"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

12.05.2013

Ugór.


 Ugór mieni się w słońcu wszystkimi kolorami ziemi. Jest piękny. Pachnie ziemia, zwlaszcza teraz, gdy popadało, a ziemia taka świeża, pachnąca...





Przed kilkoma wlaśnie dniami kawał ziemi za oborą, tam, gdzie dotąd królowały wielkie dwumetrowe, wieloletnie chaszcze, został zabronowany i zaorany. Pewien chłop przez dwa dni pracował na ugorze... a po skończeniu zalecił...  powyciągać wszystko, co się da... potem  ładnie zagrabić... a następnie posadzić ziemniaki... lub buraki... bo to najprostsze... i odjechał.
Zostałam sam na sam z ugorem.
 Najpierw więc, każdego dnia wychodziłam na ugór i... patrzyłam... patrzyłam... i patrzyłam... wzdychałam ... i wzdychałam... i nie dlatego, że napatrzeć się nie mogłam... lecz... jak tego dokonać... jakoś nie bardzo wiedziałam....


 


 ... aż w końcu... już napatrzywszy się i nawzdychawszy się...  zaczęłam oswajać ugór... włożyłam ręce do ziemi i ... zaczęłam wyciagać wszystko, jak zalecił chłop, co tylko się dało.
 I tak oto zaczęło się codzienne obrabianie ugoru, kawałek po kawałku, dzień po dniu, a ja oczami duszy widziałam już zgrabne... zagonki z pysznymi  ziemniaczkami...  buraczkami... zielone świeże warzywka, czyli krótko mówiąc... mój wymarzony ogród!

 Nawet psy pełne zachwytu dla moich poczynań... polubiły ugór... zapadając na nim w błogą drzemkę...






... I już wkrótce pierwsze w moim życiu grządki wyłaniają się z ugoru!


 


... a za nimi wg. zaleceń chłopa... powstał nawet... zagonek z ziemniakami!







 ... a ja  dumna jak paw... pobrzękując kluczami,  przechadzam sie pomiędzy zagonkami ... myśląc, jaka to ze mnie gospodyni... cała gębą.... skoro i...  ziemniaki i...  buraki i wszystko... co potrzeba jest!

 Podlewam wiadrami, nosząc wodę ze strumyka, zgięta w pół, modląc się o deszcz, który ku mojej wielkiej radości... w końcu podlewa grządki, dając mi chwile wytchnienia od noszenia wody...




 A w miedzyczasie rozkwitają czereśnie...

... moja wiekowa Staruszka...





....i jej młodsza siostra.... ta, która jako pierwsza mnie zauroczyła...!




 .... i świat tak upojnie pachnie majem....!




 Kwitnie majowa łąka... koncertując na dwa głosy w chórze z lasem.... nie koszę jej, aby brzuchatym stworzonkom koncertowania nie przerywać... a sobie wielkiej przyjemności słuchania, nie odmawiać...!


 


... i pojawiają się między innymi...  takie oto Cuda...!





Napawam się tymi widokami, obrabiając wciąż dalsze części ugoru... to prawdziwa orka na ugorze, myślę... chociaż... ?
Pomimo, że pracy coraz więcej... to dziwne... czuję się coraz lepiej... i jakaś radość mnie przepełnia...!?





 I prostując w przerwach plecy i ocierając pot z czoła... myślę, że przecież od pokoleń ludzie obrabiali swoje kawałki ugorów. Ręcznie kosząc i zbierając płody ziemi. A  idąc w pole... białe, wykrochmalone koszule zakładali...  te najlepsze... i ze śpiewem na ustach... i z radością...  w pocie czoła...  na tych swoich kawałkach pracowali!?
Skąd ta radość!?
Czy to praca... ta  ciężka... fizyczna... w pocie czoła... i ta...  z samego serca płynąca...  to sprawiała!?
A  może...  czuli większą więż z Matka Ziemią... którą  najbardziej  poczuć można ...  wkładając ręce do ziemi?!
A teraz ja powielam dawne wzorce. Czując więż z tymi ludżmi .
I z Matką Ziemią.


