"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

14.03.2016

Ocalić od zapomnienia.

Są takie miejsca, są tacy ludzie, sa takie chwile... o których myśląc, robi się człowiekowi tak bardzo ciepło na sercu, to tak, jakby ktoś nagle... plaster cieplego miodu na nim położył.
Dla mnie, takim plastrem ciepłego miodu na sercu są... wspomnienia z dzieciństwa, spędzanego w wiejskim domu moich dziadków. 

I to będzie taka... podróż sentymentalna do tych chwil mojego dzieciństwa, do wspomnień, do smaków, do zapachów, do tamtych szczęśliwych dni.
Do mojej  Krainy Szczęśliwości!
Krainy, do której jak na skrzydłach leciałam... i z której, ze smutkiem wracałam!


Pamiętam dom w dolinie i ogród i sad... i otaczające go wzgórza... i rzekę i las.
I pola...  i łąki aż po horyzont... i  pasące się krowy, a dalej konie i owce.
A na podwórku kury, kaczki i gęsi.
I studnię z niemalże żródlaną, krystaliczną wodą.

Pamiętam, jak każdego ranka budziło mnie glośne pianie wielkiego koguta, zawsze o tej samej porze i zawsze bardzo wcześnie, a potem zapach świeżego chleba i kubek ciepłego mleka, jeszcze z pianką, z porannego udoju babcinej Krasulki, czekał na kuchennym stole. Taka mleczna "latte" na dobry początek dnia.

Taką właśnie wieś, sielsko-anielską, w której wszystko miało swoje właściwe miejsce, człowiek, zwierzę, ptak i  owad, zapamiętałam z dzieciństwa. Wieś, w której ludzie, przyroda i zwierzęta żyli w zgodzie ze sobą i z otaczającym ich światem.
To byla wieś przyjazna człowiekowi, bo i świat był wówczas jakby bardziej przyjazny. Pamiętam, że babcia, nigdy domu nie zamykała, a klucz wisiał w sieni, tak sobie, na wszelki wypadek, gdyby komuś chciało się go użyć.


Dom dziadków był niewielki, raptem dwa pokoje i kuchnia, wyposażony w proste meble i sprzęty. 
W sypialni wielkie dębowe łoże, na którym piętrzyły się  puchowe pierzyny, nad nim święte obrazki. W rogu piec, przy oknie telewizor, bardziej chyba jako ozdoba, bo nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek był włączany, a leżąca na nim koronkowa serwetka i wielka rozłorzysta paprotka, jedynie to potwierdzały.

Drugi pokój był kiedyś pokojem czterech synów babci, choć właściwie w niczym nie przypominał pokoju dziecinnego, a śladu biurka, czy regału na książki trudno byłoby się w nim doszukać. Synowie, gdy jeszcze w domu mieszkali odrabiali lekcje przy stojącym na środku pokoju stole, a spali w kuchni. Do szkoły jeżdzili jedynym, wysłużonym już rowerem i to na zmiany.
W domu nie było łazienki, ani bieżącej wody. Studnia, miska i mydło... to było wszystko, co do codziennej higieny było potrzebne.

Dzisiaj powiedziano by może... "taka nędza". I może nawet, zabrano by te dzieci do jakichś pełnych wygód Ośrodków, gdzie mogłyby rozwijać się prawidłowo, korzystając z tych wszystkich wygód, których we własnym domu nie mieli.
Ale oni sami, nigdy nawet tych niedogodności  nie zauważyli, zawsze, uważając się za szczęśliwych. A dla mnie, ten dom był najpiękniejszym domem na świecie!

To była taka Normalność, normalność, która teraz, jest dla nas niewyobrażalna!


 Pamiętam starą, rozłożystą gruszę, pod którą rozkładaliśmy koce do zabaw, a gdy pragnienie dawało o sobie znać, zrywaliśmy owoce prosto z drzewa, soczyste i tak słodkie, że sok spływał po brodzie, a ich smak pozostał w pamięci do dziś.

Dziadek był szewcem. Ale takim prawdziwym, co to buty robił! A w przylegającej do domu oborze mieścił się jego warsztat. Było to jedno pomieszczenie, spełniające jednoczesnie funkcję kuchni, pokoju dziennego, łazienki i warsztatu. To właśnie tutaj  koncentrowało się całe życie rodzinne. To tutaj babcia codziennie rano rozpalała "pod kuchnią", przynosiła we wiadrach wodę ze studni, gotowała posiłki i to tutaj na zbitym z kilku desek pod oknem "warsztacie" dziadek robił buty.
A miarowy stuk jego szewskiego młotka, odmierzał wolno płynący czas.

Często przysuwałam sobie stołeczek do okna i patrzyłam jak dziadek pracuje , jak garbuje skóry, jak potem suszą się porozwieszane na sznurkach, jak wycina formy ze skóry, jak je klei i przybija malutkimi gwożdzikami do podeszwy, jak cienkim dłutem z malutkich dziureczek wychodzą przepiękne wzory na skórze, aż w końcu jak spod jego palców wychodzą gotowe już buty.
I trudno byloby dziadka o cokolwiek zapytać, czegokolwiek się dowiedzieć. W milczeniu pracował, w ciszy, ale widać było, że w to co robi,  wkłada całe swoje serce. 
A ja od samego już patrzenia znałam chyba cały proces tworzenia butów. I to było tak fascynujące, że mówiłam sobie wtedy, iż napewno zostanę szewcem!

A potem gotowe już, stały w pokoju w równym rządku pod ścianą. Ach, cóż to były za cuda, prawdziwe arcydzieła!
Każdy w innym kolorze, o innym fasonie, a wszystkie z mięciutkiej, na różne kolory barwionej skórki. Te damskie były na niewysokim słupkowym obcasie, tzw.czółenka. A męskie tradycyjne czarne lub brązowe.
 Dzisiaj takie ręcznie robione buty zrobiłyby pewnie furorę, nie mówiąc już o ich cenie.

