"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

04.04.2018

Chwile z M.

Zegar czasu M. wybija minuty... godziny, powoli zbliżając się do końca. M. mówi, że właściwie to... już się nażyła i...  że jak w "latach" na początku pojawia się liczba 9... to znak, że należy odejść.
Jest pogodzona... i tylko czeka, czeka cierpliwie.

Poświęcam M. czas, teraz pod koniec jej życia, tak jak ona kiedyś, robiła to dla mnie.
Porzucam więc... teminarze... kalendarze... a ważne sprawy tracą swą ważność... bo i cóż może być ważniejszego od tych wspólnych chwil? Chwil, których... za moment może już przecież... nie być.

To właśnie nimi teraz żyję. Cieszą mnie drobiazgi, na które kiedyś nie zwróciłabym żadnej uwagi. Cieszy mnie np. to... że M. tak dobrze dzisiaj spała... albo... że smakowała  jej poranna kawa.... albo... że wzięła dziś do ręki gazetę, próbując coś przeczytać, choć prawie już nie widzi...


Słucham, gdy mówi. Kiedyś nie słuchałam, zwykle to ja mówiłam, myśląc jaka to ważna jestem, mając tyle do powiedzenia.Teraz chłonę każde jej słowo, tak jakby były naprawdę na wagę złota.. Niektóre nawet zapisuję. Tak jak dzisiaj, gdy powiedziała, że: "jak się budzi, to myśli, że już jest w Niebie, tak tu cicho!"

Rozczulam się, gdy patrzę na jej pooraną zmarszczkami, jak póżno -jesienne jabłko, twarz... na jej blado - niebieskie, rozmyte jak farbka oczy. Zwłaszcza, gdy pogrąży się we wspomnieniach, a oczy zachodzą mgłą.

 

M. ma co wspominać, historia jej życia wystarczyłaby na kilka życiorysów. Przeżyła powstanie, wojnę, okupację, obóz, wojenną poniewierkę.  Wychowała się w Warszawie, która do dziś pozostała jej sercu bliska. A najbliższe sercu, to wspomnienie o tym, jak siedziała ze swoją mamą na zgliszczach zburzonego domu, gdzie spędziły podobnie jak i inni ludzie kilka dni i nocy, śpiąc w zakamarkach ruin i gotując na polowych kuchenkach, nie chcąc opuszczać swoich "domów". I jak potem musiały wyjechać z ukochanej Warszawy, aby już nigdy do niej nie powrócić.
Do tych tragicznych wspomnień M. nie chce już wracać, zbyt bolesne są.



Lubię słuchać, gdy opowiada o swoim dawnym życiu. Pamięta wszystko, tak,  jakby to było wczoraj. To jak jeżdżiła z rodzicami dorożką w Aleje... albo do Ogrodu Saskiego, który był taki piękny.... albo jak chodziła na najlepsze w całym mieście ciastka do Bliklego, najsłynniejszej warszawskiej cukierni... albo swoją szkołę Sióstr Szarytek... które tak pięknie śpiewały... I jak ten śpiew głęboko zapadł jej w serce, tak, że do dziś pamięta niemal każdą z tych piosenek. To może wtedy śpiew został jej zaszczepiony i stał się czymś, co tak bardzo pokochała. .


Lubię chwile, gdy słuchamy piosenek ze starych płyt.... wtedy jej oczy zachodzą mgłą, a twarz promienieje. 
Przy Piosence o "Mojej Warszawie"... z oczu płyną dwie cieniutkie strużki łez. Przy "Tangu Milonga", śpiewamy obie... ona próbuje tańczyć... ja fotografuję.

Najbardziej lubię poranki. Gdy M. budzi się radosna jak skowronek  i zaczyna śpiewać. I gdy potem długo siedzimy przy porannej kawie. Rozmawiamy, choć zwykle bez słów. Przyglądam się jej, chcąc jakby na pamieć nauczyć się rysów jej twarzy. Niekiedy słuchamy radia. Ale cisza to jest to, co najbardziej nam odpowiada.
Psy podchodzą kolejno i kładą swoje pyski na jej kolanach, a ona głaszcze je delikatnie. Koty ocierają się o jej nogi. Róża, wchodzi na oparcie fotela i bardzo delikatnie ociera się o jej głowę, wyczuwając chore miejsce i przekazując uzdrawiającą energię. A ona cieszy się i rzuca im okruszki na podłogę. 


To dla niej rozpalam w kominku, a potem grzejemy się przy nim, popijając popołudniową herbatkę, ona cieszy się jak dziecko i wyciągając ręce do ognia, powtarza: Ach, jak przyjemnie!

Jest jak małe dziecko. Taka krucha, bezradna, zdana na innych. Mówi, że na końcu życia znów stajemy się dziećmi i że to wspaniałe, że znów możemy doświadczyć tej dziecinnej radości. To jakby powtórka z dzieciństwa, z czasu naszej największej szczęśliwości!

 

Wciąż lubi nakręcać swój mały zegarek i zakładać go na rękę, choć już nie widzi wskazówek. I nie obchodzi jej, ani jaki jest dzień, ani jaki miesiąc. Ani... wszystkie sprawy tego świata. Mówi, że czas już do niczego nie jest jej potrzebny. A życie minęło, jak jedna mała chwilka.

