"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

16.03.2014

Wspomnienie...cz.2


Nadzwyczaj szybko udało mi się napisać "ciąg dalszy"... zważywszy fakt, iż zwykle między moimi postami są co najmniej miesięczne przerwy... ale  teraz wszystko poszło nad wyraz gładko i szybko. Nawet mój  "necik" mi sprzyjał, ani razu nie zastrajkował, nic nie zniknęło, a przerwy w zawieszeniu były wyjątkowo krótkie... pewnie też czekał na mój ciąg dalszy?!

Tak jak i ja... dobrze jest pisać coś w odcinkach... wtedy i samemu czeka się z niecierpliwością na ciąg dalszy. 
Ale uprzedzam, ten post będzie jedynie dla bardzo wytrwałych... będzie niestety długo! Najgorzej było ze zdjęciami... mam ich chyba z kilka tuzinów, wszystkie nie uporządkowane należycie, wiec odszukanie tych właściwych nie było łatwe, ale w końcu się udało...

A więc do dzieła... i jak dobrze móc ruszyć na spotkanie wspomnień!

Tak więc, po tym jak stałam się właścicielką chaty, oddałam się, ja miejska paniusia, która nigdy w życiu nawet gwożdzia porządnie w ścianę nie wbiła...  REMONTOWANIU!

Nie miałam zielonego pojęcia... co robić i... jak robić i od czego w ogóle zaczynać?
 Pamiętam, że siadywałam wtedy w słońcu pod oborą i... godzinami patrzyłam na mój dom, a raczej na jego namiastkę, myśląc,że to na co się porywam, to istny akt szaleństwa!  I myślałam... jak wyremontować dom, jak ogarnąć ogród... Jak przeżyć, nie umiejąc rozróżnić dzikich roślin od jadalnych... Jak w ogóle przeżyć w zapomnianym miejscu... gdy wcześniej mieszkało się w wielomilionowej metropolii?!! 
I choć dziwne, ale wszystko wydawało mi się jakieś niezwykle proste!




Dopiero, gdy zaczęłam czytywać budowlane "fora ", chcąc dokształcić się w owych kwestiach, wpadałam w coraz większe przerażenie. Zobaczyłam, że TO  wcale nie jest, ani takie proste, ani  takie oczywiste.I wtedy zaczęłam zwozić do domu... tuziny różnych budowlańców, zwykle byli to jacyś architekci, aby oszacowali, jak mi radzono stan domu i to,czy ów w ogóle nadaje się do remontu.
To wszystko było jedynie stratą czasu, jak się pózniej okazało. A owi fachowcy, już po pierwszym rzucie oka na dom , z miejsca zgodnie stwierdzali, tak jakby się zmówili, iż ów nadaje się jedynie do...  WYBURZENIA!!!
A ja, laik kompletny, konkludowali dalej mądrzy panowie... tracę jedynie czas i...  jeśli w porę się nie opamiętam, co oni mi szczerze radzą... to stracę jeszcze na dodatek pieniądze... i że powinnam... wybudować sobie mały, ale za to śliczny domeczek!
Niektórzy z owych panów zachwycali się oborą, mówiąc, iż dom powinnam natychmiast wyburzyć i zająć się remontem obory, a oni gotowi byli zrobić mi cudo projekt.


 

 Odsyłałam ich wszystkich do diabła!
A potem oddychałam z ulgą!

 I marzyłam o spotkaniu kogoś, kto w końcu powie mi... że Ten dom nadaje się do remontu!!!
Jak ja marzyłam o takim człowieku... jakimś dawnym rzemieślniku, takim z dziada pradziada, który zna się na remontach starych domów i który podzieli oczywiście moją miłośc do staroci  i pomoże mi w przywróceniu staruszka do życia.  Chciałam dom zachować takim, jakim był, miał pozostać wiejski, prosty, nie chciałam niszczyć jego Duszy. Chciałam glinianych ścian, niekoniecznie równych, surowych desek, kamienia. Miało być naturalnie. To miał być klimat starego domu z oborą. Potrzebny był mi człowiek... który by to zrozumiał!
Ale niestety, nikogo takiego nie znalazłam.

