"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

12.04.2014

Wspomnienia cz.4... czyli jeden dzień z życia wiejskiej kobiety.


Szósta trzydzieści rano.
Budzi mnie Anioł. Cichutkie pomrukiwanie jest takie przyjemne. Anielski siedzi na nocnej szafce, patrzy na mnie i mruczy cichutko, mądry koteczek, wie, że jego pani nie znosi głośnych budzików. Teraz on przejął funkcję  Loli, stając się budzikiem. Patrzę na niego spod przymrużonych powiek, udając, że nie widzę. Mruczy i czeka aż się obudzę. Otwieram po chwili oczy i wtedy próbuje złapać łapką moją powiekę, w końcu daję za wygraną i wyciągam rękę, głaszczę szare futerko, które ociera się teraz o moją twarz.
Już chociażby dla tych Anielskich pobudek... warto było tu zamieszkać! 

Wstaję. Anielski ociera się o moje nogi. Wypuszczam Boba, który jako jedyny śpi w domu, reszta pilnuje, wpuszczam Różę, która w drzwiach ociera się o Boba. Wiadomo, są  zaprzyjażnieni... niekiedy nawet sypiają razem, jak Róża ma ochotę. Bo Róża to najbardziej wolny kot, wolny i niezależny, więc robi tylko to, co chce.
Z kanapy z koronkową narzutką podnosi się Pola. Przeciąga się leniwie, ziewa i majestatycznym krokiem idzie do kuchni, po drodze sycząc na Różę, swoje dziecko, którego nie toleruje. Madame,  nie toleruje zresztą nikogo, oprócz mnie swojej ukochanej pani, całą resztę lekceważy i potrafi nawet łapką pacnąć.
Ot, z charakterem koteczka!
 
Ubrana już w codzienny strój, zadowolona, iż tak bezproblemowo udaje mi się teraz ubierać, nie tracąc godzin na zastanawianie się... a w co ja się dzisiaj ubiorę?! i na przerzucanie w popłochu stosu ubrań w przepastnej szafie, aby w końcu stwierdzić z przerażeniem... O, Matko, nie mam się w co ubrać!
Obecnie mam kilka wersji roboczych i zmieniam jedynie brudne na czyste. Jakże cudownie proste może być życie!
Obuwie też bezproblemowo, bez zmian-gumiaczki, a zimą  filcogumiaczki. Jedynie latem jakieś klapki.
Z fryzurą też nie ma problemu, na głowę czapa, kurtka, rękawice robocze! Wszak psy i tak wpadną w dziki szał na mój widok!
Otwieram drzwi, koty wychodzą, psy rzucają się na mnie, nie posiadając się ze szczęscia, tak jakby nasza rozłąka była co najmniej kilku miesięczna. Jestem z miejsca uwalana piachem i błotem. Biorę Maksa na smycz i idziemy na spacer.
Za nami, choć zawsze w pewnej odległości posuwa się prawie niezauważalnie... Anioł.
Nasz codzienny Stróż.

Rześkie chłodne powietrze orzeżwia twarz. Mgła snuje się po polach, pod lasem widać sarny. Nad głową z głośnym krzykiem przelatuje stadko dzikich gęsi. Po łące majestatycznie kroczy bocian. Psy rozbiegają się po polach, Maks też się podrywa, ale kolczatka go blokuje i idzie pokornie obok.

Wracamy, czyszczę kuwety i przygotowuję śniadanie, koty i psy jedzą jako pierwsze.W domu zimno, odkąd zrobiło się cieplej na dworze, nie palę, wiadomo opał i jego oszczędność, a poza tym pracuję i tak cały czas na dworze, więc jest mi ciepło. To ustawiczne zimno! Naciągam jeszcze jeden sweter, wstawiam wielki gar z jedzeniem dla psów, po czym długo parzę poranną kawę.Odkąd stałam się wolnym człowiekiem i nie mam pracy od-do, nie muszę się już nigdzie spieszyć.
Jem niespiesznie śniadanie i układam listę, tego co jest do zrobienia.
Dzisiaj w planie sadzenie krzewów porzeczek i malin, po które zaraz jadę do sąsiadki, potem dokończenie kopania kawałka ugoru pod ziemniaki i może jak starczy czasu, dalsze znoszenie kamieni pod dom.

Dochodzi 9-ta, gdy wsiadam w auto  i jadę do wsi. Bob z Wandzią biegną jak zwykle za autem. Mijam mojego najbliższego sąsiada, tego od Adasia i jadę dalej w kierunku, oddalonej ode mnie o dwa kilometry wioski.

Jakie to dziwne, myślę, już cztery lata tutaj mieszkam, a dopiero tego roku  nawiązałam kontakt z dwoma dalszymi sąsiadkami, które zawsze tak niechętnie, zresztą podobnie jak i pozostali na mnie patrzyły i poza zdawkowym "dzień dobry", na nic więcej nie mogłam liczyć. Wiadomo, obca, miastowa, więc czego tu szuka?  Wszyscy zresztą w tej niewielkiej, na dziesięć domów zaledwie wiosce byli niechętni, a nawet wrodzy. Pamiętam jak P. ojciec 9-ciorga dzieci i mój stróż na budowie w pierwszym roku, okradł mnie, a potem gdy go wyrzuciłam, krzyczał, wygrażając mi pięścią przed nosem... Tu jest Pawlakowo, niech o tym nie zapomina!!!
To rodzina meneli, wszyscy tam piją, nawet dorastające dzieci, a potem kradną. Na początku naprawdę się bałam tych ludzi, ich dzieci... ale nie było tak żle, dzieciaki do tej pory do mnie zaglądają, pomagając  niekiedy za jakieś drobne kieszonkowe... zawsze są grzeczni... ale wiem, że potrafią być bardzo agresywni.

Przez te wszystkie lata moimi jedynymi sąsiadami, z którymi miałam jaki taki kontakt, byli więc ci od Adasia. Teraz, po tym, co się z małym stało, nawet do nich iść nie mogę, gdy pomyślę, co zrobili temu dziecku! I jeszcze okazało się, że  i on... sąsiad, którego uważałam zawsze za dobrego człowieka... strzela z procy do jeleni, zbiera ich rogi, zastawia sidła! Wyć mi się chce, gdy o tym myślę!
 A teraz niespodziewanie, obie dalsze sąsiadki, po latach, stały się dla mnie tak bardzo łaskawe. Czy tak  długo trzeba zdobywać ludzkie zaufanie!?

