"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

05.07.2016

Na finiszu!

I tak oto nadszedł najprzyjemniejszy moment na budowie i po przeszło miesięcznych zmaganiach, emocjach budowlanych, pogodowych i innych... nastapiło zakończenie prac remontowych!

Udało się! A cały ponad trzystu metrowy dach został uratowany, jego konstrukcja wzmocniona o nowe krokwie, a tym samym budynek zabezpieczony przed dalszą ruiną i "posypaniem się".

A ja, wreszcie mogę odetchnąć z ulgą i spać spokojnie, wiedząc, że dach nie runie mi któregoś dnia na głowę.
I gdy pomyślę, jak bardzo, jak wręcz panicznie bałam się tego remontu, i z jakim przerażeniem patrzyłam przez te wszystkie lata, na postępujące zniszczenia, bojąc się najbardziej tego, iż któregoś dnia może go już po prostu nie być, wystarczy przecież porządna wichura, a cały dach mógłby runąć, bo część wiedżby dachowej wisiała po prostu "na włosku"!

Ale co z tego, że o tym wszystkim wiedziałam, jeśli nie miałam nawet pojęcia, jak zabrać się do tego, nie mówiąc już o finansach, których po prostu nie miałam. Szukałam sposobu, żeby tego dokonać, szukałam odpowiednich ludzi, a nie znajdując takowych, myślałam, że już tego nigdy nie dokonam. I że to wszystko,  wydaje się i tak przecież  niemożliwe!

Aż w końcu... ratunek przyszedł zupełnie nieoczekiwanie i to ze strony... ŁĄKI!
Kawałek ziemi, a raczej ugoru, na który od lat nie było chętnych, bo i po co komu łąka... nagle  znajduje kupca!?
Uznałam to za znak! I wtedy wypadki potoczyły się już błyskawicznie, choć zupełnie niezaplanowanie. Nagle znajduje się ekipa, która robi bardzo pozytywne wrażenie, a cenowo mieści się w cenie łąki...Tak więc nic  już nie stało na przeszkodzie, aby móc zaczynać!

 I tak oto, wszystko samo się rozwiązuje i układa, jakby w myśl tego, że gdy podejmie się decyzję, to cały Wszechświat sprzyja! I tym samym, moja wiekowa obórka dostaje swoje Drugie Życie!

I muszę przyznać, iz tym razem miałam wiele szczęścia, bo ekipa budowlana, czyli majster i jego dwóch pomocników okazali się ludżmi nader solidnymi, fachowcami o jakich teraz trudno. Pamiętam przecież, jaką gehennę przechodziłam z fachowcami przy remoncie domu, tak więc teraz mogę mówić o prawdziwym "wytchnieniu". A majster był na tyle wyrozumiały, że nie zarzucał mnie pytaniami, jakby przeczuwając nikłość mojej wiedzy budowlanej, za co bylam mu niezmiernie wdzięczna. Wszystko robił sam, przy pomocy obu pomocników.

 A tak wygląda końcowy efekt prac: wymienione i uzupełnione belki stropowe, wstawione okna dachowe, zaołożone nareszcie rynny, dzięki czemu,woda nie będzie już ciekła pod budynek, wymienione belki stropowe i położona blacha.
  



 I nawet "zabytek" stoi już sobie spokojnie na swoim miejscu, w oborowym zakątku...




 I tak oto zakończyły się moje remontowe zmagania, przeplatane godzinami zmagań, chwilami zwątpienia i euforii. Obora pomału dostaje drugie życie, choć jeszcze długa droga przed nią, to jednak ten  pierwszy, ten najważniejszy i najtrudniejszy chyba krok, został uczyniony! Teraz będzie znów czekać, jak wszystko... na "swój" czas.

I gdybym komukolwiek, kto zastanawia się, czy remontować stare budynki, czy też nie, miała poradzić, to powiem tylko jedno... że warto remontować!
Warto, bo już sam remont, to emocje ogromne, to odnowa, nie tylko budynku, ale i samego siebie. To chwile zwatpienia i radości ogromnej, że się udało, że się nie uległo, nie poszło na łatwiznę, choć to wszystko przecież tak piekielnie trudne!

