"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

13.08.2010

W oku cyklonu... czyli remontu ciag dalszy.

I tak wiec, ktoregos slonecznego poranka, zajechalam do "swojej" wsi postanawiajac poszukac kogos do "zdjecia" dachu i stanelam calkiem nieoczekiwanie przed domem, pewnej rodziny z dziewieciorgiem dzieci ,w czym nie byloby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iz OWA rodzina byla glownym sprawca kradziezy i dewastacji... o zgrozo... mojej wlasnie chalupy!!!

Wiedziona jakims wewnetrznym glosem i przekonaniem o slusznosci moich poczynan, postanowilam wiec isc... w samo OKO CYKLONU, myslac przy tym, iz co mnie nie zabije, to mnie wzmocni!
I tak oto z bijacym sercem stanelam tegoz wlasnie poranka przed dawnym budynkiem PGR-u, zamieszkalym obecnie przez piec rodzin, z ktorych jedna jest wlasnie OWA "kradnaca" rodzina.
Zbierajac cala swoja silna wole i odwage do kupy, stanelam przed drzwiami, ktore, gdyby byly, to mozna by bylo ladnie okreslic, iz staly otworem... ale niestety drzwi nie bylo...I jedynie gesta mocno juz przybrudzona zaslona odgradzala mnie od "oka cyklonu". Zatrzymalam sie na progu i nie majac odwagi wejsc do srodka, zapukalam we framuge nie istniejacych drzwi... i o dziwo, prawie natychmiast zza zszarzalej zaslonki wynurzyl sie jegomosc w srednim wieku... czyli pan P.-ojciec rodziny, jak sie domyslilam,a za nim dwoch roslych chlopakow, jego synow.

Patrzylismy na siebie przez chwile w milczeniu, mierzac sie wzajemnie wzrokiem i wiedzac dokladnie KIM jestesmy. Gdy sie juz dosyc napatrzylismy, zapytalam grzecznie pana P. czy nie chcialby u mnie popracowac?!
Pan P. prawie natychmiast, tak jak gdyby nigdy na nic innego z mojej strony nie czekal... i ku mojemu zdziwieniu... wyrazil zgode.

Wpakowalam wiec wszystkich trzech szybko do samochodu, jakbym sie bala, ze sie rozmysla i udalismy do chalupy. Pan P. z synami obejrzal dobrze mu juz znana chalupe, pokiwal glowa nad postepujaca dewastacja ruiny... wyrazajac glebokie oburzenie i ubolewanie na tym, iz w ogole taki wandalizm ma jeszcze miejsce w tym jakze CYWILIZOWANYM SPOLECZENSTWIE, jak to bardzo ladnie okreslil.
A gdy napomknelam mu o taczce... glosno zaklal, mowiac, iz takich to powinno sie... i tu posypaly sie kwieciste okreslenia. Po czym pan P. i synowie ruszyli ochoczo sprawdzic, czy taczka w ogole jeszcze jest, tam gdzie ja zostawilam, czyli w glebokich chaszczach... Ale niestety taczki juz nie bylo,czego naturalnie nalezalo sie spodziewac,a co wywolalo ich nowa fale oburzenia... a moje jedynie zdziwienie.

Uzgodnilismy wiec stawke i zakres pracy tj. zdjecie dachowki i calego poszycia dachowego. Prace mialy zaczac sie jutro z samego rana, ja zas mialam przyjechac za cztery dni.
Po czterech niespokojnych dniach i czterech nieprzespanych nocach z "dusza na ramieniu" zajechalam do wsi, myslac cala droge o tym, co tym razem mnie czeka.