Od czasu do czasu, ma jednak ochotę posłuchać wieści ze świata. Podziwować się: "a cóż to też, na tym świecie się wyprawia!?" Ale już po chwili, ma dosyć...  i pyta zdziwiona, czy rozumiem, o czym mówią? I gdy odpowiadam, że pojęcia nie mam... obie wybuchamy śmiechem! I nagle przestają nas obchodzić wszystkie "sprawy tego świata"... I stajemy się znów małymi, śmiesznymi dziewczynkami...

 

Chwile z M. to czas wyjątkowy... piękny i trudny zarazem. To codzienne zmaganie się z jej chorobą i z moją własną słabością. To moje ustawiczne ćwiczenie się w cierpliwości, łagodności, spokoju.
To właśnie przy Niej i dla Niej staję się... "Oazą spokoju".

To chwile bezcenne, gdy odkrywam radość w najprostszych i najbanalniejszych rzeczach... gdy celebruję życie, jak nigdy dotąd.

To dzięki niej pojmuję, że największa siła człowieka tkwi w delikatności i czułości jego serca.
A życie jest najważniejsze.
To M. i jej choroba są moimi najlepszymi nauczycielami. Właśnie teraz.

I gdy dzisiaj, zerwałam kartkę z kalendarza i przeczytałam, że "życie człowieka powinno zaczynać się w wieku osiemdziesięciu lat, a potem spadać do osiemnastu"... pokiwałam jedynie głową.

 Zegar czasu M. powoli odmierza godziny... minuty... Jeszcze jeden dzień... jeszcze jedna chwila... jeszcze jeden uśmiech.... dotyk dłoni... I zaraz, za chwilę wskazówki się zatrzymają... a ona przejdzie tak cichutko, bezszelestnie po Tęczowym Moście na Drugą Stronę.... zostawiając po sobie srebrny pył i wspomnienie.



.





26.02.2018

Jest takie słowo...

Aby scharakteryzować obecne czasy, nie trzeba się zbytnio wysilać... wystarczy kilka słów... te, które akurat przychodzą mi do głowy... to: pośpiech, chaos i nadmiar, który często mylony jest z obfitością.


Otaczamy się tysiącem rzeczy, o których myślimy, że są nam do życia niezbędne. Zbyt dużo mamy dóbr materialnych. Zbyt wielki wybór. Nadmiar pragnień i potrzeb. A wszystko marnujemy, niszczymy, nawet niekiedy nie zdając sobie z tego sprawy. Produkujemy tony śmieci, które zanieczyszczają i niszczą środowisko, niszczą naszą planetę, która aż dziw, że jeszcze trwa, że jeszcze nie pękła z nadmiaru i obfitości tego wszystkiego.

I rodzi się pytanie, jakie są nasze podstawowe potrzeby?
Ile człowiekowi potrzeba do życia?
Czy więcej znaczy lepiej?
 
 

A gdyby tak zacząć odwrotnie i .... zachować umiar. Umiar w kupowaniu, umiar w gromadzeniu, umiar w nadmiernej konsumpcji?
Jest takie słowo, które wszystko może zatrzymać i wszystko zmienić.
To Wystarczy.
Wystarczy, by żyć. Wystarczy, by się wyżywić. Wystarczy, by być szczęśliwym.

Często sięgam do książki Dominigue Loreau "Sztuka Prostoty". Ta książka jest jak przewodnik po życiu. Zwraca uwagę na to,co ważne. Autorka jest Francuzką, mieszkającą od wielu lat w Japonii, opisuje życie Japończyków, którzy nade wszystko cenią sobie umiar, prostotę i minimalizm. A ona sama, właśnie dlatego wybrała ten kraj na swoje miejsce do życia.

Styl życia Japończyków to życie zgodne z zasadą "Mniej znaczy więcej".
A ich filozofia jest prosta:
Mieć tylko podstawowe potrzeby i obrać prosty styl życia.

A więc uporządkuj mieszkanie. Opróżnij szafy. Porzuć kompulsywne zakupy. Jadaj skromniej. Zajmij się swoim ciałem i duchem, bo to ważniejsze od otaczania się zbędnymi przedmiotami.
A nagroda jest prosta. To życie w spokoju.

"Tej wiosny w mojej chacie
nie ma niczego, 
jest absolutnie wszystko"
 
                                    Japończykom tak niewiele do życia potrzeba. Mają niewiele potrzeb. Potrafią żyć bez balastu, nadmiaru, utrudnień, mebli , z minimalną liczbą ubrań. Wszystkie przedmioty, którymi posługują się, są składane i niewielkie. To mata do spania, poduszka do siedzenia, stolik okolicznościowy, które potem można spokojnie schować do szafy. A na spakowanie swoich rzeczy i wyruszenie w podróż wystarcza im zaledwie kilka minut.

"Jak dobrze jest wrzucić wszystko do bagażnika samochodu
 i ruszyć w nieznanym kierunku"

Mieszkańcy Japonii uważają, że to właśnie nadmiar, obfitość przedmiotów i rzeczy ogranicza, sprawiając,że to my stajemy się ich niewolnikami, od których tak trudno jest się uwolnić. A nadmiar rzeczy nie wzbogaca. Japońskim dzieciom wpaja się te zasady niezwykle rygorystycznie.
 