I w końcu warto, bo taki dom z historią, to COŚ  jedynego i niepowtarzalnego. To klimat tamtych czasów, które będą nam towarzyszyć przesz następne lata. A razem z budynkiem gospodarczym stanowią jakże piękną całość.

I na tym koniec remontowych emocji, a ja dziękuję wszystkim tym, którzy pomagali fizycznie, psychicznie i wirtualnie w moich zmaganiach, służyli radą i dodawali otuchy w tych trudnych chwilach.

 A teraz mój leptop w swoje władanie, wzięła po prostu... Żabcia!!!
 


22.06.2016

Pogodowe emocje.

Remontowe emocje, to nie tylko remontowo - budowlane emocje , ale też pogodowe.
Pogoda bowiem, to jeden z najważniejszych czynników, od którego zależy cały postęp i efektywność prac.
I to też cała gama emocji, które się z tym wiążą.
Najgorszy ze wszystkich jest deszcz,  bo wtedy plac budowy zamienia się w wartką rzekę, a w najlepszym wypadku w niewielki strumień, a prace stoją w miejscu. Burza z piorunami też rzadko bywa przyjemna. Wiatry bywają też niemałym utrudnieniem, gdyż mogą pozrywać poszczególne części dachu. No i w końcu upał, w sumie najlepszy z tego wszystkiego, ale gdy żar leje się z nieba, to i nie sposób pracować! 
Uffff....i jak to wytrzymać!!!

Czyli krótko mówiąc, budowlane poczynania to... cała gama niekończących się przygód, próba silnych nerwów i jedna wielka niewiadoma!

Tak więc po ostatnich pogodowych emocjach, które i tak ograniczyły się jedynie do ulewnego deszczu, po którym to obórka gruntownie się umyła, oczyściła i odnowiła wewnętrznie, a ja... przeżywając to wszystko, co przeżyłam... pewnie wraz z nią! Czyli nastapiła odnowa całkowita i kompletna!

A po dwóch kolejnych słonecznych dniach, gdy wszystko ładnie sobie poschło, wczoraj upał niemiłosierny, tak że majstry po nakryciu połowy dachu folią i przybiciu łat, już wczesnym popołudniem zeszli z budowy, bo na dachu nie dało się wytrzymać.

A dziś od rana deszcz. I znów leje się do środka. A co wyschnie, to znów zostaje zalane!
A potem znów... słońce i  w końcu prace na dachu ruszają z miejsca...

 


  I tak przez dwa dni udało się ledwie pół dachu nakryć...!?

 

Dzisiaj znów deszcz... potem słońce i tak w kółko. Uffff... bez mocnych nerwów...  nie uda się tego wszystkiego przeżyć!!!

A Rusałka przy pogodowej karuzeli,  wciąż rozstawia i składa swoje sztalugi z tyłu na łące... będzie artystycznie nieco działać, jak pogoda się oczywiście unormuje. A póki co, zbiera polne kwiaty i układa je w letnie bukiety... Wszak to już lato się zaczęło!











17.06.2016

Oborowych emocji ciąg dalszy...

Wczoraj przy pięknej pogodzie od rana trwały prace w budynku. Zostały dosztukowywane i wymieniane zmurszałe krokwie, a tam gdzie już nic nie dało się zrobić, wstawione nowe, niektóre z nich były w naprawdę opłakanym stanie i jedynie wisiały na przysłowiowym "włosku".
A tak wyglądały niektóre z nich

 

 

 Kawałek muru, który runął został ponownie wymurowany i wszystko się trzyma.




A tutaj zostaje spuszczony na dół na linach mój "zabytek"... jeden z majstrów stoi na dole i za racji swej niczego sobie tuszy ma go łapać, a my z Rusałką dzielnie dopingujemy...