Podjeżdżam pod dom W. Dwa wielkie psy i rzucają się na mnie z głośnym powitaniem, brudząc mnie niemiłosiernie. O Matko, czy ja kiedykolwiek będę tutaj czysta?!
Wychodzi W. i zaprasza, częstuje kawą i domowym ciastem. Rozmawiamy o ogrodzie, o tym co ona posiała, co już wzeszło, a co jeszcze nie, o pogodzie... to tematy najwazniejsze w naszym wiejskim życiu. Potem idziemy do ogrodu, obie w gumiakach, z łopatami i wykopujemy krzewy porzeczek i malin. Dostaję też byliny kwiatów, jako że jak twierdzi W. nie mam nic w tym swoim ogrodzie, a to wstyd mieć ogród, w którym nie ma nic!

Wkładam to wszystko do skrzynek, wiader i pakuję do auta. Przychodzi druga sąsiadka J. i przynosi mi byliny pelargonii, po czym jedziemy do mnie. Psy znów za nami, a po drodze przyłączają się jeszcze inne, teraz już cała wioskowa psiarnia z głośnym ujadaniem biegnie za autem. Nagle z naprzeciwka wyjeżdża zielona terenówka leśniczego i z całym impetem, mimo, że droga szutrowa i wąska uderza w psy. Słyszymy głośne skomlenie i wypadamy obie z auta, moje psy całe, natomiast uderzony pies tej od Adasia, ze skowytem ucieka w kierunku domu, jedziemy za nim i wpadamy na ich podwórko. Obie matka i córka są przed domem, pies kolo nich, podchodzę do niego i oglądam, ale na szczęście nic mu nie jest! Ta od Adasia wzrusza ramionami obojętnie, ja oddycham z ulgą!

Jedziemy dalej, po drodze J. opowiada, jak przed kilkoma miesiącami jej oba psy zostały zastrzelone przez tego właśnie leśniczego! Słucham, nie wierząc. Ale znając człowieka i jego stosunek do zwierząt i ludzi, nie dziwię się już niczemu. Choć to przerażające. Ten sam leśniczy przed dwoma laty zastrzelił psa W. który jak to wszystkie wioskowe psy biegał sobie po polach. Odtąd i ja żyje w ciągłym lęku o  Maksa, bo ten od Adasia, dobry kolega leśniczego wielokrotnie mnie przestrzegał, ze i jego,  jeśli dalej będzie biegał  luzem  spotka podobny los. Znów wyć mi się chce!

Podjeżdżamy pod dom i wyładowujemy to wszystko, wkładamy do auta słomę, którą wiozę dla nich obu do ściółkowania grządek. Świetna jest taka wymiana dóbr, myślę, zwłaszcza tutaj na wsi. Ale to dopiero tego roku tak jest, przedtem na nic nie mogłam liczyć, nie było nawet mowy o jakimkolwiek porozumieniu. Byłam tą obcą, poza marginesem, tą której nic się nie należy.

 Gdy wracam dochodzi prawie południe, wyciągam z obory taczkę, łopatę, grabie i idę do warzywniaka. Jest niewielki, jedynie nieco większy od ubiegłorocznego. Krzewy sadzę na jego obrzeżach. Jest ich sporo, wszystkie się nie zmieszczą, więc reszta pójdzie pod płot. Podlewam wodą ze strumyka, który płynie obok, w dole. Psy są ze mną, Maks przywiązany do taczki, z tej strony od lasu, gdzie granicą jest strumyk nie mam siatki leśnej, a Maks uwielbia uciekać do lasu.

 

Idę do porzeczek pod siatką, które toną w chwastach, obkopuję je. Patrzę na mój ugór, który w ubiegłym roku został zabronowany, ale potem znów zarósł niemiłosiernie. Nie mam pojęcia co z nim zrobić. Będę go musiała chyba ręcznie odchaszczać tak jak teren między domem a oborą. Wracam do warzywniaka i sieję czosnek i pasternak od sąsiadki. Schodzę znów z wiadrami do strumyka, w którym wody bardzo mało, ledwo do kostek sięga... co będzie jeśli wyschnie? Tak miałam któregoś lata i musiałam jeżdzić po wodę do podlewania do pobliskiej rzeczki.

 

Nachylam się nad wodą, widzę swoje odbicie i zanurzam w niej dłonie, jest przyjemnie chłodna, obmywam twarz, cóż za rozkosz i jakie orzeżwienie!  Z lasu, który graniczy ze strumykiem wynurza się Anioł... coś widzi w wodzie... może swoje odbicie i próbuje złapać... jest taki śmieszny... siedzę przez chwilę nad strumieniem, chłonąc jego piękno... i obserwuję Anielskiego... mam nieprzepartą ochotę iść w ten las... powłóczyć się... tak bez końca, razem z Aniołem... może potem, jeśli starczy czasu... teraz musze skończyć, biorę wiadra i wracam na grządki... które są na szczęście tuż obok.
Helena dobrze wiedziała, gdzie założyć ogród, wybierając miejsce pod lasem, obok strumienia, w zacisznym i słonecznym  miejscu, z tym, że ten jej był dużo większy, a ja co roku zbieram jeszcze jej rabarbar... choć to już tyle lat minęło!



Anioł jest cały czas w pobliżu... wiadomo stróżuje... pewnie dostał od Loli wyrażnie nakreślony  zakres swoich obowiązków! Kochana Lola, jak ona zawsze o mnie pamięta!



Podlewam grządki i krzewy. Prostuję plecy i przysiadam na pniu. Z lasu dochodzi oszałamiający śpiew ptaków. Ile tam głosów, ile przekrzykiwań, ile treli... cóż za koncert!
Żółte motyle latają nad nami, przysiadając na żdżbłach trawy. Słońce oświetla ścianę lasu. Jest tak pięknie,że wstrzymuję na chwilę oddech. Słucham koncertu, napawając się najpiękniejszymi obrazami, jakie tylko przyroda może stworzyć. Uśmiecham się. Do siebie... do lasu...do motyli.


 


 Ściółkuję grządki i krzewy słomą. Skończone, z dumą patrzę na swoje grządki! Ocieram pot z czoła i idę do kawałka ugoru, który wczoraj zaczęłam przekopywać na ziemniaki, chwytam za  łopatę i zabieram się do kopania. Gorąco, pot ścieka po twarzy i plecach i... nie wiem czy dziś to skończę, ale w końcu przecież mi się nie spieszy, skoro stałam się wolnym człowiekiem... i zanoszę łopatę do taczki, idę ponownie do strumyka i obmywam twarz chłodną wodą.



