"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

30.11.2015

Historia Nie-zwykła!

Są historie o jakich się nie mówi, ani się nie pisze, a które przecież stnieją. To ciche, poruszające historie, które dzieją się gdzieś obok nas,  w zaciszu czterech ścian, a ich bohaterzy to zwykle ludzie skromni, bez rozgłosu czyniący swoją powinność, wypływającą zwykle z potrzeby serca. 

To historie może zwykłe, ale jakże piękne!
Oto jedna z nich. Posłuchajcie.

Pani Barbara mieszka w mieście, w stolicy i od przeszło 30 lat zajmuje się bezpańskimi kotami. Najpierw dokarmiała je na ulicy, nie mogąc przejść obojętnie obok kociego nieszczęścia, potem zaczęła zabierać kocie bidy do domu. I tak narosła spora ich gromadka.
Aby ją utrzymać założyła fundację, która wielkich zysków nie przyniosła, kwestowała więc przy większych supermarketach, ale w końcu i to zostało jej odebrane. A podopiecznych przybywalo. 

Potem stało sie tak, że Pani  Barbara straciła pracę, a chcąc utrzymać swoją gromadkę, przestala, nie widząc innego wyjścia opłacać swoje mieszkanie, zaległości zatem rosły latami. 
Teraz p. Barbara ma 72 lata i 12 kotów. 

Na stronie swojej Fundacji  www. fundacjafelisfelix.pl  p. Barbara wystosowała dramatyczny apel o pomoc. 
Są tam też zdjęcia kotów, wszystkie prześliczne, zadbane, wysterylizowane i zdrowe i... czekające na nowe domy.

Ale to nie wszystko. Pani Barbarze grozi eksmisja z dotychczasowego mieszkania. Ma już przyznane lokum socjalne, o pow. 19 m, do którego może wziąść tylko JEDNEGO kota.
Większość swoich rzeczy będzie musiała pozostawić, albo oddać, gdyż nie zmieszczą się one do tak małego lokum, najbardziej szkoda jest jej ukochanych książek, z którymi musi się rozstać.

Z Panią Barbara rozmawiałam wczoraj telefonicznie. To wspaniały człowiek o Wielkim Sercu. I wierzcie mi, że byłam zdruzgotana, tym co usłyszalam.
Otóż dostała tydzień czasu na opuszczenie mieszkania. W żadnym wypadku nie zdola w ciągu tygodnia znależć nowe domy dla swych podopiecznych, a to one są dla niej najwazniejsze!

W związku z tym p. Barbara postanowiła napisać pismo o przedłużenie tego terminu, jako powód podając to,iż jest osoba samotną bez bliższej rodziny, a ta dalsza daleko, więc o pomoc w przeprowadzce musi prosić obce osoby.

Przedwczoraj udało się oddać Milusia do adopcji.  Ja chcę wziąść dwa, z tym że jest problem z ich dowiezieniem do mnie. Pozostało jeszcze 9 kocich  Istnień!

 A czasu tak niewiele! I jeśli one nie znajdą jak najszybciej domów, straż Miejska zgarnie  wszystkie do schroniska. A Pani  Barbarze pęknie serce  z bólu!

Takich ludzi, jak Pani Barbara powinno sie pokazywać, honorować, odznaczać... a uważa się ich za...wariatów! Jakie to smutne!
Mam wrażenie,że nasz świat staje się coraz bardziej bezduszny!

Grudzień to miesiąc szczególny. To miesiąc dobrych uczynków. To miesiąc, w którym ludzkie serca się otwierają, a dobro plynie strumieniem. 

Dlatego wierzę, że i ta historia, zakończy się pomyślnie, tak jak wiele innych!
I że mimo całej tej bezduszności... ludzi dobrej woli wciąż nie brak!
I to oni właśnie czynią ten świat piękniejszym!


P.s. Wstawiajcie proszę na swoich stronach banerki ze stroną Fundacji Pani Barbary.
        A ja szukam kogoś, kto dowiezie do mnie oba koty.











   

10.11.2015

Gumisie.