Cała akcja pomyślnie się udała i  zabytek w całości wylądował na dole


 I nowy strop, jeszcze niekompletny

 Krokwie wszystkie zostały wymienione i powstawiane nowe, tam gdzie już nic uratować się nie dało...
I tak wyglądał staruszek wczoraj...


A dzisiaj od rana ulewa przeokropna, burza z piorunami, wicher. Więc i pracy nie było. Z przerażeniem patrzyłam na lejące się strumienie deszczu, w oborze wszystko pływa niczym w rzece, wszędzie pełno wody..  katastrofa jednym słowem! I znów emocje siegające zenitu!
Ale jutro na szczęście, jak to zwykle po burzy,  ma być słońce!


15.06.2016

Remontowe emocje!

Remontowe emocje to... emocje sięgające zenitu! To nagłe zwroty wypadków... to załamania nerwowe... to płacz i zgrzytanie zębów... to decyzje, które należy podjąć  błyskawicznie, aby chwilę potem znów je  obalać i podejmować kolejne... to brud pod połamanymi paznokciami... to chwile euforii  i łzy w jednym.... to emocje, których nie da się opisać, a które jedynie można przeżyć!
I to w końcu, twarda, bez żadnych znieczuleń, szkoła życia... a wszystkiemu trzeba dać radę, podołać setkom rzeczy niemożliwych... bo skoro, już się raz weszło do tej rzeki, to nie ma odwrotu... i trzeba brnąć dalej, bo przecież wszystko zaczyna się od.... pierwszego kroku.!

I tak wczorajszego ranka, gdy czekałam na majstra, który miał przedstawić dalszy kosztorys remontu drugiej części obory, targały mną wszystkie z możliwych uczuć, a ja sama trzęsłam się jak galareta.
Nie miałam bowiem wielkiej nadziei na wyremontowanie tej drugiej cześci, gdyż  moje finanse stały się już bardzo nadwyrężone, więc z ciężkim sercem myślałam, że czeka mnie rychłe wyburzanie.

Rusałka, która już nią pewnie pozostanie,  pląsała sobie radosna jak skowronek po porannej rosie, bo odkąd z kompletnie wypalonej pani menadżer przeistoczyła sie w leśną rusałkę, a komórkę wrzuciła głęboko do szuflady, a eleganckie garsonki i śliczne pantofelki rozdała ubogim... i zakosztowała w chodzeniu boso, mówiąc, że to jest jedyne i  prawdziwe wyzwolenie!

Tak więc czekałyśmy sobie obie na majstra, ona boso ja, aby bardziej dystyngowanie wyglądać obuta w gumiaki, ukladająca w głowie ważną i przekonywująca przemowę, która potem i tak okazała sie zbędna.

Majster podjechał  punktualnie swoim wysłużonym busikiem. I objaśnił jakie będą koszty materiałów, które ku mojemu zdziwieniu  okazały się dużo mniejsze, niż przewidywałam, ale o robociznę bałam się nawet zapytać. Więc on sam, z nieśmiałym uśmiechem powiedział, żebym się nie martwiła, bo on dużo nie weżmie...  tylko... trzy tysiące i ... czy ja się zgadzam?!!

Straciłam glos, myśląc że się przesłyszalam! Za dosztukowanie wieżby, położenie stropu, łat, wstawienie dwóch okien dachowych, uzyskanych za bezcen,  blachy.... tylko tyle?! Dwa razy się pytałam, a  Rusałka raz, widząc moją zupełną konsternację!

A potem, gdy już się upewniłam, że to wszystko prawda, i że moje finanse, co najważniejsze wystarczą, nastąpiła nieopisana chwila szczęścia....i  chciałam rzucić się mojemu majstruniowi kochanemu do stóp, ale nie śmiąc, poslałam mu jedynie promienny uśmiech, mówiąc,  to do dzieła!!!

A potem przez cały już dzień, rozpierała mnie radość, gdy patrzyłam na moją uratowaną jakimś cudem obórkę, myśląc, że tu naprawdę jakieś... nadprzyrodzone siły działają, bo to wszystko zdaje się być niemożliwe!