Czuję zmęczenie. Choć jest to inny rodzaj zmęczenia, niż ten, gdy po całym dniu pracy, w zamkniętym pomieszczeniu przewalałam stosy papierów, lub gdy robiłam inne beszsensowne rzeczy.. i byłam wykończona, czując jedynie potworny ból głowy. Tutaj jestem zmęczona fizycznie, a pomimo zmęczenia... odczuwam jakąś wewnętrzną radość, cieszy powietrze muskające twarz, brud pod połamanymi paznokciami, intensywny zapach wilgotnej ziemi, śpiew ptaków, prostota i autentyczność tego życia, które tak trudne bywa... ale ma jakiś ukryty sens!
Sens rzeczy prostych!?
 
 

Czuję głód, pewnie dochodzi pora posiłku, koty czują to samo, bo pojawiają się nagle wszystkie trzy, zgarniam narzędzia do taczki i idziemy w stronę domu, po drodze zrywam garść pokrzyw i kilka mleczy.
Szykuję jedzenie dla zwierzaków, potem sobie. Mój obiad jest prosty, zupa z poprzedniego dnia, zwykle tak gotuję, coś prostego i na dwa dni, aby czas zaoszczędzić. Do talerza wsypuję posiekane zieloności i wychodzę do mojego letniego salonu, który wraz z pierwszymi promieniami słońca został przeniesiony do ogrodu, na moje ulubione miejsce na lekkim wzniesieniu, pod czereśnią, tą samą, do której to, owego pierwszego dnia rzuciłam się jak szalona...  nasycając się łapczywie jej czerwonymi kulkami... a teraz stoi tutaj mój letni stół ...



Siadam w słońcu, jem... psy najedzone, leżą rozłożone na trawie. Patrzę na dom... na drzewa, na las... tak, jak wtedy, tego pierwszego dnia, gdy go ujrzałam i... gdy zapragnęłam, już na zawsze tutaj pozostać. Jeszcze wtedy nie wiedząc, jak długą i trudną drogę muszę przejść. I jak dobrze, że nie wiedziałam, inaczej pewnie przeraziłabym się trudu i uciekła! Jak dobrze... niekiedy nie wiedzieć, co nas czeka?!
Poddać się życiu, które i tak nas zaskoczy, pisząc swój własny scenariusz!

Patrzę na horyzont. Jaki spokój, jaka cisza. Gdy jadę do swojej dorywczej pracy, do niewielkiego G. zawsze potem wracam tutaj z radością i już, gdy przekraczam bramę lasu, wydaje mi się, że oto wkroczyłam w jakiś inny świat... tak daleki od całego zgiełku tego świata!
J. mówi, że mi zazdrości tego odludzia, ona żyje w ciągłych kłótniach ze swoją sąsiadką, gdy mi o tym opowiada, robi mi się niedobrze. Mówi, że to luksus. Tak, wiem i dlatego właśnie szukałam domu na odludziu, żeby mieć ten luksus.



Zamykam oczy i myślę...  jak ja bardzo tego właśnie potrzebowałam... tego życia z dala od miejskiego zgiełku... tego prostego szczęścia... uprawy ogrodu... przebywania z psami... mruczenia kotów... przesiadywania w ogrodzie... patrzenia na las!
I jak bardzo to życie tutaj mnie... zaskoczyło!
Jakie ono właściwie jest... to moje życie?

Niekiedy... wydaje mi się ono tak wspaniałe, a niekiedy tak przerażliwie  trudne... że dziwię się, jak ja mogłam tutaj w ogóle tutaj zamieszkać, wyobrażając sobie, że dam radę?!
To był przecież istny akt szaleństwa!

Kiedyś przeczytałam gdzieś : " najtrudniejsze są rzeczy najlepsze"...

I jak wtedy, siedzę znów pod czereśnią i  patrzę na to wszystko... i znów nie mogę się napatrzeć, choć to już tyle lat minęło... a ja wciąż jestem zachwycona tymi widokami!

 

 Dom lśni w słońcu nieskazitelną bielą, tak jak wtedy... z tym, że wtedy to była biel spatynowana czasem... a teraz odzyskał swój dawny blask... choć w środku jeszcze tak wiele do zrobienia... ale udało się go  uratować, choć to wszystko niemożliwym się wydawało!
I jak to właściwie się stało!? Do dziś nie wiem!
To chyba ciosy sprawiają, że... rośnie się w siłę!?

 

 A obora... wciąż jest  niezwykle piękna... i wciąż tak dzielnie walczy z upływającym czasem... ależ ona ma Ducha Walki! Bidulka!

 

To miała być... Obora Artystyczna... takie miałam plany i nadal są... jedna wielka sala na warsztaty... kilka pokoi gościnnych... pomieszczenia dla zwierząt... kozy... może owce... a teraz... wali się coraz bardziej... i niedługo runie, jeśli natychmiast czegoś nie zrobię! Muszę jeszcze o nią zawalczyć... jestem przecież zaprawiona w boju... coś wymyśleć... w jakiś sposób, tylko losowi wiadomy... i  ją ocalić od zagłady?!




Słońce jest teraz nad lasem z boku domu, dochodzi chyba czternasta... haha, nauczyłam się już określać czas na podstawie słońca... moja babcia była by pewnie ze mnie dumna... moja babcia... jakże ciepło o niej myślę... to po niej mam tę miłośc do wsi... podnoszę się i wracam do taczki i łopaty... patrzę na krzewy, jest ich jeszcze sporo do posadzenia, prawie cała skrzynka... no i kwiaty od sąsiadki... ufff... chyba mam zajęcie, jak zwykle zresztą do wieczora!

Idę do kamieni, które od kilku dni układam pod domem. Kamienie, które robotnicy wówczas powyciągali spod domu, a które jego fundamentami były. Pamiętam, jak wtedy przyjechałam, to było w pierwszym roku, a oni z dumą wskazali na kamienie... stałam wtedy jak oniemiała nad kupą tych kamieni... rycząc i krzycząc jednocześnie ... jakim prawem to zrobili!
Jak to jakim, nie rozumieli, a po co te kamulce miały pod domem zalegać, śmiali się. Jeszcze chyba w życiu nie widzieli baby ryczącej nad kupą kamieni!



Przebolałam to jakoś, choć ciężko było... a  potem odkupiłam swoje własne kamienie od sąsiada, który je walające się przy domu pozbierał. I teraz układam te odzyskane kamienie pod domem, sadząc  pomiędzy nimi  kwiaty. Ładuję po kilka na taczkę i zwożę pod dom, potem układam. Ciężko, ale w końcu prawie cały przód jest obłożony, reszta jutro.