              


A po ugorze... czeka mnie jak zwykle...  kolejne, remontowe lato, a lista prac jest znów zadziwiająco dłuuuuga!!!! 
 Dziwię się... choć to nic dziwnego... skoro  najpierw... jak zwykle wszystko poprawiam, a potem wykonuję rzeczy te właściwe,
Wygląda to mniej więcej tak:

wymiana pieca, który żle grzeje....
naprawa kuchni węglowej, która w ogóle nie grzeje...
wykonanie glinianego ogrodzenia, co do którego nie za bardzo wiem, jak sie za nie zabrać...
naprawa leśnej siatki, stratowanej przez własne psy i inną leśną zwierzynę...
zatarcie tynków w dwóch północnych pokojach... pomalowanie ich ... wykonanie jakiejś podłogi...
naprawa dymiącego kominka...
ponowne malowanie wszystkiego... po jednym tylko zimowym sezonie grzewczym...
położenie ocieplenia i tynku,  naturalnego, o którym nie mam zielonego pojęcia.... a wymyślony  tynk perlitowy, o którym nikt nigdy nie slyszał  i nie widział nie nastraja zbyt optymistycznie... głowię się więc, co zrobić...może ktoś ma jakiś pomysł?
i wiele innych rzeczy, o których pisanie juz i tak  żadnego ukojenia nie daje...!

I oczywiście...  sprawa najistotniejsza... której pominąć w tym wszystkim nie sposób... jak tego wszystkiego dokonać!?!?!

Więc póki co, w przerwach...  między ugorem... a podlewaniem... i planowaniem... napawam się majem!!!


 

   ...  i Różyczką w niezapominajkach...





 


  .... i na koniec kolejna radosna wiadomość... strumyk wezbrał... więc po dlugim okresie suszy... będzie ugór czym podlewać!



        Majowe pozdrowienia przesyłam!

12.04.2013

Wiosna i radość niepalenia!!!


 Tak więc już chyba żadnych wątpliwości nie ma, co do końca tej zimy!

 Chodż, to jeszcze trudne do uwierzenia, gdyż kilka zaledwie dni temu... mój dom wyglądał właśnie tak... a właściwie to prawie w ogóle nie wyglądał... jako, że trudno było go dojrzeć wśród śnieżnej nawałnicy!
Lubię jeszcze popatrzeć na ten zimowy obrazek, żeby potem to, co po nim nastąpi, mogło jeszcze bardziej cieszyć... !





Ale to już na szczęście historia... gdyż od kilku dni jest już tylko lepiej!





A spod śniegu wystawiają główki pierwsze nieśmiałe zwiastuny wiosny!


Dzisiaj po raz pierwszy, z kubkiem kawy w ręku wyszłam do ogrodu... i usiadłam w słońcu...






 ... jakże byłam go spragniona po długich, zimnych miesiącach... i słuchałam lasu, który rozgadał się jakby na dobre... ile w tym było skarg... ile radości... o tym jak ciężko było tej zimy i ptactwu i zwierzynie... i ile z nich padło z wycieńczenia i głodu...

Słuchałam tego radosnego jazgotu, chodząc po ogrodzie, wciąż jeszcze dzikim, ale już pachnącym wiosną i cieszyłam się.... cieszyłam się z nadchodzącej wiosny... ale najbardziej cieszył mnie fakt... zbliżającego się końca palenia !!


 


 Radość niepalenia!?
O tak, wziąwszy pod uwagę moje wielomiesięczne  zmagania z paleniem i z zimnem, gdy spogłądałam  na niewątpliwe piękno zimy zza szyb domu, który przejmował mnie jedynie lodowatym chłodem?!
O, zima z pewnością  moze być urocza, lub chociażby znośna, jeśli spędza się ją w porządnie ogrzanym domu, ale nie w takim, w którym bez względu na to, ile opału się używa i zużywa, panuje niezmiennie 14 stopniowa temperatura w dzień!  O nocy, że  już nie wspomnę!

