakty.
Jej pies został w ubiegłym roku zastrzelony. K. parzy herbatę, a ja myślę, że to jedyny dom, w którym mogę liczyć na jakiś poczęstunek.
Rozmawiamy o psach.Teraz łączy nas tak wiele, myślę ze smutkiem, obie nie ukrywamy łez.
Potem temat schodzi na sąsiadów. I gdy mówię, że jej sąsiadka nie wpuściła mnie do domu, K. wcale się nie dziwi. Z nia też nie rozmawia, po tym jak nasłała na nich policję,gdy  mąż wywoził gruz, a ona myślała, że to śmieci. I od tej pory ich sąsiedzka  "przyjażń" się skończyła.
 Opowiada też o A. swojej sąsiadce obok, z którą od dawna są skłóceni, a wciąż toczy się spór o renowację współnego dachu, bez skutku, a ona ostatnio została obrzucona wyzwiskami, gdy powiedziała że i tak dach  zrobi, nawet bez jej zgody, skoro takowej dostać nie może.
 "Jak ja tobie zazdroszczę" wzdycha " że mieszkasz na uboczu. Jak ja mam już tego dosyć, tych pomówień,  donosów, kłótni! Myślimy poważnie  o sprzedaży i wyprowadzce! "
 Szkoda, pomyślałam ze smutkiem , bo domek naprawdę ładny, a oni tacy mili i życzliwi.

 

Żegnam się i idę do sąsiadki mieszkającej obok. Drzwi otwiera mi młoda, bardzo szczupła kobieta, o smutnej twarzy. Zaprasza do środka. A. znam przelotnie, któregoś  roku wzięła ode mnie dla swoich dzieci dwa kotki. Najpierw małe były w domu, potem ze względu na zanieczyszczenia jakich dokonały, zostały wyeksmitowane do garażu, z którego uciekły i  podobno dzieci sąsiadów je zamęczyły.
A. ponownie wraca do tego tematu, choć wcale o to nie pytam, a może dręczą ją jakieś wyrzuty sumienia? Słucham , a ona wylewa z siebie potok żalu, który płynie jak rzeka, słucham o ... dzieciach, wiecznie chorych i nie mogących odnależć sie w tej wsi... o sąsiadach nieżyczliwych i złośliwych... o mężu pijaku i nierobie... o tym, jak to jej samej jest ciężko. Patrzę na jej zbolałą twarz, na śliczne wnętrze domku, które mąż wyremontował... i gdy o tym mówię... ona macha jedynie ręką, wydyma usta z pogardą,  mówiąc, że  to taka prowizorka! I, że już  tego nieroba i pijaka nareszcie wyrzuciła! Tylko kiedy zdołal to wszystko zrobić, skoro tak pił, myślę. Wiem, że był pracowity, poprawiał u mnie kilka rzeczy, po fachowcach. Ludzie mówią, że to ona zatruwała mu życie, bo i kontakty z dziećmi miał utrudnione. A teraz jak odszedł, to dzieci tylko chorują, a mały gdy wraca ze szkoły, to od razu kładzie się do łóżka, tak go żoładek boli.... i są pod opieka psychologów... przerywam powtórny potok...  i zbieram się do wyjścia.

Jadę dalej, otwieram szybę, z przyjemnoscią czując chłodny powiew wiatru na twarzy. Obok na siedzeniu Wandzia, zawsze radosna, szczęśliwa...





Podjeżdżam do ostatniego, trzeciego domku po lewej stronie.Mieszka w nim dwoje starszych ludzi. Dwa niewielkie kundelki witają mnie, ujadając zaciekle, po chwili z domu wychodzi ich właściciel. Uśmiecha się przyjażnie. Lubię go, choć zaledwie parę  razy z nim rozmawiałam. " Nie proszę do domu, ale żona taka słaba i trochę nieporządku przez to jest" mówi przepraszająco.
" Kiedy ja tak  przy płocie lubię" mówię i  pytam o Bubusia...  nie, nie widział, choć czasami tak... widział, jak oba z naszymi biegali po wsi. Jeszcze przez chwilę rozmawiamy, pytam o zdrowie, o syna, który za granicą pracuje, a którego żona niedawno opuściła, zabierając obie córki... a nowo wyremontowany dom stoi teraz pusty. Patrzę na dom, pamiętam jak syn go remontował, a śmiech dzieci niósł sie echem po polach.
Jaka szczęśliwa rodzina, myślałam wówczas, gdy któregoś dnia tamtędy przejeżdżałam... i dziadkowie tacy mili...! Głęboki cień kładzie się na twarzy starszego człowieka, gdy o tym mówi.


 

Idę do domku naprzeciwko, w którym mieszka jego córka. To ostatni dom we wsi, pięknie położony wśród pól, pod ścianą lasu. Wstrzymuję na moment oddech, patrząc na roztaczający się wokół widok. Czy ci ludzie w ogóle  to dostrzegają... czy widzą to, w jak pięknym miejscu przyszło im żyć... czy jedynie pochłonięci są tysiącami spraw, nie pozwalającymi cieszyć się życiem?!

