"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

21.05.16

Na ratunek pszczołom! List do rolników.

To co zaobserwowałam ostatnio, przerazilo mnie. Otóż w moim przyjaznym dla owadów ogrodzie zauważyłam od kilku dni, brak pszczół. A jeszcze na początku wiosny, gdy kwitły czereśnie, a potem jabłonie, było rojno od pszczól i trzmieli. Pisałam nawet o tym w moim ostatnim poście na początku maja, pełna euforii, gdy siedząc pod jabłonią mogłam słuchać ich  brzeczenia.
A teraz... CISZA!!!
Cisza, jakiej nie słyszałam odkąd tutaj mieszkam. Cisza, która napawa przerażeniem... i ani jednej pszczoły, ani jednego trzmiela nie ma!
Już ostatnio byłam zaniepokojona, gdy widziałam leżące na trawie i ledwo poruszające nóżkami trzmiele, które kladłam z powrotem na gałązkę, w nadziei, że ożyją!
Niestety po kilku dniach znikneły i one, jakby nagle w ogóle ich nie było. I tylko ta cisza... i ptasie trele jeszcze, a i motyli jakby mniej.

 Dlatego, choć miałam nie pisać, piszę ten apel. Nie można, tak po prostu tego wszystkiego zostawić. I Stąd mój list, apel do tych, którym na sercu leży dobro i życie tych cudownych owadów!

     

                                      

                                   Drogi rolniku i ogrodniku!


 Albert Einstein powiedzaił, że gdy wyginie ostatnia pszczoła, człowiekowi pozostaną jedynie cztery lata życia.

Ten wielki człowiek dobrze wiedział, jak wielkie znaczenie mają pszczoły.
A czy my, zwykli ludzie zdajemy sobie sprawę z tego, dlaczego jesteśmy tak bardzo zależni od tych owadów?

Raporty donoszą, że sytuacja jest tragiczna. I że np. w ubiegłym roku w samej tylko Pszczynie Dolnej wyginęło 5 milionów pszczół, a pszczelarze byli przerażeni. Obawiali się, iż dotarła do nas jakaś grożna epidemia. Ale przyczyną śmierci owadów okazała się nie epidemia, ale ludzka głupota i zachłanność oraz stosowanie środków ochrony roślin, z których niektóre jak np. preparat na stonkę ziemniaczaną "Fipronil" dawno już zostały wycofane.

A oto, jak wygląda nasze uzależnienie od pszczół.

 Podstawą naszego wyżywienia jest ok. 100 gatunków roślin uprawnych. To 90% zjadanej przez człowieka żywności. W naszym klimacie pszczoły zapylają 80% tych roślin.

 Rośliny te żywią także zwierzęta, które wyginą, nie mając co jeść. Zostanie przerwany łańcuch pokarmowy,na którego szczycie jest człowiek. I mamy katastrofę.

Kiedyś wyceniono pracę pszczół i innych owadów zapylajacych rośliny. Okazało się,że jest warta 16 miliardów euro rocznie. W Polsce wartość zapylania przez pszczoły jedynie rzepaku sięga 600mln zł.

Roje pszczele tworzą w ulu idealnie współpracujące społeczeństwo, gdzie każdy ma swoje miejsce i wykonuje przypisaną mu pracę. Zapylanie jest dla pszczół zajęciem instynktownym, stad często nie zważając na grożne opryski, lecą tam, gdzie czeka je śmierć.

Śmierć z ręki człowieka!

Śmiertelne żniwo zbiera wszechobecna w rolnictwie i sadownictwie chemia: opryski, często stosowane, mimo zakazu w samo poludnie, środki chwastobójcze wypalające trawę, a w tym słynny i najgrożniejszy "Roudup", który zabijaja owady na miejscu lub przez długotrwałe oddziaływanie podczas zbierania przez nie pyłków z kolejnych oprysków.

Chemią traktuje się także nasiona. A w fazie wzrostu trucizna przenosi sie na liście i kwiaty. Zbierając nektar pszczoły wchłaniają truciznę i giną po pewnym czasie lub zdezorientowane nie mogą trafić do ula, co oznacza dla nich również śmierć.
Ule pustoszeją, nie ma w nich osobników dorosłych, jedynie młode i plastry miodu, które przyciągają pasożyty i dzikie pszczoły. W ulach brak martwych pszczół, bo całe roje uciekają nie wiadomo gdzie.

Sytuacja jest naprawdę tragiczna.

I, o czym może nie wiemy, ale przez brak pszczół zawali się cały ekosystem, nie będzie roślin, nie będzie tlenu przez nie wytwarzanego. Nie będzie owoców, warzyw, zbóż!

Czy są jeszcze jakieś pytania?

Nasi przodkowie Słowianie, uważali,że pszczoły są święte, pochodzą prosto z nieba, od Boga.
I nie dośc, że zapylają rośliny, co już samo w sobie było powodem do wdzięczności, to jeszcze wytwarzają produkty, które uzdrawiają ciało i duszę. Bo przecież miód, pyłek kwiatowy, propolis to eliksiry zdrowia i sił witalnych.
Dlatego też nasi przodkowie pod żadnym pozorem nie mogli ich skrzywdzić, a już zabicie pszczoły stanowiło czyn świętokradczy, ściągający życiowe nieszczęścia.

Dlaczego więc, nie mielibyśmy powrócić do wiedzy i mądrości naszych przodków?! Zaprzestać stosowania śmiercionośnych oprysków i chemicznych środków, a zamiast nawozów mineralnych stosować kompost oraz naturalne opryski, takie jak oprysk z pokrzyw, cebuli, mydła potasowego.

Tak robili przecież nasi rodzice i nasi dziadowie, w ten sposób uprawiano ziemię od pokoleń, nie niszcząc jej i  nie zabijając stworzeń na niej żyjących. A pola i ogrody były przyjazne dla ludzi i owadów. Wszystko ze soba koegzystowało, cały ekosystem. A najmniejszy robaczek i pszczółka były przyjacielem człowieka.

Jak wyobrażamy sobie nasze życie bez tych pszczół?
Jak wyobrażamy sobie nasz ogród, w którym brak będzie ich błogiego brzęczenia?
Jaki świat pozostawimy naszym dzieciom i naszym  wnukom?!
Czy chcemy, aby były  to wyjałowione, jak stepy, ogromne i puste połacie, bez jednej pszczoły, bez motyla, bez ptaka.... bo od chemii,  wszystko skazane jest na zagładę?!