A ja zakutana we wszystko, co tylko możliwe... paliłam i snułam marzenia o cieple, patrząc z nieukrywaną nienawiścią na  piec, winowajcę zimna, który przez te wszystkie zimowe miesiące nie dość, że uwięził mnie jako palacza i  kominiarza, nie pozostawiając nawet chwili oddechu... na sprawy inne niż... palenie, to jeszcze nie dawał normalnego ciepła!






 .... Więc nic dziwnego, że mając w perspektywie zamknięcie... palarni, zamienionej na zimowy okres  w salon z wygodnym krzesłem... i tym samym skończenie z co - godzinnym podrzucaniem do i tak oziębłego pieca... czułam jedynie wielką, nieopisaną radość!!!
 
Teraz, to  już tylko w chłodne wieczory, czeka mnie jedynie popalanie w kominku, co  można by nazwać... hmm... luksusem palenia!
To jak święto!
Święto  NIEPALENIA!
Świętuję więc... wygrzewając się w słońcu... jak kot... słuchając lasu... i ciesząc się głośno jak dziecko..!



 


... aż Lola nieco zdziwiona... i mocno już z racji zimy opóżniona w swym... marcowaniu...  zaczęła mi się uważniej przyglądać...






... a ja  poczułam się jak ptak wypuszczony na wolność... oddychając z prawdziwą ulgą!!!

Nareszcie, będę mogła zająć się tym wszystkim, czym z racji palenia, zająć się nie mogłam. Czeka mnie przecież, o czym zapominać nie powinnam... dalszy remont i  dalsze przygotowania i doszkalania się w budowlanych sprawach... co wprawdzie i tak dość mierne efekty przynosi, ale co w porównaniu z paleniem, wydaje się być czymś przyjemnym nawet i niemalże... fascynującym!





O, ten dom nigdy nie pozwoli mi na stagnację!
Wystawiając mnie na wciąż nowe próby... nie szczędząc nawet życia w spartańskich warunkach... najpierw bez wody, teraz bez ciepła!?

A może jest tak, że w życiu trzeba doświadczyć... wszystkiego... żeby potem móc powiedzieć, że... żyło się jego pełnią!?
 I jakie to ma znaczenie dla zwykłego człowieka!?
Poza tym, że cierpi przejmujące zimno?!

 I poza tą radością... której potem, może doświadczyć!?

Czy ta siermiężna chata...  naprawdę tego właśnie ode mnie wymaga.?
Trudu... a potem radości?!





... I coraz częściej łapię się na tym, że zaczynają mnie cieszyć rzeczy tak ... banalne... i tak przyziemne... i tak niemodne jak... niepalenie... pierwsze promienie słońca na twarzy... kilka białych przebiśniegów... gadający las!?




... strumień cicho szemrzący...





To dziwne.... jak wszystko się zmienia?
Przecież, te wszystkie drobiazgi... błahostki niemalże, kiedyś... w moim poprzednim życiu... nie miały dla mnie większego znaczenia..... mijałam je tak obojętnie, wcale ich nie zauważając... tak bardzo pochłonięta byłam... Wielkimi Sprawami tego Świata!?

A teraz...





... wzroku nie mogę oderwać... od tych kilku białych przebiśniegów... od lasu za domem... od strumyka cicho szemrzącego...
I gdy pomyślę, że już wkrótce wystawię letni stół do ogrodu...czuję, jak przepełnia mnie uczucie nieopisanej radośći!



 



Więc może właśnie o to w życiu chodzi?
O ten promień słońca na twarzy... o delikatne białe płatki,  nieśmało wysuwajace swoje główki ku słońcu... o szum lasu... o  radosne pokrzykiwanie ptactwa nad głową?