Każdy dobrze wie, jak to jest pięknie, iść przez rozświetlony słońcem las... z koszyczkiem w ręku i z wesoło biegnącą obok Wandzią... i  rozkoszować się ciszą i czystym leśnym powietrzem... spoglądać na pięknie przystrojone w jesienną szatę drzewa... i cieszyć się zebranymi grzybami...

 





Ale tej jesieni bylo inaczej.
 Tej jesieni, jak również tej wiosny, tego lata i tej zimy....las objęła w swoje panowanie ekipa... "Gumisi" .
Gumisie, jak nazywają ich miejscowi , w swoich pomarańczowych chełmach  i kamizelkach migają jedynie   pomiędzy drzewami, przypominając "bajkowych krasnali"... z tym, że do bajki tutaj daleko, a oni sami są znacznie mniej szlachetni.
Gumisie.. cechują się oprócz swojego stroju, wyjątkową systematycznością i zacięciem  w swojej pracy tj. drzewa padają jak przyslowiowe"mrówki', a ryk motorowych pił słychać wszędzie. 
Dlatego też spacer leśnymi ścieżkami wśród ściany pociętych drzew i wśród wycia motorowych pił, już dawno przestał być przyjemnością!  

 



Dramat drzew, zwierząt  i ptaków, które tracą swój dom, trwa nieprzerwanie od miesięcy. Pisałam już o tym w zimowym poście, mając wówczas nadzieję na jego rychłe zakończenie.






Gumisie zawsze krzywią się na mój widok.
Nie rozumieją, dlaczego chodzę po lesie i zamiast zbierać sobie grzybki, robię jakieś zdjęcia... lub stoję nad ściętymi drzewami... albo zbieram śmieci... no, tego to już w ogóle nie rozumieją. Usiłują być mili, zaglądają mi do koszyka, a gdy ich mijam, pytają grzecznie, jak udało się grzybobranie... ale  widząc kilka zaledwie grzybków, kilka butelek i różnych śmieci... odchodzą szybko do swojej pracy, a gdy widzą mnie z...  taczką są zupelnie zdezorientowani.
Gumisie nie rozumieją dlaczego wciąż i tak uparcie jestem przeciwna wycince drzew i dlaczego nie potrafię zrozumieć tego,że oni wykonują jedynie swoją pracę?!
Wiem, rozumiem, że to Lasy Państwowe i etc... Jednak, nie da się zaprzeczyć faktu, że codziennie z rąk Gumisi giną drzewa! Dziesiątki drzew!

 

 


Nigdy więc nie zrozumiem, ani nawet nie polubię Gumisi!  A zresztą nie o to tu przecież chodzi, chodzi o drzewa i o to, że lasu tak bardzo i to bardzo... ubywa!  I ja to wciąż widzę... i widzę, jak w tygodniu kilka ogromnych 40-tonowych ciężarówek wyjeżdza z lasu, z pełnym ładunkiem drewna!
 I nikt już nawet nie zauważył tego, że mały mostek obok mojego domu, pod którym płynie mój strumyk  dawno już został zarwany...  ani nawet tego, że po wąskiej szutrowej, wśród lasu biegnącej drodze... jedynie 7 ton może przejechać... ani na przyklad tego, jak bardzo już zdewastowane są ciężkim sprzętem drogi i scieżki leśne... ani też tego, jak bardzo przestraszone są zwierzęta i że już wcale i nigdzie ich nie widać! 
A to co się dzieje, to prawdziwa dewastacja lasu!

Gumisie mówią na mnie " ta jędza"  lub "ta wiedżma z lasu"... a raz nawet widzieli, jak miałam w koszyku kilka wyjątkowo pięknych i okazałych muchomorów, które, tak mimochodem, jak na "jędzę" przystało im pokazałam... mowiąc, że to na miksturę, po której czuję się coraz lepiej!