 Pamiętam przecież, jak wzywałam kolejnych fachowców, aby oszacowali cenowo robociznę dachu, a ich ceny były zawrotne, a gdy w końcu jeden podał mi jakąś kosmiczną cenę, pamiętam jak zagotowałam się w środku, a psy wyczuwając mój stan zawarczały grożnie, czekając tylko na mój sygnał, a paniczek widząc co się święci, poszedł  jak zmyty!
Ale ja, straciłam resztę nadzieji na ratunek tego budynku. I potem nagle, jak grom z jasnego nieba pojawił się u mnie... mój majstrunio! Człowiek rzetelny, ucziwy, który, mając jedynie dwóch pomocników, sam  wszystko robi, nie zasypując mnie pytaniami, nie wymądrzając się, jak to robili inni.... tylko po prostu uczciwie pracując.

I czy to nie cud?!!
Przecież takich ludzi, się już naprawdę nie spotyka! Wiem co przeżywałam z poprzednimi fachowcami, jaka to była udręka, jak mi wmawiali, że nic nie wiem, mówiąc że jestem laikiem... a oni fachowcami od zarania dziejów, więc co ja tam do nich?!  I jak potem a właściwie do dziś dnia poprawiam po nich wszystko co zrobili, a właściwie to spartaczyli!  I jak miałam ochotę pomordować ich wszystkich własnymi rękoma?!
I jaka szkoda,że Maksa wtedy nie bylo!

A teraz, jest zupełnie inaczej, jaki spokój, zaufanie, psy spokojne, przyjażnie patrzą na majstra... a mój majstrunio to człowiek diament! I takich ludzi, takich fachowców powinno się... klonować... dawać za przykład... pokazywać publicznie!

I tak oto zaczęły  się prace w drugiej części obory. Wczoraj był przestój z racji deszczu, a dzisiaj przy pięknej pogodzie prace toczą się dalej...


Zostało wstawione nadproże i wypełnione najgorsze z pęknięć


 


 I zaczęło się wymienianie i dosztukowywanie belek stropowych, majster wszystko robi sam, pomocnicy są jedynie... od podaj, przynieś, pozamiataj... 


A na budowie zostałyśmy tymczasem same, oraz  psy, które dzielnie nam towarzyszą, mając na wszystko baczenie,  J. już nas opuścił, z żalem,wracając do swoich miastowych obowiązków.
Ale gdyby ktoś zechciał przyjechać, wesprzeć słowem, lub czynem to zapraszam!



A potem była burza z piorunami, potoki deszczu potworzyły malownicze strumienie, pół obory zostało  zalane... i na koniec runęło kawałek ściany...uffff...!!! 
I  to się nazywa prawdziwa budowa i samo życie, jak stwierdził  majstrunio!


 

11.06.2016

Posiłki.

I w końcu doczekałam się, nadeszły posiłki!   Z zagranicznych podróży wróciła pomieszkująca u mnie była pani menadżer M. oraz jej znajomy J.  Zapowiedziany wolontariusz, odłożył swój przyjazd na póżniejszy termin.
 Jestem więc przeszczęśliwa!!!  Nareszcie mam wsparcie psychiczne i fizyczne, jako że J. zauroczony moim dziewiczo zachaszczonym ogrodem, od razu złapał za kosę i zabrał się do koszenia, co przypomniało mu z rozrzewnieniem jego własne wiejsko-sielskie  dzieciństwo. A M, która właśnie porzuciła miasto oraz cudowną, wspaniałą pracę....i zaszyła się u mnie, w leśnej głuszy, aby w ciszy i spokoju zastanawiać się nad dalszym swoim losem, z radością zabrała się za sortowanie kamieni!