 


 O to też!

Ale najbardziej...  przynajmniej dla mnie... chodzi o...
Radość  Nie -  pa-le- nia!!!

Życzę Kochani, dużo wiosny wokół, jak również i tej w sercu!


























3.02.2013

"Chleba naszego powszedniego..." c.d.


 Przepis na chleb razowy wieloziarnisty

1 kg mąki pszennej razowej  lub żytniej tzw.chlebowej
1 l wody
50 dkg drożdży
2 łyżki oleju
2 łyżki soli
2 łyżki siemienia lnianego, ziaren słonecznika, dyni i wszelkich innych ziaren wg. uznania

Drożdże z łyżeczką cukru zalać ok. pół szklanki ciepłej wody, rozmieszać i  Odstawić w ciepłe miejsce,aby wzeszły / ok 10 min/.
Nastepnie wlać do mąki, dodać resztę ciepłej wody, olej, sól, ziarna i wyrobić.
Ciasto będzie rzadkie, ale takie ma właśnie być. Przykryć ściereczką i pozostawić do wyrośniecia w ciepłym miejscu na ok. 40 min, aż urośnie.
Gdy już urośnie, wyrobić jeszcze raz i przełożyć do natłuszczonych foremek, przykryć i odstawić do ponownego wyrośnięcia  na ok 20 min/ tak aby foremki się wypełniły ciastem.
Piec 50-60 min w nagrzanym piekarniku w 200 stopniach.

Ciasto będzie wilgotne nawet po upieczeniu i takie też ma być. wiele 
Dobrze jest mieć wszystkie produkty ciepłe, również foremki, trzymajac je np. na kaloryferze.

I to wszystko. Można też mieszać mąki i do razowej dodać pszennej białej,jeśli chce się mieć chlebek bardziej biały.

Życzę wiele radości z upieczenia własnego chleba i oby się udał!
Uściski posyłam.







28.01.2013

" ... Chleba naszego powszedniego... "


Nie ma nic wspanialszego od upieczenia własnego chleba!
Gdy mróz za oknem, a w domu  przyjemne ciepło rozchodzi sie od chlebowego pieca, a smakowity zapach pieczonego chleba unosi się w powietrzu!





Mąka... woda... sól... zaczyn.... ziarna...
Tylko tyle.
I upieczenie własnego chleba, okazuje się rzeczą najprostszą pod słońcem!
Mój pierwszy własny chleb! Cieszyłam się jak dziecko!
I z radości ucałowałam oba chlebki.

Wyszły dziwne... ale dla mnie piękne!

 Jeden podłużny




 Drugi w kształcie serca



 

 
 
I gdy jeszcze ciepłe, pachnące bochenki wyłożyłam na ściereczkę, a zapach rozszedł się po całym domu... przed oczyma stanęła mi babcia.
Jak w swoim wiejskim domu, z chlebowego pieca wyjmowała okrągłe bochny chleba. Były wielkie, jasne i pachnące. /ciemnego chleba się wówczas nie jadało, był przejawem biedy/ .
A potem, gdy już przestygły, jeden z nich  babcia kładła na rozłożoną na stole lnianą ściereczkę.
Robiła na nim znak krzyża i całowała jasną skórke, a my zgromadzeni przy stole po kolei podchodziliśmy i robiliśmy to samo.
Wtedy babcia zaczynała modlitwę....

 ".... Chleba naszego powszedniego, daj nam dzisiaj...." rozchodziło się po kuchni.

I brała bochenek do ręki i przyciskając go mocno do piersi, wielkim nożem kroiła podłużne, grube kromki. Zawsze wstrzymywałam oddech, obserwując, jak ona to robi, tak sprawnie szło jej to krojenie.  Ja nigdy nie umiałam tak kroić chleba. Kromki smarowało się swoim masłem, stojącym obok w kamionkowym naczyniu, dorośli posypywali je dodatkowo solą, a my dzieci cukrem.
I ani jeden kawałek nie mógł się zmarnować, ani tym bardziej upaść.
A czerstwe skórki były przechowywane  dla kur i kaczek.

