"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

01.02.2011

Droga do domu... i Niespodzianka...

Dzisiaj bedzie cos lagodnie - spokojnego.... gdyz ostatnio zrobilo sie dosc smutnawo od psich dramatow. Wiec nadszedl czas na USMIECH.
Zwlaszcza teraz, gdy wiem, ze Kubie juz lepiej i ze bedzie oddany do adopcji , co jest pocieszajace, jak i to, ze nie wroci do swojego smutnego, pieskiego zycia.
Tak wiec i w tym nieszczesciu, jak to zazwyczaj bywa, kryje sie iskierka szczescia.
I tak to juz jest... ze po smutku przychodzi radosc, a po lzach, usmiech.

Pora wiec na temat rownie bliski sercu, a o ktorym dawno juz nie pisalam... bo najpierw bylo tak bardzo swiatecznie... potem poswiatecznie... a potem tak roznie... I gdy wszechogarniajaca zimowa depresja i rozne smutki i smuteczki... nie odchodzily i trudno bylo pisac o chacie.
I tak oto temat... chaty zszedl na plan ostatni. A szkoda, bo to jakze wdzieczny temat... i dopiero ostatni telefon od sasiadki, o wlamaniu postawil mnie na rowne nogi i wyruszylam.
I jak zwykle pociagiem, autobusem, busem jechalam do celu, aby w koncu znalezc sie na znanym mi zakrecie, przy znajomej drodze wiodacej do wsi.
I ciezko wzdychajac, w zadumie spogladalam na wijaca sie przede mna, jakze urokliwa, zasypana sniegiem i skuta lodem, trzy- kilometrowa droge, wiodaca w czesci przez pola a potem przez las do... domu.
Musialam sie spieszyc, majac niecale trzy godziny, aby dojsc do chaty, potem do sasiadki i szybko wracac, aby zdazyc na ostatni w tym dniu autobus, a potem pociag. I choc las piekny, a sosny do samego nieba, to podziwianie nie bylo mi dane. Z dusza na ramieniu, rozmyslalam, jakaz to znow niespodzianke... uszykowala mi moja urocza chatka?!
Czeka mnie zapewnie znow COS niezwykle... niezwyklego!!!

Gdzies tam w srodku lasu, uslyszalam warkot silnika. Rozklekotana furgonetka byla coraz blizej, a gdy znalazla sie przy mnie, meski glos zapytal, czy nie podwiezc. Nie namyslajac sie wsiadlam, cieszac sie, ze zyskam na czasie.
- A pani to tak turystycznie... dokad to pania podrzucic...? Facet spojrzal ciekawie, zreszta nic dziwnego, przedstawialam dosc interesujacy widok, opatulona szalami... z plecakiem... sama... w srodku lasu...
- Do krzyza!
Ciekawosc wzrosla.
- O! ... do tej chalupy... Aaaa... to pani!!!
Chlopa nagle olsnilo. Usmiechnal sie szeroko, porazajac mnie blyskiem srebrnego zeba. O! zupelnie jak w "Kevinie...", pomyslalam, odwracajac wzrok od zeba i kierujac go na osniezona droge i owijajac sie, nie wiadomo czemu, szczelniej szalem.
- I na takim zadupiu... nie boi sie pani, tak pod lasem...? A pani to tak sama... W ogole?!
Srebrnozebny zwolnil znacznie, co oznaczylo dalsze pytania.
- Nie, nie sama... mam dwa dobermany... ! Wie pan, ze to najgrozniejsze psy... i moga czlowieka w ciagu kilku minut rozszarpac na strzepy!
Cisza. Samochod jechal w tempie zolwim. Pomyslalam, ze chyba predzej pieszo bym zaszla.
- I co pani bedziesz tu robila, na tym zadupiu?! Tu wszyscy uciekaja do miasta, bo co tu robic... Zainteresowal sie Srebrnozebny.
- Bede chodowac kozy i robic sery... bo zdrowe. A kozy to boskie stworzenia.
Chlop zaniemowil.
- Oj... pani to jakas... nawiedzona... a moze to z tych Jechowych? Chlop usmiechnal sie niewyraznie, blyskajac srebrem i ukazujac przy tym cala reszte mocno nadszarpnietego zebem czasu, o blizej nieokreslonej barwie, uzebienia. Odwrocilam sie z niesmakiem i zaczelam grzebac w plecaku... wyciagajac po kolei mlotek, srubokret i noz...
- O! Pani to jak widac uzbrojona po zeby! zakwilil Srebrnozebny.
- Zawsze jestem przygotowana na wszystko, odparlam, kladac nieznaczny nacisk na slowo "Zawsze" i usmiechajac sie rozbrajajaco.
- O tak pani! Srebrny podchwycil temat... bo teraz to czlowiek nie zna ani dnia, ani godziny... widzisz pani przeciez co to sie na swiecie dzieje!
Po plecach przeszedl mi dreszcz. Zapadla cisza. Poczulam sie jakos nieswojo. Zaczelam ponownie grzebac w plecaku, wygrzebujac najwiekszy ze srubokretow i... dezodorant w rozpylaczu., ktory zawsze mam przy sobie, ot tak ... na wszelki wypadek.
Chlop nie spuszczal ze mnie oka, gdy tymczasem dojechalismy do krzyza.
- No to jestesmy! Z wyraznym zalem w glosie zakomunikowal.
- Dobrze, ze masz pani alarm, oj bo bez tego, to wiesz pani, rozne medy sie tu kreca!
Pomyslalam z wdziecznoscia o moim Agencie, ktory nawiasem mowiac mial wypadek i lezal w szpitalu i dlatego to wtedy nie mogl byc u mnie, biedaczek! Ale alarm funkcjonuje jak nic!
- A gdybys pani potrzebowala fachowca do rygipsow... albo elektryka, albo hydraulika... to zglos sie do mnie, mieszkam w J!
Srebrnozebny najwyrazniej, nie mial zamiaru sie ze mna rozstawac.
- O... ! to pan taki Fachowiec od wszystkiego?!
- Tak, pani... klade regipsy i robie... elektryke i... hydraulike i...
- Nie, nie bede klasc regipsow... bede tynkowac glina... a ocieplac sloma!
Chlop zasmial sie perliscie, wyraznie ubawiony, poblyskujac srebrem. Cos chcial pewnie powiedziec, ale ja szybko wyskoczylam z auta, rzucajac sie jak furia w strone furtki.