Teraz przegłądam byliny kwiatowe od sąsiadki i rozdzielam, co gdzie pójdzie...  ufff... gorąco... postanawiam zrobić krótką przerwę... jestem przecież wolnym ptakiem, nie pracuję na żaden akord... nie mam nad sobą szefa... mogę więc odpoczywać kiedy tylko zechcę!  Ach, ta bezcenna wolność robienia tego, co się chce!
Idę do domu i robię sobie kawę, potem z kubiem aromatycznej kawy z miodem, imbirem, cynamonem., gożdzikami.. z przepisu Kretowatej... idę do mojego ogrodowego salonu.
Ależ życie może być piękne, myślę sącząc aromatyczny napój... 


Dochodzi szesnasta, gdy ponownie chwytam za łopatę, teraz wkopuję pozostałe krzewy porzeczek pod płotem. Podlewam znów wodą ze strumyka, obracam kilka razy, ciężko, ale nie mam kranu na zewnątrz, po prostu o nim... zapomniałam, gdy ciągnęli mi wodę ze studni do domu... choć lubię to podlewanie wiadrami.  Mówią o mnie "ta z lasu taszczy nawet wodę we wiadrach... ale zacofanie"!
A może to właśnie jest postęp!?


Wreszcie koniec! Dochodzi osiemnasta. Prostuję plecy i idę do domu, teraz czeka mnie rozpalanie w piecu.
Wybieram popiół  i rozpalam. W domu zimno, na dworze znacznie cieplej. Nie cierpię palenia, to najgorsze, co może być. A i tak, pomimo palenia mam wciąż to straszliwe zimno.

Ech, marzy mi się taka malutka, gliniana chatka z glinianym piecem na środku i z zapieckiem, na którym mogłabym się wylegiwać wspólnie z kotami, a który by ją całą ogrzał. A ja wreszcie przestałabym marznąć i mogłabym porzucić etat palacza!  Jak ja marzę o cieple! Raz widziałam taką chatkę i nawet spałam w niej i odtąd... śni mi się po nocach!
A wtedy w domu mogłabym zrobić muzeum... albo dom starców dla psów emerytów...



Dochodzi 19-nasta, w domu robi się cieplej. Myję się z sadzy, robię herbatę i siadam do netu. Choć pogodę i pocztę muszę zobaczyć, to najważniejsze, na więcej już chyba sił nie starczy.

Jest po 21-szej. Piję herbatę i myślę... jak bardzo dalekie jest to moje życie od moich wyobrażeń o nim. Zawsze myślałam, że życie na wsi,  to niekończąca się idylla... sielanka... dużo wolnego czasu... który mozna spożytkować na rozwijanie swoich pasji!

Jak bardzo się myliłam! I jak inne jest to życie! I jak bardzo mnie ono zaskoczyło! To życie tutaj... to przecież nieustająca praca, codzienna praca, która w zasadzie nigdy się nie kończy!
Oczywiście, że dla mnie jest ono szczególnie trudne, jako że działam w pojedynkę, więc to co zwykle robią dwie osoby, muszę wykonać sama... gdyby nie to, byłoby z pewnością lżej?



Biorę mój dziennik, od lat zapisuję wszystko... i piszę: " Dziś posadziłam krzaki porzeczek i malin... nosiłam kamienie, wkopałam byliny... siedziałam w słońcu... myłam twarz w strumyku... nade mną latały żółte motyle. To życie tutaj jest...  tak trudne i tak piękne zarazem!!!"

Remont był wyzwaniem... ale ta codzienność jest chyba jeszcze większym!? I jak to wszystko ogarnąć, co do ogarnięcia jest, skoro tyle tego?!
 Czy to prawda, że każdy zabije kiedyś to, co kocha najbardziej?!

Biorę do ręki jeden z zeszytów, otwieram i czytam :
  "... sierpień 2009...
dzisiaj siedziałam pod oborą w słońcu i patrzyłam na dom, a raczej na namiastkę domu... i wydał mi się tak niezwykle piękny... miał w sobie jakiś niezwykły szlachetny urok... właściwy tylko starym domom... domom z Duszą i z Sercem... i nie mogło być inaczej... zakochałam się!"

I takim pozostał!
A ja jestem nadal i... wciąż beznadziejnie zakochana!





































  









 


       








19.03.2014

Wspomnienie cz.3.... i właściwa


Kochani, te wspomnienia piszą się... dziwnie trudno... najpierw pierwszy post znika... potem za sprawą Anielskiego kota  znika następny... potem nie mogę wejść na swój własny blog i na komentarze... ech, mój net jednym słowem zaszalał, tak nieraz mam, a że jestem w tych sprawach zupełnie ciemna masa... więc idzie mi dość opornie wszystko! 
Ale dziś Anielski, który uwielbia leżeć na klawiaturce i to zawsze, gdy piszę, a że to dziecko Loli, więc mam pewną słabość do niego... ale dziś został łaskawie wyproszony z domu i... tym samym, mam nadzieję, że uda mi się dalszą część jakoś poskładać!
I przepraszam za zniknięcie komentarzy!

A teraz wracam do wspomnień...
Tak więc w pierwszym roku...  za finanse ze sprzedaży mieszkania położyłam dach, wstawiłam okna, zrobiłam izolację i zamknęłam dom na cztery spusty, aż do następnego lata.

 

 


 W następnym, czyli drugim roku zamieszkałam już na placu budowy w przyczepie campingowej z Lolą i jej bratem Lulu, moimi pierwszymi w życiu kotami. I do dziś jeszcze z rozrzewnieniem wspominam ten czas, gdy koczowaliśmy w przyczepie.... bez wody ... bez prądu... choć tak naprawdę nikomu to nie przeszkadzało...

 

Potem w środku lata dołączył do nas K. Wolontariusz, student biologii, który przerwał studia i przyjechał do mnie na drugi koniec Polski, aby poznać smak pracy, a w przerwach realizować się artystycznie tj malować portrety. Jeszcze wtedy, a i póżniej patrząc na tego młodego człowieka niczego się nie domyslałam, ciesząc się jedynie, że mam przy sobie pełnego zapału, młodego człowieka, który był dla mnie wielką pomocą.
Środek domu zamierzałam bowiem , na tyle na ile się da, zrobić sama, z pomocą jedynie jakiegoś miejscowego pomocnika.
W planie na pierwszym miejscu były tynki. Potem podłogi, woda, ogrzewanie.
Tynki w salonie kładli moi znajomi, trudniący się tym profesjonalnie, a których ja poznałam, uczestnicząc kilka lat temu w warsztatach budowy z gliny i słomy. Tak więc chłopcy położyli tynki w jednym pokoju, salonie, a ja przygłądajac się temu, uczyłam się jednocześnie, mając  zamiar w pozostałej częsci domu zrobić to sama. Jeszcze wówczas nie przewidywałam, czego zamierzałam się podjąć. 
Gdy chłopcy skończyli pracę i odjechali i wtedy zaczęły się kłopoty.
Już o tym pisałam , ale jeszcze tylko krótko wspomnę, bo to było naprawdę ekscytujące!
Na ścianach i suficie po kilku dniach zaczęły wyrastać zielone roślinki, czyli...  len oraz biało szare plamy pleśni... widok nawet efektowny, teraz tak myślę, ale wtedy, niestety nie było mi do śmiechu! 