W domu babci, chleba się nie wyrzucało. Chleb budził szacunek. To była świętość.

Dziś ten prosty posiłek byłby dla mnie luksusem. Wtedy był normalnością. Ale smak i zapach chleba, zapach dzieciństwa, pozostał w sercu na zawsze. 

Zastanawiam się, czy w prostocie może być...  aż tyle piękna?!

"... Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj...."  powtarzała babcia, zawsze, ilekroć kładła na stół nowy bochenek.

A dzisiaj?
Dzisiaj chleba jest pod dostatkiem. Nawet śmietniki są jego pełne. Więc mało kto, pochyla się jeszcze nad chlebem. A miliony głodujących na świecie, nikogo już nie wzruszają.

 "... Chleba naszego powszedniego.... " Słyszę babciny głos.
A obraz rodziny pochylającej się nad chlebem, wciąż mam pod powiekami.

I nie mogło być inaczej. I ja musiałam upiec swój chleb.
Ta potrzeba była we mnie uśpiona i czekała tylko na przebudzenie.
Ale tyle długich lat mijało, a ja chleba nie piekłam.
Nie byłam go nawet w stanie upiec... bo i jak... skoro wciąż tylko biegłam... i biegłam... do tych wszystkich ważnych i nieważnych... ale przecież...  także ważnych spraw!
Które czekać nie mogły!
I tylko chleb był cierpliwy.
 I czekał. 



 



I dopiero po latach, tutaj, w tej wiejskiej chacie. Z chlebowym piecem. Otulonej przez drzewa i ciszę. Przestałam biec. I mogłam  już usiaść. I wziąść mąkę i sól z Tej ziemi.
I tak jak babcia ...  pochylić się nad chlebem...



 



A póżniej... to dziwne... tak  długo szukałam...  tej dawno zapomnianej, ale jakże pięknej, ceramicznej w kształcie serca formy... grzebiąc w kartonach i znajdując ją gdzieś na dnie... zakurzoną...i  tak cierpliwie czekająca na swój czas.
I wypełniłam ją chlebową masą.

... Czy może być chleb w kształcie... serca?!
...  Czy może istnieć miłość do chleba?!



 




Więc może... naprawdę...  może naprawdę... tylko to... co zrobimy sami... " tymi rękoma w trudzie i w znoju..."  tak naprawdę się liczy i tylko to cenimy?!
I staje się to żródłem prawdziwej radości?
A może nawet...  miłości?!

I...  czy jest możliwe, aby postęp... był powrotem do tradycji?!
W dobie tak szalonego postępu?!

Upieczenie własnego chleba to nie tylko smaczny i zdrowy chleb.
To coś więcej.
To ścieżka do wolności.

























28.11.2012

Droga...


 Nic tak bardzo nie sprzyja zadumie, jak długie jesienne wieczory.
Gdy zimno i mglisto wokół, miło jest usiąść przy ogniu... zapatrzeć się w jego płomienie... i pozwolić myślom poszybować...
W jeden z takich  wieczorów...  poszybowałam daleko.
Aż do początku mojej drogi.
Do dnia... w którym wszystko się zaczęło.





A zaczęło się od marzeń.
Marzeń o domu. O własnym skrawku nieba. Ja, emigrantka... tymczasowa, zapragnęłam... powrotu do domu.
Z tym, że ten dom musiałam najpierw znależć.







