Na początek ściskam Was Kochani i myślę, że macie się dobrze. Dziękuję za Waszą troskę i przepraszam, że tak długo się nie odzywałam, ale pracy było znów tak dużo, a ja już tak mam, że to co robi się normalnie na bieżąco i systematycznie, odkładam na lato, czekając na przyjazd rodziny i spiesząc się wtedy jak opętana, żeby ze wszystkim zdążyć, zanim znów wszyscy powyjeżdżają.
Dlatego też zawykle latem robię sobie przerwę internetową, aby nie tracić czasu, no a wieczory wiadomo z bliskimi, przy ognisku, tak rzadko ich przeciez widuję, że trudno inaczej.
W każdym razie znów jestem cała i zdrowa i wraz z jesienią wracam na internetowe "łono". Będę znów pisywać, jak zwykle i może tym razem nieco częściej mi się uda. Będę się starać przynajmniej. Bo przecież remont 100-letniej chaty tak szybko pewnie się nie skończy. I przy tym zawsze coś się dzieje, mniej lub bardziej ważnego, jak to zwykle w życiu bywa.
Tak więc wracając do lata, to było ono naprawdę "gorące", dosłownie i w przenośni, bo i pogoda była przepiękna... i pracy było w brud.
I mimo suszy, kwiaty, owoce i warzywa obrodziły jak żadnego roku...
Oto krótkie jego wspomnienie...
Najważniejszą rzeczą jaką zrobilśmy było ogrodzenie, ogrodziliśmy ogromny teren z tyłu i z obu boków. Stara siatka leśna była już w opłakanym stanie, stratowana w wielu miejscach przez zwierzynę leśną i moje psy. Nowe ogrodzenie było od dawna konieczne, a ja wciąż zwlekałam, w końcu nie dało się dłużej czekać, i choć było niełatwo, bo teren trudny, nierówny, graniczący z jednego boku z lasem i strumykiem, ale się udało. I teraz jest wspaniale, głównie dla Maksa, bo to ogrodzenie to przecież dla niego, ja dla siebie nigdy nie założyłabym siatki, a jeśli już, to coś zielonego... ale cóż jak się ma psy, to jest tak , że one niekiedy bywają najważniejsze. A u mnie już tak jest, że wszystko robione jest pod te moje zwierzaki.
Ale teraz nareszcie oddycham z prawdziwą ulgą, bo Maks może biegać swobodnie... bo jak dotąd, z racji swoich leśnych wypadów na zwierzynę i sąsiedzkie kury był niestety wiązany. A ja wciąż drżałam z niepokoju, a jego ucieczki były dla mnie udręką. A teraz... cóż to za ulga dla mnie i dla niego, a ja nie muszę uważać, czy się nie zerwał... czy leśniczy go nie dopadł... może jak Bobusia... ech, ten płot należało dużo wcześniej zrobić, ale cóż i tak się cieszę, że w końcu jest... a Maks taki szczęśliwy!
Przestawiłam też piec, wyburzając przy okazji dwie ściany w kotłowni, ale teraz piec od nowa podłączony i ustawiony lepiej grzeje, no i dym nie wali wszystkimi możliwymi otworami.
I w końcu zaczęły się też prace "oborowe". Moja wiekowa obórka coraz bardziej chyliła się ku upadkowi, a ja bałam się już do niej wchodzić, niektóre krokwie już jedynie wisiały, grożąc lada moment zawaleniem. Z coraz większym niepokojem patrzyłam na to wszystko, myśląc co dalej.
W końcu dłużej nie dało się czekać i tego lata zaczęliśmy akcję ratunkową. Najbardziej zagrożone krokwie zostały wymienione lub dosztukowane. Wszystkiego nie udało się zrobić, czasu zabrakło i reszta została odłożona na następne lato... które w ten sposób już teraz się zapełnia! Zastanawiam się, czy będzie kiedyś tak, że ja sobie wyjadę, ot tak po prostu... albo pourlopuję w swoim własnym domu?!
Albo odpocznę od remontowania!?
W obórce oprócz tego została oszklona reszta tylnich okien i wstawione górne boczne dzrzwi, bez których lało się do środka i należało to już też dawno zrobić.
Oprócz tego jak zwykle latem malowanie wszystkiego, co tylko się dało... a więc domu od środka, bo ściany były naprawdę czarne od walącego nawet otworami kominkowymi dymu. Śmiałam się,że żyję w "czarnej izbie" tak, jak dawniej, choć naprawdę nie do śmiechu mi było, bo nałykałam się tego dymiska przecież nie mało... ale nic mi nie jest, już taka baba z żelaza się zrobiłam i nic widać mi nie straszne!
Potem malowanie nowej bramy z tyłu i furtek, okien i drzwi oborowych. Działałyśmy na tym polu głównie z córką, jako że malowanie to moja druga pasja, po remontowaniu!
Nie udało mi się tego lata podziałać w glinie, choć było w planie wykonanie chociażby kawałka glinianego płotu, ale już czasu zabrakło, więc przełożone zostało to na następne lato, które już teraz zapowiada się "gorąco"!
