"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

09.06.2010


Dom z przodu


Chlewik


Dom z boku


Droga do domu




Widok na czeresnie i jablonki




Jedyny piec kaflowy


Poszukiwania...

Wlasnie wrocilam z moich poszukiwan Panow Fachowcow, ktorych owszem znalazlam, ale bez problemow oczywiscie sie nie obylo. Normalne zreszta, przeciez... to remont w koncu, wiec jakze mogloby byc inaczej, problemy sa w to niejako juz wpisane i nie do UNIKNIECIA! A bylo tak. Pelna nadziei i entuzjazmu, radosna jak skowronek o poranku zajechalam we wtorek do miasteczka K.i odwiedzilam niejakiego, a znanego mi juz wczesniej p.Grzesia, ktory mial kontakty, z prosba o polecenie jakiegos "dobrego" fachowca.Pan Grzesiu z miejsca polecil mi swojego znajomego p.Adama,ktory jest bardzo dobrym i solidnym czlowiekiem i z ktorym to umowil mnie na czwartek. Zadowolona bardzo z takiego obrotu sprawy pojechalam wiec do "swojej wsi" i do "swojego domku" zobaczyc czy tez pan Henio, tak jak obiecywal wywalil smieci. Przez las,znajoma juz mi droga dojechalam do domku i gdy go ujrzalam jak zwykle,serce mi zadrgalo. Domek stal jak zwykle taki samotny, opuszczony, przycupniety na skraju drogi, tak jakby wzgardzony z tym swoim jakby... niemym wyrzutem: "dlaczego mnie opuscilas!?". Weszlam do srodka i z miejsca owial mnie jego przyjemny chlod,przeszlam znow wszystkie pokoje po kolei,zatrzymujac sie w ostatnim i nie mogac znow oderwac wzroku od widoku z "okna" na jablonki i wielka czeresnie posrodku, byly tak piekne i dalej na rozlegle pola i las. Potem spojrzalam na gliniane wybrzuszone sufity, jedyny kaflowy piec, ktory sie uchowal i powiedzialam domkowi, ze... lubie Cie wlasnie za te twoja siermiezna prostote, ktora tak mnie urzekla. Wyszlam na niemilosiernie zachaszczony ogrod i stwierdzilam z ubolewaniem, ze niestety pan Henio nie wywalil smieci i trzy wielkie ich gory z domu i z obory nadal zalegaja na podworzu. Westchnelam i dlugo nie myslac pojechalam do p. Henia, ktory niestety byl w daleko posunietym stanie upojenia alkoholowego i spal w najlepsze snem sprawiedliwego.Pozazdroscilam mu tego snu, machnelam reka i wyszlam, zona p. Henia zapytala czy nie wzielabym czasem do roboty jej brata, ktory akurat jest bez pracy, a jest b. dobrym fachowcem i pracowal nawet w Irlandii. Dobrze, powiedzialam, moge z nim porozmawiac i poszlam do domku naprzeciwko. Pan Marek oprowadzil mnie najpierw po swoim domu, ktory przerobil z obory i wszystko zrobil sam i faktycznie,musialam przyznac,ze bardzo ladnie. Potem pojechalismy do mnie i pan Marek obejrzal dom i stwierdzil, iz nalezaloby zrobic wymiane dachu tj. poszycia i nowa wiezbe, po czym wylac wieniec, aby spiac tym samym mury i potem murowac nowe szczyty i mury tam gdzie cegla calkiem do niczego. Czyli dom zostalby do polowy w zasadzie rozebrany. Belek stropowych nie daloby sie raczej odzyskac,bo dach jest zalamany i korozja biologiczna daleko posunieta.Mial zrobic wycene i za dwa dni mi ja dac.Pan Adam, ktory przyjechal w czwartek z p. Grzesiem powiedziel mi to samo-czyli nowy dach, nowa wiezba i w zasadzie nowe mury no i izolacja naturalnie. Czyli dom prawie do polowy rozebrany i prawie wszystko nowe. Gdy zapytalam o projekt,obaj zgodnym chorem zakrzykneli, ze nie trzeba, ze zrobi sie bez projektu! Postanowilam wiec nastepnego dnia objechac architektow i popytac o projekt i w ogole czy mozna bez projektu jak sugerowali panowie fachowcy.Tak wiec w piatek rano wyruszylam do pobliskiego K. w ktorym urzedowali panowie architekci w liczbie -trzech. Jak Trzech Kroli pomyslalam, pukajac w drzwi