Do domu nie pukam, wiem, że U. i tak nie wyjdzie. Tylko raz jeden, wyszła na moje powitanie,gdy męża w domu nie było. Szkoda, bo lubię tę kobietę i chętnie bym z nią pogadała.
Z obory wychodzi jej mąż, idzie do mnie chwiejnym krokiem. Pytam o Bobusia... śmieje się, małe cwane oczka, zawsze przenikliwe, dziś zamglone i wesolutkie patrzą na mnie... "a co to tylko o tych psach i psach  stale... napije się z nami!". Widać zeszłam już na psy. W oborze siedzi jeszcze jeden chłop, macha do mnie zachęcająco, na prowizorycznym stole stoi  butelka i szklanki.  S. pije od rana i nawet się z tym nie kryje przed żoną. Wiem, ona i tak nie ma tu nic do powiedzenia. 


 


Ostatnim domem we wsi jest długi, parterowy budynek po byłym PGR-rze, brzydki i odrapany, sprawia przygnębiające wrażenie. Mieszkają w nim cztery rodziny. To najgorsze miejsce, jakie znam. Przez resztki pięknej niegdyś bramy i ceglanego muru wchodzę na podwórze. Mam wrażenie, że jestem na jakimś złomowisku, czego tu nie ma! Stare maszyny, rowery, polamane meble, dechy, złom... a między tym wszystkim gromada psów wszelakiej maści, szczekających teraz zajadle. Mijam to wszystko, zgrabnym slalomem, wpadając przy okazji w błoto. Ale moje gumiaki są niezawodne w takich chwilach.


 


W pierwszej części domu mieszkają "gospodarze". Dwójka starszych ludzi, którzy kiedyś gospodarzyli, a teraz rządy przejęli synowie, nie bardzo przejmujący się gospodarką, a bardziej życiowymi uciechami.
W stronę obór i kurników nawet nie patrzę, nigdy tam nie byłam, ale i tym razem chcę sobie zaoszczędzić tego widoku.
 Pukam do drzwi, gospodyni o kuli staje w progu, pytam o psa... nie, nie widziała. Drzwi zostają zamknięte.
Wiem, że nie darzą mnie sympatią. To właśnie ona opiekowała się Heleną, pod koniec jej życia, gdy ta nie mogła już chodzić. A w zamian za opiekę Helena zapisała jej dom. Potem odnalazla się jakaś dalsza rodzina Heleny i Władysława, która podważyła testament i dom w jednej części przyznano owej rodzinie, a w czterech częściach gminie. A potem ja stałam się jego właścicielką. Ale oni ,wciąż mają o to do mnie żal.




 W następnej części budynku mieszka trzech braci P. z rodzinami. Są słynni na całą okolicę. I w zasadzie nie trzeba mówić, gdzie się mieszka, wystarczy, wymienić to nazwiskao, a już wszyscy wiedzą, że to tam, gdzie mieszka "dewiacja"...  I mówią.... Aaaa... to tam!
Przed  drzwiami pietrzą się stosy śmieci, szmat, starych rupieci i niesamowite ilości butelek, walających się dosłownie wszędzie. Omijam zgrabnie to wszystko i  pukam do ledwo trzymających się kupy drzwi. Tu mieszka W. z żoną i 9-tką dzieci.
Drzwi otwiera jeden z najstarszych chłopaków... i w oczy od razu rzuca mi się sterta leżących w kącie butów, narzucanych jeden na drugi, byle jak... duże, małe... ten stos butów wydaje mi się tak dziwnie znajomy... już gdzieś to przecież widziałam...!
Pytam o psa, nie odrywając wciąż wzroku od tych butów, z chęcią weszłabym dalej, ale chłopak nie zaprasza. Większość dzieci w tej chwili jest w szkole, z głębi słychać jedynie głośne dudnienie muzyki. Ciekawa jestem bardzo, jak oni żyją w tych dwóch pokojach, ale pewnie nigdy tego nie zobaczę. Słyszalam różne wersje, ale nie wiem, czy prawdziwe, więc nie bedę ich przytaczać.
"Jest mama." pytam. Nie ma. O ojca nie pytam. Wiem, że siedzi w więzieniu. Po tym, jak okazało sie, że żona dopuściła się zdrady małżeńskiej, a zdradzona przyjechała do zdradzonego, aby go o tym poinformować... W. nie zdzierżył i rzucił się na swoją połówkę, wezwano policję... W. rzucił się również na policjantów, jednego pobił dotkliwie, innego ugryzł w palec. Potem był proces, matka zapłaciła dzieciom, aby zeznawały przeciwko ojcu. Udało się. W. dostał wyrok kilku lat. Za znęcanie się nad dziećmi, żoną i zwierzętami. On podobno palił psy i koty na oczach własnych dzieci..........!!!
Teraz matka ma  podobno nowego przyjaciela i w związku z powyższym, w domu rzadko bywa.
Dzieci są więc same. Ostatnio rodzina się zmniejszyła, jedna córka uciekła z domu, nie kończąc szkoły i już ma własne dziecko. Druga, nastoletnia zajmuje się młodszymi i nie ma czasu na naukę. Tam ponoć już dzieci piją.