Choć... owszem... podczas moich wędrówek, spotkałam takiego człowieka... i zobaczyłam jego dom, który urzekł mnie absolutnie... to był dom jak z bajki. Zbudowany ze słomy i gliny, z pobielonymi wapnem ścianami i dachem pokrytym słomą. Stareńki bardzo. I piękny. Jak i jego właściciel, który dom zbudował własnymi rękoma! Chyba pisałam w którymś poście o tym domu i jego właścicielu... naprawdę niezwykłym człowieku.

 O tak, to byłby ten  odpowiedni człowiek, którego szukałam i, który naturalnymi metodami byłby w stanie przywrócić staruszka do życia. Jeżdziłam do niego wielokrotnie, pytając o to, jak budował swój dom, jak kładł dach... ten człowiek posiadał wiedzę jakiej ja właśnie potrzebowałam. Dawną, zapomnianą wiedzę, gdy domy budowano z tego... co Matka Ziemia daje.
Tłumaczył mi cierpliwie wszystko, dał nawet narzędzie do kładzenia słomy na dachu...mówił, że to takie proste... ale on nie pomoże, bo wiekowy już jest... spisałam  wszystko... ale zrobić tego i tak, bym nie potrafiła.
M. odszedł przed trzema laty.
A ja straciłam Mistrza.

 

 I wówczas, niestety, zmuszona byłam zdać sie na współczesnych  fachowców... którzy, nie dość, że nie mieli serca do staroci... to jeszcze na dodatek ich głównym celem, stało się "przywrócenie mnie do pionu" tj. do wyburzenia mojego cudu i postawienia sobie... neogotyckiego zameczku z dużą  ilością plastiku i wieżyczek, tak modnych obecnie. Jako, że nie chciałam zameczku, więc nasze stosunki stawały się coraz trudniejsze. I nawet zmiana owych fachowców na innych nic nie dawała. Wciąż słyszałam to samo.
A ja znów oddychałam z ulgą, gdy mnie opuszczali. I wtedy sama chwytałam za łopatę i taczkę.
Gdy zostawałam sama z ruiną... byłam najszczęśliwsza!

Pamiętam, że wszystko co robiłam, było  nie tak .
Najpierw skuwałam tynki... potem zdejmowałam dach... myśląc... że zupełnie niepotrzebnie. I teraz już wiem, że mogłam inaczej....


 





A dom przerażał ogromem pracy....


 

 .... i to coraz bardziej!!!





 





 ... moja sypialnia pod gwiazdami i ... schody do nieba....




 Mając do domu stosunek raczej emocjonalny... wiele rzeczy robiłam sama. Pomagał mi w tym mój dzielny wolontariusz K... upośledzony sąsiad i dzieci. I to byli moi najlepsi "fachowcy"... a wspólne chwile, gdy rzucaliśmy gliniane tynki na ściany... niezapomniane.
Pamiętam, jak wówczas chyba z pół wioski się zeszło, patrzyli co robię, trzymając się za brzuchy ze śmiechu! A ja dodawałam twarogu... lub serwatki, zależy co było akurat w sklepie do gliny... dorzucałam jajka... pytano mnie kiedy zacznę... dolewać piwa... wtedy przyjdą pomagać, ma się rozumieć społecznie!







....a ja  gładziłam bez końca ściany domu

 
 



 

 O, ten remont to była niezła szkoła życia!
 Nauczyłam się wszystkiego. Nauczyłam  się ciąć, szlifować, tynkować, zdzierać tynki, wiercić, malować... podejmować błyskawicznie decyzje a... potem je natychmiast zmieniać... wywalać kolejnych fachowców... kiwać  mądrze głową na znak, że... tak, że... wiem.... że oczywiście... że  rozumiem... reagować na pietrzące się problemy ze stoickim spokojem... nie mając już niekiedy nawet siły inaczej!!!