A czekalo... jak zwykle niemalo... tym razem i dobrego i zlego.
Dobre bylo to, iz pan P. faktycznie wykonal prace i cala podsufitka w postaci gliny, slomy i desek zostala zwalona.
A zle... moze nie tyle zle... co raczej powalajace... bylo to co ujrzalam po "zdjeciu sufitu".
Na podlodze pietrzyly sie stosy zwalonej gliny, slomy, dech i piachu ... a dach zional wielka czarna pustka, wsrod ktorej widac bylo mocno nadgnite belki.
Jeknelam przerazona, przechodzac a raczej przedzierajac sie przez te zwaly wszystkiego i... z przerazeniem wpatrujac sie w ziejaca nade mna czarna otchlan.
I gdy tak stalam prawie juz omdlala... nadjechal na motorku, majacy chyba jakies telepatyczne zdolnosci pan P.
Opowiedzial wesolutko o tym, co to tu sie dzialo i ze dobrze, ze tego nie widzialam... bo oni sami mysleli,ze to wszystko zaraz runie....ale na szczescie chalupa stoi, stwierdzil zadowlony, do mnie bladej i sinej z przerazenia, po czym powiedzial, ze dachowek nie ruszali, gdyz cala niedziele padalo, co bylo oczywiscie zgodne z prawda.

Tak wiec jutro zabierze sie za dach,oswiadczyl, pytajac uprzejmie, czy przyjade, na co pokrecilam glowa i juz na sama mysl o tym slabo mi sie zrobilo.


Tak oto wyglada moja chalupa po poczynaniach pana P.




3.08.2010

Alternatywa....czyli Dom Matki Ziemi.


Taki właśnie dom widziałam... podczas ostatniego tygodnia lipca, będąc jedną z 10-ciu wolontariuszy, którzy spotkali się w przepięknej alpejskiej scenerii, aby stworzyć COS niezwykłego... aby tworzyć DOM MATKI ZIEMI.

A konkretnie to bylam w miejscu, w którym stoi: dom jakich mało.
Odwiedziłam niezwykłych ludzi,widzialam ich niezwykly dom uczestnicząc w trzecich warsztatach ekologicznych, na ktorych spotkali sie ludzie z rożnych zakątków tej ziemi, aby móc uczestniczyć w czymś niezwykłym.
I było niezwykle. Było niezwykle,gdyż każdy mógł uczestniczyć w dziele tworzenia Domu, domu niezwykłego, stworzonego bowiem z tego, co dala nam Matka Ziemia... z tego co jest w naszym zasięgu...i na wyciągnięcie reki.
Tworzylismy...zanurzajac rece w glinie i cieszac sie...ze dom wyrasta spod naszych rąk i pięknieje, wtapiając się, jakże naturalnie w alpejską scenerię i tworząc z nią jedną, jakże doskonałą całość. I miało się to nieodparte wrażenie,jakby istniał on tutaj od zawsze.

W wysokie Alpy trafiłam zupelnie przypadkowo, czytajac na blogu - dom jakich malo- o warsztatach ekologicznych i podejmując... natychmiastową, aż samą mnie wprawiającą w osłupienie,decyzję o wyjezdzie.

Przez dwa tygodnie /ja bylam tydzien/ tynkowaliśmy dom z zewnątrz i wewnątrz, wykopując najpierw glinę z hałdy za domem, potem ją przesiewając przez wielkie sito i rozdrabniając, potem rozrabiając w wielkim mieszadle chlebowym z piaskiem,wodą, sieczką na konsystencje gęstej śmietany... i taką oto masą czyli tynkiem oblepialiśmy ściany.
Samo tynkowanie jest poezją, jest coś... magicznego i niezwykłego w tej jakże zwykłej, zdawać by się mogło czynności.

