I tak oto nadszedł najprzyjemniejszy moment na budowie i po przeszło miesięcznych zmaganiach, emocjach budowlanych, pogodowych i innych... nastapiło zakończenie prac remontowych!
Udało się! A cały ponad trzystu metrowy dach został uratowany, jego konstrukcja wzmocniona o nowe krokwie, a tym samym budynek zabezpieczony przed dalszą ruiną i "posypaniem się".
A ja, wreszcie mogę odetchnąć z ulgą i spać spokojnie, wiedząc, że dach nie runie mi któregoś dnia na głowę.
I gdy pomyślę, jak bardzo, jak wręcz panicznie bałam się tego remontu, i z jakim przerażeniem patrzyłam przez te wszystkie lata, na postępujące zniszczenia, bojąc się najbardziej tego, iż któregoś dnia może go już po prostu nie być, wystarczy przecież porządna wichura, a cały dach mógłby runąć, bo część wiedżby dachowej wisiała po prostu "na włosku"!
Ale co z tego, że o tym wszystkim wiedziałam, jeśli nie miałam nawet pojęcia, jak zabrać się do tego, nie mówiąc już o finansach, których po prostu nie miałam. Szukałam sposobu, żeby tego dokonać, szukałam odpowiednich ludzi, a nie znajdując takowych, myślałam, że już tego nigdy nie dokonam. I że to wszystko, wydaje się i tak przecież niemożliwe!
Aż w końcu... ratunek przyszedł zupełnie nieoczekiwanie i to ze strony... ŁĄKI!
Kawałek ziemi, a raczej ugoru, na który od lat nie było chętnych, bo i po co komu łąka... nagle znajduje kupca!?
Uznałam to za znak! I wtedy wypadki potoczyły się już błyskawicznie, choć zupełnie niezaplanowanie. Nagle znajduje się ekipa, która robi bardzo pozytywne wrażenie, a cenowo mieści się w cenie łąki...Tak więc nic już nie stało na przeszkodzie, aby móc zaczynać!
I tak oto, wszystko samo się rozwiązuje i układa, jakby w myśl tego, że gdy podejmie się decyzję, to cały Wszechświat sprzyja! I tym samym, moja wiekowa obórka dostaje swoje Drugie Życie!
I muszę przyznać, iz tym razem miałam wiele szczęścia, bo ekipa budowlana, czyli majster i jego dwóch pomocników okazali się ludżmi nader solidnymi, fachowcami o jakich teraz trudno. Pamiętam przecież, jaką gehennę przechodziłam z fachowcami przy remoncie domu, tak więc teraz mogę mówić o prawdziwym "wytchnieniu". A majster był na tyle wyrozumiały, że nie zarzucał mnie pytaniami, jakby przeczuwając nikłość mojej wiedzy budowlanej, za co bylam mu niezmiernie wdzięczna. Wszystko robił sam, przy pomocy obu pomocników.
A tak wygląda końcowy efekt prac: wymienione i uzupełnione belki stropowe, wstawione okna dachowe, zaołożone nareszcie rynny, dzięki czemu,woda nie będzie już ciekła pod budynek, wymienione belki stropowe i położona blacha.
I nawet "zabytek" stoi już sobie spokojnie na swoim miejscu, w oborowym zakątku...
I tak oto zakończyły się moje remontowe zmagania, przeplatane godzinami zmagań, chwilami zwątpienia i euforii. Obora pomału dostaje drugie życie, choć jeszcze długa droga przed nią, to jednak ten pierwszy, ten najważniejszy i najtrudniejszy chyba krok, został uczyniony! Teraz będzie znów czekać, jak wszystko... na "swój" czas.
I gdybym komukolwiek, kto zastanawia się, czy remontować stare budynki, czy też nie, miała poradzić, to powiem tylko jedno... że warto remontować!
Warto, bo już sam remont, to emocje ogromne, to odnowa, nie tylko budynku, ale i samego siebie. To chwile zwatpienia i radości ogromnej, że się udało, że się nie uległo, nie poszło na łatwiznę, choć to wszystko przecież tak piekielnie trudne!
I w końcu warto, bo taki dom z historią, to COŚ jedynego i niepowtarzalnego. To klimat tamtych czasów, które będą nam towarzyszyć przesz następne lata. A razem z budynkiem gospodarczym stanowią jakże piękną całość.
I na tym koniec remontowych emocji, a ja dziękuję wszystkim tym, którzy pomagali fizycznie, psychicznie i wirtualnie w moich zmaganiach, służyli radą i dodawali otuchy w tych trudnych chwilach.
A teraz mój leptop w swoje władanie, wzięła po prostu... Żabcia!!!

Udało się! A cały ponad trzystu metrowy dach został uratowany, jego konstrukcja wzmocniona o nowe krokwie, a tym samym budynek zabezpieczony przed dalszą ruiną i "posypaniem się".