I polerowałam ten dom uparcie... jakby nic innego na tym świecie nie istniało!


 


Żyłam tylko tym remontem... Nie mogło się nie udać. takiego scenariusza nie było. Takiego nie przewidywałam!




 Choć to  była ustawiczna walka. Walka z przeciwnościami losu, które jak kłody waliły mi się pod nogi. A ja nie wiedziałam co dalej... w która stronę iść... co robić!
 Ile razy ściany tego domu stawały się moimi ścianami płaczu. Zwłaszcza wtedy, gdy gliniane tynki gniły.... a ich zrywanie stało się nieuchronne... lub gdy postawiono mi piec kaflowy, który do dziś nie działa... a fachowiec, zdun... po prostu uciekł sobie... i gdy żle podłączono kominek... a w domu było przerażliwie zimno i mokro... i gnijących tynków nie było jak suszyć... lub gdy żle obsadzono drzwi... a ja musiałam je otwierać... kluczem od roweru i wyskakiwać oknem...ufff , było tego trochę!


 

 ... gnijące tynki i wyrastający len na ścianach... jako że lniane konopie zostały dodane do gliny...
miałam więc niezłą plantację lnu na ścianach i suficie... teraz juz mogę śmiać się z tego... ale wtedy, o zgrozo... byłam załamana!!!


 


Myślałam wtedy, że ta  miłość... to naprawdę jakaś fatalna pomyłka...  i że ten dom już niczym dobrym  mi nie odpłaci... a ja już nic... absolutnie nic... ponad to, co mogłam,  z siebie nie wykrzesam!!!

O jakże się myliłam!  Wykrzesałam.! I to dużo więcej, niż myślałam!
A ratowanie tego domu stało się moją...  esencją życiową!
A piętrzące się  trudności sprawiały, że zaciskałam pięści do bólu i... rzucałam się do pracy!
Robiłam rzeczy, o które kiedyś...  w moim poprzednim życiu... delikatnej miastowej paniusi... nigdy bym siebie nie podejrzewała!

Pamiętam, jak  pisałam wtedy gliną na ścianie ... Ależ to nie remont, to Fascynująca Przygoda!!!
 I malowałam obok wielkie słońce... !

I uparcie szlifowałam ten dom!

Ten remont był... jak terapia. Terapia remontem!? To paradoks!? Ale tak właśnie było!
 Tynkowałam... rozwalałam... szlifowałam... i.wtedy właśnie... uwierzyłam, że wszystko jest MOŻLIWE... i że człowiek może wszystkiemu podołać... i... że nie ma granic... że... to my, sami je sobie stawiamy!

I tak pomału dom dostawał Drugie Życie.
Gliniane ściany schły i piękniały.



.... kominek też obrzuciłam gliną... a nich tam... jak wszystko to wszystko!










Ściany malowałam przez dwa kolejne lata. W pierwszym roku były w kolorze gliny... eksperymentowałam z tą farbą... do gliny dodawałam żółtka i makę ziemniaczaną aż... robił sie  krochmal... po czym wszystko wywalałam i.... zaczynałam od nowa...




... i tak wyglądały ściany pomalowane glinianymi farbami w pierwszym roku...






... w końcu i Błękitny znalazł swoje miejsce na glinianej ścianie...




... a w następnym roku przemalowywałam ściany na biało, mieszając  farbę kredową






I w końcu nadszedł moment... gdy zamieszkałam w na wpół ukończonym domu.