Czy takiego życia, takiego świata pragniemy?!
Czy naprawdę musimy własnymi rękoma kopać sobie i naszym najbliższym grób?
I w imię czego?
Czy w  imię większego zysku... musimy zabijać?!
OPAMIĘTAJMY  SIĘ!
Jeszcze nie jest za póżno, choć to już ostatni dzwonek, aby się opamiętać, aby zmienić nasz stosunek do świata, do przyrody, bez której nie będziemy mogli żyć!

Nigdy nie jest za póżno na to, aby  stać się jej  PRZYJACIELEM,  wspierając i nie niszcząc naszej Matki Ziemi i wszystkich stot na niej żyjących i cieszyć się jej pięknem!

 

11.05.16

I znów zakwitły jabłonie...

.... I choć zabrzmi to, tak bardzo zwyczajnie... to właśnie to jest ten moment, na który ja przez cały rok czekam. I gdy zaczyna się ten niezwykly majowy spektakl,  muszę to zawsze, w jakiś sposób upamiętnić, utrwalić to niezwykłe piękno.
I można naprawdę, poczuć się jak w... Rajskim Ogrodzie.
A zresztą spójrzcie na to sami...

 

 




Ogród majowy jest tak piękny, zieleń tak delikatna, świeża, a majowe łąki pelne żółtych mleczy, żółto-seledynowych motyli są zjawiskowe.
Maj to najbardziej...   USKRZYDLAJĄCY  miesiąc, dodający sił witalnych i energii. A już samo patrzenie na zieleń, poprzetykaną zółtymi mleczami, wprawia w dobry nastrój.

 
 
 

Trawnika oczywiście nie koszę, dzięki czemu mam całe mnóstwo motyli i najróżniejszych brzeczących owadów, koncertujących na mleczach, pokrzywach i kwiatach.

Najbardziej lubię teraz siedzieć pod kwitnącą jabłonią, na wiklinowym fotelu i patrzeć na majowy ogród... podziwiając ten wiosenny spektakl. Mój salon jak co roku, przeniósł się do ogrodu, w którym spędzam całe dnie, a dom świeci pustkami, bo i koty powybywały i schodzą się jedynie od czasu do czasu, aby coś przekąsić, podobnie jak ja. I tylko Żabcia jest jedynym stałym bywalcem domu, ale nie próżnuje, łapie muchy, ot koteczka!







Ja również tej wiosny, nie próżnowałam i rozpoczęłam zakładanie grządek permakulturowych. Pracy przy tym był ogrom, ale za to, potem, mam nadzieję, będzie jej mniej, a ja właśnie do tego dążę.

Do tego, aby mieć czas. Czas na... siedzenie sobie pod jabłonką i czas... na zwykłe "nic-nie-robienie". Czas na zachwyt, nad tym, co mnie otacza. Nad każdą chwilą, która tak ulotną jest. Mieć czas... bo ziemia jest do kochania i do podziwiania, a nie do zaharowywania się... olśniło mnie, gdy ostatnio było wszystkiego już za dużo, a ja po prostu padałam ze zmęczenia.
Więc teraz, nie będe ani podlewała, ani pieliła... a jeśli będzie mniej pomidorów, czy marchewki, to też dobrze...
Najważniejsze... to mieć czas, czas dla siebie. Przecież po to właśnie tutaj jestem. I ta prosta prawda, dotarła do mnie tej wiosny.

 

 

A oprócz tego, to zrobilam się... " głucha" i "ślepa" ostatnio. Tak zupełnie świadomie. Zaprzestałam słuchania, oglądania i czytania. Stwierdziłam, że im więcej słucham,  im więcej wiem, tym gorzej się czuję.
Wiec zaprzestałam. I teraz mam spokój. Uprawiam sobie ten swój ogród,  a w przerwach przesiadujęw ogrodzie, napawając się jego barwami i zapachami...  i podziwiając przepiękne motyle.

I to jest  mój codzienny zastrzyk dobrego samopoczucia i spokoju.
Wystarczy, że uprawiam tą ziemię i opiekuję się zwierzętami, które zostały mi dane. A wszystko inne, cały świat, niech sobie jest, jaki jest. Ja i tak, na to nie mam wpływu.
A żyjąc tutaj...  wciąż mam wrażenie, że żyję gdzieś poza nim, w jakimś innym świecie, w którym wszystko jest takie piękne, proste i na swoim miejscu.





Pięknej i niezwyklej wiosny Wam Kochani życzę.
Dużo ciepła, a zwłaszcza tego w sercu.
A ja, jak zwykle każdego roku, robię sobie wiosenno-letnią przerwę, również od pisania.
 

24.03.16

Ocalić od zapomnienia. cz 3

I tak oto, od kilku lat, mieszkam, wraz z moją kocio-psią rodziną, w stuletniej chacie. I trudno się dziwić, skoro od dzieciństwa miałam tą wieś, w swoje życie, jakby wpisaną.

I choć od zawsze mieszkałam w mieście, to tak naprawdę, nigdy nie było ono mi bliskie. A ja tęskniłam za wiejskim życiem. I nosiłam tą tęsknotę w sobie, przez długie lata, spychając ją gdzieś do podświadomości, aż w końcu, gdy już dłużej, nie dało się oszukiwać samej siebie, bo dusza coraz bardziej wyła, domagając się wypuszczenia jej na wolność.... opuściłam miasto na dobre.
A potem, zaszyłam się tutaj, w tym domu pod lasem.

 

Oczywiście, to wszystko nie było takie proste. Bo dom był kompletną ruiną... i należało naprawdę poważnie się zastanowić, albo...odwrócić sie na pięcie i odejść... albo, zrobić to, co moja córka zrobiła, uciec do lasu i tam przepłakać kilka godzin w samotności...!
Ale ja, niczego takiego nie zrobiłam. I pewnie i tu,  pomogło wspomnienie wiejskiego domu dziadków i  tęsknota za takim właśnie życiem i to przeważyło szalę.

 I było też tak, że ten dom nie pozwolił mi odejść. Dziś wiem, że to był misternie uknuty plan. A dom... łasił się do moich stóp, obsypując mnie słodkimi, czereśniami, które tylko wtedy, ten jeden, jedyny raz były dla mnie! Bo, już nigdy potem, nie udało mi sie ich zerwać, a od lat, zjadają je jedynie szpaki.
A ja każdego roku zadaję sobie to samo pytanie, patrząc, jak szpaki pożerają na moich oczach czereśnie... Gdzie były wtedy szpaki?!

