"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

06.12.2010

Po-remontowy czas...

Po-remontowy czas zaczal sie choroba..., ktora przyszla nagle, niespodziewanie, a ktora czaila sie dlugo, gdzies tam w zakamarkach, tak jakby chciala wyczekac tylko odpowiedni moment, aby zaatakowac. I zaatakowala... stawiajac znak STOP. A dawno zapomniane slowo WYSTARCZY... znow nabralo znaczenia. I bezbronna jak dziecko, przykuta do lozka, z atakami goraczki i jakiegos nieziemskiego kaszlu... rzucona na kolana... nie moglam juz nic i wszystko nagle przestalo miec jakiekolwiek znaczenie. Tyle spraw, tyle slow, tyle rozmow... a wszystko... takie malo istotne. I ze wzrokiem wbitym w zegar przy lozku... odliczalam czas, tak jakby nic poza nim nie istnialo! A moze nie istnieje naprawde!?
Tik tak tik tak...
Zegar czasu bije... odmierzajac sekundy, minuty, godziny, dnie, lata... Lata cale, w ktorych zawarte jest zycie czlowieka. Tyle rzeczy do zrobienia... tyle spraw nie cierpiacych zwloki... I nagle to wszystko, w jednej chwili... staje sie tak malo istotne... i dom .... i agent B.... i aniol M... i cala reszta. Zegar czasu jest nieublagany i nie podaruje ani jednej minuty! A ja myslalam, ze dana jest mi cala wiecznosc, myslalam, ze jestem pania Wszechswiata.... A mam tylko SIEBIE. I mam swoj czas.
Tik tak tik tak... Zegar czasu przemawia tak cierpliwie, jak do niesfornego dziecka... Tlumaczy po raz setny, tysieczny...! I daje kolejna szanse! Tak, tak... wiem! Juz wiem.! Odejdz!... blagalam, ze lzami w oczach... juz wystarczy...! Nie jeszcze nie, jeszcze nie pora... slysze zimny glos mojej WLADCZYNI... ktora przyszla nieproszona, jak zwykle, a w rekach, ktorej... zawisl nagle moj los. Nie jeszcze nie czas... i nowy atak goraczki i kaszlu daje znac o sobie. Powala na kolana, jakby chcac mi dusze wyrwac!
Tik tak tik tak...
Moge tylko odliczac. Czuje sie taka marna... skurczam sie i staje sie... pylkiem... Wiruje gdzies tam we Wszechswiecie wraz z tysiacem innych pylkow... aby potem spasc na ziemie i przestac istniec. Jedna jedyna, bezcenna chwila dana jest pylkowi.
Jestem teraz pokorna i ulegla, nie tak jak kiedys. Kiedys traktowalam chorobe po macoszemu, a teraz wiem, po co przychodzi. I wiem, ze zawsze ma cos ukrytego w zanadrzu... i ze zawsze mnie czyms zaskoczy, i ze wlasciwie... powinnam byc wdzieczna. To nabywa sie z czasem, nic nie jest dane od razu, na wszystko przychodzi czas.
Tik tak tik tak...
I gdy w koncu odeszla... moja WLADCZYNI... I gdy juz WYSTARCZYLO... a ja moglam wstac... i znow patrzec na swiat oczami dziecka... i poruszalam sie tak, jakbym byla z chinskiej porcelany, bojac sie, ze przy wiekszym ruchu rozsypie sie na tysiace drobnych kawalkow. I gdy moglam parzyc herbate... robiac z tego rytual... delektujac sie jej smakiem i zapachem. I gdy potem z kubkiem herbaty w reku, w fotelu, moglam patrzec na platki sniegu za oknem, czujac radosc dziecka i dziwiac sie... ze to juz zima... ze grudzien.... i ze zaraz swieta.
Tik tak tik tak....
Platki sniegu za oknem wiruja tak delikatnie, tak lekko... zapatrzylam sie na nie... I moglabym tak godzinami siedziec i patrzec, myslac o cudzie natury. I gdy tak na nie patrze, to mysle, ze przeciez one wcale nie maja ksztaltu gwiazdek, jak mi sie zawsze wydawalo,przypominaja raczej labedzi puch... tak jakby Ktos tam na gorze trzepal pierzynke puchowa... i biale labedzie piorka leniwie spadaly na ziemie! Bedac dzieckiem usilowalam lapac je do torby, chcac miec gwiazdki z nieba... a potem co tchu bieglam do domu i z rozczarowaniem patrzylam na... wode na dnie torby. Biale piorka za oknem staja sie coraz wieksze i leca najpierw leniwie, a potem wiruja coraz szybciej, padajac na parapet i ukladajac sie w puchowa pierzynke. Zapatrzylam sie na nie, zapomninajac, ze ostatnio prawie tylko bieglam.
Tik tak tik tak...
Jaka cisza. Jaki spokoj... I ta biel za oknem. Biel to spokoj. Lubie zime, a najbardziej listopad i grudzien... Te dwa mroczne miesiace maja cos magicznego w sobie, jakby kryly jakas tajemnice!? Lubie wtedy zapalic swiece i siedziec wpatrzona w jej cieply plomien...
Biala puszysta kolderka otulila swiat, ktory zrobil sie od razu jakis piekniejszy. I pozakrywal te wszystkie niedoskonalosci i brudy tego swiata. A ja mam czas, mam czas na to co wazne, bo na to, co nie wazne juz go nie mam... zasmialam sie mojemu Czasowi prosto w twarz! Labedzie piorka za oknem zaczely sie powiekszac, ale dalej byly jakies leniwe. Pamietam jak bedac dzieckiem lubilam na nie patrzec i na wzory na szybie, ktore malowal dziadek mroz, jak mowila mama. Byly jak dziela sztuki. Albo sople lodu... ktore z taka luboscia sie lizalo? Albo gdy ze smiechem lapalismy platki sniegu, kto wiecej nalapie! I gdy szalelismy na sankach, a potem z zarumienionymi od mrozu i radosci policzkami, utytlani sniegiem wracalismy do cieplego domu, aby ogrzac sie przy piecu i wysluchac kolejnej zimowej opowiesci. Teraz nikt juz nie slucha zimowych opowiesci... i kto by je tam opowiadal? Szkoda czasu. Zima dawala tyle radosci! Czy teraz tez daje... czy tez stala sie przeklenstwem, ktore najchetniej wymazaloby sie z kalendarza raz na zawsze! I tylko dzieci zawsze ciesza sie z zimy. Bo dzieci to cos cudownego.