Raz w miesiącu jechaliśmy konnym wozem na targ i tam dziadek je sprzedawał, pewnie za niewielkie pieniądze.
A wszyscy domownicy chodzili w dziadkowych butach, babcia miała  ich kilkanaście par, w różnych kolorach i fasonach, stały obok szafy, gotowe do niedzielnego wyjścia.

Nic więc dziwnego, że zapach garbowanej skóry pozostał w sercu na zawsze.
Tak jak i zapach palonych świec o zmierzchu, w domowym ołtarzyku, w rogu pokoju, gdy do codziennej modlitwy klękała cała rodzina. A święconą wodą skrapiano dom i budynki gospodarcze wraz z mieszkającą w nich zwierzyną.

A niedziela była prawdziwym świętem i to był dzień kościelny. I to dla całej wioski. Pamiętam jak babcia już od rana się szykowała. Jak najpierw dlugo przed lustrem zaplatała warkocz i upinała go szpilkami w misterny węzeł. I jak potem zakladała koronkową  bluzeczkę i plisowaną ciemną spódniczkę. Do tego czółenka w odpowiednim kolorze, nieraz wybierała te, które najbardziej lubiałam, ciemnoczerwone z różanym motywem po bokach, na niewysokim słupku. Na koniec smarowała twarz i swoje spracowane ręce gliceryną, na ramiona zarzucała kwiecistą chustę...  i efekt końcowy byl olśniewający, a wtedy ja wstrzymywałam oddech.
Dziadek tradycyjnie wkladał czarny garnitur, białą koszulę i krawat. Do tego czarne, własnej roboty,  wypastowane i wyglansowane buty, a na głowę czarny kapelusz.

Szliśmy wszyscy razem, tak odświętnie ubrani, babcia z dziadkiem w pierwszej parze, trzymając się pod rękę, dostojni, stanowili piękną parę. A za nami i przed nami inne rodziny. Też wszyscy odswiętnie ubrani. Po drodze dołączało do nas wujostwo. Wszyscy się pozdrawiali. Cała wioska szła, oczywiście pieszo, a w domu pozostawali jedynie chorzy i niedołężni. A po kościele był wspólny obiad u dziadków. Bo dziadek zwykł mawiać, że wspólny posiłek i wspólna modlitwa są najważniejsze.

I tak było zawsze, a ja nie przypominam sobie, aby coś stanęło temu na przeszkodzie, aby coś mogło zakłócić rytm tego życia, jego porządek, który nadawał mu jakiś nieopisany sens. 

 To były tradycje i rytuały, bez których nie wyobrażano sobie wówczas życia i od których niewyobrażalne było, aby odstapić. Nie było żadnych  innych zamienników i być nie mogło. To życie było, jak przesłanie, zapisane w niepisanej "Księdze Życia"  i od pokoleń praktykowane . 
To była codzienna, ciężka praca. I to była też wiara, która dawała poczucie sensu i bezpieczeństwa, która chroniła ludzi i zwierzęta oraz cały ich  dobytek.

To życie było tak przewidywalne i... tak poukładane. Tu nie mogło być miejsca na jakieś zmiany, czy zachwiania. Ono było jak skała. Trwałe, opierające się wichrom i burzom, niezmienne i jak opoka silne.

c.d.n.






 

 



   

20.02.2016

List do Brata.


''.... Odchodzisz... a ja nie mogę ci pomóc. Znów komuś nie udał się "strzał na komorę". Kula rozrywa ci płuca, a kręgosłup zamienia w bezkształtną masę. Boli. Już niedługo, zaraz przestanie. Trzymam ci głowę, choć nie wiem czy tego chcesz. Czy choć trochę ułatwi ci to podróż na tamtą stronę. Twoje czarne jak spodki oczy wpatrują sie we mnie. Przez sekundę wydaje się, że chcesz coś powiedzieć. Lecz ty tylko wzdychasz ostatni raz, serce przestaje ci bić, oczy gasną.
Cholera! Boni! Nie zapomnę cię nigdy....!" 

 DLACZEGO?!!! 
Może właśnie to chciałaś mi powiedzieć?

Tak opisuje śmierć Boni, pięknej i dorodnej łani, o oczach, tak pełnych ufności do człowieka,  lekarz z Ośrodka Pomocy dla Zwierząt Chronionych w Przemyślu, ratującego znalezione w lesie ranne zwierzęta. 
Boni została postrzelona w lesie k/Przemyśla. Pomimo interwencji Policji i Straży Miejskiej, kłusownika nie udało się jak dotąd złapać.

Mój Bracie!
 Dlaczego moje życie jest mniej ważne od twojego?! 
Dlaczego nas zabijasz, ranisz, zastawiasz sidła?!
Dlaczego nie pozwalasz nam spokojnie żyć, paść się na zielonych łąkach i w radości wychowywać nasze potomstwo!
Dlaczego wycinasz drzewa, niszczysz las, nasz dom, nasze życie?!
Czy to naprawdę, tak dużo, czego nam do życia potrzeba!? 

  Bardzo byśmy pragnęli, my leśne zwierzęta, abyś był naszym Bratem i stąpał z szacunkiem po tej Ziemi, naszej Matce, szanując ją i wszystko to, co na niej żyje, traktując nas dzikie zwierzęta i całą przyrodę, krórą dostałeś we władanie... z MIŁOŚCIĄ! 
Czy naprawdę aż tak dużo chcemy, tylko prawa do życia, które nam się należy?!