 


 


 

 Pamiętam, że każdego ranka biegłam z trwogą do domu i z przerażeniem patrzyłam jak roślinki stają się coraz... dłuższe i coraz bardziej zielone... a plamy pleśni coraz większe i w coraz większej ilości...Jednym słowem moje ściany i sufit zamieniały się w kwitnącą łąkę!
Nie mogłiśmy w to uwierzyć, a K. fachowym okiem biologa, uspokajał.. że owe napewno już osiągnęły swoje maksymalne wymiary i większe już nie urosną! Słabe to było pocieszenie... w obliczu mojej rozpaczy! Wieść o mojej kwitnącej łące rozniosła się szerokim echem po wsi, jako że pomocnik opowiadać zaczął jakie to dziwy dzieją się w tym domu... więc ludzie spieszyli, aby te dziwy zobaczyć... patrzyli i  nie wierzyli  własnym oczom... czegoś takiego jeszcze nie było! I doradzali... aby brać kosę i ścinać len, bo taka plantacja rzadko przecież się zdarza!!!

 


Wesoło było, ale nie mnie. Wiem, że radziłam się wówczas różnych specjalistów od gliny i okazało się, że warstwy zostały za szybko położone, nie zdażyły wyschnąć i stąd owe wykwity, ale pocieszali,że glina mając doskonałe własciwości, powinna sobie z tym poradzić... a jeśli miało by to nie nastapić... nie było  innej możliwości, jak tylko zrywanie tynków. Należało więc czekać.
To oczekiwanie, to był koszmar.
Dzień w dzień żyłam nadzieją na wyschnięcie tynków i obumarcie roślinek, w międzyczasie zajmując się wykonywaniem próbek tynku glinianego, który miałam zamiar położyć w pozostałej części domu. Mieszałam więc glinę z wodą w różnych proporcjach, potem robiłam kilkanaście glinianych placków, wyglądających niczym krowieńce, które potem suszyły się na słońcu... i te, które pękały, były do wyrzucenia, a te twarde, które nawet, gdy rzucałam na ścianę nie rozpadały się, oznaczały, że proporcje są dobre.
K. pomagał i zapalał się coraz bardziej do gliny, zaczął snuć nawet marzenia o wybudowaniu glinianej lepianki i zamieszkaniu gdzieś na... odludziu.

W końcu stał sie cud i tynki zaczęły wysychać, a roślinki obumierać i odpadać. Nie posiadaliśmy się ze szczęścia! To oznaczało bowiem, że nie będzie zrywania tynków! Był to chyba najszczęśliwszy moment w całym remoncie!
A ślady po grzybach i roślinkach zacieraliśmy wodą z wapnem.

Niestety, zrywanie tynków i tak mnie nie ominęło. Bowiem tynki , które kładliśmy w pozostałej części domu, zbyt póżno, nie mając możliwości  wyschnąć... zaczęły po prostu gnić! To był koszmar. I nawet osuszanie,  wielką pożyczoną dmuchawą na olej nic nie dawało, a w miejscach, które wyschły, na następny dzień pojawiały się znów ogromne plamy pleśni!  I wtedy zrywanie naszej własnej mozolnej pracy okazało się nieuniknione!
I to były chyba najtragiczniejsze chwile w całym remoncie!

W tym też roku zamieszkałam na stałe w domu, a wraz ze mną Lola i K, który tu na odludziu postanowił oddać sie całkowicie sztuce, tworząc portrety i wyplatając wiklinowe kosze. I choć warunki były więcej niż surowe, nic go nie zrażało, a ja myślałam, jak dzielny jest ten młody człowiek!
Do zimy nie zdążyliśmy ze wszystkim, pochłonięci tynkami, a potem ich zrywaniem, nie zauważyłam nawet jak szybko nastała póżna jesień. W domu nie było wody, podłóg, łazienki, porządnego ogrzewania, tylko to "ręczne" tj, wkład kominkowy i westfalka.
Strumyk obok domu ratował nam życie, mieliśmy też prąd oraz internet, nasze jedyne okno na świat.

 


K. przeprowadził się w tym czasie z pomieszczenia gospodarczego do jednego z pokoi północnych, a ja opuściłam przyczepkę i zamieszkałam z Lolą w salonie! K. zaczął w tym czasie chodzić do lasu  i "robić" drzewo, gdyż i tego nawet nie mieliśmy. Cieszyłam się, że postanowił przezimować u mnie i że nie zostałam z tym wszystkim sama. Niestety radość moja długo nie trwała i pewnego listopadowego dnia... K. zgarnęła z lasu policja. To był następny najbardziej tragiczny moment!
Bałam się, wiedząc, że K. krąży po okolicy, nocując po okolicznych lasach, uciekając przed policją. Okazał się być poszukiwanym, a jego zdjęcia widniały w mediach... tylko ja o niczym nie wiedziałam!
K. pojawił się raz jeszcze u mnie... pewnego ranka... brudny i zabiedzony... jechałam akurat ze znalezionym psem Azorem, z wybitym okiem do weterynarza, pies był wielki i nieokiełznany, nie wiedziałam jak z nim dojadę... K. zabrał się wtedy ze mną... a potem odszedł ...  i następnego dnia, tak jak przewidywałam, pojawiła się u mnie policja.
 A... K. znów stał się poszukiwanym.

W trzecim roku dom dostał elewację i ocieplenie. Wówczas, jako że moje finanse ze sprzedaży mieszkania dawno już się wyczerpały, pomógł dziadek, przeznaczając na to... nagrobkowe pieniądze!




Zrobiliśmy też ogrodzenie z przodu domu, ze względu na psy i las, po bokach została siatka leśna



Pytacie mnie, jak tego wszystkiego dokonałam?!