Tik tak tik tak...
Juz poludnie mysle, patrzac w niebo. Wlasciwie to nie obchodzi mnie godzina. Mam przeciez czas. Mam czas na to co wazne, powtarzam na glos. Czas nalezy odmierzac wschodami i zachodami slonca... Tak robili dawniej ludzie i to bylo dobre. W miescie to niemozliwe w tej ustawicznej gonitwie... w pracy... W pracy... Pomyslalam o mojej pracy, ktora nic, nic... procz pieniedzy mi nie daje... stepiajac dusze i umysl. A tak naprawde... to co ja wlasciwie w niej robie!? Nic?!
Tik tak tik tak. Zegar czasu znow przypomnial o sobie.
Wstalam i podeszlam do biurka, otworzylam najmniejsza z szufladek i wyjelam z niej wieczne pioro... Obracalam je w dloni przez chwile, jakby widzac je po raz pierwszy... Kiedy ostatni raz nim pisalam, zamyslilam sie. Przed miesiacami... bo nie mialam czasu. Bo nie mialam czasu na to co lubie. Tik tak tik tak... Siegnelam po kartke papieru i napisalam to co czulam, napisalam wymowienie z pracy, w ktorej nie robilam... NIC! I poczulam, jak jakichs niewidzialny ciezar... spada mi nagle z serca. Poczulam radosc. Spojrzalam z czuloscia na pioro, wiedzac juz co bede robic.
Tik tak tik tak...
Kiedys pisalo sie tylko piorem. Pamietam jak w klasie staly rzedy drewnianych, zielonych lawek z pochylym blatem i z laweczka do siedzenia, stanowiace jedna calosc, jakze piekna! A w srodku blatu bylo miejsce na kalamarz. Szklany kalamarz, ktory pani napelniala niebieskim atramentem. Wszyscy pisalismy piorem, byla to jedynie zwykla plastikowa lub drewniana obsadka, do ktorej wkladalo sie stalowke, ktora zanurzona w niebieskim atramencie wyczarowywala literki. Rzad rowniutko wykaligrafowanych literek o okraglych brzuszkach. Istne cudo! A pani mowila, ze pioro wyrabia charakter, a po charakterze pisma poznaje sie czlowieka.
Trzeba sie bylo bardzo starac, aby literki byly rowne i aby nie zachlapac zeszytu atramentem... bo mozna bylo dostac po lapach od pani. A potem przykladalo sie do literek rozowy lub bialy "liniuszek", czyli taka bibulke i gotowe! Rzad rownych literek, osuszonych przez bibulke widnial na papierze. Ale duma! I nie mialo znaczenia, ze paluszki zachlapane byly atramentem... i mama mogla nakrzyczec... Jakiez to mialo znaczenie, gdy duma rozpierala! Potem kladlo sie pioro do drewnianego piornika z kilkoma przegrodkami -na pioro, na olowek, na gumke Myszke... tak sie nazywala, bo miala myszke narysowana na wierzchu... i na stalowki. Jak w "Plastusiowym pamietniku" mojej ulubionej ksiazce. Wszystko mialo swoje miejsce. Wszystko mialo swoj porzadek. I milosc do piora i do literek pozostala do dzis.
Tik tak tik tak...
I jak dzis pamietam tamten letni dzien, gdy po raz pierwszy, wbieglam do domu Heleny i Wladyslawa... ktory z czasem stal sie moim, a ktory tak naprawde pozostanie ICH... i gdy przeszlam wszystkie pokoje po kolei... zatrzymujac sie w ostatnim i wygrzebujac z wielkiego smietniska na podlodze... ta jedna jedyna rzecz... listy pisane ICH reka. I jak urzeczona wpatrywalam sie w pozolkle kartki papieru, zapisane rzedem rowniutkich literek, pisanych niebieskim, wyblaklym atramentem.... z tymi roztkliwiajacymi bledami ortograficznymi, wlasciwymi jedynie starszym ludziom, ktore tak bardzo mnie rozczulily!
Wieczne piora. Czy sa naprawde wieczne!?
A teraz? Teraz sa kolorowe dlugopisy, ktore mozna wyrzucic gdy sie wypisza i kupic nowe. I juz! To bardzo wygodne. Tylko, ze ja z tej wygody nie korzystam. Nijak nie umiem nimi pisac. Pisze tylko piorem, albo olowkiem i wycieram gumka Myszka. Tylko do urzedow, jakby z premedytacja jakas, pisze dlugopisem, cieszac sie w duszy z powstalych bazgrolow. Mam pelno olowkow i gumek. I mam dwa piora. Jedno ciemno-czerwone, na "codzien". I drugie srebrne, od "swieta". Marzy mi sie jeszcze czarne, ze zlota stalowka i dwoma waskimi zlotymi paseczkami u dolu nakretki... Wiem jakie ma byc... mam je pod powiekami, gdy zamkne oczy...
Labedzie piorka za oknem przybraly kolosalne rozmiary i leca teraz bardzo leniwie. Na moim parapecie utworzyla sie cudna biala,delikatna pierzynka. Jaka cisza. Jaki spokoj.
Tik tak tik tak...
Wyjelam swoj dziennik, do ktorego dawno nie zagladalam..., bo nie... Nie! Tego slowa juz nie uzyje. Wykreslam je z mojego zycia! Mam czas. Otworzylam. Ostatni wpis gdzies w listopadzie. Feee... nieladnie! Wzielam pioro do reki i wsluchujac sie w delikatny szmer stalowki na bialym papierze... szur... szur... szur... napisalam:
7 grudnia... Siedze w fotelu. Nie robie nic specjalnego, poza tym, ze... pije herbate... patrze na platki sniegu za oknem... troche mysle... troche pisze... i... Mam czas.

