"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

01.11.2012

Na finiszu...


Przecieram umyte juz okna octem, patrząc poprzez lśniącą szybę na zieleń ogrodu.
Jestem na finiszu. Finiszu remontowego lata. O całkowitym finiszu mówić jeszcze nie pora. A zresztą, kiedyż on nastapi?
Jeszcze pewnie ze setkę lat potrzeba będzie, aby ten dom i tą ziemię doprowadzić do jako takiego porządku.
Ale póki co, kolejny finisz zaliczony.
Było to jak zwykle, kolejne pracowite lato, już trzecie z rzędu, w pocie czoła, z łopatą i z taczką.
Wkrótce w tym domu każdą jego cegłę, każdą nierówność w murze, każdą belkę... będę niemalże znać na pamięć, robiąc wszystko dwukrotnie i własnoręcznie.
A dom i tak zdaje się nie zauważać tego wszystkiego...  zdartych rąk, licznych pęcherzy i połamanych paznokci, stawiajac jedynie coraz to wyższe wymagania.
Wszystko to trwało, aż do  teraz właściwie, pochłaniając cały nasz czas, energię i siły, tak więc i  na relacje z tego wszystkiego nie było już ani czasu, ani nawet siły. Nasz dzień zaczynaliśmy zwykle wcześniej rano i schodziliśmy z placu boju już prawie o zmierzchu, by potem jak kłody móc rzucić się jedynie na łóżko i spać snem kamiennym, zbierając siły na dzień kolejny.  I tak przez bite cztery miesiące. Praca, praca, praca...bez końca, jak nam się wydawało.

 Ale było to też piękne lato. I to nie tylko ze wzgledu na pogodę, która dopisała, ale też i dlatego, że po raz pierwszy w remontowych zmaganiach nie byłam sama, towarzyszyły mi dzieci, które zjechały ze świata, aby pomagać!. Jak dotąd bowiem, przez te wszystkie lata za jedynych towarzyszy miałam jedynie rzeszę... Specjalistów... co do których, miałam tylko jedno nieodparte życzenie... aby w końcu opuścili mój dom! Wtedy dopiero oddychałam z ulgą.

Ale tego lata było inaczej. Działaliśmy wspólnie. I to było piękne! Choć, jak zwykle towarzyszyła nam cała gama uczuć... od euforystycznej radości... poprzez totalne zniechęcenie... aż do całkowitego obrzydzenia...
Ale, cóż... takie sąwidać uroki tego wszystkiego! Tak pewnie musi być. Żeby potem było co wspominać!

 Tak więc tego lata było znów... glinowo. Choć nie z takim rozmachem jak w roku ubiegłym, gdyż gliniane tynki kładliśmy jedynie w dwóch pokojach. Tych felernych.
Tym razem obyło się na szczęście, bez żadnych przykrych niespodzianek. Nic nie kwitło i nic nie rosło. A ściany całkiem przyzwoicie powysychały.





Podczas, gdy my walczyliśmy z tynkami nasz... ,,maestro,, jak go zwaliśmy... specjalista od piecy wszelkiego rodzaju walczył ze swoją kuchnią kaflową.
Taką, o jakiej zawsze marzyłam... wielką... piękną... z ogniem, z miłym ciepełkiem rozchodzącym się po domu i z zapachem chleba.
Kuchnia więc jest. Wielka, piękna... tylko... że bez... ognia.
,,Maestro,, ...gdy się okazało, że kuchnia nie działa... ulotnił się jak kamfora, zostawiając mnie z nie działającym piecem. Ot, kolejny Specjalista!





... póki co, mam.... obiekt muzealny, na którym lubią siadywać koty... a ja mogę sobie w wolnych chwilach popatrzeć i o ogniu jedynie pomarzyć. 
 

Potem przyszła kolej na ściany. Malowałam je prawie sama, po tym jak dzieci powyjeżdżały i zdażyły tylko z sufitami.Więc cóż było robić, całą resztę musiałam oblecieć sama. A, że już zaprawiona we wszystkim jestem, to obleciałam! A ta reszta to, bagatela...  ponad sto metrów ścian, wszystko dwu lub nawet trzykrotnie malowane. Jako, że farby kredowe, więc nie zawsze równo i dobrze pokrywające.
Najgorsze było chyba ich wymieszanie. Pięćdziesiąt kilo proszku musiałam wymieszać w wodzie, a potem to wszystko przelać przez sito.  Ufff... Mieszałam czym się dało, nawet tłuczkiem do kartofli i...  klęłam na czym świat stoi...


 



Obliczyłam, że kazdy pokój zajął mi średnio ok. 40 godzin... od siódmej rano do siódmej wieczór z przerwami... przez siedem dni w tygodniu. Tyle godzin na drabinie i z pędzlem. Sama nie mogę w to uwierzyć, że aż tyle.
I współczuję wszystkim malarzom!



 



 ... a było przecież strasznie... w całym domu totalna rozpierducha....wszystko popakowane i powynoszone...





 ... a my koczujący  całe lato w przyczepie...




 .... jeszcze z wodą ze strumyka...







... a i przed domem  jeden wielki śmietnik...




... a w tym wszystkim my... trzy dorosłe osobniki... coraz bardziej zdesperowane... dziesięć kotów różnej maści i wieku  i dwa psy... Podczas, gdy  to wszystko wydawało się BYĆ  nie do OGARNIĘCIA!!!

... i tylko te ostatnie zdawały sie nie zauważać niczego... 



... spędzając czas jak zwykle na...  niczym...





... i  ignorując zupełnie powagę sytuacji...








... bądż też, ze stoickim spokojem spoglądając na nasze dość dziwne i wyjątkowo niezrozumiałe poczynania...