Kiedyś, pamiętam, las był dla mnie... jedną, wielką  Abstrakcją.
 Żyłam sobie w wielkim mieście, tym jego pulsującym życiem i wszystkim tym, co z nim związane było. A las znałam jedynie z wakacji, czy też z krótkich wypadów za miasto. I to wszystko. 
I dopiero tutaj, gdy zamieszkalam na jego skraju, a jego problemy stały się tak bliskie, tak namacalne, tak widoczne... pojęłam tak naprawdę... czym jest las. Dotarlo do mnie, że to Płuca Ziemi. A każde z drzew jest na wagę złota.




Zawsze gdy wchodzę do lasu, wstrzymuję oddech. I czuję się tak, jakbym wkraczała do innego świata, przekraczała jakąś niewidzialną granicę.
A on zawsze zachwyca mnie swoim pięknem. Wciąż i niezmiennie i o każdej porze roku potrafi zachwycić!  Wielkie, dostojne dęby, wysmukłe brzozy, aż do nieba sięgające sosny...  Umierają teraz stojąc!
W milczeniu. Najpierw obdarowują ludzi tak szczodrze swoimi darami, po to, aby potem właśnie z ich rąk zginąć! Cóż za paradoks!







Kiedyś przecież też ścinano drzewa, ale to były dzialania wyważone, nie niosące większej szkody środowisku.
A ludzie szanowali przyrodę, żyli jej rytmem. A gdy wchodzili do lasu, to czapki z głów zdejmowali, kłaniali się drzewom, pozdrawiali je, a one wysyłały im dobrą energię. Świat był przyjazny dla drzew. Teraz drzewa to towar, nikt już nimi się nie przejmuje,  nikt ich nie pozdrawia, mało kto docenia ich piękno i ich niezwykłą moc!


O ratunek wołają też inne lasy. Wiele lasów. W tym Puszcza Karpacka, w której od miesięcy trwa pogrom drzew. Można jeszcze podpisać petycję o jej ratunek /SOS Karpaty/, tylko trzeba sie pospieszyć. One i zwierzęta same o siebie nie zawalczą. To my musimy to zrobić!






Zastanawiam się, czy istnieje coś takiego, jak... zemsta drzew... zemsta zwierząt?!
Bo nie jest przecież tak, że wszystko, cokolwiek się uczyni, powraca?

Najbardziej lubię te dwie historie. Obie opowiadał mi sąsiad.

Pierwsza jest taka:
gdy leśniczy ustrzelił jelenia, a był to wyjątkowo piękny i dorodny okaz, a może nawet przywódca stada?
I myśląc, że ten już nie żyje, podszedł do niego. A wtedy jeleń... podniósł się, raniąc go ciężko w nogę!

I Druga:
szef ekipy Gumisi, chłop młody, zdrowy i silny dostał nagle tak wysokiego ciśnienia, że karetka na sygnale zabrała go z lasu. Leżał na oddziale intensywnej terapii. Cudem ocalał.  "To od tych słodyczy" powiedział sąsiad. A ja tylko się uśmiechnęłam... do drzew oczywiście!

Tak, tak  jędzowata jestem. Chociaż, dla mnie wciąż dużo straszniejsze, jest codzienne zabijanie drzew!?






I póżno-jesiennie się zrobiło. Mgły otuliły las, jakby go ochronić, czy pocieszyć chcialy!? 
Przyroda, drzewa, zwierzęta szykują się do spoczynku, po tym jak kwitły i soki puszczały, jak rodziły i pełnią życia żyły. 
Las jesienny, to las najcichszy. I tylko opadające leciutko liście słychać, które jak ciepła pierzynka otulają ziemię.
Ale tej jesieni, nie dane jest temu lasowi odpocząć!  
Gumisie nie ustają w swojej akcji. Ambitnie  rżną coraz bardziej, coraz dłużej, coraz zacieklej. Bo i póżnym popoludniem słychać przeszywajace do szpiku kości wycie motorowych pił... pewnie nadgodziny robią!

Dziś jakoś wcześniej skończyli, więc poszłam do lasu. I to co zobaczyłam, powaliło mnie z nóg!
 Zryte ścieżki leśne, połamane i pocięte, walające się wszędzie gałęzie... i tylko śmieci pozbierane, a jednak, czegoś się chociaż nauczyli!  Ręce same zaciskają się w pięści! 
To pożoga!  