I ten pierwszy rok był najtrudniejszy.
 Pamiętam, gdy nadchodziła jesień,  a w domu tynki gniły  i trzeba było je bezzwłocznie osuszać... i tylko nie bardzo było wiadomo czym, skoro nie było żadnego ogrzewania... bo ja w euforii tynkowania po prostu o nim... zapomniałam... a gdy sobie przypomniałam, był już listopad.
I wtedy w domu stanął szybko zakupiony i bardzo słabo grzejący wład kominkowy oraz stara westfalka z jednym palnikiem, dająca tak marne ciepło, że palce zamarzały na garnku z wodą... a woda podgrzewała sie godzinami.
Pierwsza zimę przeżyłam niczym Robinson Cruzoe... bez wody... bez podłóg... bez dostatecznej porcji opału. A gdy strumyk obok domu zamarzł, topiłam lód na wodę i ogrzewałam ją na palniku tak lichym, że palce zamarzały.
Ale  najgorszym momentem to był chyba ten, gdy mojego wolontariusza, który, ku mojej uciesze,  postanowił u mnie przezimować... zgarnęła nagle pewnego dnia policja... i okazało się, że on jedynie się u mnie ukrywał!
A ja zostałam wtedy sama.
Towarzyszył mi... jedynie kot. Lola stała się moją towarzyszką doli i niedoli. I wtedy zaczęłam się po raz pierwszy naprawdę bać.

I znów myślałam, że to niemożliwe i że ja nie dam już dalej absolutnie rady... i ze ten akt szaleństwa... powinien naprawdę już się w końcu skończyć!!!

Pamiętam, że wtedy w domu było tak przerażliwie zimno, że ja w takim samym ekwipunku w jakim
chodziłam w dzień, kładłam się spać, zawinięta szczelnie w dwa śpiwory, z otworem jedynie na oczy, z Lolą zwiniętą u moich nóg. Uzbrojona po zęby, bo przy moim łózku stały widły i inne ostre narzędzia. Gotowa w każdej chwili do ataku i ucieczki... tylko dokąd... skoro wokół był jedynie  las!?

Nie uciekłam. Ani wtedy, ani póżniej.
Tylko wciąż uparcie szlifowałam swoje Marzenie!?
Jak dziecko, które nigdy wiary nie traci.
Skad brałam siły?!

Z trudności... może? Może to one właśnie... Tym żródłem są?!
A im więcej ich było, tym ja silniej zaciskałam zęby!

To ten dom dał mi siłę. Siłę, żeby przetrwać wszystko. Nawet to, co wydawało się Niemożliwe!

 A potem przestałam się bać. Myśląc, że skoro już tyle przeżyłam...


... więc pewnie nadal będę żyć... chociażby z tej prostej przyczyny, że ... dom nie pozwoli mi na nic innego... jeśli go nie skończę! I ... że takie jest już widać moje... PRZEZNACZENIE!

I tak przeżyłam pierwszą zimę. A w następnym roku było już lepiej. Zrobiłam wodę i łazienkę. Podłogi i centralne, przed którym tak bardzo się broniłam, ale w końcu uległam, mając już naprawdę serdecznie dosyć zimna!

 I pozdrawiam wszystkich, którzy dobrnęli do końca, życząc miłego wieczoru!   c.d.n.

  







  



















29 komentarzy:

  1. A mnie się wydawało, że miałam trudno... Podziwiam. Szczerze podziwiam. I - kurczę, jak ja bym chciała Twoją historię opisać:-)))
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Asiu, nic nie stoi na przeszkodzie.... będe zaszczycona!

      Usuń
    2. Napisz do mnie na maila, dobrze? Joanna.wlodarska@onet.eu
      Please:-)))
      Asia

      Usuń
  2. Jezu, Amelia, tkwię w stuporze, zaglądałam do Ciebie od początku chyba, ale nieregularnie. Twoja historia jest OBEZWŁADNIAJĄCA! I niewiarygodna! Powiedzieć, że Cię podziwiam, to za mało. Dokonałaś czegoś, co wydaje się absolutnie niemożliwe. Pamiętam Twój post o tym, jak spadły Ci tynki, ale nie sądziłam, że jesteś z tym wszystkim sama! Nie mogę uwierzyć, że postawiłaś ten dom na nogi. Dach też? Czekam na ciąg dalszy, bo teraz już będzie z górki?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to historia ku pokrzepienu serc... dla tych wszystkich, którzy watpią... okazuje się, że nie ma rzeczy niemożliwych!