I gdy wczoraj moi  majstrowie ujrzeli bosonogą Rusałkę z rozwianym włosem... aż oddechy im zamarły na chwilę. Ale bardzo grzecznie pokłonili się M. i nawet poczynili gest, aby wycałować ją po rękach, czego jednak nie uczynili, przepraszając, że ręce trochę brudne. A potem, jak zauważyłam, fakt ten nader korzystnie wpłynął  na ich pracę, nie żeby przedtem się obijali, co to, to nie, bo majstrów mam tym razem naprawdę dobrych... ale, jakby jakiś większy zapał ich ogarnął, gdy od czasu do czasu mogli sobie tak pospoglądać z góry na bosonogą rusałkę i powzdychać chociażby!
Tak więc jeszcze jedno spostrzeżenie poczyniłam, że warto czasem na czas remontu zapraszać takie miłe osoby, a panowie wtedy z większą ochotą pracują!

Tak więc praca na budowie wre, wszyscy pracują, a ja dziś odpoczywam od robót ziemnych. Zaszywam się w kuchni i  piękę bułeczki śniadaniowe na drugie śniadanie pod czereśnię, spoglądając od czasu do czasu na koszącego z radością J. i sortującą kamienie M... tak jakby nic lepszego w życiu nie mogło ich spotkać... i choć jutro będa pewnie leczyć zakwasy, jak to miastowi, nie nawykli do pracy fizycznej, ale póki co jacy szczęśliwi... ach, jak to dobrze móc sobie odpocząć i popatrzeć jak inni pracują!

A w budynku zostaje tymczasem wstawione jeszcze jedno okno i zaczyna się murowanie brakujących ubytków...


A w środku w jednej części już  posprzątane, powynoszony gruz, deski, belki i etc.




I końcowy efekt



A wponiedziałek majster ma mi przedstawić jakie będą koszty remontu drugiej części... ufff... dobrze,że  posiłki są, więc jakoś to przeżyję?!
I miłego weekendu życzę.

08.06.2016

Remontowe zwątpienia...

I są takie dni, jak właśnie ten... gdy mam wszystkiego dość! A w głowie pojawia się pytanie... po co mi to wszystko?! I zamiast odpoczywać sobie pod jabłonką na hamaku... albo pojechać w ciepłe kraje... i wygrzewać się pod palmami... albo przynajmniej udać się w polskie góry, bo już wieki tam nie bylam.... to ja zmagam się z kolejnym budynkiem, z kolejnym remontem... i to na dodatek trzykrotnie większym od poprzedniego, który jeszcze na dodatek w każdej chwili grozi zawaleniem?!

No nie wiem... czy to był dobry pomysł, porywać się na ten remont i to jeszcze samej?!
Dobrze chociaż, że majstry wyrozumiali... o nic nie pytają, robią swoje, wiedząc, że ja i tak niewiele wiem. Bo poprzedni to stale pytali, nie dając spokoju, choć też  wiedzieli, że nie wiem!
To bardzo pocieszające w mojej sytuacji. Dobrych mam majstrów tym razem, udało mi się jakimś cudem  ich wynależć, wśród różnego rodzaju pseudo fachowców, których pełno wszędzie.
No i wciąż czekam na posiłki, których tak bardzo potrzebuję, a które jak na złość się spóżniają.

 Więc nadal pracuję sama, ja na dole, a majstry na górze... odwieczny podział ról damsko-męskich.
Dziś segreguję gliniane kawałki stropu, ładuję je na taczkę i obkładam nimi oraz kamieniami jedną z okragłych grządek ogródka, która już ogródka raczej nie przypomina... a rośnie tu jedynie groszek pnący. Kawałki glinianego stropu są tak ciężkie jak kamienie i po kilku zwiezionych taczkach jestem padnięta!



Dla majstrów nie ma sensu, to co robię. Więc pytają, czy buduję gliniankę... i po co ta słoma, przecież widać, że wszystko mi robaki zjadają!?
Ale mnie się podoba i optycznie wygląda nieżle.

 


A w międzyczasie zostaje rozebrany strop w drugiej części... to widok dla silnych nerwów!


I jedno, najgorsze chyba z wielu pęknięć w tej części budynku...

 

 A tu stan końcowy, połowa dachu pokryta, komin wybudowany i okienko założone.




I na tym dzień się zakończył...uffff!