Mogę powiedzieć tylko tyle... że to było moje marzenie... Marzenie Mojego Życia!
A ja dla tego marzenia żyłam przez ostatnie lata. To dla niego opuściłam miasto, rzuciłam pracę, aby zaszyć się tutaj na tym pustkowiu... i zacząć wszystko od początku. I zupełnie inaczej. Byłam tak wypalona i wykończona miastem... pracą... a moja dusza była w agonii. Zrealizowanie tego marzenia, to była moja ostatnia deska ratunku...  szansa na życie, na uzdrowienie. Chwytałam się tego marzenia... marzenia o innym zyciu... o wolnośći... jak rozbitek!  I gotowa byłam na wszystko... gotowa byłam przenosić nawet góry... aby tylko nie musieć wracać do swojego poprzedniego życia, do tej agonii!
To była ogromna motywacja, napęd, który dodawał niesamowitych sił.

A oprócz tego... nie należy zapominać, że istniała również... Ona... Miłość do Ruiny!!!
A miłość...jak wiadomo potrafi... "góry przenosić"... i wszystko przetrwać!
I pewnie dlatego przetrwałam i ja!




 


Choć ... cały czas miałam dziwne odczucie, że jakaś niewidzialna siła... pcha mnie do przodu... i nie pozwala na zaniechanie! Niekiedy wydawało  mi się, że moją rękę prowadzi jakaś... wyższa siła... która mną kieruje... a ja jestem jedynie pionkiem w tej grze!
Bo jak inaczej... można to wszystko wytłumaczyć... skoro ja, nie mająca o niczym zielonego pojęcia, dokonałam tego wszystkiego, co wydawało się naprawdę  rzeczą... niemożliwą! 

Myślę, że każdy, czy każda z nas, mając podobne marzenia i pragnąc ich realizacji, podołałaby by temu wyzwaniu. Człowiek dopiero wtedy wie jaki jest silny, gdy znajdzie sie w naprawdę trudnej sytuacji, wtedy mobilizuje wszystkie swoje siły, które przecież w nas są, one istnieją... tyle tylko, że uśpione, drzemią gdzieś tam... zagrzebane na dnie... i czekają na swój czas... na nasze przebudzenie... na nasze marzenia!



Choć, to wszystko było tak piekielnie trudne!
I pamiętam, ile razy miałam dosyć. Ile razy siadałam do auta i z piskiem opon... uciekałam z tego miejsca... byle dalej od tego wszystkiego. A potem... wracałam skruszona i chwytałam za łopatę! Wiedząc, że inaczej nie mogę i że ten dom nie pozwoli mi na nic innego, a ja muszę przecież go skończyć... inaczej nie zaznam spokoju. NIGDY!!!

I zaciskałam pięści do bólu i rzucałam sie w wir pracy. I paradoksalnie, im więcej pracowałam, nie myśląc, nie zastanawiając się... wszystko wydawało mi się proste i do pokonania!
Cieszył wtedy brud pod połamanymi paznokciami, fizyczny wysiłek i zmęczenie... a potem sen zdrowy jak u dziecka. A te trudy zamiast mnie zabić... o dziwo... wzmacniały! A dusza odżywała!




W tym samym czasie, gdy nabyłam dom rozpoczęłam pisanie bloga, który miał być remontowym dziennikiem. I to też stało się żródłem siły. Dzięki blogowi poznałam wspaniałych ludzi... ludzi myślących i czujących podobnie... tak, to właśnie Wy dawaliście mi swoimi komentarzami siłę do działania! I to Wy właśnie zobaczyliście w...  tej ruinie potencjał i jej niezwykłe piękno!
Pamiętam, jak w chwilach załamania, czytałam Wasze komentarze... a potem przepisywałam je i wieszałam na ścianie.. niektóre do dziś na niej wiszą!
O!  moje ściany były zapisane wszystkim... czym tylko się dało i co w danej chwili mogło pomóc!
Pamiętam, jak szczęśliwą byłam , móc po rzeszach bezdusznych fachmanów... obcować z ludżmi, którzy nareszcie mi powiedzieli... że dom nadaje się do remontu i że jest uroczy!!!
To dodawało skrzydeł! I to były naprawdę wzruszające momenty. A Wasze słowa kładły sie balsamem na moją znękaną remontowymi zawiłościami duszę!





Dziś, pisząc te wspomnienia... myślę jak wiele dał mi ten dom.
Bo oprócz nowego życia, dostałam siłę, o którą nigdy bym siebie nie podejrzewała, dał mi  bloga, którego, gdyby nie dom, pewnie nigdy nie zaczęłabym pisać ... i oczywiście Was... wspaniałych ludzi, Przyjaciół, nawet jeśli tylko wirtualnych. To bardzo wiele. To prawdziwe dary od losu!
 I faktycznie, dziś mogę powiedzieć, że słowa, które wypisywałam wówczas na ścianach w chwilach zwątpienia... stały się rzeczywistością, bo, gdy dziś, z perspektywy czasu, na to wszystko patrzę, to ten remont był faktycznie... Fascynującą Przygodą... choć wtedy tak wcale nie myślałam!
Przygodą, której pewnie nigdy bym nie przeżyła... gdyby nie ten dom!


 Ufff... i tym razem się udało!
 I będzie  jeszcze część ostatnia, o obecnym życiu. Pozdrawiam Wytrwałych i życzę miłego wieczoru.























16.03.2014

Wspomnienie...cz.2


Nadzwyczaj szybko udało mi się napisać "ciąg dalszy"... zważywszy fakt, iż zwykle między moimi postami są co najmniej miesięczne przerwy... ale  teraz wszystko poszło nad wyraz gładko i szybko. Nawet mój  "necik" mi sprzyjał, ani razu nie zastrajkował, nic nie zniknęło, a przerwy w zawieszeniu były wyjątkowo krótkie... pewnie też czekał na mój ciąg dalszy?!

Tak jak i ja... dobrze jest pisać coś w odcinkach... wtedy i samemu czeka się z niecierpliwością na ciąg dalszy. 
Ale uprzedzam, ten post będzie jedynie dla bardzo wytrwałych... będzie niestety długo! Najgorzej było ze zdjęciami... mam ich chyba z kilka tuzinów, wszystkie nie uporządkowane należycie, wiec odszukanie tych właściwych nie było łatwe, ale w końcu się udało...

A więc do dzieła... i jak dobrze móc ruszyć na spotkanie wspomnień!

Tak więc, po tym jak stałam się właścicielką chaty, oddałam się, ja miejska paniusia, która nigdy w życiu nawet gwożdzia porządnie w ścianę nie wbiła...  REMONTOWANIU!