A zresztą... i tak naprawdę, to i ja wcale odchodzić nie chciałam. Byłam tak zachwycona zrujnowanym domem i jeszcze bardziej zrujnowaną, choć wyjątkowo piękną oborą, jak również bardzo romantycznym, dziko zarośniętym ogrodem... że wcale, nie zamierzałam tego miejsca opuszczać!
Tak, przyznaję, to był naprawdę bardzo romantyczny widok!



I stało się to, co widocznie pisane mi było. A potem dom, udało mi się jakimś cudem, przywrócić do życia. Tak, to prawda, że miałam wtedy tyle energii, zapału, znajdowałam sie w stanie... jakiejś, niewytłumaczalnej euforii i... mogłam góry przenosić! I to było tak,  jakby, ktoś założył mi na oczy... różowe okulary... przez które, wszystko wydawało się... możliwe i takie dziecinnie proste!



 To zdjęcie lubię najbardziej. To przez to OKNO zobaczyłam... mój Świat.... jak przez Różowe Okulary!

I tak oto, już piąty rok tutaj  jestem. 
I kolejna wiosna nadchodzi. I chciałoby się tylko westchnąć...ach, jak ten czas upływa?!
 Wydaje się,że to wszystko było wczoraj, a to już lata minęły.

I kończy się kolejna zima, a ja oddycham z ulgą! Zawsze po zimie, czuję ogromną ulgę. Tak, to moje życie tutaj, wciąż bywa trudne, a palenie w  centralnym bywa wykańczające. I są chwile, zwłaszcza zimą, gdy zastanawiam się... odejść, czy zostać?!

A potem nadchodzi wiosna. Najpierw taka... zimna, blada, nieprzyjazna... brrr... okropna! A potem, przychodzi taki deszcz... który, jak to pięknie ujęła Gorzka Jagoda.... wszystko obmywa! A po nim cała przyroda odżywa... i człowiek też!
 A ziemia robi się taka ciepła, przyjazna... jak matczyna dłoń!

I to jest właśnie ten znak. Znak na niebie i na ziemi... że to już!
A gdy w oddali... ujrzy się kilka żurawi... albo, gdy  nad głową, klucz szarych gęsi przeleci... to można nagle  poczuć, wzbierajacą w sercu radość!

Tak było właśnie dzisiaj. Gdy, po zimowej "niemocie", w jeszcze ciepłym deszczu, wyszłam przed dom z kilkoma bratkami w dłoniach...  i wszystko to, właśnie się wydarzyło!
A ja w oddali zobaczyłam kilka żurawi.... a nad głową przeleciał klucz szarych gęsi... kierując sie ku wodzie. A ciepły deszcz, obmył moją zmęczoną zimową szarugą twarz.
I gdy... włożyłam ręce do wilgotnej ziemi... poczułam nagły przypływ sił i wdzięczność do tej ziemi... bez której pewnie, już i nie umiałabym żyć!



 I potwierdziła się stara jak świat prawda, ta którą moja babcia, przed wielu laty powtarzała : " Jak nie wiesz co zrobić, to idż i włóż ręce do ziemi. A ona da ci ukojenie!"
Mądrość tych słów nigdy nie przeminie.

I to było, jak odrodzenie!

 

 I tak oto, kolejna już wiosna zawitała do mojego siedliska...

 

Moja kocio-psia rodzina ma się dobrze i wciąż się powiększa. Ostatnio przybyła Żabcia, warszawianka bardzo urocza.

 

Maks stał się prawdziwym gospodarzem. Odkąd, dzięki ogrodzeniu, jest na wolności, nie sypia już wcale w budzie, tylko na progu domu.
Jak prawdziwy gospodarz, który na  wszystko, musi mieć oko.


 

Wandzia, jego prawa ręka, sumiennie wypełnia swoje obowiązki, obszczekując wszystko i wszystkich.
 W każdym razie, obydwoje stanowią niezastąpiony zespół!

Koty, jak to koty, wylegują się  na kanapach i fotelach, coraz bardziej upodabniając się do leniwców, tak że nawet  marcowanie, już je specjalnie nie interesuje!

I jak to zwykle z wiosną bywa, planów znów pełna głowa. Bo, wiadomo, że w takim miejscu, jak moje, praca nigdy się nie kończy!
I na pierwszy plan znów wysuwa się plan ratowania obory. Piszę chyba o tym co roku i ... dalej nic nie robię. A ona, coraz bardziej popada w ruinę.

 



To wciąż okazały i piękny budynek. Z zewnątrz jeszcze w całkiem dobrym stanie, ale niestety w środku strop coraz bardziej się zapada, aż strach patrzeć i myśleć, że może runąć.

I gdy patrzę na ten wspaniały okaz architektoniczny, prawdziwą Perełkę tamtych czasów... i na tą jej niezłomną wolę trwania, opierania się upływającemu czasowi... wiem, że muszę znależć jakiś sposób, aby ją ratować!

I choć pojęcia nie mam, jak tego dokonać... bywają chwile, że wciąż patrzę na świat przez... różowe okulary i wierzę, że znajdzie się jakiś sposób i uda się, podobnie jak dom, ocalić i ją od zapomnienia,.
Dobrze by było, gdyby dostała drugie życie i jako... Obora Artystyczna, do czego jest jakby stworzona jeszcze długie lata zaistniała.

Życzę Wam Kochani radosnych Świąt
pięknej, ciepłej i takiej, która rozgrzeje
serca i duszę , wiosny!







18.03.16

Ocalić od zapomnienia. cz.2

I jeszcze, na małą chwilę, powracam do moich wspomnień, do tamtych dni mojego dzieciństwa, spędzanego w wiejskim domu dziadków.... do mojej Krainy Szczęśliwości.
Do tamtych smaków, zapachów... .do kuchni pachnącej podpłomykami.... do smaku gruszek "klapsów".... do zapachu garbowanej skóry... i wreszcie,o tego najważniejszego chyba zapachu ... do zapachu chleba.



Dziadkowie, jakby to dzisiaj określono, byli samowystarczalni. Dobrze pamiętam ich spiżarnię, w której półki aż uginały się od wszystkiego. I czego tam nie było? Począwszy od wiszących na długich metalowych drążkach, wędzonych kiełbas, szynek, słoików konfitur i najróżniejszych przetworów, suszonych grzybów... aż po wielkie kamionkowe sagany pełne smalcu i masła.
Tylko jednej rzeczy tam nie było. Właśnie chleba. Bo chleb, był jedyną rzeczą, jaką babcia kupowała.