Dom miał być na wsi, takiej niedużej, na kilka domostw. Takiej, do której prowadziłaby droga szutrowa. A zapach obornika mieszał by się z zapachem lasu. Miało pachnieć wsią. Taką prawdziwą, gdzie kury wychodzą na drogę i psy szczekają, witając radośnie przybyłych.
I las mial być blisko. Tak na wyciagnięcie ręki. A wokół pola i kwitnące łąki. Taki obraz wsi nosiłam w sobie od dzieciństwa.
I dla tego marzenia gotowa byłam porzucić wszystko i zaczynać od nowa.




I zaczęły się poszukiwania.

Długie, kilkuletnie. Szmat drogi zeszłam. Z poludnia wywędrowywałam coraz dalej na północ. Ku morzu, tam mnie ciągneło. Najpierw były to piesze wędrówki z plecakiem i mapą w ręku. I te wspominam najmilej. Póżniej stałam się zmotoryzowana, bo tak było łatwiej się przemieszczać. Do różnych wiosek i do różnych domów trafiałam. Wszystkie je pamiętam mniej lub bardziej, zależnie od tego jak głęboko zapadły mi w serce.
 Lecz wszystko wydawało mi się nie takie. Albo za małe... albo za duże... albo za blisko sąsiadów... albo za daleko... albo za bardzo ucywilizowane. A ja szukałam przestrzeni i ciszy.Chciałam stworzyć miejsce do życia i do pracy. Może jakieś nieduże agro-... domy gliniane... warsztaty. Miałam plany. Dlatego miejsce musiało mieć potencjał.
I któregoś dnia, gdy byłam już na północy, trafiłam do niewielkiej wioski... takiej na kilka domów, do której wiodła... szutrowa droga, a na jej końcu był już tylko las i... stary opuszczony dom. A wokół pusta przestrzeń i cisza. I wtedy poczułam jakiś dziwny ucisk w sercu... tak bardzo znajomy... zwiastujący tę niczym nie zmąconą pewność... że to właśnie To!!!







 I jak dziś pamiętam ten moment, gdy rzuciłam się do wielkiej czereśni przy domu, obsypanej owocami, które rwałam pełnymi garściami. Nie mając dosyć! Czując się tak... jakbym nagle i niespodziewanie trafiła do żródła!


 


I właściwie, gdyby tak się dłużej zastanowić... to do dziś nie wiem, co tak bardzo mnie wtedy urzekło. Czy ten stary, o prostej bryle dom... a raczej jego wspomnienie.
Czy ogromne czereśnie przy domu. Czy może chyląca się nieubłaganie ku upadkowi obora, wciąż tak niezwykle piękna. Czy może ta... cisza i ten  las obok!
A może wszystko razem... stanowiło niepowtarzalny urok, niezwykle piękny obraz starego, noszącego ślady dawnej świetności siedliska, który tak mnie zachwycił!
 I dobrze pamiętam tą chwilę, gdy bez tchu niemalże przebiegałam pokój po pokoju, oniemiała w zachwycie, rozdeptując po drodze sterty śmieci i gruzu walającego się wokół, a z każdym krokiem moja fascynacja rosła! Nie miałam wątpliwości, dom był zrujnowany, ale nie zatracił nic ze swojej szlachetności!

Stał jak... zaklęty w zarośniętym... zdziczałym ogrodzie... jak w jakiejś bajce... wstrzymując oddech w oczekiwaniu na moje... TAAAK!!! 


 
 


 I nic, absolutnie nic... nie było w stanie mnie zniechęcić!!!  
Ani zatęchłe ściany... ani rozpadające się mury... ani sypiący się dach... ani odpadający płatami szaro bury tynk... Nic!!!  I co dziwne, że nawet żadne gorączkowe rozważania nie miały miejsca ... i nawet głos rozsądku nie miał do mnie dostępu! Byłam pewna, jak niczego na świecie, że chcę go mieć!
I tylko rodzina pukała się w głowę, myśląc że oszalałam może... i starając się zaapelować do mojego zdrowego  rozsądku.
Wszystko na nic! Byłam w euforii. A wszystko wydawało mi sie takie... jasne i proste, jak nigdy dotąd! 
I stało się.