Nie miałam zielonego pojęcia... co robić i... jak robić i od czego w ogóle zaczynać?
 Pamiętam, że siadywałam wtedy w słońcu pod oborą i... godzinami patrzyłam na mój dom, a raczej na jego namiastkę, myśląc,że to na co się porywam, to istny akt szaleństwa!  I myślałam... jak wyremontować dom, jak ogarnąć ogród... Jak przeżyć, nie umiejąc rozróżnić dzikich roślin od jadalnych... Jak w ogóle przeżyć w zapomnianym miejscu... gdy wcześniej mieszkało się w wielomilionowej metropolii?!! 
I choć dziwne, ale wszystko wydawało mi się jakieś niezwykle proste!




Dopiero, gdy zaczęłam czytywać budowlane "fora ", chcąc dokształcić się w owych kwestiach, wpadałam w coraz większe przerażenie. Zobaczyłam, że TO  wcale nie jest, ani takie proste, ani  takie oczywiste.I wtedy zaczęłam zwozić do domu... tuziny różnych budowlańców, zwykle byli to jacyś architekci, aby oszacowali, jak mi radzono stan domu i to,czy ów w ogóle nadaje się do remontu.
To wszystko było jedynie stratą czasu, jak się pózniej okazało. A owi fachowcy, już po pierwszym rzucie oka na dom , z miejsca zgodnie stwierdzali, tak jakby się zmówili, iż ów nadaje się jedynie do...  WYBURZENIA!!!
A ja, laik kompletny, konkludowali dalej mądrzy panowie... tracę jedynie czas i...  jeśli w porę się nie opamiętam, co oni mi szczerze radzą... to stracę jeszcze na dodatek pieniądze... i że powinnam... wybudować sobie mały, ale za to śliczny domeczek!
Niektórzy z owych panów zachwycali się oborą, mówiąc, iż dom powinnam natychmiast wyburzyć i zająć się remontem obory, a oni gotowi byli zrobić mi cudo projekt.


 

 Odsyłałam ich wszystkich do diabła!
A potem oddychałam z ulgą!

 I marzyłam o spotkaniu kogoś, kto w końcu powie mi... że Ten dom nadaje się do remontu!!!
Jak ja marzyłam o takim człowieku... jakimś dawnym rzemieślniku, takim z dziada pradziada, który zna się na remontach starych domów i który podzieli oczywiście moją miłośc do staroci  i pomoże mi w przywróceniu staruszka do życia.  Chciałam dom zachować takim, jakim był, miał pozostać wiejski, prosty, nie chciałam niszczyć jego Duszy. Chciałam glinianych ścian, niekoniecznie równych, surowych desek, kamienia. Miało być naturalnie. To miał być klimat starego domu z oborą. Potrzebny był mi człowiek... który by to zrozumiał!
Ale niestety, nikogo takiego nie znalazłam.

Choć... owszem... podczas moich wędrówek, spotkałam takiego człowieka... i zobaczyłam jego dom, który urzekł mnie absolutnie... to był dom jak z bajki. Zbudowany ze słomy i gliny, z pobielonymi wapnem ścianami i dachem pokrytym słomą. Stareńki bardzo. I piękny. Jak i jego właściciel, który dom zbudował własnymi rękoma! Chyba pisałam w którymś poście o tym domu i jego właścicielu... naprawdę niezwykłym człowieku.

 O tak, to byłby ten  odpowiedni człowiek, którego szukałam i, który naturalnymi metodami byłby w stanie przywrócić staruszka do życia. Jeżdziłam do niego wielokrotnie, pytając o to, jak budował swój dom, jak kładł dach... ten człowiek posiadał wiedzę jakiej ja właśnie potrzebowałam. Dawną, zapomnianą wiedzę, gdy domy budowano z tego... co Matka Ziemia daje.
Tłumaczył mi cierpliwie wszystko, dał nawet narzędzie do kładzenia słomy na dachu...mówił, że to takie proste... ale on nie pomoże, bo wiekowy już jest... spisałam  wszystko... ale zrobić tego i tak, bym nie potrafiła.
M. odszedł przed trzema laty.
A ja straciłam Mistrza.

 

 I wówczas, niestety, zmuszona byłam zdać sie na współczesnych  fachowców... którzy, nie dość, że nie mieli serca do staroci... to jeszcze na dodatek ich głównym celem, stało się "przywrócenie mnie do pionu" tj. do wyburzenia mojego cudu i postawienia sobie... neogotyckiego zameczku z dużą  ilością plastiku i wieżyczek, tak modnych obecnie. Jako, że nie chciałam zameczku, więc nasze stosunki stawały się coraz trudniejsze. I nawet zmiana owych fachowców na innych nic nie dawała. Wciąż słyszałam to samo.
A ja znów oddychałam z ulgą, gdy mnie opuszczali. I wtedy sama chwytałam za łopatę i taczkę.
Gdy zostawałam sama z ruiną... byłam najszczęśliwsza!

Pamiętam, że wszystko co robiłam, było  nie tak .
Najpierw skuwałam tynki... potem zdejmowałam dach... myśląc... że zupełnie niepotrzebnie. I teraz już wiem, że mogłam inaczej....


 





A dom przerażał ogromem pracy....


 

 .... i to coraz bardziej!!!





 





 ... moja sypialnia pod gwiazdami i ... schody do nieba....




 Mając do domu stosunek raczej emocjonalny... wiele rzeczy robiłam sama. Pomagał mi w tym mój dzielny wolontariusz K... upośledzony sąsiad i dzieci. I to byli moi najlepsi "fachowcy"... a wspólne chwile, gdy rzucaliśmy gliniane tynki na ściany... niezapomniane.
Pamiętam, jak wówczas chyba z pół wioski się zeszło, patrzyli co robię, trzymając się za brzuchy ze śmiechu! A ja dodawałam twarogu... lub serwatki, zależy co było akurat w sklepie do gliny... dorzucałam jajka... pytano mnie kiedy zacznę... dolewać piwa... wtedy przyjdą pomagać, ma się rozumieć społecznie!







....a ja  gładziłam bez końca ściany domu

 
 



 

 O, ten remont to była niezła szkoła życia!
 Nauczyłam się wszystkiego. Nauczyłam  się ciąć, szlifować, tynkować, zdzierać tynki, wiercić, malować... podejmować błyskawicznie decyzje a... potem je natychmiast zmieniać... wywalać kolejnych fachowców... kiwać  mądrze głową na znak, że... tak, że... wiem.... że oczywiście... że  rozumiem... reagować na pietrzące się problemy ze stoickim spokojem... nie mając już niekiedy nawet siły inaczej!!!

I polerowałam ten dom uparcie... jakby nic innego na tym świecie nie istniało!