I czy wiesz, że zjadając nasze mięso, zjadasz również nasz strach, nasze cierpienie, nasz ból, naszą rozpacz... a to napewno nie jest zdrowe dla twojego organizmu.

Drogi nasz Bracie, wywodzisz się przecież z dumnego rodu Słowian. A Słowianie, to byli szlachetni, mądrzy i odważni ludzie. Wojownicy, którzy nigdy nie zabijali zwierząt dla przyjemności, a zabijanie nie traktowali jako zwykłego hobby. 
Jeśli polowali na zwierzęta, to tylko dlatego aby móc się wyżywić. Nie klusowali, nie budowali wciąż nowych ambon, aby móc coraz lepiej i sprawniej dla przyjemności zabijać. Szanowali las, drzewa i nas dzikie zwierzęta. Przyroda dla Słowian, Twoich przodków miała bardzo ważne znaczenie. A drzewa, zwierzęta i ludzie ze sobą współżyli.

Może, więc i Ty Drogi Bracie, odnajdziesz te cechy w sobie. Przywrócisz je do życia, Ty też je posiadasz, jesteś przecież dumnym  SŁOWIANINEM  człowiekiem prawym i szlachetnym!

Wierzymy, że tak się stanie. Jak również w to, że to  WŁAŚNIE TY  staniesz sie prawdziwym obrońcą nas  dzikich zwierząt i Strażnikiem naszego domu - lasu.

Twoi Bracia Mniejsi - Dzikie Zwierzęta  
  

P.S.
Ten list do polujących na dzikie zwierzęta, napisałam, będąc świadkiem, coraz częstszych  polowań, strzałów i  nasilającej się liczby kłusujących  /w tym też moi sąsiedzi/,  z przerażeniem stwierdzając, że od dawna nie widzialam już ani jednej sarny, czy jelenia, a kiedyś był to przecież widok codzienny, jak również to, że na wyciętych połaciach lasu budowane są wciąż nowe ambony.
Jak mają żyć te zwierzęta, jak uchronić się od śmierionośnych strzałów?!
 One same nie zawalczą przecież o swój los. To my musimy to uczynić, dla nich, dla nas, dla lepszego świata.

List ten poślę do wszystkich, którzy tym haniebnym procederem się trudnią.
I gdyby ktoś z Was kochani chciał go skopiować i przyłaczyć się tym samym do tej akcji, to oczywiście jak najbardziej, bo nawet ta jedna "kropla w morzu" może zdziałać tak wiele!


20.01.2016

Taki sobie, zwykły, zimowy dzień.

 W nocy napadało świeżego śniegu. A rano już wszystko wyglądało zjawiskowo!

I właśnie takie dni, jak ten, lubię najbardziej. Gdy lekki śnieg i mróz i piękne słońce. I gdy nie trzeba się martwić, że ręce drętwieją i do taczki przymarzają.... albo, gdy  nie sposób się przebić przez zaspy do domu z taczką pełną drewna... albo, gdy  lodowaty wicher zacina prosto w twarz i ... cały czas trzeba uważać, aby się nie poślizgnąć... Albo, gdy samochód utknie w metrowych zaspach....!
O, tak... Królowa Zima, mimo całego swojego nieziemskigo piękna, potrafi być bardzo okrutna!



 

 Dlatego takie dni, jak ten, są wyjątkowe i należą do rzadkości. A gdy już się zdarzają, cieszę się jak dziecko! I wtedy scenariusz jest zawsze taki sam!

Napalam pod kuchnią, zostawiając sobie przyjemność palenia w centralnym na póżniej. I gdy już ogień buzuje, a przyjemne ciepło rozchodzi się po kuchni, zapalam lampki na choince i przysuwam fotel do ognia, tak, aby widzieć okno i zaśnieżony ogród.
A w międzyczasie śnieg zaczyna padać, najpierw powoli, leniwie, a potem coraz szybciej. I robi się wtedy tak niezwykle!

 



Zaparzam dzbanek imbirowej herbaty i wstawiam wielki gar rosołu... bo jeśli  ktoś wpadnie, to zawsze będzie mógł pogrzać się przy ogniu i... zjeść talerz gorącego rosołu.  Gotuję go rzadko, ale gdy już jest, to bywa tak, że zwykle ktoś się pojawia!?
A ja  lubię takie chwile... gdy w piecu trzaska ogień, a na nim "pyrka'' sobie powolutku rosól. Bo rosół to taka "zupa mocy", która nie tylko rozgrzewa, ale też dodaje sił. A gotowany długo na ogniu ma energię, która uzdrawia.
No i pachnie nim w calym domu. Może dlatego, że dodaję do niego trochę ziół, ususzoną pokrzywę i lubczyk, albo liście czarnego bzu... albo coś innego... bo trochę magii w życiu nigdy nie zaszkodzi... i może stąd ten zapach.... który ludzi przyciąga?

Tak, jak którejś zimy, gdy dwaj wędrowcy w "biegówkach", pobłądzili, a każda z dróg, którą wybierali  prowadziła ich do lasu... tak jak i mnie kiedyś. Aż w końcu, zapukali do moich drzwi, zmęczeni i zziębnięci, jako że mój dom jedyny w pobliżu. Na kuchni pyrkał  sobie właśnie rosół. "Ależ tu  pachnie!"... zgodnie orzekli. Po czym odpięli narty i zasiedli przy ogniu, bo przecież ogień w mieście to rzadkość. I zjedli po talerzu rosołu. A śnieg był wtedy prawie po kolana!