To właśnie W. pracował u mnie przy rozbiórce dachu, a potem jako stróż. Gdy przyjeżdżałam w przyczepie była melina pijacka, a stosy butelek sięgały okna. Wyrzuciłam go ... a on wygrażał mi, że tu jest PAW....O! I żebym o tym nigdy nie zapominała! Bo nawet, gdy zapomnę, to on szybko mi  to przypomni!!!!
Cóż, bałam sie przez jakiś czas. Potem W. ucichł. A dzieci okazały się grzeczne i miłe, pomimo takiego życia. Zawsze witają się grzecznie, nawet ze starszymi chłopakami, których sie najpierw bałam, teraz żyję w zgodzie.  Młodsze przychodzą niekiedy pomagać, dostają parę groszy na słodycze.

Daję chłopakowi  kilka puszek dla psów, mówiąc, że to po Bobusiu i idę dalej.

Drugi z braci, w mieszkaniu obok,  z żoną i piątką dzieci, drzwi wcale nie otwiera. Wiem, ze obydwoje piją i wstają dopiero po poludniu, gdy dzieci wracają ze szkół. 

W ostatnim lokum mieszka trzeci brat z trójką nastoletnich dzieci, które sam wychowuje po tym jak żona go pozostawiła, a raczej uciekła z innym. On sam najporządniejszy ponoć z nich wszystkich i jedynie sporadycznie pijący. Rezygnuję z odwiedzin, wołam Wandzię i wyjeżdżam ze wsi.

Staję pod domem najbliższego sąsiada. To ci ,od Adasia, którego w ubiegłym roku zabrano do Domu Dziecka, pisałam już o tym w "Opowieści  wigilijnej"....

,


 W domu mieszkają oprócz matki i jej przyjaciela, jeszcze babcia i dziadek Adasia. To właśnie Wandzia jest od nich, uciekła, gdy było jej już bardzo żle. Była ciężarna, więc czuła jaki los może ją spotkać. To właśnie ona nauczyła moje psy uciekać do lasu i polować na zwierzęta, gdyż sama w ten sposób musiała zapewnić sobie pożywienie. Wiem, że zwierzęta maja tutaj ciężki żywot, podobnie jak dzieci.  Adaś ma rocznego braciszka. Wrócił latem z Domu Dziecka... ale nadal jest jak małe, bardzo zranione, agresywne zwierzatko. Matka twierdzi, że...  "psychika już mu siadła, więc i dziwić się nie ma co!"

 Pukam do drzwi. Na progu siedzi mały czarny kotek, bez... ogonka. Jest młody, wiem, wzięli go latem wraz z drugim, po tym, jak ja im swoich odmówiłam. Patrzę osłupiała. Wychodzi córka z dzieckiem na ręku, pytam o kotka, co z ogonkiem...?!  "Mama przytrzasnęła mu drzwiami od auta!" Wzroku nie mogę oderwać od tego maleństwa, pozostałe dwie kotki leżą nieruchomo na parapetach.... są osowiałe, nic dziwnego, skoro nigdy jescze nie wykarmiły swoich małych! Czy też zostają spalone?! Pytam, gdzie drugi kotek, przecież były dwa?! Wzruszenie ramion, to jedyna odpowiedż.

Z tyłu domu, całkiem na uboczu skamle i szczeka starszy pies, który tylko nocą jest niekiedy spuszczany.
Drugi, wzięty tego lata piszczy i skamle, łasząc się do jej nogi, ale  ona odpycha go brutalnie nogą.
To Adaś kiedyś tak rzucił Wandzię o beton, że była cała we krwi.
Myślę... dlaczego w szkołach uczą tylu różnych bzdur.... !!!
I dlaczego...  Empatia nie jest pierwszym i podstawowym przedmiotem szkolnym!!!

Mówię do sąsiadki, że wezmę tego kotka. Absolutnie nie chce o tym słyszeć. Są do niego przywiązani, choć on nigdy nie był w domu. A koty są im potrzebne, bo myszy sie rozplewiły  i nieważne,że one nawet się nie ruszają, aby je złapać... i dlatego latem wezmą dwa nowe koty od jej brata!  Myślę, że się przesłyszalam... i mówię, ze jeśli zwierzęta czują się kochane i nakarmione, to napewno będą łowić!
Moje słowa, trafiają w próżnię, tutaj, w tej rodzinie.

Powinnam... wiem, dobrze wiem, co powinnam! 
Ale... jestem skazana na tych ludzi, tu na tej wsi, to moi najbliżsi sąsiedzi i gdy potrzebuję pomocy, tylko oni mogą mi jej udzielić!
I ta prawda mnie powala... pokazując mi całą moją bezsilność!


Wracam. Jadę wzdłuż ściany lasu. Las zawsze jest piękny, dostojny i szlachetny. Przyroda nigdy się nie skala... A człowiek?!
Obok mnie Wandzia, szczęśliwa, kochana, ufna.  Chociaż ją zdołałam uratować, myślę i czuję jak fala wsciekłości mnie zalewa!
A bezsilność... to najgorsze ze wszystkich uczuć, dławi w gardle. Chce mi się wyć, krzyczeć...i  jak dobrze, że nikt nie słyszy !
Wsi spokojna... wsi wesoła...! Tak długo cię szukałam i w końcu... znalazłam, wybierając tę... jedną,  jedyną,  spośród tysiąca innych!

I tylko idylli brak!
Ale... czy życie to idylla?!
Przecież to... płacz i śmiech,  radość i rozpacz, ból i krzyk! Życie to...  jak opera, w której żadnego z tych uczuć, nie może zabraknąć!
I może... tylko wtedy, człowiek wie, że żyje naprawdę!? Tak prawdziwie! Tak... jak ja, tutaj... w mojej wsi!