A ja, wreszcie mogę odetchnąć z ulgą i spać spokojnie, wiedząc, że dach nie runie mi któregoś dnia na głowę.
I gdy pomyślę, jak bardzo, jak wręcz panicznie bałam się tego remontu, i z jakim przerażeniem patrzyłam przez te wszystkie lata, na postępujące zniszczenia, bojąc się najbardziej tego, iż któregoś dnia może go już po prostu nie być, wystarczy przecież porządna wichura, a cały dach mógłby runąć, bo część wiedżby dachowej wisiała po prostu "na włosku"!
Ale co z tego, że o tym wszystkim wiedziałam, jeśli nie miałam nawet pojęcia, jak zabrać się do tego, nie mówiąc już o finansach, których po prostu nie miałam. Szukałam sposobu, żeby tego dokonać, szukałam odpowiednich ludzi, a nie znajdując takowych, myślałam, że już tego nigdy nie dokonam. I że to wszystko, wydaje się i tak przecież niemożliwe!
Aż w końcu... ratunek przyszedł zupełnie nieoczekiwanie i to ze strony... ŁĄKI!
Kawałek ziemi, a raczej ugoru, na który od lat nie było chętnych, bo i po co komu łąka... nagle znajduje kupca!?
Uznałam to za znak! I wtedy wypadki potoczyły się już błyskawicznie, choć zupełnie niezaplanowanie. Nagle znajduje się ekipa, która robi bardzo pozytywne wrażenie, a cenowo mieści się w cenie łąki...Tak więc nic już nie stało na przeszkodzie, aby móc zaczynać!
I tak oto, wszystko samo się rozwiązuje i układa, jakby w myśl tego, że gdy podejmie się decyzję, to cały Wszechświat sprzyja! I tym samym, moja wiekowa obórka dostaje swoje Drugie Życie!
I muszę przyznać, iz tym razem miałam wiele szczęścia, bo ekipa budowlana, czyli majster i jego dwóch pomocników okazali się ludżmi nader solidnymi, fachowcami o jakich teraz trudno. Pamiętam przecież, jaką gehennę przechodziłam z fachowcami przy remoncie domu, tak więc teraz mogę mówić o prawdziwym "wytchnieniu". A majster był na tyle wyrozumiały, że nie zarzucał mnie pytaniami, jakby przeczuwając nikłość mojej wiedzy budowlanej, za co bylam mu niezmiernie wdzięczna. Wszystko robił sam, przy pomocy obu pomocników.
A tak wygląda końcowy efekt prac: wymienione i uzupełnione belki stropowe, wstawione okna dachowe, zaołożone nareszcie rynny, dzięki czemu,woda nie będzie już ciekła pod budynek, wymienione belki stropowe i położona blacha.
I nawet "zabytek" stoi już sobie spokojnie na swoim miejscu, w oborowym zakątku...
I tak oto zakończyły się moje remontowe zmagania, przeplatane godzinami zmagań, chwilami zwątpienia i euforii. Obora pomału dostaje drugie życie, choć jeszcze długa droga przed nią, to jednak ten pierwszy, ten najważniejszy i najtrudniejszy chyba krok, został uczyniony! Teraz będzie znów czekać, jak wszystko... na "swój" czas.
I gdybym komukolwiek, kto zastanawia się, czy remontować stare budynki, czy też nie, miała poradzić, to powiem tylko jedno... że warto remontować!
Warto, bo już sam remont, to emocje ogromne, to odnowa, nie tylko budynku, ale i samego siebie. To chwile zwatpienia i radości ogromnej, że się udało, że się nie uległo, nie poszło na łatwiznę, choć to wszystko przecież tak piekielnie trudne!
I w końcu warto, bo taki dom z historią, to COŚ jedynego i niepowtarzalnego. To klimat tamtych czasów, które będą nam towarzyszyć przesz następne lata. A razem z budynkiem gospodarczym stanowią jakże piękną całość.
I na tym koniec remontowych emocji, a ja dziękuję wszystkim tym, którzy pomagali fizycznie, psychicznie i wirtualnie w moich zmaganiach, służyli radą i dodawali otuchy w tych trudnych chwilach.
A teraz mój leptop w swoje władanie, wzięła po prostu... Żabcia!!!
Juhuuu!
OdpowiedzUsuńJuhuuuu!
UsuńNo naprawdę, Amelio... jesteś szczęściarą!
OdpowiedzUsuńObora wygląda imponująco. I jest bezpieczna ;)
Ściskam Cię czule ;)
Taaaak Inkwi Kochana, jestem szczęsciarą!
UsuńKiedy wpadasz na odwiedzinki?
Wciąz czekam!
Oj Amelio nawet nie wiesz jak bardzo potrzebowałam Twojego wpisu.
OdpowiedzUsuńWieje, leje, nasz obóz został uszkodzony.