Dlaczego wciąż istnieją ludzie, tacy jak Gumisie, którzy zachowują się tak, jakby  ŻADNEGO  piękna wokół siebie nie widzieli... i jakby te drzewa  NIC  dla nich nie znaczyły!?!

I zastanawiam się... jak, takie Gumisie, po ośmiu godzinach swojej pracy tj.  rżnięcia drzew, wracają do domu... I siadają ze swoimi dziećmi przy stole... i opowiadają o swoim pracowitym dniu... I mówią, że przez osiem godzin rżnęli drzewa... I czego te dzieci się uczą?! Tego, że te drzewa NIC... naprawdę NIC  nie znaczą!?!
A czy one same, kiedyś już jako dorośli, gdy wejdą do takiego... "lasu" bez drzew, które ich ojcowie w pień wyrżnęli, też pomyślą... to byla tylko ich praca!?

Bo ich ojcowie, ci i inni, niestety... zapomnieli o tym, że są jedynie gośćmi na tej planecie!











29.10.2015

Jesienne prace.

Jesień to długa lista koniecznych i mozolnych prac, które należy wykonać przed nadejściem zimy. Zawsze z niechęcią się do tego zabieram... i zawsze ogarnia mnie smutek, nad którym trudno zapanować, mając świadomość, że coś się kończy.

Tej jesieni oprócz tego, że sprzątam, sadzę, przesadzam, kopię przekopuję... to i co najważniejsze nawożę i to prawdziwym obornikiem.
Nigdy dotąd, odkąd tu zamieszkałam nie nawozilam tak naprawdę, bo suchy nawóz i gnojówki to przecież nie to samo, co prawdziwy obornik. Tej jesieni, widząc, że moja ziemia już coraz bardziej wyjałowiona, a wszystko słabo rośnie, uznałam za konieczność ją nawieść.
Zdobycie obornika nie było sprawą łatwą, gospodarzy tutaj na moich terenach coraz mniej, a wszyscy przeważnie mają obornik kurzy. Ale w końcu udało mi się zdobyć dobry, zleżały krowi obornik.



No, naprawdę piękny!

Postanowiłam podobnie jak Igor z blogu ''przez rok nie kupię jedzenia", a wzorem pewnego japońskiego rolnika Fukuoki, który w swojej książce, której nie czytałam,  radzi ''co zrobić, aby się jak najmniej narobić'' i  proponuje w związku z tym  "grządki dla leniwych", jak je nazywa, czyli grządki bez przekopywania.

Pomyślałam, że to coś dla mnie, zważywszy, iż całą tą robotę, muszę wykonać sama.  Jeszcze w ubiegłym roku mogłam liczyć na pomoc mojego wieloletniego pomocnika, który niestety, obecnie nie jest już w stanie podjąć się czegokolwiek, jako że choroba alkoholowa poczyniła wyrażne postępy, z której po tym , jak ostatnio zasnął sobie "snem sprawiedliwych" u mnie na słomie, postanowił widać już nie wychodzić.
Cóż nie było rady, musiałam sama się z tym zmierzyć...

 Moje nowe grządki powstają z tyłu za oborą, tam gdzie cały czas mam tzw. "wieczny  ugór" który od lat wygląda tak samo, a ja skaszam go jedynie dwa razy do roku kosą, kiedyś go zbronowalam i zaorałam, ale i tak, nic to nie dało, bo chwasty wśród traw rosną bardzo bujnie. Tam też znajduje się mój ogródek warzywny i poletko z ziemniakami.

 



Na tej właśnie trawie w trzech  miejscach robię nowe grządki. Cala praca polega na rozrzuceniu  obornika, przykryciu go kartonami i na to słomą.