      Usuń
    2. Jak widać na Twoim przykładzie - nie ma. Jednak to, co zrobiłaś, wydaje się zwyczajnie przerastać fizyczne siły jednej kobitki, i to miastowej! Te gołe mury! Nie wyszłam jeszcze ze stuporu. Musisz szybko napisać ciąg dalszy.

      Usuń
  3. Amelio, jesteś nie z tej ziemi! A może właśnie Ty jesteś z gliny, z Ziemi. Dokonałaś tak wiele, przekroczyłaś tak wiele granic. Człowiek jest taki silny, jeśli robi to, co mu dusza dyktuje. Nie potrafię ująć w słowa tego, jak bardzo Cię podziwiam. Za niezłomność, siłę, konsekwencję w dążeniu do celu, za tę Twoją Moc. Bardzo serdecznie Cię pozdrawiam i dziękuję za te wspomnienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owieczko, i ja kiedyś byłam słabą miejska paniusią... która myslała jedynie o kolejnych wyprzedażach... i nawet nie podejrzewałam siebie o to,że wydobede z siebie tyle siły... okazuje się, że człowiek ma jej niezliczone pokłady w sobie, o których nawet nie ma pojęcia... i dopiero odpowiednie sytuacje, tak jak moja... wydobywaja na powierzchnię to, co latami , uśpione odłogiem leży!
      Twoje wspomnienia też niewiarygodne, piękne!...

      Usuń
  4. Sama?? sama?? Tez popadlam w stupor, jak przedmowczyni. I nic wiecej z siebie nie wydobede...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu, dzięki... i wiesz, myślę że każda z nas byłaby w stanie tego dokonąć.
      My kobiety, jesteśmy przecież takie silne, to nasza domena... i z tego możemy być dumne!

      Usuń
  5. O, to była dawka przypominająca; pozdrawiam Cię serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda Mario? Aż sama się zdziwiłam!
      Pozdrawiam również

      Usuń
  6. Nie no, KOBIETO!!!! Owszem spodziewałam się o remoncie, ale nie o rozwaleniu chałupy praktycznie do fundamentów!!!!! Podziwiam to za mało, jesteś dowodem na to, że wystarczy chcieć,aby móc. Chętnie poczytam o dalszych perypetiach, ta nie była wcale taka długa. Ciekawią mnie te eksperymenty z serwatką i jajami.......

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serwatkę, ser lub mleko daje się do gliny, chodzi o kazeinę, która daje wytrzymałość tynkom... można też krowie łajno... to ponoć najlepsze... ale ja już na to, aby chodzić po łąkach i zbierać krowieńce..nie .miałam nawet czasu... ale we wsi pewnie by to przeszło do historii... baba zbierająca krowieńce i rzucajaca je potem na ściany!!!
      Jaja tj. zółtka dodawałam do glinianej farby... aby była bardziej... hmm aksamitna, dodawałam też mąkę ziemniaczaną... która gotowałam w wielkim garze... ale robił się klej i wywalałam to wszystko... choć te gliniane farby były w sumie okay... tylko nie umiałam ich rozjaśnić... musiałabym dłuzej poeksperymentować... a czas naglił... więc potem malowałam już kredowymi

      Usuń
    2. Krowieńce też zbieram, latam z taczką po łąkach na wiosnę i zbieram, pod krzaczki na nawóz:)) Te jajka w zaprawie tak mi się średniowiecznie kojarzą, jako spoiwa używali.Bardzo mi się te naturalne metody podobają, szkoda, że wiedza o nich bezpowrotnie ginie, wraz z ludźmi, którzy odchodzą.....

