"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

04.10.14

Po-wakacyjnie....

... już dawno, a lato... wakacje jak jedno mgnienie minęły, tak że nawet dobrze nie zauważyłam, kiedy się skończyły. I gdy patrzę na swój ostatni wpis... wydaje mi się, że to było jakby wczoraj, a przecież całe trzy miesiące minęły. A ja wciąż pochłonięta remontem, który jak już zdązyłam zauważyć,  chyba nie ma końca!
Więc pogodziłam się już ze wszystkim i z tym, że moje wakacje to... taczka i łopata... Nie, nie żebym narzekała, absolutnie, cieszę się nawet, oczywiście! I może kiedyś zastrajkuję i zrobię sobie... Wolne... i może mi się to nawet uda?! 
Choć stare domy, wreszcie to pojęłam,  tak rzadko dają wytchnienie!

 

Tak więc tego lata zrobiliśmy znów małe 'co nieco" czyli  kolejny, trzeci i ostatni już pokój... a ja jestem przeszczęśliwa, że nie posiadam ich więcej!





Ponadto, po dwóch latach, oczekiwań naprawiona została kuchnia węglowa...choć nie całkiem, bo część z piecem chlebowym nadal nie działa... ale nie miałam ani ochoty, ani odwagi rozbierać jej w całości i od nowa stawiać, muszę więc cieszyć się tym, co mam...


 


  ... i doczekała się też swojego czasu obórka, dostając nowe drzwi i oszklone okna...




... i tym samym przestała straszyć, a woda nie leje się już do środka przez dziurawe otwory okienne...





I to tyle z remontowych zmagań, nie za wiele, ale i tak zajęło to nam /ja, syn, córka, sasiad do pomocy/ całe dwa miesiące.
A ja nadal szlifuję i maluję oborowe drzwi i robię po remontowe porządki.

Jest wciąż tak ciepło, pięknie, pogoda zupełnie letnia, choć to już jesień....  i wciąż kwitną kwiaty...








 Zakwitają słoneczniki... póżno, u mnie wszysto jakoś spóznione... a może to normalne... i codziennie kolejny otwiera się ku słońcu.... czy zdążą jeszcze?


 


Jabłonie pełne są  jeszcze jabłek... I nawet ta, nie poddająca się czasowi staruszka, obsypana jest malutkimi czerwonymi i bardzo słodkimi jabłuszkami...



Pomidorki cherry, pomimo niepielegnowania też jakimś tylko sobie wiadomym cudem ... doszły do całkiem godziwych rozmiarów i obfitości... zrywam je wciąż i zamykam w słoiki, robiąc "salsę cherry"... czyli pomidorki, słońce, trochę bazylii.
To będzie cudne wspomnienie lata w długie zimowe wieczory!






Wciąż suszę  grzyby, które sąsiad donosi wracając z lasu... sama nie miałam jeszcze okazji bycia na grzybobraniu...
 tak, remont włada mną nieustannie...


Zamykam to wszystko w słoiki...  a potem patrzę na tę swoje Cuda ... i czuję się jak... bogaczka, myśląc, że mimo wszystko... los tak łaskawie się ze mna obszedł, dając to wszystko, ten cały luksus..., o którym latami marzyłam, zamknięta w klatce na 10 piętrze...




W międzyczasie sterylizuje koty... już wszystkie, nawet Wandzia są "Po". Jedynie Polinka ... która jest w ogóle osobliwym kotem i  przed każdym terminem po prostu znika. Ostatnio nie było jej miesiąc, a ja odchodziłam od zmysłów. Wróciła, przynosząc w zębach swoje kolejne dzieci, rzuciła  mi je do stóp, nie robiąc sobie absolutnie nic z moich bezsennych nocy!

A moja zwierzęca rodzina znów powiększyła się o Perełkę, jej czerwcowe dziecko, która już u mnie pozostanie... ale kolejne cztery czekają na adopcję.
Cóż, wkrótce stanę się niechybnie drugą Villas!




Pozostałe koty, jak  również psy mają się dobrze!

 

 

 Aniołek, dziecko Loli, wydoroślał i stał się Prawdziwym Aniołem... A tego lata awansował do roli wujka Perełki... Jest więc Wujkiem Aniołem...



Róża zaś,  przejęła rolę matki Perełki... i jest tak rozczulająca... znosi  myszki swemu przybranemu dziecku... i mimo sterylki stała się matką karmiącą.... czy to w ogóle mozliwe ?!