 

Tak więc, mój rosół "pyrkał" sobie powolutku na ogniu, bo im dłużej, tym lepiej, a ja postanowiłam, że skoro już tak pięknie się zrobiło, to czas na spacer. Psy oczywiście, czytając w moich myślach, z miejsca oszalaly!
Najpierw więc, jak zwykle była zabawa w "śnieżki", którą Maks uwielbia, a która polega na tym,że ja rzucam  śniegiem, a on usiłuje go złapać i zjeść. Mój piesek bardzo lubi śnieg, zresztą nie ma się co dziwić, ja też jako dziecko uwielbiałam go zjadać! Wandzia nie bawi się, a nie mając możliwości "poczołgania się", siedzi i patrzy na tę bardzo głupią zabawę.
 Za to my, bawimy się świetnie!!! 



A potem, krótki odpoczynek i małą furtką z boku i przez zamarznięty strumyk, wchodzimy do lasu....


 

Las stoi uśpiony, zasypany bielą. Jaki tu spokój, jaka cisza. Nareszcie, myślę, te drzewa mogą odetchnąć, odkąd Gumisie wynieśli się z lasu!


 

A las jest taki piękny. Spokojny i cichy. Odpoczywa. Tak jak ziemia pod ciepłą białą pierzynką. Biel zakryła wszystko. Wszystkie brudy i rany. Świat zrobił sie taki czysty, taki spokojny. To tak, jakby nagle przykrył się białą flagą pokoju.
I gdyby tak już zostało... Wtedy, wszyscy mogliby odetchnąć!

 



Wychodzimy z lasu i drogą wsród pól dochodzimy do niewielkiej rzeczki, tej z której na początku czerpałam wodę, gdy mój strumyk zamarzł. Pamiętam, jak trzymałam się wtedy kurczowo Maksa, a on ciągnął mnie z wiadrami pełnymi wody pod górę, z których połowa się wylewała, więc procedurę trzeba było zaczynać od nowa! To były czasy!
Na mostku spotykam sąsiadkę na rowerze, jedzie do oddalonego o dwa kilometry sklepu. Pokazuje mi sarnę, która uciekając przed myśliwymi, wpadła do rzeki. Wiem, dobrze pamiętam tamten dzień, gdy stado ludzi uzbrojonych po zęby na te kilka zwierząt, zebrało się pod moim domem i stąd wyruszyło do lasu. A potem padały strzały. W końcu przyszli do mnie po łopatę, bo auto im się zakopało. O! w takich momentach robię się jędzowata.... i wtedy długo szukałam tej łopaty, a oni nieżle się namarzli czekając pod płotem! 





Jest pięknie, słońce świeci. Polami wracamy do domu. Jak ja lubię, tak włóczyć się ściętymi mrozem polami, gdy śnieg skrzypi pod nogami, a mróz skrzy się na płatkach śniegu, aby potem móc wrócić do ciepłego domu i pogrzać się przy ogniu. Taką zimę lubię najbardziej! 





Gdy wracamy, rosół już gotowy. Podkładam do pieca. Dom z trzaskajacym ogniem i domowym rosołem, daje wspomnienie dzieciństwa, tego niezwykłego ciepla i spokoju, za którym potem całe życie się tęskni?!

A za chwilę, pod dom podjeżdża sąsiadka. Pyta jak żyję, czy mnie nie zasypało, czy nie zamarzłam? I oczywiście: "A co tak pachnie?" I już po chwili, mości się przy piecu i obie siadamy do rosołu. Mówi, że każe "swojemu" też taką kuchnię postawić. A pamiętam, gdy stawiałam swoją, wszyscy mówili po co? Teraz, w czasach, gdy centralne w domu?  Jak to dobrze, że nikogo nie posłuchałam, tylko robiłam swoje!
A teraz przychodzą, siadają przy ogniu... O, tak... Serce domu jest niezastąpione!


Po południu znów z kubkiem herbaty i z książką zasiadam przed oknem.... tym razem w pokoju Żabci, która nadal tam rezyduje, ale już, ośmiela się na coraz więcej, a nawet je z mojej ręki. Najbardziej boi się kotów, gdyż obie "jaśnie Królowe" nie pozwalając sobie odebrać królestwa, syczą złowrogo na każdą jej próbę opuszczenia pokoju. Pewnie trzeba jeszcze trochę czasu, aby i to się ułożyło.
Ale już pozwoliła zrobić sobie zdjęcie! I mogę tylko powiedzieć, że jest urocza!

Śnieg znów zaczyna padać. Wielkie płatki wirują najpierw leniwie, potem coraz szybciej. Jest coś  magicznego w tym zjawisku, bo oczu od niego oderwać nie mogę. I mogłabym tak siedzieć i... siedzieć... zapatrzona w śnieżną dal.  I na myśl przychodzą mi, gdzieś wyczytane słowa:
                                 
                                     "... Siedzę sobie w swojej prostej chacie,
                                 piję herbatę, patrzę na drzewa, na potok płynący w dole.
                                          Jaki spokój... jaka wolność...! "







Tak... to wciąż jest możliwe, że cieszą mnie te wszystkie drobne rzeczy, takie błahostki,  duperele... nieważne właściwie .... tak jak picie herbaty, czytanie książki, zabawa z psem... ?
I wiem, że nikt, nie zdoła... tej radości, która wciąż we mnie jest... mi odebrać! Tej radości dziecka.
Tego TU I TERAZ.
Nawet wtedy, gdy  przez świat  będą przelewać się wciąż nowe wichry i burze!

Biorę do ręki książkę, którą właśnie kończę. To "Siedem życzeń". Piękna, pełna nadziei, typowo świąteczna opowieść, którą napewno będę czytała wielokrotnie, tak jak to zwykle robię z niektórymi książkami.


Zakupiłam ją wraz z kilkoma innymi, trafiając na stoisko z tanią książką.
Niektóre z nich miały być na prezenty gwiazdkowe, ale obdarowani, po ich rozpakowaniu, stwierdzili,że zostawią je u mnie, a gdy przyjadą, to zawsze będą mieli co czytać. A póki co, to i ja mam co czytać.