We wsi była piekarnia o wdzięcznej nazwie "U Pipka", w której piekarz Pipek codziennie piekł chleb.
Ach, cóż to był za chleb! Wielkie, okrągłe ze złotą chrupiąca skórką bochny, pachniały już od rana w całej wsi. I już, sam ten zapach, nie pozwalał, aby nie iść i nie kupić tego chleba. Dlatego od wczesnych godzin rannych, ustawiała się przed piekarnią kolejka. A Pipek w białym fartuchu i białej czapie, z rękoma pełnymi mąki, wraz ze swoim pomocnikiem, wynosili na półki ciepłe jeszcze, pachnące bochny chleba.
Chleb błyskawicznie znikał z półek i już po godzinie piekarz zamykał piekarnię, a kobiety wracały  do domu z pachnącymi bochenkami.
 Pamiętam, jak babcia niosła taki bochen na wyciągniętych przed sobą rękach, a na nim leżały zawsze dwie obsypane kryształkami cukru  jagodzianki, dla mnie oczywiście.
W domu, kładła go na czystej ściereczce na środku stołu, robiła znak krzyża, po czym kroiła wielkim nożem grube kromki, które smarowało się własnym masłem, smalcem i posypywało solą, albo cukrem. Do tego mleczna, spieniona "latte" od Krasulki. A na deser jesli, ktoś miał ochotę, ciepłe podpłomyki., które zawsze leżały na kuchennej płycie.
Ach, cóż to była za uczta!

I choć, to już tyle lat minęło... ja wciąż, to pamiętam. A zapach chleba,  który towarzyszył mi przez lata, był zapachem mojego dzieciństwa, zapachem spokoju i bezpieczeństwa, zapachem, który niosłam przez życie jak... świętą relikwię! 



Pamiętam spracowane ręce babci, bez przerwy czymś zajęte, bo przecież pracy był ogrom. Dom, pole uprawne, zwierzęta hodowlane i... to wszystko trzeba było zrobić, nic nie można było odłożyć, czy przesunąć,  bo zwierzę przecież nie poczeka. I to wszystko babcia wykonywała bez słowa skargi! A gdy nieraz, splatając zmęczone ręce na kolanach, jakieś słowa skargi się jej wyrwały, dziadek zaraz ją uciszał: "A dyć cicho być kobieto". I tylko westchnienia rozchodziły się po kuchni.
A zresztą, nawet i na to nie było czasu, bo zajęć była niekończąca się rzeka. Nie było więc czasu na jakieś fanaberie. Była praca w pocie czoła. A potem był  sen zdrowy i mocny jak u dziecka.
Ot, taka prosta kwintesencja życia.

Dzisiaj zastanawiam się, skąd ci ludzie czerpałi na to siłę. Skąd miełi tego ducha?!

 

 

I patrząc dziś, na ich życie, myślę, jak mało było im do szczęścia potrzebne. Nawet łazienka i bieżąca woda,  nie była potrzebna i nigdy nie chcieli jej mieć. A dziadek zwykł mawiać, że wystarczy... wystarczy by żyć, wystarczy by się wyżywić, wystarczy by być szczęśliwym!
I to było, jakby jego życiowe "credo". Niigdy nie chciał mieć więcej... jakby nie rozumiejąc, tej chęci posiadania i gromadzenia przedmiotów, która dziś, ma tak wielkie dla nas znaczenie. A my sami, wciąż pragniemy więcej i więcej...!

Nawet ja sama, podczas mojej ostatniej przeprowadzki, aż się za głowę złapałam, widząc te wszystkie pudla pełne wszystkiego, co zdołałam przez lata nagromadzić, pytając teraz siebie: I po co, to wszystko?!



Zastanawiam się, czy ci ludzie byli mądrzejsi?
 Może i tak... żyli przecież tak blisko z przyrodą, oddychali jej rytmem, a ziemia i zwierzęta były dla nich najważniejsze. Czcili ziemię. Czcili drzewa. Nawet w lasach stawiano małe drewniane kapliczki, dla ochrony życia lasu i zwierząt, albo zawieszano budki lęgowe dla ptaków... Oni żyli w jakiejś niewyobrażalnej symbiozie z naturą, wielbili, szanowali ją, a ona odpłacała im tym samym.
I to była też bliskość ze zwierzętami, które były tak ważne, bo żywiły i wspierały. I pamiętam jak babcia pieszczotliwie przemawiała do swojej krowy: moja ty Krasulko!
Może więc stąd czerpali tę swoją mądrość i siłę?!

 A przecież to była tak ciężka praca, praca w pocie czoła, wykonywana w przeważającej mierze ręcznie, bez maszyn, podobnie jak ich rodzice i dziadowie, którzy w białych wykrochmalonych koszulach... szli w pole z prostymi sierpami w dłoniach.... z radością i z pieśnią na ustach!?

Sama dobrze wiem, jak to ciężko, żyłam w podobnych warunkach, przez pierwszy rok, bez wody i łazienki....obrabiając swój kawałek ziemi... i bywało, że miałam dosyć... a już napewno brakowało mi tej siły i wytrwałości, którą oni mieli.
I dlatego, wciąż jestem pełna podziwu dla tych ludzi!
 


A przecież oprócz codziennych zajęć... jeszcze domy budowali.
I to jak?! Własnymi rękoma, bez projektu, bez architekta... z materiałów, które sami przyciągali z pola, z lasu. I powstawały domy z kamieni, z drzewa, ze słomy, gliny. I stoją takie Cuda, Perełki, prawdziwe Arcydzieła... aż do dziś, mając po setki lat, albo i więcej... tak są trwałe i mocne. I piękne, w tej swojej siermiężnej prostocie, która nawet dziś, tak bardzo zachwyca.
A do budowy takiego domu włączała się wtedy cała wieś, wszyscy budowali wspólnie, na zasadzie sąsiedzkiej pomocy. I to było coś naprawdę wspaniałego, coś, czego dzisiaj się już nie spotyka.

 I znów chciałoby się zapytać, skąd ci ludzie mieli na to siłę?!

Dziadek mawiał, że takie życie prowadzili od pokoleń, z dziada, pradziada, a ciężkiej pracy nikt się nie bał, bo siła i wytrwałość w znoszeniu trudów życia, jest zapisana w naszych słowiańskich korzeniach. Więc nie mogło być inaczej!