 


Żyłam tylko tym remontem... Nie mogło się nie udać. takiego scenariusza nie było. Takiego nie przewidywałam!




 Choć to  była ustawiczna walka. Walka z przeciwnościami losu, które jak kłody waliły mi się pod nogi. A ja nie wiedziałam co dalej... w która stronę iść... co robić!
 Ile razy ściany tego domu stawały się moimi ścianami płaczu. Zwłaszcza wtedy, gdy gliniane tynki gniły.... a ich zrywanie stało się nieuchronne... lub gdy postawiono mi piec kaflowy, który do dziś nie działa... a fachowiec, zdun... po prostu uciekł sobie... i gdy żle podłączono kominek... a w domu było przerażliwie zimno i mokro... i gnijących tynków nie było jak suszyć... lub gdy żle obsadzono drzwi... a ja musiałam je otwierać... kluczem od roweru i wyskakiwać oknem...ufff , było tego trochę!


 

 ... gnijące tynki i wyrastający len na ścianach... jako że lniane konopie zostały dodane do gliny...
miałam więc niezłą plantację lnu na ścianach i suficie... teraz juz mogę śmiać się z tego... ale wtedy, o zgrozo... byłam załamana!!!


 


Myślałam wtedy, że ta  miłość... to naprawdę jakaś fatalna pomyłka...  i że ten dom już niczym dobrym  mi nie odpłaci... a ja już nic... absolutnie nic... ponad to, co mogłam,  z siebie nie wykrzesam!!!

O jakże się myliłam!  Wykrzesałam.! I to dużo więcej, niż myślałam!
A ratowanie tego domu stało się moją...  esencją życiową!
A piętrzące się  trudności sprawiały, że zaciskałam pięści do bólu i... rzucałam się do pracy!
Robiłam rzeczy, o które kiedyś...  w moim poprzednim życiu... delikatnej miastowej paniusi... nigdy bym siebie nie podejrzewała!

Pamiętam, jak  pisałam wtedy gliną na ścianie ... Ależ to nie remont, to Fascynująca Przygoda!!!
 I malowałam obok wielkie słońce... !

I uparcie szlifowałam ten dom!

Ten remont był... jak terapia. Terapia remontem!? To paradoks!? Ale tak właśnie było!
 Tynkowałam... rozwalałam... szlifowałam... i.wtedy właśnie... uwierzyłam, że wszystko jest MOŻLIWE... i że człowiek może wszystkiemu podołać... i... że nie ma granic... że... to my, sami je sobie stawiamy!

I tak pomału dom dostawał Drugie Życie.
Gliniane ściany schły i piękniały.



.... kominek też obrzuciłam gliną... a nich tam... jak wszystko to wszystko!










Ściany malowałam przez dwa kolejne lata. W pierwszym roku były w kolorze gliny... eksperymentowałam z tą farbą... do gliny dodawałam żółtka i makę ziemniaczaną aż... robił sie  krochmal... po czym wszystko wywalałam i.... zaczynałam od nowa...




... i tak wyglądały ściany pomalowane glinianymi farbami w pierwszym roku...






... w końcu i Błękitny znalazł swoje miejsce na glinianej ścianie...




... a w następnym roku przemalowywałam ściany na biało, mieszając  farbę kredową






I w końcu nadszedł moment... gdy zamieszkałam w na wpół ukończonym domu.

I ten pierwszy rok był najtrudniejszy.
 Pamiętam, gdy nadchodziła jesień,  a w domu tynki gniły  i trzeba było je bezzwłocznie osuszać... i tylko nie bardzo było wiadomo czym, skoro nie było żadnego ogrzewania... bo ja w euforii tynkowania po prostu o nim... zapomniałam... a gdy sobie przypomniałam, był już listopad.
I wtedy w domu stanął szybko zakupiony i bardzo słabo grzejący wład kominkowy oraz stara westfalka z jednym palnikiem, dająca tak marne ciepło, że palce zamarzały na garnku z wodą... a woda podgrzewała sie godzinami.
Pierwsza zimę przeżyłam niczym Robinson Cruzoe... bez wody... bez podłóg... bez dostatecznej porcji opału. A gdy strumyk obok domu zamarzł, topiłam lód na wodę i ogrzewałam ją na palniku tak lichym, że palce zamarzały.
Ale  najgorszym momentem to był chyba ten, gdy mojego wolontariusza, który, ku mojej uciesze,  postanowił u mnie przezimować... zgarnęła nagle pewnego dnia policja... i okazało się, że on jedynie się u mnie ukrywał!
A ja zostałam wtedy sama.
Towarzyszył mi... jedynie kot. Lola stała się moją towarzyszką doli i niedoli. I wtedy zaczęłam się po raz pierwszy naprawdę bać.

I znów myślałam, że to niemożliwe i że ja nie dam już dalej absolutnie rady... i ze ten akt szaleństwa... powinien naprawdę już się w końcu skończyć!!!

Pamiętam, że wtedy w domu było tak przerażliwie zimno, że ja w takim samym ekwipunku w jakim
chodziłam w dzień, kładłam się spać, zawinięta szczelnie w dwa śpiwory, z otworem jedynie na oczy, z Lolą zwiniętą u moich nóg. Uzbrojona po zęby, bo przy moim łózku stały widły i inne ostre narzędzia. Gotowa w każdej chwili do ataku i ucieczki... tylko dokąd... skoro wokół był jedynie  las!?

Nie uciekłam. Ani wtedy, ani póżniej.
Tylko wciąż uparcie szlifowałam swoje Marzenie!?
Jak dziecko, które nigdy wiary nie traci.
Skad brałam siły?!

Z trudności... może? Może to one właśnie... Tym żródłem są?!
A im więcej ich było, tym ja silniej zaciskałam zęby!

To ten dom dał mi siłę. Siłę, żeby przetrwać wszystko. Nawet to, co wydawało się Niemożliwe!

 A potem przestałam się bać. Myśląc, że skoro już tyle przeżyłam...


... więc pewnie nadal będę żyć... chociażby z tej prostej przyczyny, że ... dom nie pozwoli mi na nic innego... jeśli go nie skończę! I ... że takie jest już widać moje... PRZEZNACZENIE!

I tak przeżyłam pierwszą zimę. A w następnym roku było już lepiej. Zrobiłam wodę i łazienkę. Podłogi i centralne, przed którym tak bardzo się broniłam, ale w końcu uległam, mając już naprawdę serdecznie dosyć zimna!

 I pozdrawiam wszystkich, którzy dobrnęli do końca, życząc miłego wieczoru!   c.d.n.