...  i gdy  mieliśmy już naprawdę dosyć... a było takich chwil... oj, było niemało... rzucaliśmy wszystko jak na komendę i...  uciekaliśmy z miejsca wypadków... ruszając przed siebie... prosto, drogą prowadzącą wprost nad morze...  a morze i plaża były ukojeniem dla naszych znękanych dusz i ciał...


.... aż w końcu...  w jakiś przedziwny i jeszcze nie do końca wyjaśniony sposób... wszystko zaczęło pomału przybierać kształt i formę....

... i kuchnia stała się kuchnią... z niebieską terakotą... w miejsce zimnego betonu...





.... i ściany zostały pobielone...






A dom... jakby przestał w końcu ignorować nasze połamane  paznokcie... liczne pęcherze i blizny na dłoniach... stając się nam nagle przychylnym!





... i pojaśniał... i odżył jakby...





 ... i Błękitny wrócił na swoje miejsce...





... i Woda i Łazienka pojawiły się również...






... łazienka skromna... jedynie pomalowana wodoodporną farbą... a jedyny jej luksus to ... WODA...

... i  teraz... gdy, mam już te dobrodziejstwa na wyciągnięcie ręki... wciąż łapię się na tym, że chadzam do niej... aby choć kurek kranu odkręcić i ... popatrzeć na wodę... Śmieszne, prawda?  Nigdy, nie myślałam, że tak właśnie będę mieć...!

I aż do tej niemalże chwili, remontowe lato u mnie jeszcze trwa.
Przerwał je niespodziewany atak zimy, zmuszając mnie do opuszczenia mojego letniego azylu i przeniesienia sie z moją kocio-psią rodziną do domu....


 


... i jeszcze ostatnie zdjęcia letniej i ciepłej jesieni...





 


  ... gdy zbierałam ostatnie jabłka i suszyłam ostatnie zioła...





...i  żegnałam ostatnie  klucze żurawi...


   
 
... i ostatnie letnie kwiaty



 



... aby  po remontowych zmaganiach... nawet bez chwili oddechu... wpaść prawie natychmiast w wir palenia!

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę miłego wieczoru.





































   

11 komentarzy:

  1. Dziekuje za wpis (zawsze z niecierpliwoscia sprawdzalam czy sie pojawi)
    Jestem pelna podziwu (troche tez zazdrosci)dla Twojej determinacji. Ciesze sie z tych wspanialych efektow. Oby jeszcze udalo Ci sie pokonac opor tej pieknej kuchni. Spokojnej jesieni i zimy zycze.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekałam na wieści od Ciebie. Ale pracę wykonałaś tytaniczną. Pięknie dom się rodzi, w bólach rak, nóg, kręgosłupa, ale Twój, Twoimi rekami tworzony. Podziwiam determinację, pracowitość.

    Menażeria u Ciebie też spora, jak widać. Wszystkiego dobrego na jesień i zimę. Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Serdeczne gratulacje-kawał pięknej roboty!:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Co też ten majster piecowy sknocił, że nie chce się palić? bardzo piękne wnętrza odsłaniają się w Twoim domu; wielkie jest przywiązanie do domu, gdzie zostawia się tyle pracy rąk własnych; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wreszcie doczekałam się zdjęć... osiągnęłaś wspaniały efekt, choć wielką pracą okupiony. Pracą, wydawało by się - ponad siły, ale jednak coś pchało Cię do przodu, mimo przeciwności i "fachowców"... Twój dom Ci na pewno za to odpłaci ;-)
    Kochana Amelio, urządzaj go z sercem, po swojemu, niech Ci (Wam ;-) szczęśliwie się mieszka ;-)
    Napiszę(!), ściskam ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Gall,
    jak miło, że czytujesz moje wieści. Dzięki za odwiedziny i serdecznie pozdrawiam.

    Rogata Owco,
    ale gdybym tak wszystko oddała w ręce fachowców, to cóż ja bym wtedy, bidna robiła... a wakacje... bez taczki i łopaty... nieeee, to zdecydowanie nie dla mnnie!!!
    No i gdzie pozdzierałabym sobie paznokcie?!
    Ale tak naprawdę to mam serdecznie dosyć remontu!!!

    Dzięki OLQO, Ty wierna Duszo!

    Mario, majster sknocił zapewne kanały, bo innej przyczyny nie widzę, na razie dokładnie jeszcze nie wiem, nie mam nawet czasu zajać się tą sprawą, musi to jakiś fachowiec rozebrać i ocenić.
    pozdrawiam serdecznie

    Inkwizycjo Kochana,
    gdy człowiek zdeterminowany, to wszystkiemu podoła i nic mu nie straszne, nawet góry przeniesie, bo nie ma wyjscia, tak jak ja.
    Musiałam!!! I nie było odwrotu.
    Ściskam, pa.

    OdpowiedzUsuń
  7. No proszę! Jak pięknie! My też większość własnymi rękoma, fachowcy jacy są każdy wie. Więc jak coś możemy sami to robimy! Raduję się razem z Tobą, szczególnie łazienką - to doniosły moment móc usiąść na kibelku ;)

    Czekam niecierpliwie na dalsze relacje :)

    OdpowiedzUsuń
  8. No proszę ile kobieta potrafi :)
    Dla mnie jesteś niesamowita, podziwiam za to czego dokonałaś. Tego fachowca od pieca to niech jakieś zmory we śnie prześladują :)
    Jak znajdziesz chwilkę czasu to zapraszam do siebie po wyróżnienie :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Pięknie się ogląda gotowy efekt ale pracy i wysiłku to wymaga .
    Podziwiam i pozdrawiam Ilona

    OdpowiedzUsuń
  10. Amelio droga, zapraszam do mnie po odbiór wyróżnienia Liebster Blog :)

    OdpowiedzUsuń