8 komentarzy:

  1. mądrze i pięknie napisane

    OdpowiedzUsuń
  2. nom poetycko..czyta się jak rozdział książki..w mieście człowiek się nie liczy..ma tylko pracować i przynosić pieniądze do domu..nie zauważa się nawet gwiazd na niebie..a czy niebo jeszcze potrzebne w Marketach..trzeba siły na walkę z chorobą..
    Czasu się nie zatrzyma, nawet jak zegar przestanie cykać..
    Zima teraz kataklizmem od razu, bo 'rządzą' już maszyny- samochody, pociągi, autobusy, im musi być wygodnie..
    Teraz to już i długopisy w niepamięć pójdą..zostaną tylko klawiatury komputerów, komórek.
    A śnieg przykrywa wszystkie brudy, i świat wydaje się taki czysty..

    OdpowiedzUsuń
  3. Czasu sie nie zatrzyma, masz racje, Wilku, ale tez nie mozna opuscic rak... trzeba podejmowac dzialania, aby nasza planeta tak jak i te dlugopisy nie stala sie... przedmiotem jednorazowego uzytku... bo jej juz przeciez nijak nie da sie wymienic.

    OdpowiedzUsuń
  4. niestety wszystko zmierza ku temu, że stanie się jednorazówką :/

    OdpowiedzUsuń
  5. Masz niesamowite pióro! Z taką łatwością i lekkością opowiadasz historie, przelewasz myśli i uczucia na ( chciało by się napisać papier) klawisze klawiatury ;) Bardzo przyjemnie czyta się Twoje posty. Czyżbyś pisaniem zajmowała się zawodowo? Pozdrawiam gorąco życząc aby szare prognozy Szarego Wilka jednak się nie sprawdziły ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziekuje, Aradhel za mile slowa. Tak zajmuje sie troche pisaniem. Lubie to robic.
    I mam nadzieje, ze szare prognozy Szarego Wilka nigdy sie nie sprawdza!
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  7. za mało miejsca..za dużo nas..póki człowiek nie zniknie z planety, to jej nie pomoże :/

    OdpowiedzUsuń
  8. Pięknie się Ciebie czyta, tyle mądrych przemyśleń i takie mi bliskie :)Zielone ławki, piórniki, Plastuś i pisanie piórem ze stalówką... to wszystko jak żywe staje przed oczami. Dlaczego dzisiaj dzieci nie piszą piórem, gorzej prawie wogóle nie piszą. Tu krzyżyk tam podkreślić, a pisania bardzo mało. W większości zeszyty do ćwiczeń. Nie ma juz zeszytów ze szlaczkami i czasami z ... kleksem. A ksiazke o "Karolci" i jej koraliku może też pamiętasz?
    Cieplutko pozdrawiam i zdrówka życzę
    Anula Z Chaty pod Wiatrakami

    OdpowiedzUsuń