" Mieli dziesiątki pudeł, wypełnionych przedmiotami, które czekały na to,
by pewnego dnia ktoś się nimi posłużył. 
Mimo to Kleinowie sprawiali wrażenie biednej rodziny"

Co jest więc ważniejsze "Mieć" czy "Być"? 
Japończycy są co do tego zgodni. Dla nich "Być" jest Najważniejsze.
Miej niewiele rzeczy, ale za to najlepsze ze wszystkich. A piękne rzeczy, to rzeczy proste i naturalne. To naturalne tkaniny, drewno, szlachetne kamienie. To przedmioty wykonane ręcznie przez rzemieślników, według tradycyjnych metod, wykorzystujących ich wiedzę i mądrość całych pokoleń. 
Jedna, ale piękna rzecz może stać się prawdziwym luksusem.

"Świat intelektu jest wystarcząjaco bogaty, by wypełnić nasze życie.
Nie ma potrzeby dodawania do niego bezużytecznych bibelotów, które zajmują nasz umysł i pochłaniają godziny naszego odpoczynku"

Czyż nie lepiej więc wzbogacać ciało we wrażenia, serce w uczucia, umysł w wiedzę niż nasze życie w przedmioty, które w końcu i tak kiedyś wylądują na śmietniku, zatruwając naszą planetę i nas samych?

Jak ogromną przyjemność może dać dobra książka, filiżanka herbaty wypita w spokoju.
Spacer po zaśnieżonym lesie, czy obserwowanie spadających płatków śniegu.


 


"Piję herbatę, jem ryż. Pozwalam czasowi przemijać, 
podziwiając potok, który płynie w dole i patrząc w górę na wysokie szczyty. 
Jaka wolność, jaki spokój"

Mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni uważają, że wszystko, co człowiek ma, powinno się zmieścić w jednej lub dwóch torbach podróżnych, skromna garderoba, niezbędne kosmetyki, album lub kilka zdjęć, dwa lub trzy przedmioty osobiste.
 Wystarczy.

Obfitość nie wzbogaca, lecz niszczy duszę i pozbawia wolności. Jesteśmy niewolnikami przedmiotów, uzależnieni od ciągłego kupowania i gromadzenia.
Prostota oznacza, że mamy niewiele, by stworzyć miejsce na sprawy najważniejsze.

A te są najprostsze i w zasięgu naszej ręki. To Miłość, Dobro. Piękno. Uśmiech dziecka... To chwile, bezcenne, jak diamenty, które rzeżbią i wzbogacają nasze życie.
To jedyne i prawdziwe bogactwo człowieka, którego nikt mu nie odbierze, w przeciwieństwie do rzeczy materialnych, które w końcu rozpadną się w pył, czyniąc przy tym wiele szkód.

 "Stary malarz Wang Fo i jego uczeń wędrowali po drogach królestwa Han.
Poruszali sie wolno, ponieważ Wang Fo zatrzymywał się w nocy, by kontemplować gwiazdy, a w dzień by oglądać ważki. Nieśli ze sobą niewiele, gdyż Wang Fo kochał nie przedmioty, a ich widok-żadna rzecz na świecie nie byla dla niego warta wysiłku posiadania.
Wyjątek to kilka pędzli, pojemniki z laką i tuszem, zwoje jedwabiu i papieru." 


Może więc minimalizm?
Bycie minimalistą... to być może jedyny ratunek dla człowieka. Dla Planety?
 
/Wszystkie cytaty pochodzą z książki Dominigue Loreau "Sztuka Prostoty"/
 





















11.02.2018

Bywają takie dni....


Wraz z Nowym Rokiem mam wrażenie, że życie przyspieszyło. Tak wiele się dzieje, taki ogrom informacji, działań, zdarzeń nas zalewa, że aż trudno za tym wszystkim nadążyć. Dzieje się tyle, a wszystko coraz szybciej, co zresztą stało się naczelnym mottem obecnych czasów.

Nawet tutaj, w tym moim ''małym świecie", z dala od zgiełku wielkiego świata, wśród pól i lasów, gdzie zdawać by się mogło, że cisza i spokój to codzienność, a życie toczy się leniwie swym naturalnym rytmem,odmierzanym wschodami i zachodami słońca, spokojnym szumem lasu i zimowym snem zwierząt... pośpiech daje się we znaki, a cisza i spokój, zaczynają być towarem deficytowym.

 

 I od miesięcy jest tak,że obojętnie w którą stronę lasu bym nie poszła, wszędzie natykam się na wycinkę drzew, albo tą zaległa, albo tą bieżącą, albo nową.
Ogromna wycinka trwa obecnie przy leśnej drodze prowadzącej do drogi wyjazdowej, która została tak niemiłosiernie stratowana ciężkim sprzętem, że auta się w niej zapadają, taplając i grzężnąc w błocie, koleinach i dziurach. Ale za to, po obu stronach drogi leżą już ślicznie poukładane dorodne sosny, jeszcze pachnące świeżą żywicą. A drewno wywożone jest codziennnie tirami za naszą zachodnią granicę.