To była taka normalność, jakiej teraz nam niekiedy brakuje.
 To był porządek rzeczy prostych, w którym była, jakaś niewyobrażalna głębia ukryta?! 

Dzisiaj, nie ma już tamtych ludzi. Nie ma kowala Janka... nie ma szewca, który robił buty... nie ma piekarni u "Pipka".  Jest za to nowoczesny, ogólnospożywczy sklep, w którym o każdej porze dnia, można kupić świeżutki, zapakowany w folię chleb. Tyle tylko, że bezzapachowy.

I są takie chwile... gdy zatęsknię za tym światem. I chciałabym, ocalić go od zapomnienia, bo wiem, że był  DOBRY.
I, że był... jakby skrojony na miarę człowieka. A jednocześnie taki zwyczajny!
Zwyczajne życie i  i zwyczajni ludzie. 
A tyle ciepła i spokoju było w tym świecie?!



Cóż, dzisiaj to wszystko, nieubłaganie odchodzi w zapomnienie. Niewiele już takich chat, niewielu takich ludzi pozostało. A szkoda, bo mądrości życia już nikt nas nie nauczy?!
I tego życia, jak skała, jak opoka, tradycją i pracą silnego. 

14.03.16

Ocalić od zapomnienia.

Są takie miejsca, są tacy ludzie, sa takie chwile... o których myśląc, robi się człowiekowi tak bardzo ciepło na sercu, to tak, jakby ktoś nagle... plaster cieplego miodu na nim położył.
Dla mnie, takim plastrem ciepłego miodu na sercu są... wspomnienia z dzieciństwa, spędzanego w wiejskim domu moich dziadków. 

I to będzie taka... podróż sentymentalna do tych chwil mojego dzieciństwa, do wspomnień, do smaków, do zapachów, do tamtych szczęśliwych dni.
Do mojej  Krainy Szczęśliwości!
Krainy, do której jak na skrzydłach leciałam... i z której, ze smutkiem wracałam!


Pamiętam dom w dolinie i ogród i sad... i otaczające go wzgórza... i rzekę i las.
I pola...  i łąki aż po horyzont... i  pasące się krowy, a dalej konie i owce.
A na podwórku kury, kaczki i gęsi.
I studnię z niemalże żródlaną, krystaliczną wodą.

Pamiętam, jak każdego ranka budziło mnie glośne pianie wielkiego koguta, zawsze o tej samej porze i zawsze bardzo wcześnie, a potem zapach świeżego chleba i kubek ciepłego mleka, jeszcze z pianką, z porannego udoju babcinej Krasulki, czekał na kuchennym stole. Taka mleczna "latte" na dobry początek dnia.

Taką właśnie wieś, sielsko-anielską, w której wszystko miało swoje właściwe miejsce, człowiek, zwierzę, ptak i  owad, zapamiętałam z dzieciństwa. Wieś, w której ludzie, przyroda i zwierzęta żyli w zgodzie ze sobą i z otaczającym ich światem.
To byla wieś przyjazna człowiekowi, bo i świat był wówczas jakby bardziej przyjazny. Pamiętam, że babcia, nigdy domu nie zamykała, a klucz wisiał w sieni, tak sobie, na wszelki wypadek, gdyby komuś chciało się go użyć.


Dom dziadków był niewielki, raptem dwa pokoje i kuchnia, wyposażony w proste meble i sprzęty. 
W sypialni wielkie dębowe łoże, na którym piętrzyły się  puchowe pierzyny, nad nim święte obrazki. W rogu piec, przy oknie telewizor, bardziej chyba jako ozdoba, bo nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek był włączany, a leżąca na nim koronkowa serwetka i wielka rozłorzysta paprotka, jedynie to potwierdzały.

Drugi pokój był kiedyś pokojem czterech synów babci, choć właściwie w niczym nie przypominał pokoju dziecinnego, a śladu biurka, czy regału na książki trudno byłoby się w nim doszukać. Synowie, gdy jeszcze w domu mieszkali odrabiali lekcje przy stojącym na środku pokoju stole, a spali w kuchni. Do szkoły jeżdzili jedynym, wysłużonym już rowerem i to na zmiany.
W domu nie było łazienki, ani bieżącej wody. Studnia, miska i mydło... to było wszystko, co do codziennej higieny było potrzebne.

Dzisiaj powiedziano by może... "taka nędza". I może nawet, zabrano by te dzieci do jakichś pełnych wygód Ośrodków, gdzie mogłyby rozwijać się prawidłowo, korzystając z tych wszystkich wygód, których we własnym domu nie mieli.
Ale oni sami, nigdy nawet tych niedogodności  nie zauważyli, zawsze, uważając się za szczęśliwych. A dla mnie, ten dom był najpiękniejszym domem na świecie!

To była taka Normalność, normalność, która teraz, jest dla nas niewyobrażalna!


 Pamiętam starą, rozłożystą gruszę, pod którą rozkładaliśmy koce do zabaw, a gdy pragnienie dawało o sobie znać, zrywaliśmy owoce prosto z drzewa, soczyste i tak słodkie, że sok spływał po brodzie, a ich smak pozostał w pamięci do dziś.

Dziadek był szewcem. Ale takim prawdziwym, co to buty robił! A w przylegającej do domu oborze mieścił się jego warsztat. Było to jedno pomieszczenie, spełniające jednoczesnie funkcję kuchni, pokoju dziennego, łazienki i warsztatu. To właśnie tutaj  koncentrowało się całe życie rodzinne. To tutaj babcia codziennie rano rozpalała "pod kuchnią", przynosiła we wiadrach wodę ze studni, gotowała posiłki i to tutaj na zbitym z kilku desek pod oknem "warsztacie" dziadek robił buty.
A miarowy stuk jego szewskiego młotka, odmierzał wolno płynący czas.

Często przysuwałam sobie stołeczek do okna i patrzyłam jak dziadek pracuje , jak garbuje skóry, jak potem suszą się porozwieszane na sznurkach, jak wycina formy ze skóry, jak je klei i przybija malutkimi gwożdzikami do podeszwy, jak cienkim dłutem z malutkich dziureczek wychodzą przepiękne wzory na skórze, aż w końcu jak spod jego palców wychodzą gotowe już buty.
I trudno byloby dziadka o cokolwiek zapytać, czegokolwiek się dowiedzieć. W milczeniu pracował, w ciszy, ale widać było, że w to co robi,  wkłada całe swoje serce. 
A ja od samego już patrzenia znałam chyba cały proces tworzenia butów. I to było tak fascynujące, że mówiłam sobie wtedy, iż napewno zostanę szewcem!