 
















.










05.02.15

W zimowej szacie.

Jak ja uwielbiam  tę bezkresną,  śnieżną biel...!
I taką zimę ze śniegiem, słońcem i niewielkim mrozem, można wtedy poczuć się jak na urlopie, gdzieś w górach.
I nie sposób, nie utrwalić jej w obiektywie.
Zobaczcie zresztą sami, czyż nie jest pięknie...?




 A świat taki spokojny... czysty... taki niezwykły...
 I gdyby spokój mógł mieć kolor, byłaby to ... z pewnością  biel.




Choć są ludzie, którzy nawet i tego zdają się nie zauważać... i nawet tutaj.
Dziś właśnie sąsiad przechodząc,  gdy odśnieżałam, wzruszył jedynie  ramionami, mówiąc "a po cóż komu  ta zima... tylko odśnieżać trzeba!"



A my lubimy teraz  włóczyć się  po zaśnieżonych drogach... ja, Wandzia i Maks... a potem przyjść do ciepłego domu i usiąść przy ogniu z kubkiem gorącej imbirowej herbaty w dłoni...





 Taki cichy czas... gdy spokój otula ziemię.

25.01.15

Odejście Anioła.

Dziesięć dni po Bubusiu odszedł Aniołek.
Tak cicho, cichuteńko... tak jak żył, tak odszedł.
Przynajmniej wiem jak, zatruł się. Wieczorem wrócił z lasu i był chory. Myślałam, że to jakieś zwykłe  zatrucie, i że przez noc wydobrzeje, a rano będzie zdrów, tak, jak to zwykle bywało. Ale tym razem było inaczej. Rano już nie żył. A ja nawet nie mogłam mu pomóc, nie wiedząc, że to coś tak grożnego.

Był taki łagodny, dobry, kochany. Miałam do niego słabość, był moim pupilkiem, może dlatego, że to dziecko Loli...
Wyrósł na pięknego, dorodnego kota... choć żył tak krótko!


 


To smutny bilans noworoczny. W odstępnie zaledwie kilkunastu dni odeszły dwa stworzenia.
A w sumie przez cztery lata... pięć!

Żyły szczęśliwie, choć tak krótko.
Tak, to cena wolności, jaką ponoszą za to życie tutaj!
Mają dom i wolność, są szczęśliwe, a ja z nimi.
To pewnie lepsze... krótkie i szczęśliwe życie, niż długie i smutne....
To w końcu jakieś pocieszenie...




Teraz Róża przejęła rolę mojej pocieszycielki.
Cały czas jest w domu, śpi w Bobusia koszyczku, przychodzi na kolana, mizia się.
Ona, najbardziej niezależny kot, sama mądrość...

Tak, wiem... nie powinnam się przywiazywać, wiedząc, że one tylko na jedną chwilę są mi dane.
Te piękne, wolne i niezależne stworzenia... wszystkie odejdą kiedyś do innego świata... a ja będę wiedziała, że tam są, bezpieczne i szczęśliwe, tak jak były tutaj!
Tak , powinnam się uodpornić na ich odejścia!
Tylko jak?!




I powinnam... nie brać już nowych zwierząt pod żadnym pozorem.
Tak, jak orzekła sąsiadka, gdy jej powiedziałam ,
"Ciesz się!" wykrzyknęła " masz teraz mniej do garnka!"
Przez chwilę nawet z zazdrością popatrzyłam na nią, że też ona tak może!
"A tylko już nowych nie bierz!" zakończyła.

Tak...  nowych już nie będzie.... chyba, że jakieś porzucone, zbłąkane, głodne...
Bo i jak tu żyć bez nich?!
Kiedyś tak żyłam, w moim poprzednim życiu, nie miałam kotów, których przecież nie cierpiałam... i miałam spokój.
A teraz?!
Teraz.... wiem, że będą nowe!


I może to już taki mój los... i taki sens życia... żeby dawać innym, choć na  jedną, krótką chwilę dom i miłość... 



.


17.01.15

List do Przyjaciela.

Zawsze bałam sie tego dnia. Choć, czułam, że kiedyś nadejdzie. I że jedynie czai się, ukryty gdzieś za rogiem. I nadszedł, tak niespodziewanie, wyłonił się z mroku.
Tego dnia nic mi się nie udawało, a wszystko było nie tak. I ten wiatr... który wiał od kilku dni, to wycie, łkanie, zawodzenie... Było coś szaleńczego i przerażajacego w tym wianiu... a potem  łkanie i zawodzenie przybrało na sile... i słychać było tylko to i mój krzyk!

To był dzień, w którym Bobo odszedł.
Właściwie to nie wiadomo, co się stało,  może został zastrzelony... a może wpadł we wnyki... albo, może wilki go napadły, ponoć ich pelno w tych lasach... Wiem tylko, że już nie wróci, a jego łkanie wciąż niesie się w oddali...

 

 To już tydzień, jak odszedłeś, a ja piszę list do ciebie.

Bobo... tyle imion miałeś, byłeś Bobuniem, Bubusiem, Bubuleńkiem.... ale najważniejsze to... Przyjaciel.