 


Dla tego zrujnowanego siedliska porzuciłam wszystko. Wielką, błyszczącą milionem świateł zagraniczną metropolię i zamieszkałam w domu pod lasem.

I tak zaczęła się moja przygoda z domem.

 A potem przyszły dni rozterki. Burzyć czy remontować. Dom był totalną ruiną.
A ja tygodniami biłam się z myślami, co robić.

I gdy już zaczęto zdejmować dach i za chwilę miał wjechać buldożer i zrównać wszystko z ziemią, zaiskrzyła szalona myśl, że w żadnym wypadku nie mogę na to pozwolić! I że muszę ratować ten dom!!
I w ostatniej chwili powiedziałam stop!


 


I tak zaczął się remont.
To była jedna wielka niewiadoma. Ponieważ ja, na niczym, absolutnie na niczym się nie znałam!!!  I błądziłam jak dziecko w ciemności.  Popełniając błąd za błędem. Był lęk, czy podołam. Bo ogrom pracy, który wzięłam na siebie był przerażający. Wszyscy odradzali, że sama nie dam rady i że to wszystko z pewnością doprowadzi mnie do niechybnego upadku. Nie miałam ani jednej przychylnej duszy. To wtedy powstała myśl, aby założyć blog, dziennik budowy i dzielić swoje rozterki z ludżmi, którzy podobnie myślą i czują. I gdy znalazłam takich, wiedziałam już, że nie jestem sama. I to było bardzo wspierajace, a komentarze dodawały niezwykłej siły.
I faktycznie, gdy teraz o tym myślę, to było... jak porwanie się z motyką na słońce. Ale wtedy tego nie widziałam. Byłam przecież pełna euforii  a wszystko widziałam w różowych kolorach.!
 A poza tym... uparłam się na ten dom!







 I tak przez dom zaczęły przewijać się tabuny fachowców i specjalistów róznej maści, którzy to najczęściej swoimi poczynaniami okaleczali jedynie szlachetne mury, dziwiąc się niezmiernie, iz  moim największym pragnieniem jest zachować dawne, stare techniki remontowe i że dom ma wyglądać właśnie jak... stary, bo to jego największy urok. A jego piękna dusza nie może stracić nic na uszczerbku.
Ale owi panowie nie mieli zrozumienia ani dla mnie, ani dla domu, a jego dusza była im całkowicie obojętna. Więc, wykorzystując skutecznie moją niewiedzę, odstawiali niezłą fuszerkę, którą ja potem musiałam naprawiać.
I tak wszystko lub prawie wszystko robione było dwukrotnie.

I  w takich chwilach już nic nie wydawało się jasne i proste. A stawało się zawiłe i trudne, a niekiedy obrzydliwe i nie do zniesienia.





Ach... gdy to wszystko sobie przypomnę, co owi specjaliści nawyczyniali, dzisiaj mogę już o tym spokojnie mysleć, ale wtedy, bliska byłam szaleństwa!

Najlepsze było chyba to...  z drzwiami wejściowymi, które tak zostały wstawione, że ani ich zamknąć, ani otworzyć się nie dało, bo przy kolejnej próbie otwarcia drzwi... została mi w ręku część klamki. Więc wielkim kluczem od roweru otwierałam owe drzwi, łapiąc za kawałek pozostałej klamki. Aż do chwili, gdy i ta reszta się wyrwała... wtedy byłam zmuszona do wchodzenia i wychodzenia przez... okno! I to całymi tygodniami.
Wiem, że teraz brzmi to być może zabawnie, ale wtedy, wierzcie mi, było mi daleko do śmiechu!
To tylko jeden z drobnych przykładów fuszerki, a było ich  tak wiele!