Lasy są tutaj ogromne, ale i rozmiary corocznych wycinek równie wielkie, a pustych miejsc przybywa w zastraszającym tempie.W sasiedniej wsi wycięli cały las, oniemiałam, gdy to zobaczyłam.
Coraz trudniej więc o ciszę i spokój, a wycie trakerów, którymi obecnie wycina się drzewa stało się już niemalże codziennością.

 

 

  Kolejną, nie mniej szlachetną inicjatywą, która ruszyła pełną parą od nowego roku jest odstrzał zwierzyny leśnej. Zwierzyna najpierw jest karmiona, zachęcana do spokojnego wychodzenia z lasu, aby potem można ją było spokojnie upolować.

Polowanie, myśliwi?! To chyba jakaś pomyłka! Jak można bowiem, nazywać ludzi, którzy z premedytacją i jedynie dla przyjemności zabijają bezbronne zwierzęta - myśliwymi, a krwawą nagonkę - polowaniem?!

Dawniej myśliwy, to był człowiek, który zabijał jedynie dla zaspokojenia potrzeb swojej rodziny, a mięso zabitego zwierzęcia pozwalało mu przetrwać, podobnie jak jego skóra, która służyła jako okrycie ciała. I taki łowca, idący na polowanie uzbrojony był jedynie w dzidę, czy nóż, co sprawiało, że był zmuszony do bezpośredniego starcia ze zwierzęciem, narażając własne życie. I takim myśliwym, którzy narażali życie, aby móc wykarmić własną rodzinę należał się szacunek. A on sam dziękował upolowanemu zwierzęciu, bo w końcu, to dzięki niemu mógł przeżyć.

Czym w dzisiejszych czasach może poszczycić się taki myśliwy, który tkwi bezpiecznie ukryty na wysokiej ambonie, strzelając z nowoczesnej broni palnej do niczego nie świadonmego zwierzęcia? Po co mu jego skóra, po co mu jego mięso, czy poroże?!
Robi to więc jedynie dla zaspokojenia chorej potrzeby zabijania. Ot, takie sobie  hobby, rozrywka, wyjątkowo zresztą okrutna.

Czy dzisiejsi "myśliwi" pochwyciliby nóż i poszli w las, aby upolować zwierzę? A to właśnie oni sądzą, że dzięki polowaniom mogą nazywać się prawdziwymi mężczyznami, chwaląc się swoją odwagą, uważając,  iż zastrzelenie zwierzęcia i zdobycie nowego trofea, jakim jest jego poroże to powód do dumy.
Niestety,w dzisiejszych czasach poroże jelenia, to nie powód do dumy, a raczej do hańby. I taki czyn powinien budzić odrazę, wstyd. To symbol cierpienia i sadyzmu. I bardzo często chodzi tylko o trofea, które potem są wystawiane na portalach aukcyjnych. Czyli jednym słowem-zysk. Zabijanie dla zysku. Oto cel współczesnego myślistwa.

 


 Wiem, jak wyglądają takie "polowania", widzialam tą krwawą nagonkę na bezbronną zwierzynę. Kiedyś owi panowie, ale też i panie oraz... ich dzieci, tak niestety, dzieci również, gromadzili się w pobliżu mojego domu, który stoi bezpośrednio przy lesie, jak leśniczówka, więc mogłam co nieco zaobserwować. Widzialam kobiety zaopatrzone w broń, a obok radośnie podniecone, perspektywą dobrej zabawy dzieci. Ot, taki sobie, fajny sposób na spędzenie sobotniego popołudnia, gdy znudzą się już galerie handlowe, można pobawić się w lesie i postrzelać sobie.

Tak, nasza cywilizacja zabawiła sie na śmierć.

Ostatnio jakoś nie widać owych zbiórek w moim pobliżu, może to za sprawą moich psów, które skutecznie odstraszały. Miałam więc cichą nadzieję, na zaprzestanie tego procederu.
Niestety, głuche strzały nadal przeszywają ciszę, mimo, iż sprawcy stali się niewidoczni, a jedynie ślady opon samochodowych prowadzących wprost do lasu o tym świadczą.

I takie dni zdarzają się coraz częściej. Gdy całe piękno lasu, jego majestat  jest niszczony, a jego prawowici mieszkańcy, zwierzęta tracą swoją przestrzeń do życia. To dni, gdy bezsilność obezwładnia.
W takie dni bywa, że mam dosyć lasu, tęsknię za betonowym miastem, gdzie nie musiałabym ogladać tego wszystkiego...





 A potem przychodzi nowy dzień. Wychodzę przed dom, siadam na omszałym murku i ogarniam wzrokiem, to wszystko, co w zasięgu wzroku.... las, pola i znów delektuję się ciszą i spokojem.
Misia kładzie mi swój ciepły pysk na kolanach, i patrząc z miłością w oczy, pyta....
I czym tu się martwić?!  Świat jest taki śliczny!
 A może by tak mały spacerek?, zagłąda w oczy, machając ogonem z radością.
O, tak oczywiście, nie ma to jak spacerek!
Tak, moje zwierzęta zawsze stawiają mnie do pionu, gdy widzą, że coś nie tak. To moi prywatni terapeuci, dbają nie tylko o moje ciało, strzegąc mnie, ale i o duszę.