Zima to właściwie mój jedyny czas na czytanie. Potem już bywa trudno. Wiosna jak wiadomo, jest  "ogrodowa", a lato od lat "remontowo-budowlane".
Więc teraz wykorzystuję ten czas. Telewizora prawie nie włączam, bo gdy włączę i zalewa mnie "fala żółci" to i tak od razu wyłączam.... zaczęłam też sobie robić dni "bez netu" .  Jedyne co jeszcze słucham to radio... i to jeden program, Jedynka, jako, że koty kiedyś pogryzły antenę, a radio i tak przedpotopowe.

 

I tak płyną sobie te zimowe dni. Odmierzane ogniem trzaskającym w kominie... cichym mruczeniem kotów, śpiących na ciepłym piecu... zachwytem nad  światem, obsypanem białym puchem... zapatrzeniu się w śnieżną dal... przeczytaniu książki.... spacerach i...  na tak zwanym ogólnym
                                                SPO-WOL-NIE-NIU!  
Zawsze mówiłam, że chcę żyć w zgodzie z przyrodą, no więc pomału mi to wychodzi, choć nie zawsze... ale staram się.
 
 

 


 I na zakończenie dla Was Kochani,  ponadczasowe przesłanie M. Grechuty "Świecie nasz".
Miłego wieczoru i dużo ciepla, zwłaszcza tego w sercu.

 https://www.youtube.com/watch?v=fcz7klh-qdI

 










     












      

2.01.2016

Noworoczny Prezent.


Mój Noworoczny prezent przebył bardzo długą i męczącą drogę, najpierw pociągiem, potem samochodem, uffff... a to niemały wyczyn, zważywszy, iż prezent jest ...żywy!

A jest nim Żabcia, która odbyla tak długą drogę aż z Warszawy  z:  http://www.fundacjafelisfelix.pl

Żabcia po przybyciu  i wniesieniu jej do osobnego pokoju, od razu z transporterka czmychnęła pod kanapę i tyle ją widziałam... i siedzi tam sobie już piąty dzień. A ja donoszę jej jedynie jedzonko  i czyszczę toaletę.




Za tymi  właśnie drzwiami z napisem "Uwaga kot", żeby nikt przypadkiem nie zapomniał o tym... siedzi sobie mój Niewidzialny Prezent...

Osobny pokój, to było najlepsze rozwiązanie, gdyż u mnie przez cały czas panował świąteczny i poświąteczny ruch, bez przerwy ktoś przyjeżdżał, odjeżdżał, a więc gwar i zamieszanie, a na dodatek psy i  koty. Wszystko to dla niej ogromny stres, zważywszy, że przez całe swoje życie Żabcia siedziała sobie spokojnie w mieszkanku na szóstym piętrze, a szczekanie psów, znała może jedynie z telewizora, aż tu nagle wyrwano ją z jej spokojnego domu i powieziono nie wiadomo gdzie!

W miejsce, gdzie nie dośc, że obcy dom i obcy ludzie, to jeszcze na dodatek psy, które wciąż włażą i wyłażą i które biegają wokół domu, ujadając, bo " pilnują" przecież obejścia, jak każdy szanujący się pies.... tylko, że taka Żabcia tego wszystkiego nie wie, bo i skąd ma to wiedzieć!?

Wczoraj udało mi się ją zobaczyć pod tapczanem, siedzącą w jego najdalszym kąciku. Od wczoraj więc klękam przed tapczanem, tak aby widzieć to miejsce między nim a ścianą, gdzie ona siedzi i ... rozmawiamy!

Zobaczyłam też, że jest śliczna... pręgowana, srebrno-szara, o pięknych oczach.... i o tym też jej powiedziałam, więc zrobiła te dwa małe kroczki w moją stronę, ale potem, strach wziął górę i zaraz wróciła do swego kącika.

Tak bardzo przypomina mi Lolę, mojego pierwszego kota, tego który nauczył mnie miłości do kotów i od którego to wszystko się właściwie zaczęło.
A potem Lola ... pozostawiła to wolne miejsce po sobie i ... przesłanie, aby nie pozostało ono nigdy puste.

I może właśnie dlatego, ten dom stał się domem otwartym, bo skoro otworzył się dla mnie, to niech i inni znajdują tu schronienie, ci którzy tego schronienia potrzebują.
A mnie, no cóż... pozostała słabość do tych przepięknych, szaroburych kocich istnień!

Tak więc, to tyle wieści o Żabci. Stan jej zdrowia jest ponoć bez zarzutu, jak zapewniła mnie jej dawna wlaścicielka. Ale i tak, gdy ona sama zdecyduje się na wyjście, wtedy wybierzemy się do veta.
A póki co, niech sobie siedzi w swoim pokoiku, tak długo jak zechce.
Pamiętam, jak swego czasu Polinka, też znajda, siedziała w nim z miesiąc w tapczanie, w którym urodziła swoje dzieci, i dopiero długo potem zdecydowała się na wyjście.

A gdy nadejdzie ten dzień i... gdy ona wyjdzie i ... usiądzie mi na kolanach, mrucząc... wiem, że będę bardzo szczęśliwa!
Teraz, to już tak mam, że... bardzo mało do szczęścia mi potrzeba!


I jeszcze jedno, o czym chciałabym, przy tej okazji nadmienić.
Otóż dzisiaj, pisząc ten post, tak całkiem przypadkowo, zauważyłam, że to już mój... 100-tny post!
 A więc 5 lat i 100 postów, to pewnie nie aż tak wiele, ale jak dla mnie, tak bardzo "leniwej " do pisania, to niemały wyczyn!