I oczywiście przez cały czas już od wiosny, szykowanie drewna opałowego. W końcu już pojęłam, jak ważny jest opał i że należy go szykować latem, mając w pamięci moje pierwsze zimy, gdy w śniegu po kolana ścinaliśmy z sąsiadem osiki, a ja kopałam tunel w śniegu, aby dojechać taczką do domu. A potem paliłam tymi mokrymi gałęziami w piecu... nic dziwnego, że temperatura stała w miejscu, a ja jedynie zaciskałam pięści do bólu, przyrzekając sobie, że nigdy więcej już do tego nie dopuszczę!
I były też chwile bardzo przyjemne, gdy jak co roku odwiedzały mnie różne osoby, marzące o podobnym życiu, które czytając mój blog chciały zobaczyć, przekonać się, jak to życie tak naprawdę wygląda.
A każda z nich w czymś mi pomogła... i to też było bardzo przyjemne!
I tak wizyta Ani zaowocowała wspólnym wykonaniem dwóch stołów ogrodowych, bo stare już się przez zimę posypały...
Iza zrobiła bardzo śliczną ławeczkę z palet...
Reiner zaś, załatał dziurę w oborowym dachu, zrobił obudowę do ogrodowego prysznica oraz zajął się... edukacją Maksa, czyli próbą oduczenia go jego myśliwskich zapędów, co jednak nie przyniosło pożądanych rezultatów i tu płot okazał się najlepszym rozwiązaniem.
I tak sobie myślę... ilu ludzi tu do mnie przyjeżdża, zupełnie obcych, takich zwykłych jak ja... i tak, jak ja marzących o innym życiu... i jak wiele każdy z nich wnosi do tego mojego świata... czy to słowem, czy czynem... pomaga, zostawia jakiś ślad. A ja daję im nadzieję... że wszystko może się udać!
Pozdrawiam Was wszystkich i zapraszam na następne gorące lato!
I tak oto nastała jesień. Piękna, ciepła, pełna snujących się nitek babiego lata.
A ja najpierw... padłam... potem się pochorowałam... i w końcu zwolniłam. I jak KOT zaczęłam wygrzewać się w słońcu.
I teraz nie robię prawie nic... oprócz tego, że zbieram i suszę zioła, zbieram grzyby, robię przetwory.
W tym roku po raz pierwszy byłam na grzybach, choć las mam na wyciągnięcie ręki, ale zawsze mówiłam, że nie mam czasu...
Dziś zrywałam owoce czarnego bzu, którego tak pełno u mnie za płotem, a potem siedziałam w słońcu, w słomkowym kapeluszu, zupełnie jak latem i obrywałam małe kulki dzikiego bzu, z których zrobiłam kilka słoiczków konfitur.
Moja spiżarnia pomału się zapełnia.
Jak ja marzyłam o tym całymi latami, zamknięta w klatce bloku, o swoich własnych przetworach! Pamiętam , jak kupowałam je na niemieckim targu, płacąc krocie za jeden malutki słoiczek domowych konfitur. A potem skladałam te słoiczki z namaszczeniem, owijając każdy w szeleszczący cieniutki papier do kartonów, wiedząc, że... to musi nastapić i że to tylko kwestia czasu!
I gdy tu przyjechałam z tymi kartonami, na których pisało ''Uwaga szkło"... a było ich kilka, wszyscy dziwili się, myśląc, że to coś cennego, może stara porcelana... a to tylko słoiki, myśleli wtedy, że napewno zwariowałam!
I nikt nie wiedział, jak cenne one dla mnie były!
I w końcu... po "gorącym" lecie... postanowiłam zwolnić. Mieć czas, którego, nawet tutaj zawsze mi brakowało. Muszę sobie przecież przypomnieć, że właśnie po to tutaj jestem... po to zamieszkałam w tej starej chacie pod lasem....i po to zmieniłam swoje życie... aby zwolnić.
I zwolniłam na... tydzień cały... bo teraz znów zaczęły się prace przy budowie oczyszczalni. Z tym, że to już i na szczęście, nie ja robię, tylko fachowiec.
Tak więc żegnaj moja kochana "sławojko"... teraz nareszcie bedę miała "luksusy" i będę mogła normalnie, jak wszyscy cywilizowani ludzie żyć, korzystając z ŁAZIENKI!
Tak, tak...czas w końcu porzucić to życie Robinsona Cruzoe i pójść z postępem, tak orzekła rodzina , a ja już nawet nie śmiałam się sprzeciwiać.
Ło,Matko... i jak ja to wytrzymam, tyle luksusu naraz?!
Ale potem... gdy już wszystko się pokończy, te wszystkie prace, których szczerze mam dosyć... będę znów tak jak kot... mogła wygrzewać się leniwie w słońcu, jeśli jeszcze dopisze... mrużąc oczy w zdziwieniu nad światem... albo będę ze spokojem przyglądać się... jak pszczoła spija nektar z jeszcze wciąż tak pięknie kwitnących kwiatów dalii... albo podziwiać cieniutkie, pajęcze nitki, srebrzące się wciąż na kwiatach i liściach... albo będę patrzeć na baraszkujące w słońcu psy i utrwalać to wszystko w obiektywie... myśląc... jak ulotne są te chwile i jak przecież ważne!
... i oczywiście będę pisać bloga i ... czytywać systematycznie inne blogi... i tak łatwo na wszystko znajdę czas!
Miłego wieczoru Kochani!