Moim przyjacielem stałeś się od pierwszej chwili, gdy jako kilkumiesięczny szczeniak pojawiłeś się w naszym domu, miałeś być do towarzystwa Maksia, miałeś mu pomóc jego chorą, poranioną duszę uzdrowić.
I udało się. Przy tobie, Maks odzyskał radość życia i staliście się przyjaciółmi na śmierć i życie!




A potem przyszła Wandzia, z wielką raną na grzbiecie, szczenna i została. Byliście nierozłączni, zawsze razem. To ona nauczyła was polować... taki sposób jej wpojono na zdobycie pożywienia. I ten obudzony w  was instynkt, pozostał... a ja drżałam za każdym razem, gdy was nie było...

Tak krótko żyłeś, tylko dwa i pół roku było nam dane być ze sobą... ale i tak dziekuję ci za te chwile, to był piękny czas, pełen radości i szczęścia.

Byłeś tak przyjacielski, do całego świata przyjażnie nastawiony. Nawet z kotami żyłeś w zgodzie, a największą twoja przyjaciółką była Róża... i nie było dnia, żebyście się nie pomiziali.... to było takie rozczulające... i nawet z syczącą wiecznie Polinką zawarłeś rozejm, zawsze ustępując jej z drogi...


 


Jakiego ty miałeś ducha! Wiedziałeś wszystko, siadałeś i czekałeś, aż koty zjedzą swój posiłek, choć nikt, niczego, nigdy  cię nie uczył, a ty wszystko umiałeś... jak ja ciebie podziwiałam!


 

Dzisiaj, gdy  wracałam z miasta... tak bardzo powoli jechałam przez las... ten las, który ty, tak bardzo kochałeś, a który cię zabrał...  i cały czas wyobrażałam sobie, że...  OTO JESTEŚ  i że zaraz wyskoczysz, jak zawsze, w połowie drogi na moje powitanie...  i odtańczysz swój obłędny, szalony  taniec radości...!!!





Jakże pusty jest teraz nasz dom bez ciebie!

I stało się dla mnie jasne, że to ty byłeś przewodnikiem stada, a nie Maks, jak myślałam. To ty wszystko ustalałeś i organizowałeś, byłeś alfą psem. Maks dysponował siłą, ty mądrością.

Byłeś moim ochroniarzem i opiekunem,  zawsze przy mnie, krok w krok chodziłeś za mną, nawet na chwilę nie spuszczając mnie z oczu... zawsze musiałeś wiedzieć, co się ze mną dzieje. Wandzia pilnowała domu, a ty mnie. Zawsze pierwszy na spacerkach, które uwielbiałeś, zawsze w przodzie, gotowy stawić czoła nawet największemu niebezpieczeństwu... tyle odwagi!

 


 A pamiętasz... jak tańczyliśmy razem.... i jak ty  lubiałeś tańczyć ze swoją panią! Jakim byłeś świetnym tancerzem, na tych swoich  chudych śmiesznych  nóżkach!
Albo...  jak stałeś się psem kościelnym, gdy biegłeś za mną do kościoła, a potem czekałeś pod jego drzwiami. A wszyscy pytali:  cóż to za pies i na kogo on tak czeka?!

O, nie! To się przecież nie godzi!
Żeby tak odejść...  tak bez słowa jednego, bez pożegnania! Tak nie opuszcza się przecież człowieka, przyjaciela, psa, ani kota nawet ! Tak się nie robi!!!
Maks i Wandzia wciąż przecież czekają... Żeby zniknąć tak nagle... Tym bardziej jeśli się kogoś, tak bardzo kochało!!!!


 

Odszedłeś... a życie toczy się dalej. Pędzi do przodu swym szalonym rytmem. I wszystko jest tak, jak było, jakby się nic, nigdy nie stało... ludzie, sklepy, reklamy... wciąż istnieją!
I tylko jednego, małego pieska już nie ma!
Psa o Wielkim Sercu!!!


 


Tak, wiem... to pewnie śmieszne, gdy w obliczu tych wszystkich ważnych i doniosłych spraw, ktoś rozpacza za psem?!
Chociaż dla  mnie, to ty byłeś ważny... a może nawet najważniejszy , kto wie!!!!
Są przecież ludzie, dla których pies... to coś WIĘCEJ niż  pies...!


 

I tyle jeszcze wspólnych chwil mogliśmy przeżyć, tyle spacerów, tyle radości...  ale czasu zabrakło.
Czas to złodziej. Kradnie wszystko, nawet życie, które jedną chwilą jest. Tak kruche jak bańka mydlana, jak balonik... trzasssk... i już nie ma!

 Teraz tam, z góry będziesz czuwał nad wszystkim. I wiem, że zawsze będziesz z nami.






 A my z tobą.
I wciąż będę cię widzieć.... jak biegniesz, a twój biało-czarny ogonek tak śmiesznie zadarty do góry merda radośnie...  Twoje ślady są wszędzie i pozostaną
.... wyryte, jak kamienna tablica w moim  sercu...
          na  ZAWSZE!!!















10.01.15

Serce domu.

Właśnie dziś, siedząc przy kaflowej kuchni  i grzejąc się w jej ciepełku... przyszla mi do głowy myśl, że oto mój dom ma  Serce... a jest nim kuchenny piec.