Końca złej pogody nie widać
Graszko, to wszystko normalne, budowa to deszcze, burze, huragany, nasze łzy i potem słońce i chwile niewysłowionego szczęscia, gdy budowa nawet o mały kroczek się posuwa do przodu!
UsuńI wszystko się uda, zobaczysz, tylko cierpliwości, ja przeciez przez to wszystko już dwukrotnie przechodziłam i udało się, więc i Wam sie uda!
Uściski!
A po co ten komin na środku? Piec jakowyś tam był za dawnych czasów? :)
OdpowiedzUsuńPięknie wygląda Amelio, bardzo się cieszę, jesteś Wielka i z Twoich marzeń o ratunku coś wynikło. Serdeczności kochana.
Eluś, komin był, więc go poprawiliśmy i jest dalej, bo dom bez komina nijak się ma! Ciesze się,ze wszystko dobrze poszło! Dzięki za wsparcie!
UsuńAmelio, do odawznych swiat nalezy. Gratuluje z calego serca!
OdpowiedzUsuńTrzeba podazac za marzeniami, inaczej nasze zycie byloby bardzo smutne i szare. A maszyna w koncu jest we wlasciwym miejscu i prezentuje sie wspaniale.
Pozdrawiam:)
No tak, ale ja aż taka odważna to nie jestem, bo trzęsłam sie jak galareta... ale jakoś, cudem jakimś wszystko poszło do przodu!
UsuńAmelio, bardzo prawdziwe są Twoje słowa. Coś w tym jest, że ratując stare, niekochane domy zmieniamy nie tylko je , ale i siebie. Pozdrawiam i życzę realizacji wszystkich planów :)))
OdpowiedzUsuńI wierzę też w to, że te stare domy, z wdzięczości za to że je ratujemy, współdziałają z nami... przekonałam się o tym ratując dom, a teraz oborę, tu wchodzą w grę jakieś siły nadprzyrodzone, które pomagają..., bo jak inaczej byłoby to wszystko możliwe?!!!
UsuńSzacun!
OdpowiedzUsuńDzięki dobry Sąsiedzie!
UsuńGratuluję Amelio, wygląda naprawdę wspaniale:)!
OdpowiedzUsuńDziękuję i pozdrawiam!
UsuńTyle trudu, tyle pracy, tyle emocji róznych, tyle czasu, tyle miłości......jak to miejsce musi Cie kochać:):):
OdpowiedzUsuńTak, to miłość wzajemna na dobre i na złe!
OdpowiedzUsuńA teraz pewnie zasłużony urlop od pracy, bo już od dłuższego czasu nie ma wpisu. Pozdrawiam, Wioletta z Gdyni
OdpowiedzUsuńAmelio odezwij się, bo tak smutno jakoś bez Ciebie, choć nie mam bloga i nie piszę to już od kilku lat zawsze podczytuję i podziwiam... cudowna z Ciebie kobieta
OdpowiedzUsuńAmelio odezwij się, bo tak smutno jakoś bez Ciebie, choć nie mam bloga i nie piszę to już od kilku lat zawsze podczytuję i podziwiam... cudowna z Ciebie kobieta
OdpowiedzUsuńJa tez zaglądam i tęsknię do Twoich wpisów, chociaż rozumiem, że po takich emocjach trzeba odpocząć
OdpowiedzUsuńDopiero niedawno trafiłam na tego bloga, tak bardzo mi się spodobał, a tu już koniec :( Musiała to być niesamowita przygoda i ogrom pracy przy takim remoncie! Jestem pełna podziwu!
OdpowiedzUsuńDeski tarasowe kompozytowe
Lubimy taki bieg spraw! Tak trzymać, a pod tekstem o tym, że warto remontować stary dom podpisujemy się wszystkimi łapami razem z naszym kotem! Pozdrawiamy z nad Kwisy.
OdpowiedzUsuńAmelijo! Odezwij się! Czy Cię zasypało czy padł Ci internet? Nie daj się nam martwić kochana, dzielna Kobiełko :-)
OdpowiedzUsuńtrzymam kciuki
OdpowiedzUsuńMarcin
Amelio! Jak tam u Ciebie? Pozdrowienia, już prawie świąteczne.
OdpowiedzUsuńŚwietnie, że udało się już wszystko dokończyć. Ja jeszcze jestem na etapie wstawiania okna PCV w salonie, a zanim będzie można wszystko urządzać,to trochę minie.:)
OdpowiedzUsuńW ogóle, jeśli chodzi o okna, Lubin ma całkiem spoko ofertę. Sporo wybór, w przeciwieństwie do mebli, po które będziemy musieli jechać do Wrocławia najpewniej.
OdpowiedzUsuńOstatnio też remontowałam swój dom i używałam materiałów z tej strony: https://docieplajdom.pl/pol_m_Chemia-budowlana-2209.html. Polecam ją serdecznie wszystkim, którzy chcą również wyremontować swoje małe miejsce na ziemi :)
OdpowiedzUsuń