I świat znów staje się piękny, a ludzie dobrzy.

 
 
 

 Przeczytałam kiedyś, że kto "nie cierpi na myślenie, ten znajduje radość we wszystkim, tego nawet poranne wstawanie cieszy."
I tak naprawdę, to my sami stwarzamy sobie swoje szczęście. I jeśli nie zatruwamy się myślami o tym, co było i o tym co będzie, to...  jesteśmy szczęśliwi.
To takie proste i trudne zarazem.



A w międzyczasie spadł śnieg. Okrył białą, puchową pierzynką las, pola. Opatrzył i pozakrywał jak troskliwa matka wszystkie rany i niedoskonałości białym bandażem. Zrobiło się  bajkowo. Świat taki czysty, piękny.
I może już tak pozostanie, głupia nadzieja mnie ogarnia?!

Włóczę się z psami ośnieżonymi leśnymi traktami. Zimowy las jest zjawiskowy. Cichy, uśpiony. Zapierający dech w piersiach. Wiem, bez lasu trudno byłoby mi już wyżyć.
Potem zmarznięci wracamy do ciepłego domu, aby zasiaść przy kominku, i z kubkiem gorącej imbirowej herbaty zapatrzeć się w ogień...
I takie dni, takie chwile lubię najbardziej...







A świat kręci się nadal swoim zwariowanym rytmem. Lasy, polowania są i będą.  Nic nie zatrzyma tej pędzącej z wielką siłą, zwariowanej machiny. Nie da się, całego świata zbawić. Można jedynie czynić rzeczy małe, mówić, pisać i podpisywać petycje, które jeśli nawet odniosą jakiś najmniejszy skutek, to już będzie sukces.
A świadomośc, że pewnych rzeczy nie da się uniknąć, czy przeskoczyć, przynosi ulgę.
Wtedy wraca spokój. A życie znów smakuje.

Świat jest taki śliczny! Carpe Diem w wydaniu Misi!






 






 

 


12.01.2018

Taka Droga.

W Nowy Rok weszłam.... luksusowo i śpiewająco. Wiadomo bowiem, jaki początek, taki cały rok.
I chociaż, tak naprawdę, nie przepadam za luksusem... ale jeśli ów, może przyczynić się do ulatwienia życia, to wtedy nawet ja, bardzo go lubię.


Mój luksus to... ogrzewanie gazowe!
I pewnie zapytacie, a cóż to za luksus?! To przecież normalka, prawie wszyscy tak dziś mają. Tak, to prawda, ja mieszkając w mieście też tak miałam i to nie było nic nadzwyczajnego. Ale tutaj na wsi, gdy przez lata trud palenia dawał się porządnie we znaki, to każda, nawet  najdrobniejsza lub najbardziej oczywista rzecz, ułatwiająca życie staje się luksusem.

Tak też było, gdy nie miałam wody, a gdy się pojawiła była prawdziwym luksusem. A gdy założyłam centralne ogrzewanie, po tym, jak ogrzewałam dom starą westfalką, to i to wydało mi się szczytem marzeń.

Ale z czasem doszlam do wniosku, że takie palenie w piecu c.o. to bardzo uciążliwa sprawa, przynajmniej jak dla mnie, gdy wszystko musiałam  sama zrobić. Pocięcie drewna, porąbanie go, poukładanie to kawał pracy, której coraz trudniej było mi podołać, zatrudniałam ludzi, co wiązało się oczywiście z kosztami, a zakup gotowego już drewna opałowego, to też koszty wcale nie mniejsze.
A opału i tak nigdy mi nie starczało, mimo, że paliłam jedynie przez część dnia, więc trudno się dziwić, że miałam zimno.Gdy nastawały mrozy, dokupywałam węgiel i nim paliłam, czego szczerze nienawidziłam. Wszędzie wtedy był ten srtraszny pył i smród. A moje ściany siwe po każdej zimie. Byłam palaczem we własnym domu, bo przecież trzeba było to wszystko nawieżć, a potem palić i podtrzymywać ogień. I każdej zimy przyrzekałam sobie, że to już odstatni raz, że muszę z tym coś zrobić, że dłużej nie dam rady.
Tylko co? Tego nie wiedziałam.

I wtedy przypadkowo, choć w życiu nie ma przypadków, od pewnej "przypadkowo"napotkanej osoby, dowiedziałam się, iż  pomimo, że w mojej wsi nie ma gazu i nigdy go nie będzie, to mogę go założyć, korzystając przy tym z dotacji, które są  bardzo korzystne, jako że gaz jest dużo bardziej ekologiczny nawet od drewna, nie mówiąc już o węglu. I ten aspekt przeważył.
I tak więc zaczęłam wprowadzać to całe przedsięwzięcie w czyn, Trwało to miesiące, ale udało się wszystko pomyślnie załatwić i cała sprawa mogła ruszyć jeszcze tej zimy, a ciepła grudniowa aura sprzyjała pracom.

I tak oto, mam ogrzewanie gazowe, w co nawet, mnie samej, trudno jest uwierzyć!
I wciąż, zaglądam do mojej kotłowni, gdzie wisi sobie elegancki piecyk z cudownym, magicznym guziczkiem... który wystarczy jedynie przekręcić, a nawet nie, bo wszystko jest zaprogramowane, a więc bez ruszenia palcem... po domu rozchodzi się miłe ciepło !