Najgorsze wspomnienia to...  gnijące tynki, na których powyrastały zielone roślinki i czarne plamki pleśni, to przyprawiło mnie o czarną rozpacz, bo nie było wiadomo... co dalej z tym zrobić!!!
Aż w końcu nie było już wyjścia i trzeba było tynki zrywać... a potem  kłaść nowe. Wtedy opuszczały mnie wszelkie  uczucia dla domu. A jego mury stawały się moją ścianą płaczu!

 I to były chwile, gdy nic, absolutnie nic się nie układało, a ja pomału zaczynałam wierzyć, że przepowiednia rodziny zaczyna działać i że chwila mojego upadku zbliża się w zastraszającym tempie!





I wtedy pomogła determinacja!

Wiedziałam, że nie mam wyjścia, nie mając dokąd wracać. Całe moje poprzednie życie już przecież nie istniało!
 Musiałam więc dać radę. Tylko jak! I zaciskałam wtedy pięści do bólu i waliłam głową w mur.!
Ale zawziełam się! I tynkowałam, a potem zrywałam wszystko...i  kładłam nowe, malowałam... i robiłam to  wszystko, co tylko byłam w stanie sama zrobić, aby ten dom przystosować chociażby... jako tako do zamieszkania. Ufff... jak cieżko było!






I były też niezwykłe chwile.
To głównie te, gdy szanowni panowie... specjaliści, o czym nie omieszkam wspomnieć... opuszczali mój dom!!!  I pomimo, że zostawałam sama z fuszerkami i ze wszystkim... oddychałam z prawdziwą ulgą!!!

To też te chwile, gdy z moim dzielnym wolontariuszem K. i naszym... upośledzonym!!!  pomocnikiem, który był dla mnie najnormalniejszym ze wszystkich ludzi, mieszaliśmy gliniane zaprawy i farby, a potem rzucaliśmy je na ściany... ciesząc się jak dzieci, że nam wychodzi!!!
Lub te, gdy, zdesperowani... po kolejnej porażce... malowaliśmy wielkie słońce na glinianej... gnijącej ścianie!

I też te tragiczne.
Gdy K. zabrała policja... a ja nie wiedziałam już zupełnie... jak mam dalej temu wszystkiemu podołać!!! 

A dom nie odpuszczał. Wymagał. Jak stara kapryśna Dama, która dobrze wie, czego chce!
Tylko, że ja nie miałam pojęcia, jak tego wszystkiego mam dokonać!!!





I w końcu, jakimś...  cudem dałam radę. I wszystko jakoś się poukładało.
A ja zamieszkałam w domu pod lasem. W pierwszym roku, żyłam w iście spartańskich warunkach. Bez łazienki, bez podłóg, bez wody, którą  nosiłam ze żródła. A gdy i ono zamarzło, topiłam lód na kuchni tak lichej, że woda ledwo się  na niej ugrzać mogła. A i w domu temperatura była ledwie dodatnia, o cieple można było jedynie pomarzyć.
Wytrwałam.

Teraz jest już lepiej . W tym roku mam wodę i łazienkę. Choć cieplej dużo nie jest i palce nadal marzną, gdy dłużej siedzę przy klawiaturze. Myślę, że winą są nieocieplone ściany. Jak dotąd bowiem skutecznie broniłam się przed obłożeniem ich styropianem. Nie cierpię tego czegoś i chcę, aby ściany oddychały. Ale nie wiem, jak długo zdołam się jeszcze przed tym wybronić, chyba że znajdę jakąś inną alternatywę! 


Myślę o drodze, którą przeszłam. Jaka była.... Trudna... na pewno. Kręta. Wyboista.
Tyle się na niej wydarzyło!
 Był śmiech i łzy! I chwile euforii i przerażenie! Determinacja i rozpacz!
Tyle emocji! Jak w operze!
I jak w życiu!



 


A jednak o żadne z nich nie chciałabym być uboższa!





To podobno droga i to co się na niej wydarza, ważniejsza jest od celu.