Ogarnelam wzrokiem chate, dach, komin, zabite okna i drzwi, oborke, czeresnie... i odetchnawszy gleboko, ze wszystko STOI na swoim miejscu... rzucilam sie do klodki. Srebrnozebny jeszcze nie odjechal, tylko przygladal mi sie ciekawie z uchylonego okna, nie dziwilam sie zreszta, nie co dzien spotyka sie przeciez... NAWIEDZONA!
- Dziekuje panu!, krzyknelam. A on widzac, ze to juz naprawde trzeba sie rozstac, odjechal.
Odetchnelam!
Otworzylam klodke i weszlam na zasypane sniegiem podworze. Na sniegu widnialy jedynie slady zwierzat. Pobieglam do strumyka, chcac sprawdzic, czy aby nie wylal... na szczescie nie wylal. Chata stala, obora stala... wszystko zdawalo sie byc w porzadku i na miejscu.
Odetchnelam ponownie!
Dziwne. Zadnych, naprawde zadnych niespodzianek!
A to dopiero... NIESPODZIANKA!!!
I nie majac czasu, na dalsze zastanawianie sie, zamknelam furtke. Z wielka czuloscia spojrzalam na wywieszke" security", myslac o jakze... uroczym i jakze.... tajemniczym Agencie B. ktory to biedaczek tak sie wycierpial w tym szpitalu....! Ach jakze mu bylam wdzieczna za ten Alarm... ktory tak podzialal na wyobraznie! I gdyby ten moj Agent tak nagle sie pojawil... rozmarzylam sie... to z pewnoscia rzucilabym mu sie na szyje... juz chociazby dlatego... iz byl tak szalenie tajemniczo-urzekajacy!
Ech... Ci Agenci!!!

Sasiadka Zofia, powitala NIEZWYKLYMI nowinami.
- Oj, pani... jakie to nieszczescia nas spotkaly! Chlop jechal po pijaku, bez prawa jazdy... i rozwalil sie! Pani! Samochod rozbity, a on na policji! Biadolila kobiecina, lapiac sie za glowe.
- Oj, pani... i musieli my zaplacic piecset zlotych, zeby go wypuscili... !!!
- I co, wypuscili!?
-Wypuscili, a jakze! A teraz ani pieniedzy, ani samochodu... oj, pani!!! zabiadolila znow.
- Wypuscili?! Za piecset zl.?!!!
- Oj, pani... tyle my stracili... i auto rozwalone!!!
- Ale jak to... jechal bez prawa jazdy?!, nie rozumialam.
- No tak, toc zawsze tak przecie jezdzil?!
- O Matko Swieta! Po pijaku... bez prawa jazdy... I zostal wypuszczony?!!!
- No tak... przeciem my zaplacili!
- Piecset zlotych!!!
- Przecie mowie... tyle pieniedzy, pani...! Boze Milosierny...! Zlapala sie za glowe.
Westchnelam. Piecset zlotych. Tyle kosztuje jazda po pijaku. Bez prawa jazdy.