 

A ja zamiast pchać resztkami sił, po brzegi wyładowaną opałem taczkę, po oblodzonej drodze z obory do kotłowni, rozpalać, a potem przesiadywać w kurtce w domu... siedzę sobie wygodnie w fotelu, nie musząc nic robić i  rozkoszuję się cudownym ciepłem.
A jeśli zapragnę żywego ognia to mam kominek i moją ukochaną kuchnię kaflową. Bo bez ognia,nie wyobrażam już sobie życia.  
I myślę, że koszty palenia gazem będą takie same, jak palenie drewnem czy węglem.
A jaka wygoda i czysto w domu. Tak, to prawdziwy luksus.

Pamiętam, jak cierpiałam zimno. Jak na początku mojej przygody ze stuletnią chatą, gdy zamieszkałam w ruinie, w której jedynie wiatr hulał po pustych pokojach, a ja topiłam lód na wodę, bo i wody nie było. Grzałam wtedy starą westfalką, a gdy rano wstawałam, na oknach wisiały sople lodu. Mówilam sobie wtedy... Boże, jakie ja mam wspaniałe życie... bo każdego dnia muszę walić głową w mur i myśleć... jak tu doczekać wieczora... jak tu kolejny dzień przeżyć?!

I przeżyłam, nie tylko kolejny, ale i setki następnych, bo okazało się, że człowiek może wszystko!
A potem było już tylko lepiej. Bo jak wytrzyma się to najgorsze i odbije się od dna, to może już być tylko lepiej.

I tak było. A ja stałam się pokorna, pokorniutka taka.
I zaczęłam doceniać wszystko, wszystko to, co dla innych było tak oczywiste.

Bardzo lubię wspominać tą historię, bo ona uzmysławia mi, za ile rzeczy mogę być wdzięczna.
 


Dziś jestem pewna, że to moja stuletnia chata, zadbała o to, abym wciąż szła pod wiatr, abym zmagała się... może chcąc mi pokazać, że to co trudne, najlepsze dla człowieka?

Taka Droga.
Każdy ma swoją.
Moja jest wlaśnie taka.
Stuletnia chata mi ją wyznaczyła i wciąż popycha do przodu...!

 

I to, że weszłam w ten rok śpiewająco, to również sprawa zbiegu "przypadków". Jakaś poznana osoba, gdzieś tam... jakaś rozmowa... telefon nie wiadomo skąd.... i bach... zaczęłam śpiewać!
I w zasadzie, to nic wielkiego, ot takie tam śpiewanie w wiejskim chórku, ale dające sporo radości. A ja od zawsze chciałam śpiewać. Może więc, po remontowych zmaganiach, przyszedł czas na kreatywną stronę życia, tą, którą tak bardzo lubię, chociaż remonty w moim wydaniu... też bywały kreatywne?!

Skoro, tak śpiewająco ten rok się zaczął, to może to jakiś znak?
Może moja... Artystyczna Obora,  mój pomysł na kreatywną emeryturę, pomału się zbliża?! I może to znów, tylko sprawa szeregu "przypadków", które tak niespodziewanie pojawiają się na drodze, wtedy, gdy  bardzo czegoś chcemy i układają się jak puzzle w jedną całość?
Wciąż... mam głowę w chmurach.... i aż dziwne. Choć, tak często ręce mi opadają.... bo nie zawsze jest "różowo" i... i mówię sobie wtedy... "Dość!"

Ale...potem przychodzi nowy dzień.... nowy świt.  I wszystko zaczyna się od nowa.
 
 

Taka Droga.
Każdy ma swoją.
A każda cenna, niepowtarzalna, wyjątkowa, tak jak i my sami.
Nasza własna.

Dużo dobra w Nowym Roku, Kochani
i wielu szczęśliwych dróg
Wasza Amelia





 


  




21.12.2017

Był sobie Brzydal. Opowieść Wigilijna.




Lubię Wigilijne Opowieści... bo mają w sobie jakąś magię, niosą nadzieję i zwykle kończą się pomyślnie.
Chodż moja będzie nieco inna.  Ale też z Happy Endem
 Posłuchajcie.

Był grudniowy dzień. Jechalam do pobliskiego K. po świąteczne zakupy. Dzień był ponury i ciemny. Po opustoszałych ulicach miasteczka hulał zimny wiatr i zacinał deszcz.
Nic, zupełnie nic, nie przypominało grudnia i tej jego przedświątecznej atmosfery, nie mówiąc już o śniegu, który zawsze sprawia, że święta nabierają bajkowego klimatu.
No cóż trudno, postanowiłam pospieszyć się i wracać jak najszybciej do domu.

Deszcz przemienił się szybko w mżawkę, która zapowiadała się na dłużej. Przemarznięta i zniechęcona, wracałam do auta, które stało pomiędzy kilkoma niewysokimi blokami.