A ja z żalem, już wkrótce będę musiała porzucić swoje campingowe letnie życie i przenieść się do domu... w którym już dotkliwe zimno daje się we znaki... I właściwie, gdyby nie zima, to mogłabym przez cały czas prowadzić to swoje koczownicze życie, czując się jak na nieustających wakacjach....




 ... ale póki co, łapię jeszcze ostatnie promienie słońca, napawam się letnimi kwiatami... i ze smutkiem spogladam w niebo na odlatujące klucze ptaków... tak, nie da się ukryć... to już jesień.






I życzę Wam Kochani i sobie, aby ta jesień była równie obfita w ciepłe, słoneczne i piękne dni. Do usłyszenia, pa. 

12.07.14

Wakacyjna przerwa.


Z racji wakacji,
z racji natłoku ogrodowych prac
i remontu dalszego
ogłaszam wakacyjną przerwę,
życząc Wam Kochani
wspaniałych wakacji
dużo słońca,
mało obowiązków  i prac wszelakich
oraz  miłego letniego odpoczynku


Do zobaczenia po...!

09.07.14

Tam, gdzie... Nic Nie Ma...

Kamyk zielony... nie jest wcale, jakby się zdawać mogło, takim sobie zwykłym kamykiem, lecz posiada dość... dziwne moce, które w bliżej nieokreślony sposób pchają człowieka do przodu...  zmuszając go do róznych rzeczy... jak na przykład  do podróży... a gdy już znajdzie się w tej podróży... to wydarzają się na niej rzeczy dziwne, a nawet powiedziałabym... niezwykłe!

I tak też stało się ze mną!
Znaleziony przypadkiem na morskiej plaży kamyk... stał się moim natchnieniem i przewodnikiem, a ja dałam się porwać... i wyruszyłam w podróż... do miejsca, do którego wcale jechać nie zamierzalam! Wszystko stało się nagle i niespodziewanie. To był taki intuicyjny zryw, któremu dałam się po prostu ponieść!
Myśląc, że dobrze jest móc wyruszyć z małym bagażem i z całym Wszechświatem dla siebie!

I  podobnie, jak kiedyś przed laty, znów jechałam tym samym pociągiem... byle jakim, choć z widocznym celem i z wieloma przesiadkami... aby w końcu wysiąść na malym dworcu, w górskiej wiosce, prawie na końcu świata!
 A potem szłam znajomą mi drogą do miejsca, które już kiedyś... tak bardzo mnie urzekło. I w którym jakaś część mnie na zawsze pozostała...
A ponieważ trochę już czasu minęło od tamtej chwili, więc pobłądziłam, i gdy zapytałam miejscowych o dalszą drogę, popatrzono na mnie ze zdziwieniem pytając: I po co pani tam idzie, tam przeciez nic nie ma... tylko te pare chałup!
Krótko mówiąc, zmierzałam więc do miejsca, w którym... NIC NIE MA. I to na dodatek... po raz kolejny. Cóż, widać tak już mam, że różne dziwactwa mnie się trzymają.

Po drodze mijałam cudne, zapadające się i bardzo już stare chałupki... napawałam się sielskimi widokami... myśląc, jak niewiele już jest,  tak pięknych i tak nieucywilizowanych miejsc, jak właśnie to... w którym  Nic Nie Ma...


 



 


 


W końcu dotarłam do mojego celu. Miejsca, w którym kilku Zapaleńców i Pasjonatów buduje swoje gliniano słomiane chatki. To tutaj właśnie postanowiłam kilka dni pobyć


 


 


Już tak mam, że bez gliny nijak  żyć nie umiem! Więc potaplałam sie trochę w błotku... ale ręce za to, zrobiły się jeeeedwabiste!


 


 


Któregoś dnia postanowiłam odwiedzić, mieszkajacą w sąsiedniej wiosce Naszą blogową koleżankę. Ruszyłam do niej pieszo.
Gdy dotarłam pod znajomy mi z blogowego  zdjęcia dom... na spotkanie najpierw wybiegły psy...

 


potem przykuśtykało czarne jak smoła owcze dziecię... 


 


a na końcu sama właścicielka posiadłości....
  ... czy już może Wiecie kto?


 


Taaaak, Inkwizycja we wlasnej Osobie!!!
Ależ mnie zaszczyciło!!!