06.06.2016

Kamienny strop.

I drugi tydzień remontowych zmagań się zaczął. Dzisiaj jest murowany komin, są  kładzione rynny i blacha.

Podczas, gdy majstry pracują na górze, ja działam na dole. Zwożę taczką dachówkę i robię z niej ścieżki wśród zarośniętych niemiłosiernie porzeczek i malin.


 

Panowie widząc moje poczynania, mówią, że to nie tak powinnam zrobić, tylko.... ale, nie słucham, tylko kiwam im ręką i robię dalej swoje. Słońce świeci, wiaterek wieje, więc przyjemnie mi się pracuje nad moimi nietypowymi ścieżkami, z których już się cieszę, bo mój ogród zarasta w tempie zawrotnym...
Aż w końcu któryś z majstrów nie wytrzymuje i schodzi z dachu, aby  mi wytłumaczyć, jak robi się taką ścieżkę...i że trzeba ją wybetonować i etc. Dziękuję grzecznie za dobre rady i robię dalej. To moja lekcja, którą tutaj dostałam tutaj, aby zawsze robić swoje...


 


 



Dachówek mam masę, leżą wszędzie, zrobię z nich dziedziniec wokól obory, tak jak u Rezedy sudeckiej.... i będzie pięknie!



Dochodzi poludnie, upał robi się niemiłosierny, pot spływa z czoła. Majstry robią przerwę śniadaniowo-obiadową w cieniu pod jabłonką, ja też idę za ich przykładem i usadawiam się z psami pod czereśnią.
Sjesta. To już mój codzienny rytuał. Z górki pod czereśnią słyszę, jak wracają do pracy, a potem stuk młotka, a ja z lubością myślę, że jeszcze troszeczkę mogę poleniuchować i wyciągam się błogo na leżaku.

Po południu jedziemy z majstrem do sasiadki, która ma okna dachowe. Okna, są w dobrym stanie, niestety nie pasujące do jej dachu, więc stoją bezużyteczne. Biorę wszystkie trzy, prawie za bezcen. Ładujemy okna do busa i wracamy.
Gdy wracamy kawałek stropu w drugiej części budynku zostaje zwalony. Strop jest gliniany i utworzył kamienną posadzkę i trzeba go rozwalać kilofem. Majstry dziwią się, że glina może być tak twarda jak kamień. A ja  wiedziałam to od dawna, tynkując swój dom i robiąc gliniany strop.


 

 I pamiętam, jak robiłam glinianą zaprawę, a wszyscy wokół pukali się w głowę, mówiąc, że to wszystko odpadnie po miesiącu najdalej... a gdy do glinianej zaprawy wbijałam jajka i dodawałam twarogu na wzmocnienie.... mój pomocnik i sąsiedzi zataczali się ze śmiechu, a potem prawie cała wieś przychodzila zobaczyć, cóż też ta dziwna kobieta robi?! I pytali, kiedy będę dolewać piwa do gliny... to wtedy oni wszyscy przyjdą i będą pomagać, ma się rozumieć, gratis!
I tyle lat już minęło, a mój gliniany strop i gliniane ściany mają się dobrze. A dziś odkryłam kolejny dowód na to, jak wspaniałym materiałem jest glina, i że wszystko może przetrzymać, setki lat trwać, a potem wspaniale wniknąć z powrotem w ziemię, nie pozostawiając żadnych chemicznych odpadów.
To naprawdę niezwykłe!
I myślę ze smutkiem, dlaczego teraz nie buduje sie takich domów, z naturalnych materiałów, jakie są na wyciągnięcie ręki, jakie ziemia rzuca człowiekowi niemal do stóp!?

Tak wyglądają resztki glinianego stropu, który zrzucony z piętra obory, nawet się nie pokruszył.
Jutro go pozbieram i włożę do szklanej gablotkę, jako unikatowy eksponat i pamiątkę z mojej stuletniej obory.


I kawałek blachy już na części domu...


 

Wprawdzie nie tak piękna jak stara dachówka, ale może być...