 


Piec, który od dwóch lat nie działał i był jedynie kuchenną ozdobą, tego lata został uruchomiony. A dokonał  tego pewien kominiarz, który pojawił się u mnie niespodziewanie, jakby przewidział, że jest tu coś do zrobienia. I gdy dowiedział się w czym rzecz, długo oglądał piec ze wszystkich stron, jak unikat jaki, dumał, pukał, stukał, zaglądał do środka... i w końcu orzekł, że można zaryzykować i wybić dziurę w kuchennym kominie, który to wówczas ów zdun wymurował i być może tam tkwi przyczyna, ale on niczego nie gwarantuje.  Akurat wtedy była u mnie sąsiadka, syn, córka... i wszyscy jak jeden odradzali.
"I na co taka landara" mówiła sasiadka " tylko koty się na niej wylegują, niech rozbierze lepiej, chleb kupi, tani jest przecie, co bedzie piekła, tera na wsi juz nikt chleba nie piecze, kupić wszystko można, a kafle niech  sprzeda, koty przepędzi i kupi jakie nowe szafki kuchenne, bo na te stare to i patrzec nie idzie!"

Prawda, zgodziłam się... piec wyburzyć, koty przepędzić,  nowe szafki postawić... i zyć zacząć normalnie... czyli jak... nie wiedziałam.
I tylko kafli szkoda... tyle się przecież za nimi  najeżdzilam po różnych wsiach, naszukałam, a potem wiozłam je z tak daleka...Uffff... westchnęłam ciężko, po czym zwrócilam się do zdziwionego chłopa...  "a niech natychmiast i to zaraz...wybija tę dziurę!" i pojechałam do sąsiada po młot pneumatyczny.

A potem, oj działo się! W kuchni i w całym domu zrobiło się siwo, przez otwarte drzwi i okna waliły chmury pyłu, wszyscy pouciekaliśmy na dwór, a ja  myślałam, że być może będę miała ten swój wymarzony piec, ale za to mój dom w gruzach legnie!
Po czym nagle wszystko ucichło. Pomyślałam, że to już koniec, pewnie jaka ściana runęła. I nagle dał się słyszeć triumfalny krzyk chłopa "Jest!!!!"

Rzuciliśmy sie wszyscy do niego, a on stał przed domem, który był cały o dziwo, dzierżąc w rękach dwie cegły! Oto cała przyczyna, powiedział wskazując na cegły. To był  najprawdopodobniej szalunek, który owemu zdunowi wpadł do komina, gdy go murował, nie wyjął ich i one zapchały komin, który nie ciagnął, dym się cofał i kuchnia nie działała.

I tym oto sposobem moja kuchnia została naprawiona, ale nie w całości, o nie, częśc z piecem chlebowym nadal nie działa, należałoby zdaniem owego chłopa rozebrać całą kuchnię, a przynajmniej jej połowę , bo przyczyna leży w żle ułożonych kanałach. Może więc kiedyś to zrobię, kiedykolwiek... przecież mi się nie spieszy... stary dom i tak remontuje się przez całe życie... więc mam czas. Całe pokłady czasu.
Skoro najgorsze mam już za sobą, czasy, gdy na oknach był szron, a ja aby ugnieść ciasto na chleb zamykałam się w łazience, bo w kuchni nie szło nic zrobić. Wtedy nawet mój salon mieścił się w łazience. I nawet wstawiłam tam sobie wygodny fotelik i lampkę, żeby przytulniej było  i czytywałam wieczorami, na kompie nie sposób było nawet posiedzieć Ech, to były czasy!

A teraz  mam  luksus. Mogę sobie w kuchni napalić kiedy tylko zechcę i nie potrzeba do tego nawet jakiegoś specjalnego opału. Można się wygrzać, ugotować, zwykle pyrka u mnie jakaś zupa, podrzemać, poczytać, pogapić się w ogień. Tak spędzam całe dnie, gdy na dworze zimno, a przy ogniu ciepło, przytulnie. Zresztą wszyscy, cała moja siódemka lubi się przy nim wygrzewać.

 

Żyję tak, jak  kiedyś się żyło, z piecem w sercu domu, gdy  ludzie grzali się w jego cieple, snując opowieści w długie zimowe wieczory. Niekiedy nawet spali przy nim, gdy mieli zapiecek.
Tak, jak u mojej babci. Babcia miała kuchnię kaflową z zapieckiem, na którym leżały skóry owcze, a każdy kto chciał mógł się na nim położyć.

O tak, kuchnia z zapieckiem to cudowna rzecz . Ja, gdybym raz jeszcze coś budowała czy  remontowała, to koniecznie postawiłabym na środku izby wielki piec z zapieckiem.
Piec, stół i łóżko. To co najważniejsze.

I teraz, gdy przychodzi sąsiadka, mości się od razu przy piecu. A ja robię gorącą herbatkę z czarnego bzu. A ona wyciąga zmarznięte ręce do ognia i  mówi  " Jak teraz ma ciepło, a tak zimno zawsze miała, że aż przychodzić sie nie chciało, a teraz to inaczej. Jeszcze tylko jak koty wyrzuci na dwór i psów nie bedzie wpuszczać, to już dobrze mieć bedzie."