A potem gotowe już, stały w pokoju w równym rządku pod ścianą. Ach, cóż to były za cuda, prawdziwe arcydzieła!
Każdy w innym kolorze, o innym fasonie, a wszystkie z mięciutkiej, na różne kolory barwionej skórki. Te damskie były na niewysokim słupkowym obcasie, tzw.czółenka. A męskie tradycyjne czarne lub brązowe.
 Dzisiaj takie ręcznie robione buty zrobiłyby pewnie furorę, nie mówiąc już o ich cenie.

Raz w miesiącu jechaliśmy konnym wozem na targ i tam dziadek je sprzedawał, pewnie za niewielkie pieniądze.
A wszyscy domownicy chodzili w dziadkowych butach, babcia miała  ich kilkanaście par, w różnych kolorach i fasonach, stały obok szafy, gotowe do niedzielnego wyjścia.

Nic więc dziwnego, że zapach garbowanej skóry pozostał w sercu na zawsze.
Tak jak i zapach palonych świec o zmierzchu, w domowym ołtarzyku, w rogu pokoju, gdy do codziennej modlitwy klękała cała rodzina. A święconą wodą skrapiano dom i budynki gospodarcze wraz z mieszkającą w nich zwierzyną.

A niedziela była prawdziwym świętem i to był dzień kościelny. I to dla całej wioski. Pamiętam jak babcia już od rana się szykowała. Jak najpierw dlugo przed lustrem zaplatała warkocz i upinała go szpilkami w misterny węzeł. I jak potem zakladała koronkową  bluzeczkę i plisowaną ciemną spódniczkę. Do tego czółenka w odpowiednim kolorze, nieraz wybierała te, które najbardziej lubiałam, ciemnoczerwone z różanym motywem po bokach, na niewysokim słupku. Na koniec smarowała twarz i swoje spracowane ręce gliceryną, na ramiona zarzucała kwiecistą chustę...  i efekt końcowy byl olśniewający, a wtedy ja wstrzymywałam oddech.
Dziadek tradycyjnie wkladał czarny garnitur, białą koszulę i krawat. Do tego czarne, własnej roboty,  wypastowane i wyglansowane buty, a na głowę czarny kapelusz.

Szliśmy wszyscy razem, tak odświętnie ubrani, babcia z dziadkiem w pierwszej parze, trzymając się pod rękę, dostojni, stanowili piękną parę. A za nami i przed nami inne rodziny. Też wszyscy odswiętnie ubrani. Po drodze dołączało do nas wujostwo. Wszyscy się pozdrawiali. Cała wioska szła, oczywiście pieszo, a w domu pozostawali jedynie chorzy i niedołężni. A po kościele był wspólny obiad u dziadków. Bo dziadek zwykł mawiać, że wspólny posiłek i wspólna modlitwa są najważniejsze.

I tak było zawsze, a ja nie przypominam sobie, aby coś stanęło temu na przeszkodzie, aby coś mogło zakłócić rytm tego życia, jego porządek, który nadawał mu jakiś nieopisany sens. 

 To były tradycje i rytuały, bez których nie wyobrażano sobie wówczas życia i od których niewyobrażalne było, aby odstapić. Nie było żadnych  innych zamienników i być nie mogło. To życie było, jak przesłanie, zapisane w niepisanej "Księdze Życia"  i od pokoleń praktykowane . 
To była codzienna, ciężka praca. I to była też wiara, która dawała poczucie sensu i bezpieczeństwa, która chroniła ludzi i zwierzęta oraz cały ich  dobytek.

To życie było tak przewidywalne i... tak poukładane. Tu nie mogło być miejsca na jakieś zmiany, czy zachwiania. Ono było jak skała. Trwałe, opierające się wichrom i burzom, niezmienne i jak opoka silne.

c.d.n.






 

 



   

20.02.16

List do Brata.


''.... Odchodzisz... a ja nie mogę ci pomóc. Znów komuś nie udał się "strzał na komorę". Kula rozrywa ci płuca, a kręgosłup zamienia w bezkształtną masę. Boli. Już niedługo, zaraz przestanie. Trzymam ci głowę, choć nie wiem czy tego chcesz. Czy choć trochę ułatwi ci to podróż na tamtą stronę. Twoje czarne jak spodki oczy wpatrują sie we mnie. Przez sekundę wydaje się, że chcesz coś powiedzieć. Lecz ty tylko wzdychasz ostatni raz, serce przestaje ci bić, oczy gasną.
Cholera! Boni! Nie zapomnę cię nigdy....!" 

 DLACZEGO?!!! 
Może właśnie to chciałaś mi powiedzieć?

Tak opisuje śmierć Boni, pięknej i dorodnej łani, o oczach, tak pełnych ufności do człowieka,  lekarz z Ośrodka Pomocy dla Zwierząt Chronionych w Przemyślu, ratującego znalezione w lesie ranne zwierzęta. 
Boni została postrzelona w lesie k/Przemyśla. Pomimo interwencji Policji i Straży Miejskiej, kłusownika nie udało się jak dotąd złapać.

Mój Bracie!
 Dlaczego moje życie jest mniej ważne od twojego?! 
Dlaczego nas zabijasz, ranisz, zastawiasz sidła?!
Dlaczego nie pozwalasz nam spokojnie żyć, paść się na zielonych łąkach i w radości wychowywać nasze potomstwo!
Dlaczego wycinasz drzewa, niszczysz las, nasz dom, nasze życie?!
Czy to naprawdę, tak dużo, czego nam do życia potrzeba!? 

  Bardzo byśmy pragnęli, my leśne zwierzęta, abyś był naszym Bratem i stąpał z szacunkiem po tej Ziemi, naszej Matce, szanując ją i wszystko to, co na niej żyje, traktując nas dzikie zwierzęta i całą przyrodę, krórą dostałeś we władanie... z MIŁOŚCIĄ! 
Czy naprawdę aż tak dużo chcemy, tylko prawa do życia, które nam się należy?!

I czy wiesz, że zjadając nasze mięso, zjadasz również nasz strach, nasze cierpienie, nasz ból, naszą rozpacz... a to napewno nie jest zdrowe dla twojego organizmu.