Ale Kochani, to wszystko przecież dzięki Wam, dzięki Waszemu zagladaniu, Waszym komentarzom i temu, że jeszcze w ogóle Ktokolwiek chce mnie czytywać!?
To dzięki Wam, tak naprawdę, mój blog jeszcze istnieje!

I dlatego dzisiaj DZIĘKUJĘ  Wam za to!

I dziękuję, za te wszystkie maile od osób zmagających się z remontowymi trudami, tak jak ja,  kiedyś się zmagałam. I jeśli mój blog, mógł komuś w jakiś sposób pomóc lub dać chociażby nadzieję na to, że Niemożliwe może stać się Możliwym i że warto mieć marzenia i warto je spełniać, to cieszę się, że mogłam się do tego przyczynić.

I życzę Wam Kochani
wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 
dużo radości i wszelkiego dobra!
 










22.12.2015

Wesołych Świąt!



Radosnych Świąt Bożego Narodzenia
wspaniałych rodzinnych spotkań przy świątecznym stole,
pięknych prezentów
darowanych z głębi serca,
dużo miłości i prawdziwie ciepłej atmosfery
oraz moc uścisków
przesyła 
Amelia

 








15.12.2015

Dwa Życia.

Dzisiaj, z całą pewnością mogę stwierdzić... że miałam dwa Życia.
Moje Pierwsze Życie, to było życie w mieście.



Dorastałam w bloku z wielkiej płyty na siódmym piętrze. I jak większość dzieci nie mających  rodzeństwa, marzyłam o jakimś zwierzątku, a głównie o psie.
I tak też w domu zaczęły pojawiać się pieski, albo raczej ich namiastki... tak dziś bym je nazwała. Maciupkie ratlerki na pajęczych łapkach były ulubionymi pieskami mojej mamy, przede wszystkim ze względów praktycznych, albowiem wszędzie można je było zabrać.

 I faktycznie, ratlerki chodziły z mamą wszędzie, z tym, że nie  na swoich pajęczych łapkach, lecz w torbie. Dobrze pamiętam niewielką, czerwoną  torbę na zamek błyskawiczny, która stała zawsze w przedpokoju, gotowa do drogi, wystarczyło jedynie zapakować w nią psinę, zasunąć do połowy zamek i... w drogę!

Bardzo też popularne były wyjścia mamy z psinką do...  kościoła. A wszystkie kolejne psy zaliczały co niedzielne msze, śpiąc sobie smacznie w torbie na ławce obok mamy i mnie. A gdy któryś, przebudził się i wysunął łepek z torby, żadna z nas nawet okiem nie mrugnęła, widząc zgorszone spojrzenia,  tak jakby to była  najzwyklejsza  rzecz na świecie!

Poza tym piesiunie, mimo miniaturowych rozmiarów były nader jazgotliwe, no i bardzo trzeba było uważać, aby ''toto'' nie przydeptać, co nie było sprawa łatwą, bo psinki chętnie plątały się przy nogach.
Najlepsze były ich  posiłki, a ponieważ były niejadkami, rzadko chciały jeść i wtedy mama włączała... odkurzacz, a psina pochłaniała jedzenie w jednej sekundzie!
No cóż, moje dzieciństwo pewnie nie należało do najłatwiejszych, ale przynajmniej o nudzie nie mogło być mowy! A były jeszcze myszki, chomiki i od czsu do czasu króliki. Niezwykła menażeria jak na blokowe maciupkie mieszkanko.

 I tak oto płynęło mi to Pierwsze Życie... wśród piesków miniaturek, białych myszek w wacie, chomików i  królików.

O kocie nigdy w naszym domu mowy nie było. Mama nie cierpiała kotów, mogła owszem na nie popatrzeć, ale żeby" to-to" mieć w domu... nigdy! Zawsze uważala, że koty są wredne, fałszywe i występne, a już napewno nie należy się z nimi spoufalać, ani broń Boże brać je do domu!
Oczywiście nie mogło być inaczej, uważałam tak samo, a nawet bałam się ich, słuchając tych wszystkich opowieści, zwłaszcza o czarnych kotach, które... potrafią rzucać uroki na ludzi... napawały mnie lękiem!

I dlatego też, nigdy w moim pierwszym życiu nie było kota, ani jako dziecko go nie miałam,, ani potem, już jako osoba dorosła.

Przełomem stała się wyprowadzka z miasta do domu pod lasem.


I wtedy to...  zaczęło się moje Drugie Życie.
Życie zupełnie inne, niż to, które dotąd znałam. Tu zobaczylam prawdziwe oblicze wsi, takie, o jakim dotąd pojęcia nie miałam, zwierzęta i ich życie... las i jego problemy.
Ale to już zupełnie inna bajka, a ja o tym już pisałam. .

Tak więc wracając do tematu, to właśnie tutaj, w tym domu,  rozpoczęlam swoje Drugie Życie.

I miały w nim też być, oczywiście  zwierzęta, z tym, że zupełnie inne, niż te, które w dzieciństwie mialam.  Jeśli więc psy, to przede wszystkim te duże, których z wiadomych przyczyn nigdy nie mogłam mieć, a które uwielbiam i to najlepiej nierasowe.... no i te małe też, ale głównie, te jak najbardziej skundlone. Te bowiem lubię najbardziej!

No i  miały być też koty!
Nigdy, jak już wspominałam nie miałam kota, ale po przeprowadzce do tego domu, caly czas była we mnie taka potrzeba. Potrzeba posiadania kota, który mógłby... wygrzewać się na parapecie w słońcu... albo przy kominku... albo mrucząc na moich kolanach! 
I miałam przeczucie, ze to będzie coś naprawdę niezwykłego, a dom ze śpiącym leniwie kotem, stanie się od razu przytulniejszy i taki ciepły, domowy...