 


 

 Proste, tak mi się na początku  wydawało. Ale, gdy przyszło mi rozrzucić na dość sporej powierzchni obornik, a potem rozgrabić te wielkie zbite bryły... to ufff... okazało się, że to wcale nie takie proste i wymaga siły. A jeszcze potem  porwanie na kawalki dość twardych kartonów, miałam głównie te po bananach, bo najmniej zadrukowane, poprzykrywanie tego wszystkiego słomą... no nie wiem, czy to takie proste jak pisze ów Fukuoka. Ja, w każdym razie narobiłam się porządnie i zajęło mi to aż cztery dni.
A nowe grządki wygladają tak:





 






Część ziemi nakryłam tylko obornikiem i słomą, bo kartonów zabrakło.  Wiosną będę mogła je porównać.
W podobny sposób traktuję również ''stare" grządki, gdzie jest ogródek warzywny. 

Teraz pod tekturą rozpocznie się lada moment nowe życie. Pojawią się dżdżownice, chrabąszcze, bakterie i grzyby. I to one bedą wykonywać całą potrzebną pracę. Przekopią również moje grządki.
Mam nadzieję, że wszystko się uda, chyba że coś zrobiłam nie tak!?
Ciekawa jestem, czy ktoś z Was coś takiego już robił, chetnie posłucham doświadczeń innych, bo ja wciąż w kwestiach ziemi tkwię na etapie początkujacym.

I oczywiście najbardziej zadowolone z "naszej " pracy były psy...

 



A jesień wciąż taka piękna, ciepła i łaskawa...i  naprawdę "złota"... jeszcze kwitną poziomki!




 Pozdrawiam Wszystkich jesiennie i oby ciepłe, słoneczne dni jak najdłużej się jeszcze utrzymały!




5.10.2015

Gorące lato.


Na początek  ściskam Was Kochani i myślę, że macie się dobrze. Dziękuję za Waszą troskę i  przepraszam, że tak długo się nie odzywałam, ale pracy było znów tak dużo, a ja już tak mam, że to co robi się normalnie na bieżąco i systematycznie, odkładam na lato, czekając na przyjazd rodziny i spiesząc się wtedy jak opętana, żeby ze wszystkim zdążyć, zanim znów wszyscy powyjeżdżają.
 Dlatego też zawykle latem robię sobie przerwę internetową, aby nie tracić czasu, no a wieczory wiadomo z bliskimi,  przy ognisku, tak rzadko ich przeciez widuję, że trudno inaczej.
W każdym razie znów jestem cała i zdrowa i wraz z jesienią wracam na internetowe "łono". Będę znów pisywać, jak zwykle i może tym razem nieco częściej mi się uda.  Będę się starać przynajmniej. Bo przecież remont 100-letniej chaty tak szybko pewnie się nie skończy. I przy tym zawsze coś się dzieje, mniej lub bardziej ważnego, jak to zwykle w życiu bywa. 

Tak więc wracając do lata, to było ono naprawdę "gorące", dosłownie i w przenośni, bo i pogoda była przepiękna... i pracy było w brud.
I mimo suszy, kwiaty, owoce i warzywa obrodziły jak żadnego roku...
Oto  krótkie jego wspomnienie...


 

 







 



 

 

 


Najważniejszą rzeczą jaką zrobilśmy  było ogrodzenie, ogrodziliśmy ogromny teren z tyłu i z obu boków. Stara siatka leśna była już w opłakanym stanie, stratowana w wielu miejscach przez zwierzynę leśną i moje psy. Nowe ogrodzenie było od dawna konieczne, a ja wciąż zwlekałam, w końcu nie dało się dłużej czekać, i choć było niełatwo, bo teren trudny, nierówny, graniczący z jednego boku z lasem i strumykiem, ale się udało. I teraz jest wspaniale, głównie dla Maksa, bo to ogrodzenie to przecież dla niego, ja dla siebie nigdy nie założyłabym siatki, a jeśli już, to coś zielonego... ale cóż jak się ma psy, to jest tak , że one niekiedy bywają najważniejsze. A  u mnie już tak jest, że wszystko robione jest pod te moje zwierzaki.