Drogi nasz Bracie, wywodzisz się przecież z dumnego rodu Słowian. A Słowianie, to byli szlachetni, mądrzy i odważni ludzie. Wojownicy, którzy nigdy nie zabijali zwierząt dla przyjemności, a zabijanie nie traktowali jako zwykłego hobby. 
Jeśli polowali na zwierzęta, to tylko dlatego aby móc się wyżywić. Nie klusowali, nie budowali wciąż nowych ambon, aby móc coraz lepiej i sprawniej dla przyjemności zabijać. Szanowali las, drzewa i nas dzikie zwierzęta. Przyroda dla Słowian, Twoich przodków miała bardzo ważne znaczenie. A drzewa, zwierzęta i ludzie ze sobą współżyli.

Może, więc i Ty Drogi Bracie, odnajdziesz te cechy w sobie. Przywrócisz je do życia, Ty też je posiadasz, jesteś przecież dumnym  SŁOWIANINEM  człowiekiem prawym i szlachetnym!

Wierzymy, że tak się stanie. Jak również w to, że to  WŁAŚNIE TY  staniesz sie prawdziwym obrońcą nas  dzikich zwierząt i Strażnikiem naszego domu - lasu.

Twoi Bracia Mniejsi - Dzikie Zwierzęta  
  

P.S.
Ten list do polujących na dzikie zwierzęta, napisałam, będąc świadkiem, coraz częstszych  polowań, strzałów i  nasilającej się liczby kłusujących  /w tym też moi sąsiedzi/,  z przerażeniem stwierdzając, że od dawna nie widzialam już ani jednej sarny, czy jelenia, a kiedyś był to przecież widok codzienny, jak również to, że na wyciętych połaciach lasu budowane są wciąż nowe ambony.
Jak mają żyć te zwierzęta, jak uchronić się od śmierionośnych strzałów?!
 One same nie zawalczą przecież o swój los. To my musimy to uczynić, dla nich, dla nas, dla lepszego świata.

List ten poślę do wszystkich, którzy tym haniebnym procederem się trudnią.
I gdyby ktoś z Was kochani chciał go skopiować i przyłaczyć się tym samym do tej akcji, to oczywiście jak najbardziej, bo nawet ta jedna "kropla w morzu" może zdziałać tak wiele!


20.01.16

Taki sobie, zwykły, zimowy dzień.

 W nocy napadało świeżego śniegu. A rano już wszystko wyglądało zjawiskowo!

I właśnie takie dni, jak ten, lubię najbardziej. Gdy lekki śnieg i mróz i piękne słońce. I gdy nie trzeba się martwić, że ręce drętwieją i do taczki przymarzają.... albo, gdy  nie sposób się przebić przez zaspy do domu z taczką pełną drewna... albo, gdy  lodowaty wicher zacina prosto w twarz i ... cały czas trzeba uważać, aby się nie poślizgnąć... Albo, gdy samochód utknie w metrowych zaspach....!
O, tak... Królowa Zima, mimo całego swojego nieziemskigo piękna, potrafi być bardzo okrutna!



 

 Dlatego takie dni, jak ten, są wyjątkowe i należą do rzadkości. A gdy już się zdarzają, cieszę się jak dziecko! I wtedy scenariusz jest zawsze taki sam!

Napalam pod kuchnią, zostawiając sobie przyjemność palenia w centralnym na póżniej. I gdy już ogień buzuje, a przyjemne ciepło rozchodzi się po kuchni, zapalam lampki na choince i przysuwam fotel do ognia, tak, aby widzieć okno i zaśnieżony ogród.
A w międzyczasie śnieg zaczyna padać, najpierw powoli, leniwie, a potem coraz szybciej. I robi się wtedy tak niezwykle!

 



Zaparzam dzbanek imbirowej herbaty i wstawiam wielki gar rosołu... bo jeśli  ktoś wpadnie, to zawsze będzie mógł pogrzać się przy ogniu i... zjeść talerz gorącego rosołu.  Gotuję go rzadko, ale gdy już jest, to bywa tak, że zwykle ktoś się pojawia!?
A ja  lubię takie chwile... gdy w piecu trzaska ogień, a na nim "pyrka'' sobie powolutku rosól. Bo rosół to taka "zupa mocy", która nie tylko rozgrzewa, ale też dodaje sił. A gotowany długo na ogniu ma energię, która uzdrawia.
No i pachnie nim w calym domu. Może dlatego, że dodaję do niego trochę ziół, ususzoną pokrzywę i lubczyk, albo liście czarnego bzu... albo coś innego... bo trochę magii w życiu nigdy nie zaszkodzi... i może stąd ten zapach.... który ludzi przyciąga?

Tak, jak którejś zimy, gdy dwaj wędrowcy w "biegówkach", pobłądzili, a każda z dróg, którą wybierali  prowadziła ich do lasu... tak jak i mnie kiedyś. Aż w końcu, zapukali do moich drzwi, zmęczeni i zziębnięci, jako że mój dom jedyny w pobliżu. Na kuchni pyrkał  sobie właśnie rosół. "Ależ tu  pachnie!"... zgodnie orzekli. Po czym odpięli narty i zasiedli przy ogniu, bo przecież ogień w mieście to rzadkość. I zjedli po talerzu rosołu. A śnieg był wtedy prawie po kolana!

 

Tak więc, mój rosół "pyrkał" sobie powolutku na ogniu, bo im dłużej, tym lepiej, a ja postanowiłam, że skoro już tak pięknie się zrobiło, to czas na spacer. Psy oczywiście, czytając w moich myślach, z miejsca oszalaly!
Najpierw więc, jak zwykle była zabawa w "śnieżki", którą Maks uwielbia, a która polega na tym,że ja rzucam  śniegiem, a on usiłuje go złapać i zjeść. Mój piesek bardzo lubi śnieg, zresztą nie ma się co dziwić, ja też jako dziecko uwielbiałam go zjadać! Wandzia nie bawi się, a nie mając możliwości "poczołgania się", siedzi i patrzy na tę bardzo głupią zabawę.
 Za to my, bawimy się świetnie!!! 



A potem, krótki odpoczynek i małą furtką z boku i przez zamarznięty strumyk, wchodzimy do lasu....


 

Las stoi uśpiony, zasypany bielą. Jaki tu spokój, jaka cisza. Nareszcie, myślę, te drzewa mogą odetchnąć, odkąd Gumisie wynieśli się z lasu!