Nagle dobiegło mnie jakieś przejmujące wołanie. Głos był tak żałosny, że przeszył mnie na wylot.Odwróciłam się i spojrzałam w stronę, z której dochodził. W bramie siedział  kot. A raczej jego żałosne wspomnienie. Z przerażeniem patrzyłam na to stworzenie, w życiu nie widziałam czegoś tak obrzydliwego.
Kot byl prawie calkowicie bez sierści, a tylko w niektórych miejscach sterczaly jej resztki, pokrwawione i pozlepiane. Z pyszczka ciekła mu ślina, był przerażliwie chudy i wynędznialy.

W zasadzie,należało się odwrócić i odejść i to jak najszybciej. A jednak stałam jakby wrośnieta w ziemię, nie mogąc wzroku oderwać od tej kupki kociego nieszczęścia. Jakaś niewidzialna siła trzymała mnie w tym miejscu, każąc patrzeć  na to brzydactwo. Brzydal, pomyślałam, brrr... ależ Brzydal!
 Nic dziwnego, że ludzie  mijali go obojętnie, bo i  któż też spojrzy na takie brzydactwo, a nawet jeśli  spojrzy, to zaraz, odwróci się ze wstrętem i odejdzie.

Znów odeszłam, ale za chwilę wrócilam... i tak z kilka razy. Coś... nie pozwalało mi odejść.

W końcu wyciagnęłam z torby puszkę z kocim jedzeniem dla moich kotów i wyłożyłam ją na miseczkę, która stała nieopodal, pomiędzy drzewami.
Znałam to miejsce i wiedziałam, że  mieszkają tam bezpańskie koty, które ludzie dokarmiają. Wszystkie były jednak w miarę zadbane. A to brzydactwo, nie wiadomo skąd się wzięło i było tak odrażające!
Stalam jak zahipnotyzowana i patrzyłam jak Brzydal wcina puszkowe jedzenie.

Wróciłam do domu i o wszystkim zapomniałam.
 Dopiero w nocy, Brzydal przyszedł do mnie. Był tak żałosny, opuszczony, pewnie chory, że następnego dnia, nie zastanawiając się ani chwili, wsiadłam w samochód i pojechałam ponownie do K.

Miałam ze sobą transporter i zamierzałam zawieżć Brzydala do veta, przynajmniej tyle chciałam dla niego zrobić.  Z torbą pełną kociego jedzenia i bijącym sercem wysiadlam w znajomym miejscu. Niestety Brzydala nie bylo.
Czekałam, chodziłam, nawoływałam  i.... nic. Nie ma. Wyrzucilam jedzenie na  miseczkę i postanowilam przyjechać raz jeszcze. Ale i potem też go nie było.
Odjechałam zrezygnowana, zmarznięta i zniechęcona.

I na tym właściwie, ta opowieść się kończy.
I pewnie pomyślicie... a cóż to za opowieść... gdzie tu nadzieja... gdzie Happy End?!

 A jednak wierzcie mi, że i ta historia ma pomyślne zakończenie.

Bo pomimo... że odjechałam, to jednak koci transporter pozostał w moim bagażniku, gotowy  do następnego spotkania... może z tym, a może z innym Brzydalem, który stanie na mojej drodze.
Bo przecież takich brzydali...  pełno na tym świecie, wystarczy się rozejrzeć, wystarczy usłyszeć czyjeś wolanie, wystarczy nie odwrócić się z obojętnością.
Bo to właśnie ta obojętność najbardziej boli. Gdy ktoś czuje,że cały świat o nim zapomniał.

I to nic, że święta się skończą, choć to właśnie one, te ciepłe grudniowe dni, jedyne w roku, tak pełne magii i niezwykłego piękna.... otwierają ludzkie serca.
I to jest w nich najpiękniejsze.

Bo przecież Aniołem można stać się zawsze. Nawet dla...  jakiegoś Brzydala, o którym cały świat zapomniał.

I tym pozytywnym akcentem, kończy się moja Opowieść Wigilijna.

 

A Wam Kochani, w te nadchodzące święta, życzę Anielskich spotkań,
dużo miłości,wspaniałych prezentów darowanych z głębi serca
 i prawdziwie rodzinnej, ciepłej atmosfery

Ściskam
Wasza Amelia
 








13.12.2017

Grudniowo.

Czas tak szybko płynie, że aż nie sposób jest niekiedy nadążyć za wszystkim. A gdy pisze się tak  sporadycznie, jak ja, a potem patrzy się na swój ostatni wpis... to cóż, można jedynie westchąć i zadumać się głęboko nad upływem czasu.

I tak oto... niewiadomo jak i kiedy, nastał grudzień. Jeden z tych, najradośniejszych miesięcy w roku, z racji swoich świąt.Witam go zawsze z ulgą, gdyż wraz z jego nastaniem robi się dużo przyjemniej na sercu i duszy. A gdy w powietrzu zaczyna unosić się ten cudowny zapach cynamonowych pierniczków... to wtedy, już napewno wiadomo, że święta tuż tuż.

Ale tegoroczny grudzień był zupełnie inny. A zamiast zapachu cynamonowych pierniczków, w moim  powietrzu unosił się zapach... hmm... budowlanych materiałów, farby, wapna... i tych wszystkich okropności, które tak niespodziewanie wdarły się w moje życie przed laty i pozostały w nim już na dobre.I choć to już tyle lat upłynęło od pierwszych zmagań ze stuletnią chatą... to ja nadal i wciąż remontuję.