 

 I któregoś dnia,  obudziłam się i powiedziałam do córki  "Wiesz co... a może pojedziemy do wsi... do Jana i weżmiemy... jakieś koty"!  Coooo!? To był okrzyk zdziwienia i radości zarazem. I jakaż to była ekscytująca wycieczka! Pamiętam jak dziś, jak obie wpadlyśmy na podwórko do gospodarza w sąsiedniej wsi, nie mogąc już się doczekać tej chwili.... a potem jak ja  wlazłam po drabinie do otworu, bedącego kiedyś oknem oborowym, w którym to, zagrzebane w słomie siedziały kocie maleństwa... i na chybił trafił, wyciągnęłam dwie przestraszone kulki!

Moje dwie wygrane na Loterii Szczęścia!
To były Lola i Luluś!

Moje pierwsze w życiu koty! Byłam nimi tak zafascynowana, że dziś z całą pewnością mogę powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia!!!   A te dwie szaro-bure kulki sprawiły, że koty stały się moją miłością, a ja kociarą stuprocentową!



I ta miłość, wciąż  trwa nieprzerwanie, aż do dnia dzisiejszego.
Lola to był mój ukochany kot. Przepiękna, zielonooka, moja srebrna księżniczka!
To ona nauczyła mnie miłości do kotow. A po niej, zaczęły pojawiać sie w domu kolejne. Głównie znajdy i przybłędy, porzucane do lasu.
Pamiętam, jak któregoś roku, aż trzy się przybłąkały, albo je porzucono?

Ale nigdy,  nie zapomnę dnia, gdy wyszłam przed dom i na dachu obory zobaczylam jakiś rudy kłębek. Najpierw myślałam, że to lis i to na dodatek wściekły... ale gdy po czasie, to coś zaczęło złazić z dachu, zobaczyłam, że to nie lis... tylko nie wiedziałam co... nigdy przecież nie widziałam rudego kota!?
To była Polinka. Najdziwniejszy i najtrudniejszy kot przypadł mi w udziale, a wlaściwie zlazł z dachu wprost pod moje nogi!

 



Polinka byla taką dzikuską... cały czas syczała, jak wąż. Nie cierpiała innych stworzeń, a najbardziej Loli. Rzucala się do wszystkich z pazurami. Musialam ją odizolować i trzymałam zamkniętą w pokoju, donosząc jej jedynie jedzenie.Gdy jechałam z nią do weta, ten pytał dlaczego taka chuda... odpowiadałam, że jędzowata jest! A ona jadła i chudła, ta jej agresja tak ja wyczerpywała...



Dziś Polcia to bardzo łagodny kot, pozwala się głaskać po brzuszku, mrucząc  z zadowolenia . Zmieniła się nie do poznania, stała się taka misiowata, grubiutka i puchata. Taki prawdziwy, cieplutki miś, do którego tak przyjemnie jest się poprzytulać!
I nadal zdarzy jej się syknąć, lub pacnąć łapką, bo inne istoty / oprócz mnie/wciąż słabo toleruje!




I tylko ona potrafiła okręcić sobie mnie wokół małego pazurka, a ja jestem na każde jej piśnięcie!  I gdy latem znika, nawet na kilka miesięcy, ja umieram z rozpaczy... a ona najspokojniej w świecie, wraca sobie po czterech miesiącach, tak jak ostatnio, jakby nigdy nic,  przynosząc w zębach kolejne swoje dzieci... i rzucając mi je z satysfakcją pod nogi...  ignorując wszystkich i wszystko, a nade wszystko moje uczucia! Ach, cóż to za kot!



Tak bywało, teraz po sterylce jest już spokój. Choć nadal lubi znikać i pojawiać się niespodziewanie.

 Róża, dziecko Polci to jej całkowite przeciwieństwo. Pamiętam do dziś tę chwilę, gdy wśród rudych dzieci Polci, jedno było jak brzydkie kaczątko... całe jakieś poplamione... a ja na jej widok aż krzyknęłam! Takiego kota jeszcze w życiu nie widzialam!
Teraz Róża to kocia piękność, pełna gracji i wdzięku, z jedwabistym futerkiem. Przyjażni się ze wszystkimi, nawet z Maksiem lubi się pomiziać.  Spokojna, mądra, łagodna w niczym nie przypomina swojej zwariowanej mamusi.

 



Ten piec, to ja chyba dla nich postawiłam... wcale o tym nie wiedząc, to ich miejsce na zimowe długie wieczory!



Różyczka mogłaby z powodzeniem stać się... kotem  "kawiarnianym"... kiedyś przeczytałam artykuł o kociej kawiarni, których coraz więcej powstaje...a tam siedzi się sobie z kotami przy kawie.
I... aż westchnęłam z przejęcia... wyobrażając sobie siebie i Różę w kawiarni... przy niebiańskim zapachu kawy i cynamonowych ciasteczek... i koniecznie z  "czołgającą" się Wandzią... żeby ludzie od razu mogli się śmiać!
O, to byłoby coś z pewnością dla mnie, jako że i kawę i koty uwielbiam!

 

Teraz obie dziewczyny... królują na fotelach i podziurawionej na sito, przez rzesze kocich dzieci stylowej  kanapce, które ładnie zaścielam kolorowymi  narzutami, żeby królowe miały się na czym wycierać!

 


Nieraz myślę... jaka szkoda, taka śliczna kanapka... a taka zniszczona!  I co ja zrobilam !? A potem mówię sobie... no i co z tego...  przecież i tak TO  WSZYSTKO   na śmietniku wyląduje!  A ja takich kanapek i narzutek mogę mieć tysiące... a Polcia i Różyczka są jedne  JEDYNE !!!

I tego właśnie nauczyłam się w tym moim Drugim Życiu!