 

A las jest taki piękny. Spokojny i cichy. Odpoczywa. Tak jak ziemia pod ciepłą białą pierzynką. Biel zakryła wszystko. Wszystkie brudy i rany. Świat zrobił sie taki czysty, taki spokojny. To tak, jakby nagle przykrył się białą flagą pokoju.
I gdyby tak już zostało... Wtedy, wszyscy mogliby odetchnąć!

 



Wychodzimy z lasu i drogą wsród pól dochodzimy do niewielkiej rzeczki, tej z której na początku czerpałam wodę, gdy mój strumyk zamarzł. Pamiętam, jak trzymałam się wtedy kurczowo Maksa, a on ciągnął mnie z wiadrami pełnymi wody pod górę, z których połowa się wylewała, więc procedurę trzeba było zaczynać od nowa! To były czasy!
Na mostku spotykam sąsiadkę na rowerze, jedzie do oddalonego o dwa kilometry sklepu. Pokazuje mi sarnę, która uciekając przed myśliwymi, wpadła do rzeki. Wiem, dobrze pamiętam tamten dzień, gdy stado ludzi uzbrojonych po zęby na te kilka zwierząt, zebrało się pod moim domem i stąd wyruszyło do lasu. A potem padały strzały. W końcu przyszli do mnie po łopatę, bo auto im się zakopało. O! w takich momentach robię się jędzowata.... i wtedy długo szukałam tej łopaty, a oni nieżle się namarzli czekając pod płotem! 





Jest pięknie, słońce świeci. Polami wracamy do domu. Jak ja lubię, tak włóczyć się ściętymi mrozem polami, gdy śnieg skrzypi pod nogami, a mróz skrzy się na płatkach śniegu, aby potem móc wrócić do ciepłego domu i pogrzać się przy ogniu. Taką zimę lubię najbardziej! 





Gdy wracamy, rosół już gotowy. Podkładam do pieca. Dom z trzaskajacym ogniem i domowym rosołem, daje wspomnienie dzieciństwa, tego niezwykłego ciepla i spokoju, za którym potem całe życie się tęskni?!

A za chwilę, pod dom podjeżdża sąsiadka. Pyta jak żyję, czy mnie nie zasypało, czy nie zamarzłam? I oczywiście: "A co tak pachnie?" I już po chwili, mości się przy piecu i obie siadamy do rosołu. Mówi, że każe "swojemu" też taką kuchnię postawić. A pamiętam, gdy stawiałam swoją, wszyscy mówili po co? Teraz, w czasach, gdy centralne w domu?  Jak to dobrze, że nikogo nie posłuchałam, tylko robiłam swoje!
A teraz przychodzą, siadają przy ogniu... O, tak... Serce domu jest niezastąpione!


Po południu znów z kubkiem herbaty i z książką zasiadam przed oknem.... tym razem w pokoju Żabci, która nadal tam rezyduje, ale już, ośmiela się na coraz więcej, a nawet je z mojej ręki. Najbardziej boi się kotów, gdyż obie "jaśnie Królowe" nie pozwalając sobie odebrać królestwa, syczą złowrogo na każdą jej próbę opuszczenia pokoju. Pewnie trzeba jeszcze trochę czasu, aby i to się ułożyło.
Ale już pozwoliła zrobić sobie zdjęcie! I mogę tylko powiedzieć, że jest urocza!

Śnieg znów zaczyna padać. Wielkie płatki wirują najpierw leniwie, potem coraz szybciej. Jest coś  magicznego w tym zjawisku, bo oczu od niego oderwać nie mogę. I mogłabym tak siedzieć i... siedzieć... zapatrzona w śnieżną dal.  I na myśl przychodzą mi, gdzieś wyczytane słowa:
                                 
                                     "... Siedzę sobie w swojej prostej chacie,
                                 piję herbatę, patrzę na drzewa, na potok płynący w dole.
                                          Jaki spokój... jaka wolność...! "







Tak... to wciąż jest możliwe, że cieszą mnie te wszystkie drobne rzeczy, takie błahostki,  duperele... nieważne właściwie .... tak jak picie herbaty, czytanie książki, zabawa z psem... ?
I wiem, że nikt, nie zdoła... tej radości, która wciąż we mnie jest... mi odebrać! Tej radości dziecka.
Tego TU I TERAZ.
Nawet wtedy, gdy  przez świat  będą przelewać się wciąż nowe wichry i burze!

Biorę do ręki książkę, którą właśnie kończę. To "Siedem życzeń". Piękna, pełna nadziei, typowo świąteczna opowieść, którą napewno będę czytała wielokrotnie, tak jak to zwykle robię z niektórymi książkami.


Zakupiłam ją wraz z kilkoma innymi, trafiając na stoisko z tanią książką.
Niektóre z nich miały być na prezenty gwiazdkowe, ale obdarowani, po ich rozpakowaniu, stwierdzili,że zostawią je u mnie, a gdy przyjadą, to zawsze będą mieli co czytać. A póki co, to i ja mam co czytać.

Zima to właściwie mój jedyny czas na czytanie. Potem już bywa trudno. Wiosna jak wiadomo, jest  "ogrodowa", a lato od lat "remontowo-budowlane".
Więc teraz wykorzystuję ten czas. Telewizora prawie nie włączam, bo gdy włączę i zalewa mnie "fala żółci" to i tak od razu wyłączam.... zaczęłam też sobie robić dni "bez netu" .  Jedyne co jeszcze słucham to radio... i to jeden program, Jedynka, jako, że koty kiedyś pogryzły antenę, a radio i tak przedpotopowe.

 

I tak płyną sobie te zimowe dni. Odmierzane ogniem trzaskającym w kominie... cichym mruczeniem kotów, śpiących na ciepłym piecu... zachwytem nad  światem, obsypanem białym puchem... zapatrzeniu się w śnieżną dal... przeczytaniu książki.... spacerach i...  na tak zwanym ogólnym
                                                SPO-WOL-NIE-NIU!  
Zawsze mówiłam, że chcę żyć w zgodzie z przyrodą, no więc pomału mi to wychodzi, choć nie zawsze... ale staram się.
 
 

 


 I na zakończenie dla Was Kochani,  ponadczasowe przesłanie M. Grechuty "Świecie nasz".
Miłego wieczoru i dużo ciepla, zwłaszcza tego w sercu.

 https://www.youtube.com/watch?v=fcz7klh-qdI