Od lutego trwał remont góry domu, który zdawał się nie mieć końca. I wierzcie mi, że nawet nie miałabym już siły, ani nawet ochoty pisać o tym wszystkim, bo każdy remont to przecież zawsze te same zmagania, to ogrom pracy, chwile załamania i zwątpienia, których ma sie niekiedy serdecznie dosyć. I zawsze towarzyszą temu te same słowa, że to już ostatni raz... i że nigdy więcej.

Ale potem, gdy spojrzy się na efekt końcowy własnej pracy... wtedy wszystkie trudy i chwile zwątpienia odchodzą w zapomnienie.

Ale tym razem, efekt końcowy nawet i mnie samą zaskoczył, tym bardziej, iż dzialałam intuicyjnie, bez żadnego planu, mając jedynie mglistą wizję. Góra wydawała mi się niewielka, gdyż skracały ją znacznie duże skosy, a nawet mówiono mi, że to niemozliwe, aby cokolwiek tam powstało, chyba że zostaną podniesione ściany. Nie chciałam tego robić, aby nie psuć pięknej bryły domu, nikogo też nie słuchałam, jak zwykle, zdałam się na swój wewnętrzny głos. Miałam nadzieję, że uda mi się chociaż  jedno pomieszczenie wykreować. Udało zrobić się aż trzy plus  łazienkę, a więc wszystko przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Tak więc i tym razem moja intuicja, mój wewnętrzny drogowskaz mnie nie zawiódł.

I oto efekt końcowy.






 
Dzięki rozbudowaniu góry,będę mogła spełnić swoje kolejne marzenie.
Otworzyć dom i zacząć dzielić się tym pięknym miejscem z innymi.

Serdecznie pozdrawiam
Wasza Amelia




03.10.2017

Jesiennie...

Tak bardzo długo mnie nie było... i nawet sama, gdy spojrzałam na swój ostatni post, to aż... oddech wstrzymałam! Choć najbardziej, zaskoczyl mnie fakt.... upływu czasu, to, jak wszystko w zawrotnym tempie przemija.... a dni, miesiące, lata, całe życie... stają się jedną małą chwilą.

Wiem, powinnam była zaznaczyć, że robię wakacyjną przerwę, jak to zwykle robiłam, ale naprawdę, jakoś mi to umknęło, sorry i dziękuję Kochani za Waszą troskę, za komentarze i  maile, które sprawiły że znów, po tak długim czasie, jestem.... A zresztą i tak bym Was nie opuścila. Jesteście przecież od lat, moją blogową Rodziną, a rodziny wiadomo, nie opuszcza się, ot tak!

A tak naprawdę, to dopiero niedawno otworzyłam swój blog, tak już bowiem jest, że w te letnie miesiące, elektroniczne sprawy pozamykane u mnie na głucho, a życie, toczy się cały czas na zewnątrz. I to jest właśnie to, co najbardziej lubię, ten pelny luz i nieodparte wrażenie, nieustających wakacji.
Taka mała przerwa na... inne życie. Na calkowite zanurzenie się w naturze. 

 A  lato było jak zwykle pełne wrażeń, spotkań z rodziną, z przyjaciółmi. I wciąż ktoś przyjeżdżał, odjeżdżał....jak to latem bywa.
I było też oczywiście remontowo, bo remonty są już niejako wpisane w tę moją egzystencję. I choć co roku, obiecuję sobie, że to już koniec z remontami... to potem przychodzi kolejne lato i... znów się zaczyna!

I tak tego lata najważniejszą rzeczą jaka się dokonała, było ukończenie remontu góry domu, który trwał i trwał... aż w końcu doczekał się końca.
Oprócz tego, jak zwykle, były bieżące remonty i te zaległe, naprawy wszelkiego rodzaju, poprawki i etc. Poza tym ogród i trwające całe lato przygotowywania do zimy, czyli prace przy drewnie.
Tak, lato potrafi być bardzo pracowite. Ale nagrodą są za to wspaniałe, ciepłe i  pełne słońca dni.

I tak oto, nadspodziewanie szybko i wlaściwie nie wiadomo jak i kiedy... nastała jesień.
I choć dni jeszcze ciepłe, słoneczne, jeszcze kwitną ostatnie kwiaty i jest zielono.... a ja jeszcze jak kot, wygrzewam się na słońcu... to jednak wiadomo, że za moment i to się skończy.
 I nostalgia nas ogarnie, tęsknota. A złota jesień, otuli swoim blaskiem.

 I na koniec, jeszcze krótkie wspomnienie lata.....




...  Maksiu, tak bardzo postarzał się tego lata... kochany staruszek

 



 ... a koty, wydoroślały






... i było też hamakowo, bo przecież nie samą praca człowiek żyje


... a Żabcia zrobiła się taka poważna, myśląca...




 .... ulubione miejsce i pozycja Żabci
 


                 W lipcu przyszła do nas  Misia-Nela, tutaj jeszcze malutka, ale będzie dużym psem





...i sielankowo, jak to zwykle latem bywa...





  

I tak oto, znów kolejne lato, staje się już tylko pięknym wspomnieniem.