Oprócz kotów, w domu są też psy.
 Maks... czyli pies kościelny,  jak go nazywam, został wzięty od księdza, po tym, jak ten znalazł go w drodze nad morze, przywiązanego do drzewa. Był wielki, a ja w tamtym czasie, bardzo potrzebowałam wielkiego psa. Byłam sama z Lolą i po prostu bałam się.Więc duży pies znaczył dla mnie bezpieczeństwo.




Maks, mimo, że ma wygląd baranka, zwlaszcza, gdy tak słodko śpi... wcale do łatwych nie należał, a jego ucieczki do lasu, spędzały mi sen z powiek. Wystarczyła bowiem jedna chwila nieuwagi, a uciekał natychmiast, polując na dzikie zwierzęta i kury sąsiadów. Ile to ja chwil grozy przeżyłam, widząc go na drodze ciągnącego upolowaną zdobycz, ile się go po lesie naszukałam... ile zatargów i gróżb ze strony leśniczego miałam... ile nocy nie przespanych, gdy on nie wracał... ech, nawet opisać tego wszystkiego nie sposób. Dopiero teraz, gdy zrobiłam nowe ogrodzenie jest spokój. 

A wszystko to stało się za sprawą Wandzi, która przyszła od sąsiadów, tych najbliższych... zmieniając sobie dom i wybierając wlaśnie nas. Nad Wandzią znęcał się najbardziej 5 letni wówczas Adaś, wnuczek sasiadów, o tym też już pisałam. W każdym bądż razie u sąsiadów panował taki zwyczaj, że zwierzęta same musiały "organizować" sobie jedzenie i co upolowały, to zjadły. I to Wandzia nauczyla Maksa polowań, i mimo, że już nie musiała, ale instynkt pozostał. I Maks też go poczuł.

 

Teraz to już przeszłośc, żadne już nie poluje.

Wandzia, to  "pies radosny i pies czołgający się"... wystarczy tylko na nią spojrzeć, a ona już czołga się u moich nóg, cała wijąc się jak wąż z radości... i patrząc na nią człowiek zwija się ze śmiechu... Wandzia to, bez wątpienia...  terapia śmiechem, śmiejemy się!



O Matko, ileż radości jest w tym psie!!! .... niestety jej radosnych drgawek nie udało mi się uchwycić, jako że to ciągły ruch...musicie więc sobie TO wyobrazić!



I tak oto, wygląda mój obecny zwierzyniec... jak bardzo różny od tego miastowego!
 Dwa psy i dwa koty, jak na razie. Bo w miejsce tych, które zimą odeszły, przyjdą nowe.

Po świętach przyjedzie jedna kocia piękność... "warszawianka"!
U mnie już tak jest, że gdy jedne odchodzą, a zimą odeszły dwa, puste miejsca zaraz się zapełniają nowymi, tymi potrzebującymi.
Zawsze mówię, gdy pytają mnie... po co, to robię.... czyż nie chcę mieć spokoju?!
Ależ tak, oczywiście, bardzo chcę! Więc mówię, że jeśli jest miejsce dla dwóch, to i dla trzeciego znajdzie się ciepły kąt i pełna miska.

Całego świata napewno się nie zbawi, ale nawet, jeśli jedną istotę się uratuje.... to już jest wiele.
To "kropla w morzu", ale jakże ważna!

I to kolejna lekcja, którą tutaj dostałam!

 

 I są chwile, kiedy myślę, ile racji miała mama z tą praktycznością swoich miniaturowych ratlerków, mogąc je wszędzie ze sobą zabrać, podczas gdy ja od swojego zwierzyńca nigdzie nie mogę się ruszyć.
I gdy w chwilach zwątpienia, mówię... ach, rzucę to wszystko, ten dom, ten zwierzyniec, który wciąż przyrasta... i zacznę kolejne Życie... gdzieś tam?!

I patrzę na nich... przecież do nich to mówię... a one słuchają mnie z tym swoim stoickim spokojem... i osiem par oczu śledzi każdy mój ruch, patrząc na mnie z takim uwielbieniem...z taką miłością bezgraniczną... z takim szczęściem... które natychmiast, w jednej chwili mnie powala!
I jak one to robią... skąd biorą te całe pokłady miłości, radości.... zawsze szczęśliwe, zawsze kochające... tą swoją miłością tak wielką, jedną jedyną na tym świecie!
I wtedy myślę, gdzież ja taką drugą znajdę? No gdzie?!
Więc wzdycham jedynie... wiedząc, że przecież bez nich, to ja już i tak nie dałabym rady żyć... bo i jak?! i przytulam sie do aksamitnego futerka Różyczki, które jest jak balsam dla człowieczej skołatanej duszy!

 

 I zastanawiam się... skąd one tyle tej miłości w sobie mają, ludzie je krzywdzą, a one wciąż kochają!?
Gdyby tak ludzie potrafili... i wszystkiego  nie  prze-kal-ku-lo-wy-wali...  nawet tych swoich uczuć... świat byłby naprawdę istnym Rajem!

  A moja mama? No,cóż... wiekowa się stała i już nie biega z ratlerkami w torbie po mieście... spoważniała!
I gdy ja, któregoś lata, zarzucona cała kotami i ich dziećmi i dziećmi Wandzi... zapytałam, czy nie wzięłaby może jakiegoś kota, odparła oburzona:  Coooo  kota!? Nigdy, po moim trupie!
Ot... ma charakterek mamusia!

No cóż...bywa i tak, że można przez całe życie...  tkwić tylko w Jednym Życiu, nie próbując nawet tych Innych... które przecież mogą być bogatsze, albo przynajmniej ciekawsze?
I może... warto spróbować, żeby potem,  niczego nie żałować!?