 

I gdyby wcześniej ktokolwiek  mi powiedział, że wkrótce pojadę na drugi koniec świata, aby Ją właśnie spotkać, naprawdę popukałabym się w głowę!
Tak... to właśnie Kamyk sprawia! Jest naprawde magiczny! A niemożliwe staje się możliwym!

Tak więc Inkwi, podobnie jak Jej blog, okazała się ciepła i kochana... i bardzo, ale to bardzo kochająca swoje nowe dziecię, czarnowłose jagnię, które dreptało, a raczej kuśtykało  na swoich trzech nózkach za nią krok w krok!
I było widać, że póżne macierzyństwo wyjątkowo jej służy, bo wyglądała wręcz kwitnąco, w swojej kwiecistej sukience, z chusteczką na głowie, jak na wiejską kobietę przystało.
Jagnię spało sobie cały czas słodko w salonie na materacyku i tylko dwa razy zrobiło siusiu i tylko jeden raz   głośno się wydarło becząc: jaaagnięęęę!!! co oznaczało; mamo daj  jeść!
Inkwi krzątała się koło maleństwa z należytą troską, podgrzewając, a potem studząc mleczko w butelce i dziecko wypiło całą jej zawartośc w tempie zaiście błyskawicznym, po czym zasnęło błogo!
A my oddałyśmy się pogaduchom!


 


Zachwyciłam sie terenami, domem, widokiem na góry, końmi, mniej owcami, które okazały się nader trudne i nawet na nasze spotkanie nie wyszły, dzikuski jedne, uciekając w popłochu!

 

 Wpadłam na dziesięć minut, jak zapowiadałam, a zostałam bite trzy godziny! A pod koniec wpadła , tak właśnie wpadła...  AGNIECHA, Ta od koni!!!

 A do mojej kolekcji aniołów dołączył Anioł od Inkwizycji!
Piękny, czarny. Który zawisł już na mojej glinianej ścianie.




I jeszcze jedno... w miejscu  w którym Nic Nie Ma.... zostawilam swoje serce!

A Inkwi dostała Kamyk Zielony... żeby też mogła dać się ponieść...  i  przekazać go dalej!

























26.06.14

Letnie wieści z chaty...

Wieści oscylują głównie wokół jednego w zasadzie tematu: praca!

A ja zawsze myślałam, że gdy już skończę to całe remontowanie, tak chociażby z grubsza, to będę nareszcie miała tyle wolnego czasu... i że będe zawieszała hamaki na drzewach... aby móc wylegiwać się w słońcu, obserwując płynące chmury... i spacerować, podziwiając wiejskie widoki... lub odpoczywać w cieniu jabłoni...!
Niestety, nic z tych rzeczy nie ma miejsca! Z tej prostej przyczyny, że ja nie mam po prostu na nic czasu!!! A zamiast hamaków zakupilam ostatnio nowe akcesoria ogrodnicze, tudzież wiadra i łopaty.

Doszłam też do wniosku, o czym nie miałam pojecia, iż te letnie miesiące, tak wymarzone na letni odpoczynek...  to najbardziej pracowity okres w roku! A odchwaszczanie terenu i ogrodu warzywnego to główne i nie mające w zasadzie końca zajęcie!
Ciągłe koszenie, choć u mnie już tylko ścieżki... nawadnianie, choć i to zostało już dawno z braku wody zarzucone... dosiewanie... przesadzanie... mieszanie wciąz nowych gnojówk... opryskiwanie... czyni dobę zdecydowanie za krótką!
Gdybym miała jeszcze do tego kozy, czy owce, kury lub osły... to z pewnością, jak słusznie zauważyła Olga, musiałabym sie niechybnie... sklonować, aby to wszystko ogarnąć... skoro już teraz nie ogarniam!
Nie jestem mocna w teorii prawdopodobieństwa, ale prawdopodobnie u mnie wszystko... Przyrasta... i praca i chwasty!



A mój ogród już za niedługo, zrobi się pewnie zupełnie dziki. A zresztą dlaczego nie.. chwasty też mogą być piękne... Więc może wkrótce przestanę w ogóle odchwaszczać?! A kozy czy owce dokonają reszty?!



Z innych wieści, to takie, iż ostatnimi czasy byłam też ''odwiedzana''!
Wiele osób pisze, dziwiąc się i pytając, jak tego wszystkiego dokonałam, a chcąc się o tym naocznie przekonać, przyjeżdżają.
I gdy zamiast jakiejś nadludzkiej istoty, widzą normalnego człowieka... cieszą się, myśląc, że skoro mnie się udało, to i im się powiedzie...i że oni mogą też coś zmienić w swoim życiu i ... że to jest całkiem  MOZLIWE!!!