Ale teraz nareszcie oddycham z prawdziwą ulgą, bo Maks może biegać swobodnie... bo jak dotąd, z racji swoich leśnych wypadów na zwierzynę i sąsiedzkie kury był niestety wiązany. A ja wciąż drżałam z niepokoju, a jego ucieczki były dla mnie udręką. A teraz... cóż  to za ulga dla mnie i dla niego, a ja nie muszę uważać, czy się nie zerwał... czy leśniczy go nie dopadł... może jak Bobusia... ech, ten płot należało dużo wcześniej zrobić, ale cóż i tak się cieszę, że w końcu jest... a Maks taki szczęśliwy!




 



 


Przestawiłam też piec, wyburzając przy okazji dwie ściany w kotłowni, ale teraz piec od nowa podłączony i ustawiony lepiej grzeje, no i dym nie wali wszystkimi możliwymi otworami.

I w końcu zaczęły się też prace "oborowe". Moja wiekowa obórka coraz bardziej chyliła się ku upadkowi, a ja bałam się już do niej wchodzić, niektóre krokwie już jedynie wisiały, grożąc lada moment zawaleniem. Z coraz większym niepokojem patrzyłam na to wszystko, myśląc co dalej.
W końcu dłużej nie dało się czekać i tego lata zaczęliśmy akcję ratunkową. Najbardziej zagrożone krokwie zostały wymienione lub dosztukowane. Wszystkiego nie udało się zrobić, czasu zabrakło i reszta została odłożona na następne lato... które w ten sposób już teraz się zapełnia! Zastanawiam się,  czy będzie kiedyś tak, że ja sobie wyjadę, ot tak po prostu... albo pourlopuję w swoim  własnym domu?!
Albo odpocznę od remontowania!?

 




W obórce oprócz tego została oszklona reszta tylnich okien i wstawione górne boczne dzrzwi, bez których lało się do środka i należało to już też dawno zrobić.
Oprócz tego jak zwykle latem malowanie wszystkiego, co tylko się dało... a więc domu od środka, bo ściany były naprawdę czarne od walącego nawet otworami kominkowymi dymu. Śmiałam się,że żyję w "czarnej izbie" tak, jak dawniej, choć naprawdę nie do śmiechu mi było, bo nałykałam się tego dymiska przecież nie mało... ale nic mi nie jest, już taka baba z żelaza się zrobiłam i nic widać mi nie straszne!

 

Potem malowanie nowej bramy z tyłu i furtek, okien i drzwi oborowych. Działałyśmy na tym polu głównie z córką, jako że malowanie to moja druga pasja, po remontowaniu!

Nie  udało mi się tego lata podziałać w glinie, choć było w planie wykonanie chociażby kawałka glinianego płotu,  ale już czasu zabrakło, więc przełożone zostało to na następne lato, które już teraz zapowiada się "gorąco"!

I oczywiście przez cały czas już od wiosny, szykowanie drewna opałowego. W końcu  już pojęłam,  jak ważny jest opał i że należy go szykować latem, mając w pamięci moje pierwsze zimy, gdy w śniegu po kolana ścinaliśmy z sąsiadem osiki, a ja kopałam tunel w śniegu, aby dojechać taczką do domu. A potem paliłam tymi mokrymi gałęziami w piecu... nic dziwnego, że temperatura stała w miejscu, a ja jedynie zaciskałam pięści do bólu, przyrzekając sobie, że nigdy więcej już do tego nie dopuszczę!


 

I były też chwile bardzo przyjemne, gdy jak co roku odwiedzały mnie różne osoby, marzące o podobnym życiu, które czytając mój blog chciały zobaczyć, przekonać się, jak to życie tak naprawdę wygląda.
A każda z nich w czymś mi pomogła... i to też było bardzo przyjemne!

 I tak wizyta Ani zaowocowała wspólnym wykonaniem dwóch stołów ogrodowych, bo stare już się przez zimę posypały...

 

 Iza zrobiła bardzo śliczną ławeczkę z palet... 



Reiner zaś, załatał dziurę w oborowym dachu, zrobił obudowę do ogrodowego prysznica oraz zajął się... edukacją Maksa, czyli próbą oduczenia go jego myśliwskich zapędów, co jednak nie przyniosło pożądanych rezultatów i tu płot okazał się najlepszym rozwiązaniem.