Dalsze wiesci byly rownie, nader OPTYMISTYCZNE. Otoz Mirek, byly stroz, jadac po pijaku, a jakze, przecie wszyscy tak tu jezdza, z tym, ze na rowerze, spadl i zlamal sobie dwa zebra... W chalupie u Mirka bida z nedza i nawet dary zostaja systematycznie przepijane... A tego, kto do mnie sie wlamal, otwierajac drutem klodke...to p. Zofia niestety nie widziala... chyba to nie Mirek, bo u nich teraz picie notoryczne...
I p. Zofia nie chciala wcale przestac, tyle miala jeszcze do opowiadania! Ale ja podziekowalam grzecznie i wybieglam na droge, modlac sie w duchu o niespotkanie: Srebrnozebnego, Mirka, najstarszego syna Mirka... i o niespotkanie w ogole... NIKOGO!
I nagle... trzykilometrowa droga przez las, wydala mi sie balsamem dla mojej... duszy.








7 komentarzy:

  1. Zimą nawet złodziejaszkom zimno i kraśc też się nie chce.
    Ale miło jest słyszeć że domek nie naruszony :)stoi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Amelio, Twoje opowieści są wstrząsające!
    To dobrze, że domek nie naruszony, uffff... Kup sobie, dziewczyno, gaz w żelu, proszę... ;-)
    Czekam na efekty Twoich prac wykończeniowych, to tynkowanie gliną bardzo mnie rajcuje ;-)
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
  3. Amelio, no zgroza... a wyobrażasz sobie żyć z nimi wszystkimi na głowie? Jak zamieszkasz w chałupce to nie tak łatwo będzie o ucieczkę ;)

    Ech, nie ma tam nikogo do zaprzyjaźnienia?

    Pozdrawiam serdecznie i trzymam kciuki za pozytywny rozwój spraw wszelakich :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ktoś do zaprzyjaźnienia na pewno się znajdzie...
    Ale trzeba dać zdecydowany odpór, bo jak wyczują Twoją słabość (wrażliwość, empatia są poczytywane za słabość), to się zlecą jak sępy.
    Mnie dali spokój po jakichś dwóch latach... ;-)

    Gaz w żelu - to zabrzmiało idiotycznie, a chodziło mi o "gaz pieprzowy" W ŻELU (użyty nie zrobi krzywdy TOBIE, a poczujesz się bezpieczniej, nigdy nic nie wiadomo.... kobieta mieszkająca sama jest łatwym celem)

    Amelio, dasz radę, tylko musisz być TWARDA. A te dobermany... ;-) Ech, musisz liczyć na siebie. Będzie warto ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochani, grypa mnie polamala z tego wszystkiego!

    Tak, Los alpagueros, dobrze, ze dom jeszcze stoi... i mam nadzieje,ze tak zostanie.

    Aradhel, nie wiem jak bede zyc z nimi wszystkimi na glowie... przyjdzie na to czas i sie okaze, czy wytrzymam!

    O,tak Inkwizycjo, masz racje, samotna kobieta na wsi, to latwy cel... dla wszelkiego rodzaju okolicznych zalotnikow.
    Tych dobermanow naturalnie nie mam, to tylko bleff, ale psy oczywiscie beda.
    Tak, z paroma osobami jestem juz zaprzyjazniona. Jedna z nich jest cudowna, troszeczke zwariowana i dosc wiekowa pani Lila, mieszkajaca rowniez samotnie w sasiedniej wiosce, z ktora spotykam sie na herbatce, gdy czas mi tylko na to pozwala.
    I to do niej gnam zawsze ze wszystkimi swoimi problemami, a jej poczucie humoru jest niezastapione!
    I to dzieki niej poznaje tez okolicznych sasiadow.

    Ech, jak sie juz tyle w zyciu przeszlo... to i diabel nie straszny!
    Dziekuje za wsparcie i pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Och Amelio i pomysleć, ze musiałas gnac kawał świata, żeby zobaczyć że, na szczęście wszystko jest w porzadku ! Trudno bardzo zaakceptować mentalność ludzi na wsi, stykam sie z tym na codzień. Na mojej wsi też jeżdżą bez prawa jazdy. Powracaj jak najszybciej do zdrowia. Serdeczności przesyła Anula z Chaty pod Wiatrakami.

    OdpowiedzUsuń
  7. Amelio, kochanie - rozczytałam się w tej Twojej przygodzie, uśmiechając się przez cały czas...Twój styl pisania, narracja i dialogi są niesamowicie wciągające, a poczucie humoru ...w moim stylu!!! Kiedy doczytałam do końca i wiedziałam, że nic złego chaty nie spotkało...a p. Zosia wyłuszczała sprawę chłopa i samochodu, to jakoś mi się skojarzyło z "daj pani wsparcie", bo my tyle potracili! Amelio jestem pełna podziwu dla Twej wytrzymałości - okolica piękna, chata wspaniała...ale sąsiedztwo, nie daj Bóg!!! Masz świetne wyposażenie w plecaku, na tę podróż do chaty. Moc uścisków i serdeczności Ci przesyłam.

    OdpowiedzUsuń