 Tak więc Iwonka i Ela K. wyjechały ode mnie podbudowane i w nastrojach optymistycznych, a co najważniejsze z nowym pomysłem na życie!
Takie spotkania zawsze owocują czymś pozytywnym i... czymś niezwykłym.
 I właśnie to NIEZWYKŁE ...  też się wydarzyło!
Otóż Ela K.... z miejsca zakochała się w Różanych dzieciach... postanawiając dwójkę z nich adoptować!!!
 Najpierw chciała jednego, ale widząc, jak bardzo są ze sobą zżyte i nie zważając zupełnie na KOLOR... /wzięciem cieszą się bowiem najbardziej rude... jakby kolor mógł o czyimś życiu decydować/  postanowiła wziąść oba czarno-białe!
I w ten oto sposób Ela zdecydowała się na póżne, nieplanowane i spontaniczne macierzyństwo!
 A na dodatek, jak donosi w swoich telefonach, stała się przez to osobą nader szczęśliwą, a to że dzieci dobrały się już do jej nowych firanek... nie stanowi dla niej większego problemu!
Ela... Jesteś WIELKA!  I dzięki w imieniu Róży, wiesz jak ona się bała o te swoje maleństwa, jak kazała im się chować przed nami!
I co więcej, Różane dzieci będą nawet nas odwiedzać!

 

I taką oto laurkę otrzymałam od Eli, tutaj jeszcze z rudym dzieckiem, którego potem na czarno bialego wymieniła.

I cóż... w tym momencie, mogę jedynie zachęcić do póżnego i nieplanowanego  macierzyństwa!  A rzeczy nieplanowane są ponoć najlepsze!
Wiem coś o tym, sama tego doświadczyłam, adoptując spontanicznie trzy psy i cztery koty i tym samym przeżywajac pełnię szczęścia!

I na tym koniec z kocimi dziećmi, obie panny idą wkrótce do sterylizacji. Ale takich kocich istot czekających na nowe domy i kochające mamy jest wszędzie pełno... np. u Tymianków!



Z innych wieści to takie... że wszystko jakoś słabiej rośnie tej wiosny, a pogoda też bywa  dziwna. Najpierw susza, teraz deszcze... więc nawet maki, zawsze takie majowe, dorodne... dopiero teraz zaczynają swoje kwitnienie... i co dzień zakwita tylko jeden...







Obie zaś czereśnie biała i czerwona obsypane są owocami...


 

 


... Ale niestety, nie dla mnie! Chmary szpaków uwijają się miedzy nimi... i owoców coraz mniej. Zjadają je, zanim zdążą dojrzeć. A te które spadają  zjada... Maks.
Czy widzieliście kiedyś psa jedzącego czereśnie?!




U mnie chyba wszystko jest jakieś osobliwe!?

I jak wytłumaczyć to, że w owym roku, gdy po raz pierwszy zobaczyłam siedlisko, czerwona czereśnia, pomimo póżnej już pory, uginała się pod ciężarem owoców, które ja garściami zrywałam!
Jakby właśnie na mnie czekała!?
Tak długo!?
I gdzie były wtedy szpaki!?
I czy może był to kolejny ... znak... zachęta, zniewolenie słodkimi owocami do przygarnięcia tego miejsca!?

Są sprawy... których rozum ludzki nigdy nie ogarnie!




Z innych wieści to takie, że ostatnio jeżdziłam za... kozami oraz osłem... jako,  że za przykładem Eli... znów zapragnęłam  póżnego macierzyństwa. I znalazłam śliczne kózki do wzięcia... ale niestety, na razie musze odpuścić.
Może poczekam... aż się sklonuję!
Skoro z remontem sie udało, to może i z tym też jakoś pójdzie!

I na koniec ostatnia już wiadomość. Na początku przyszłego tygodniu wyruszam w podróż. Odwiedzę pewne niezwykłe miejsce, powłóczę się trochę... A będąc w okolicy, w której mieszka nasza blogowa koleżanka... wstapię do niej na małą chwilkę.

Tak więc pakuję plecak, śpiwór, mapę... kamyk zielony...
zostawiam... nieogarnięty ogród... zrozpaczone psy... obrażone koty i... JADĘ!!!




 I do usłyszenia po powrocie!