I tak sobie myślę... ilu ludzi tu do mnie przyjeżdża, zupełnie obcych, takich zwykłych jak ja... i  tak, jak ja marzących o innym życiu... i jak wiele każdy z nich wnosi do tego mojego świata... czy to słowem, czy czynem... pomaga, zostawia jakiś ślad. A ja daję im nadzieję... że wszystko może się udać!
Pozdrawiam Was wszystkich i zapraszam na następne gorące lato!

I tak oto nastała jesień. Piękna, ciepła, pełna snujących się nitek babiego lata.
A ja najpierw... padłam... potem się pochorowałam... i  w końcu zwolniłam. I jak KOT zaczęłam wygrzewać się w słońcu.
I teraz nie robię prawie nic... oprócz tego, że zbieram i suszę zioła, zbieram grzyby, robię przetwory.
W tym roku po raz pierwszy byłam na grzybach, choć las mam na wyciągnięcie ręki, ale zawsze mówiłam, że nie mam czasu...


 

 
 

Dziś zrywałam owoce czarnego bzu, którego tak pełno u mnie za płotem, a potem siedziałam w słońcu, w słomkowym kapeluszu, zupełnie jak latem i obrywałam małe kulki dzikiego bzu, z których zrobiłam kilka słoiczków konfitur.
Moja spiżarnia pomału się zapełnia.

 


Jak ja marzyłam o tym całymi latami, zamknięta w klatce bloku, o swoich własnych przetworach! Pamiętam , jak kupowałam je na niemieckim targu, płacąc krocie za jeden malutki słoiczek domowych konfitur. A potem skladałam te słoiczki z namaszczeniem, owijając każdy w szeleszczący cieniutki papier do kartonów, wiedząc, że... to musi nastapić i że to tylko kwestia czasu!
 I gdy tu przyjechałam z tymi kartonami, na których pisało ''Uwaga szkło"... a było ich kilka, wszyscy dziwili się, myśląc, że to coś cennego, może stara porcelana... a to tylko słoiki, myśleli wtedy, że napewno zwariowałam!
I nikt nie wiedział, jak cenne one dla mnie były!

 


I w końcu... po "gorącym" lecie... postanowiłam zwolnić. Mieć czas, którego, nawet tutaj zawsze mi brakowało. Muszę sobie  przecież przypomnieć, że właśnie po to tutaj jestem... po to zamieszkałam w tej starej chacie pod lasem....i po to zmieniłam swoje życie... aby zwolnić.

I zwolniłam na... tydzień cały... bo teraz znów zaczęły się prace przy budowie oczyszczalni. Z tym, że to już i na szczęście,  nie ja robię, tylko fachowiec.

 

 


 Tak więc żegnaj moja kochana "sławojko"... teraz nareszcie bedę miała "luksusy" i będę mogła normalnie, jak wszyscy cywilizowani ludzie żyć, korzystając z ŁAZIENKI!
Tak, tak...czas w końcu porzucić to życie Robinsona Cruzoe i pójść z postępem, tak orzekła rodzina , a ja już nawet nie śmiałam się sprzeciwiać.
Ło,Matko... i jak ja to wytrzymam, tyle luksusu naraz?!





 Ale  potem... gdy już wszystko się pokończy, te wszystkie prace, których szczerze mam dosyć... będę znów tak jak kot... mogła wygrzewać się leniwie w słońcu, jeśli jeszcze dopisze... mrużąc oczy w zdziwieniu nad światem... albo będę ze spokojem przyglądać się... jak pszczoła spija nektar z jeszcze wciąż tak pięknie kwitnących kwiatów dalii... albo podziwiać cieniutkie, pajęcze nitki, srebrzące się wciąż na kwiatach i liściach... albo będę patrzeć na baraszkujące w słońcu psy i utrwalać to wszystko w obiektywie...  myśląc... jak ulotne są te chwile i jak przecież ważne! 






... i oczywiście będę pisać bloga i ... czytywać systematycznie inne blogi... i tak łatwo na wszystko znajdę czas!
Miłego wieczoru Kochani!