Pierwszego. Pierwszy nie mial kompletnie czasu na nic, bo byl bardzo zajety i to sie juz napewno w najblizszym czasie nie zmieni, jak mi powiedzial. Odeszlam wiec grzecznie i poszlam do Drugiego. Drugi przyjal mnie uprzejmie i tez uprzejmie odmowil...gdy dowiedzial sie o co chodzi, mowiac iz jest i bedzie do jesieni zajety... wiec moze pozniej, dal telefon i uprzejmie odprawil.Zniechecona zaszlam do Trzeciego. Trzeci myslal dlugo nad tym co uslyszal, drapal sie po glowie i krzywil sie nieziemsko,jakby go bolaly zeby...w koncu powiedzial,ze taki tam remont to mozesz pani i bez projektu robic... bo i kto tam przyjedzie w ten..las. A poza tym to duzo babraniny...no i drogie toto. Zadzwonilam wiec nastepnego dnia do starostwa z pytaniem czy musze miec projekt jesli nowa wiezba, odpowiedzieli ze tak, ze obowiazkowo musze. Dobre sobie, pomyslalam, musze miec projekt.. a zaden z Trzech Kroli nie chce mi go zrobic! I co teraz?! Bede jezdzic i szukac architektow... tylko gdzie TAKOWEGO znalezc! Mialam dosyc, stalam znow w miejscu i nie posuwalam sie ani o krok. Zdesperowana zajechalam w koncu do najblizszej hurtowni i wiedzac, iz praca jest dobra na wszystko... zakupilam: taczke, lopate, grabie, rekawice, szmaty wiadra, gumiaki... i pojechalam do siebie. Bylo samo poludnie,upal nieziemski,gdy wyladowywalam wszystko ze swojego autka, ktore w miedzyczasie przeistoczylo sie w terenowke i transportowke i zabralam sie dziarsko do pracy. Przede mna pietrzyly sie trzy wielkie gory smieci, butelek, starych mebli, meteracy i wszystkiego co tylko...a ja postanowilam zaprowadzic porzadek i powywozic wszystko z tylu za chlewik i zrobic jedna gore smieci,a butelki i plastyki posegregowac do workow i powywozic, zeby bylo ekologicznie. Mialam wzniosle plany i z zapalem i z piesnia na ustach wtorujac spiewajacym nade mna ptakom przystapilam do pracy. Oto ja kobieta pracujaca, myslalam radosnie. Wszystkiego dokonam! I faktycznie praca mnie uskrzydlila... ale nie na dlugo, bo po czterech taczkach bylam juz "gotowa", a pot sciekal mi struzka po plecach i pomyslalam, ze dalej nie dam rady.
Usiadlam w cieniu pod czeresnia i patrzylam smetnie na swoje wlosci. Patrzylam na wielkie gory smieci, na zachaszczony nieziemsko "ogrod",ktory w przyszlosci mial byc cienistym gajem, na chalupe bez okien i drzwi, ktora miala stac sie "palacem"...sluchalam przekrzykujacych sie ptakow i kukajacej jak zwariowanej kukulki i myslalam... co ja tak naprawde TUTAJ robie!? I znow napadly mnie czarne mysli,jak mam tego wszystkiego dokonac... skoro juz po czterech taczkach jestem padnieta. I klocilam sie z ptakami i z kukajaca wsciekle kukulka... z z duchem Heleny i Wladyslawa, mowiac im... ze skoro powierzyli mi ten dom i wybrali wlasnie mnie... to musza, musza obowiazkowo mi pomoc i ze ja... wlasnie na to licze!!!

5 komentarzy:

  1. popatrz jaka apiekna okolica ..dla takich widokow warto padac ze zmeczenia ja wierze ze dasz rade..bede dopingowac mentalnie i dziekuje za zdjecia

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie dziwi nas, że oszalałaś na punkcie tego obiektu. Nie dość, że on sam uroczy, to jeszcze okolica cudna!

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne, magiczne miejsce i dom, a zapewne zdjęcia i tak nie oddają całego uroku ... Z przyjemnością zaglądać będę i podziwiać postępy :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziekuje kochani za pokrzepiajace slowa i pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja myslałam, że to ja mam ruinke i nie wiem od czego zacząc. Podziwiam.

    OdpowiedzUsuń