 


 

A najbardziej na ciepłej kuchni lubi wygrzewać się Perełka, mój najmłodszy kociak



I zawsze miałam takie dziwne odczucie, że czegoś mi brakuje. Chodż, dokładnie nie wiedziałam czego. Teraz już wiem.
Serca Domu nie było.
I pewnie dlatego lodowaty chłód panował wszędzie. Nawet palenie nie skutkowało.
Teraz to Serce Domu go ogrzewa.

I tylko ja...  piekę chleb nadal w piekarniku...











 


21.12.14

Święta.


 I kolejne święta przed nami. I znów czeka nas gorączka świątecznych przygotowań, zakupów, prezentów. Czas dobrych uczynków, szlachetnej paczki. Czas wyjątkowy i niepowtarzalny, jedyny w roku. Czas, gdy otwierają się ludzkie serca. Czas miłości i dobroci.


Wczoraj zadzwoniła do mnie moja dawno nie widziana przyjaciólka z mojego rodzinnego miasta i wzdychając głęboko, oświadczyła, że wyjeżdża na święta. A właściwie to... ucieka, tak właśnie to określiła. Ucieka, ale  nie od przygotowań, lecz od...  świątecznych prezentów dla pięcioosobowej rodziny swojej córki. "Bo wyobraż sobie, że już moja najmłodsza, siedmioletnia wnuczka zażyczyla sobie tableta... że nie wspomnę o starszym  nieco wnuku... westchnęła, no i widzisz sama... jak tu nie uciekać... przecież nawet kilku dniowy pobyt w górskim pensjonacie, będzie tańszy od tych gwiazdkowych prezentów, których  naturalnie dzieciom odmówić nie sposób, a są jeszcze przecież dorośli!?"
Byłam zaskoczona. Muszę przyznać, że ja nigdy nie mialam podobnego problemu. Nigdy też i na szczęście, nie musiałam uciekać z powodu gwiazdkowych prezentów.

A może czasy były inne?!
I wszystko było skromniejsze, i wszystkiego było mniej, a dzieci miały takie... zwykłe, dziecięce marzenia ?!
Teraz czasy sie zmieniły, dzieci pewnie też.
A ja mam wciąż nieodparte wrażenie, że im czegoś mniej, tym ważniejsze to się staje?!

Choć w naszym domu, zawsze stawialiśmy na skromność i gest serca. Bo gwiazdkowe prezenty może takie właśnie być powinny... symboliczne, proste i co najważniejsze darowywane od serca. I jeszcze lepiej, gdy są własnoręcznie wykonane, wtedy wkłada się  w nie całą miłość i uwagę.
I wówczas mają swoją magiczną moc?!
Mam całe mnóstwo takich właśnie magicznych prezentów, głównie tych od moich dzieci.

 Najpiękniejszy z nich ... to prezent od mojej wówczas ośmioletniej córeczki. To mała błękitna karteczka w gwiazdki, w kopercie, a na niej napis: ściśle tajne!  W środku zaś, tylko jedno, pełne błędów i tym bardziej wzruszające  zdanie:
  " moja kochana mała mamusia cieszę się że jesteś moja mamusia i kocham cię bardzo"

Ta karteczka od lat stoi na honorowym  miejscu, a ja, gdy po nią siegnę, balsam wlewa sie do mej duszy. Rozczulam się do łez.
Tyle lat minęło, a dla mnie to wciąż... Bezcenny Prezent.

Albo... małe czerwone serduszko z myszką, a na nim napis: moja mała myszka / czyli ja/!

Jest też niewielki, drewniany stateczek wystrugany ręką mojego dziesięcioletniego chyba wówczas synka z moim imieniem na kadłubie. Ależ byłam dumna, gdy go otrzymałam! Tak nieziemsko piękny, że i napatrzeć się nań nie sposób i nigdy dosyć!

Albo mała różowa... bardzo śmieszna  świnka / to też oczywiście ja/ !

Jest jeszcze  aniołek z jednym skrzydełkiem, bo drugie sie ułamało, przy pakowaniu!
I mały słonik na szczęście! I inne... o których nigdy nie zapomnę!

Te prezenty, to moje skarby, najpiękniejsze, na wszystkie moje dni i do końca świata. I zawsze, gdy  będę na nie patrzyła, staną mi przed oczyma małe, kochane twarzyczki z zapałem i z błyskiem w oczach szykujące swoje tajemne gwiazdkowe niespodzianki.

I nigdy też... nie zapomnę naszego najpiękniejszego chyba, wspólnego prezentu, jakim był nasz... schroniskowy pies Bubi.
Bubuniu, kochany pozdrawiam cię w te świeta , tam w twoim świecie... i wiedz, że byłeś naszym najcudniejszym  gwiazdkowym prezentem!!!
Radośc na czterech łapach! Tyle szczęścia i miłości zagościło wówczas w naszym domu.

Dziś jego miejsce zajmuje magiczna siódemka, różnych znajd i przybłędowych Cudów!
Tak, szczęście na czterech łapach, to niezaprzeczalny  HIT  wśród gwiazdkowych prezentów... i jakże godny polecenia!

 I w tej chwili... bardzo żal mi się zrobiło mojej przyjaciółki. I żal jej wnuków, którym może... coś ważnego umyka w życiu!? A ich babcia, zamiast cieszyć się świętami i prezentami... musi uciekać.  I jeśli nawet... jest to ucieczka do pięknego górskiego pensjonatu. Zawsze to jednak...  jakby trochę boli!