      Usuń
  7. zawsze Cie podziwiałam!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olgo... a ja Ciebie za humor... juz cztery lata jesteśmy razem... wciąż wierne jak rzeka!

      Usuń
  8. jesteś wielka !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    podziwiam... za realizowanie marzeń... za... cierpliwość...
    czekam na ciąg dalszy...
    kocham takie domy... niestety człowiek kupuje to ... na co go stać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie... ale myślę,że kazda z nas zrobiłaby to samo, będąc na moim miejscu!

      Usuń
  9. Potrzeba mi takich wspomnień, takich szczerych, chwytających za serce opowieści. Wzmacnia to mego nadwątlonego ducha i wskazuje scieżkę wiary w swe marzenie i w siebie samą. Masz rację Amelio, że robimy rzeczy, których bysmy sie nigdy po sobie kiedys nie spodziewali. nasi bliscy nadal nie mogą sie nadziwic naszej sile i nowym umiejętnościom. A my w tym wszystkim tak zalatani, że nie ma kiedy sie zastanowic i docenić, usmiechnąc do tego, co naszymi rekami dokonane, zbudowane, posprzatane, do życia przywrócone.
    Amelio! Masz dar pisania, które trafia bardzo głeboko do serca i budzi w nim mnóstwo pozytywnych uczuć i emocji .Jakby znało sie Ciebie długo. Jakbyś była tuż obok i snuła swą opowieśc patrząc głęboko w oczy. Pragnie się byś dała radę pokonac wszystkie trudnosci. I wierzy się, że dasz radę!:-))***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A Wasze komentarze Olgo, dodawały siły... cieszyłam się, że mogłam choć tutaj w świecie wirtualnym spotkać ludzi podobnie myślacych i czujacych... to dodawało naprawdę siły!

      Usuń
  10. Byłoby to wszystko baśnią, gdyby nie było Twoim prawdziwym życiem.
    Zdumiewam się, podziwiam, czuję szacunek!
    Wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I życie może stać się baśnią...
      Magdo, Tobie też wszystkiego dobrego!

      Usuń
  11. To stan zakochania, fascynacji a może nawet miłości daje tę siłę. Bo dom i pole też można kochać, czasem wierniej niż mena. Ahoj Amelio :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak... Krysiu, to miłość do tego miejsca była moja siłą napędową!

      Usuń
  12. Czytałam chyba wszystkie Twoje posty, a jak mam już doła i myślę, że nie dajemy rady, to zaglądam do Ciebie znów. Świetna historia!

    OdpowiedzUsuń
  13. Amelio, przylazłam za Haną z Kurnika i jestem porażona... To wydaje się nieprawdopodobne i niemożliwe, żeby jedna kobieta coś takiego ogarnęła! Ogromny podziw i szacunek, czapki z głów i tak dalej... No kurczę, słów mi brakuje... Jesteś wspaniała!
    A jaki piękny ten twój dom...I tyle czasu czekał na ciebie...

    OdpowiedzUsuń
  14. aż nie chce się wierzyć że jedna kobieta tak wiele może! wszystkie się dziwimy i podziwiamy,ale coś w tym musi być że stare ma dusze i chcemy ratować te domy,mnie bardzo ciekawi sam remont i metody, czy masz może piec chlebowy? chciałabym poznać stare sposoby na wykonanie takiego pieca. Słyszałam też o domach z gliny i słomy,wszystko co naturalne jest dobre,precz z zameczkami z plastikowymi wieżyczkami:) pozdrawiam, Klaudia

    OdpowiedzUsuń
  15. Z przyjemnościa poczytałam Twoje wspomnienia..od jakiegoś czasu mam coś dla Ciebie..ale ...jak w tym roku Cię nie odwiedzę to w końcu to wyślę
    Dużooooo całusów i dużooooooooooooooo podziwu!!!!

    OdpowiedzUsuń