A może jednak... zdecyduje się na schroniskowy prezent, lub chociażby odwiedzi z wnukami najbliższe schronisko... bo może one nigdy tam nie były... i nigdy nie widziały pełnych nadziei, wyczekujących na ten jeden, jedyny gest, zmieniający całe życie... psich oczu?!

My nadal sprawiamy sobie podobne przezenty. W te święta moje już dwudziestokilkuletnie, ale jeszcze bez własnych rodzin dzieci, dostaną swoje zdjęcia, gdy były małe... takie śmieszne, bobaskowe, oprawione w piękne ramki. Do tego pluszowe zabawne  misie. Będzie też kilka bardziej "dorosłych" drobiazgów. Ale wszystko tak w normie... i tak, żeby nikt nie musiał przed niczym i nikim uciekać! 

I Wam Kochani, w te nadchodzące święta,
życzę wspaniałych, rodzinnych spotkań przy światecznym stole,
pięknych prezentów darowanych z głębi serca,
dużo miłości i prawdziwie ciepłej rodzinnej atmosfery!

Ściskam
Wasza Amelia






    















02.11.14

Anioły.

Listopadowe święto nastroiło mnie tak niezwykle... anielsko.
I nie mogąc być na "grobach" zabrałam się do mycia przydrożnego krzyża, którego mocno zszarzały błękit domagał się odświerzenia. Szorując zawzięcie, myślałam o aniołach.
O tym, że jestem nimi otoczona, chociaż nie zawsze tak bywało...
Kiedyś, w moim poprzednim życiu... wolałam raczej otaczać się przedmiotami, niż aniołami, których nawet nie zauważałam. 
Dopiero z czasem zagościły w moim życiu.

A zaczęło sie od tego Najpierwszego... od Białego Anioła ze złotą trąbką.
Trafił przypadkowo w moje ręce, chociaż przypadków nie ma, a ja patrząc na niego miałam wciąż to nieodparte wrażenie, że chce mi coś ogłosić... coś bardzo ważnego!
I ogłosił! Choć, ja wówczas nawet tego nie dostrzegłam, będąc złamaną i pozbawioną nadziei. To On pojawil się, po to, aby dać mi siłę, moc i nadzieję.
To Anioł mocy.  




Błękitnego... spotkałam w małej galerii na rogu ulicy, nieznanego mi  miasta. Od razu przykuł mój wzrok. Trzy razy wychodziłam i wchodziłam do galerii, aby w końcu wyjść wraz z nim. Dziś już wiem, że czekał tam na mnie.
To było wtedy, gdy  znajdowałam sie w trudnym okresie zmian i czekającego mnie remontu zrujnowanej chaty. I tak bardzo potrzebowałm wówczas siły i wsparcia... i On mi to dał. Wszystko udało się, a ja zaczęłam nowe życie.
To mój Anioł Stróż, który chroni i wspiera.

 


Anioł z Sercem .
To ten od Inkwizycji. Jest piękny... a ja, gdy na niego patrzę, wciąż myślę, jakie ma zadanie... co chce mi przekazać... trzymając w ręce serce, które ja... o ironio losu... właśnie tam zostawiłam?!
Pewnie znów lata upłyną, zanim się dowiem.
Cóż, skoro wszystko w życiu... ma swój czas, będe więc czekać cierpliwie!


 


I jest też Anioł Zamyślony ... na którego tak bardzo lubię patrzeć....




I Anioł Dobrego Domu, którego przywiozłam z mojej letniej podróży z zielonym kamykiem.





I w końcu doszłam do punktu, w którym nie sposób nie wspomnieć o tych bardzo ważnych... tych  czworonożnych, naszych braciach... mniejszych, jak mówia, choć dlaczego... nie wiem naprawdę.
To Róża... Pola...Anioł... Maks... Wandzia... Bob... Perełka. I te z tamtego świata. Wszystkie musiałam je wymienić, tak ważne są dla mnie, tak wiele znaczą w moim życiu.
To Anioły Miłości.
Piękne, szlachetne istoty o sercach pełnych miłości.
Tej  bezwarunkowej, tej o jaką najtrudniej w świecie. I gdy wszystko zawodzi, one zawsze są z nami.




I są jeszcze te... inne Anioły.
To te ukryte.
To te, które przybierają niekiedy zmęczoną, niechętną, wręcz wrogą  twarz sklepowej z najbliższego sklepu. Lub te...  o poszarzałej, pooranej bruzdami twarzy kierowcy szkolnego autobusu... To też Anioły.
I chodż tak trudno nam to dojrzeć, to jednak, może się to udać... gdy spojrzymy na nich w ten szczególny sposób, gdy spojrzymy sercem... to może wówczas zobaczymy... świetlistą, anielską twarz... i skrzydła białe, właściwe tylko aniołom?!

 

Moje Anioły. One zawsze są ze mną. Chronią, wspierają, dodają sił. Każdy z nich niepowtarzalny, piękny tym swoim wewnętrznym światłem, cenny. Moje życie dzieki nim stało się bogatsze, dużo bardziej, niż wtedy, gdy gromadziłam jedynie przedmioty.
Teraz jestem kolekcjonerką Aniołów. To je zapraszam do swojego życia.




I Wam , Kochani życzę pięknych spotkań z Aniołami !