Przez siedem dni i nocy oddychałam niezwykłą atmosferą tego domu. Bo taki dom to jak żywy organizm - oddycha,pachnie,przemawia... Sprawia, ze poczuje się tą niezwykłą więż z NATURA. I Czułam zapach ziemi i jak nigdy przedtem....tę właśnie niezwykłą z nią więż. Więż... o której współczesny człowiek pewnie już nie pamieta... bo to jakże niemodne w dzisiejszym świecie. I zapomniał też pewnie o tym,że Matka Natura tak hojnie nas wszystkim obdarza... a my to po prostu ignorujemy.
I mimo cieżkiej,w upale,w pocie czoła pracy... odczuwało się tę niezwykłą radość,zanurzając ręce w chłodnej,pachnącej ziemią masie glinianej,a formowanie z niej ścian przypominało rzeżbienie w glinie jakiegoś najwspanalszego dzieła sztuki... które spod naszych rąk się wyłaniało.
To niesamowite przeżycie, którego miałam szczęście doświadczyć, a którego nie zapomnę na długo...dało mi impulsy do...do dalszego działania.

I postanowiłam swojego staruszka... ponaprawiać metodami jak najbardziej naturalnymi - czyli tynkując ściany gliną,stosując słome, tam gdzie była zastosowana. Czyli tak jak w zasadzie był on budowany i jak przetrwal te swoje prawie sto lat.
I myślę teraz, ze będzie to najbardziej właściwy sposób.

Tak wiec po wielu rozterkach, załamaniach, "ucieczkach",łzach... podejmuję WYZWANIE.
Zaciskam zęby i idę do PRZODU.
Pobyt w Alpach dodał mi niewiarygodnej siły, siły do walki...
I myslę, iż nie przypadkiem znalazłam się właśnie w tym miejscu... To wszystko miało właśnie tak.. BYĆ.

Oto kilka zdjęć.

Tynkowanie pokoju






Wspólny posiłek

27.07.2010

Nowi lokatorzy...czyli akcja w toku...
Wpadlam tylko na mala chwilke, jestem bowiem ostatnio wlasciwie caly czas w swojej przyczepce z dala od cywilizacji, a wiec i od internetu, aby choc co nieco napisac o tym co sie u mnie dzieje. A... dzieje sie nie malo...choc to wszystko nie to, co tak naprawde powinno sie dziac. Jednym slowem - Czas mi przecieka przez palce,a ja poza jezdzeniem i zalatwianiem, szukaniem projektanta...nie posunelam sie z remontem ani o krok do przodu,czyli dalej stoje w miejscu,a moja frustracja siegnela juz zenitu.
Wszyscy kolejni projektanci po ogledzinach chaty kiwali tylko glowami, dajac mi dobre rady, ktore juz dobrze znam. Zrezygnowana, pomyslalam jednak o... ALTERNATYWIE. Ale o tym bedzie nastepnym razem, bo to calkiem inna bajka.
I tak w koncu,gdy ktoregos pieknego dnia, zrezygnowana i zmeczona nieziemsko zajechalam do swojej chaty, zobaczyc czy aby ta jeszcze tam stoi...duzo sie nie pomylilam.Owszem chata stala, ale zaczynano ja juz pomalu...rozbierac, o czym swiadczyly znaczne ubytki cegly w murze i desek w stropie.
Na progu chaty powitali mnie... trzej dziarscy panowie...zdziwieni nieco moja obecnoscia,ktorej to zapewne sie nie spodziewali.Panowie zdazyli sie juz niezle zadomowic, o czym swiadczylo stojace pod sciana lozko,rozstawiony stol i wyciagniety z moich gruzow stary fotel. Akurat spozywano sniadanko, suto zakrapiane oczywiscie...ale na moj widok panowie poderwali sie ochoczo, zapewniajac mnie ze oni nic zlego nie robia tylko sobie siedza...i wlasnie pilnuja mojego domu przed zlodziejami, jak to ladnie okreslili... ktorzy to dokonali juz takich strasznych zniszczen, ze nawet oni sami sa tym bardzo zbulwersowani. Po czym oswiadczyli,iz oni beda tutaj spac i pilnowac domu, wiec nie mam co sie martwic, dodali, widzac moja zdesperowana mine. I jeszcze zrobia mi remont,i to calkiem tanio, bo oni sa wlasnie specjalistami od remontow, i to nic, ze teraz sobie troszeczke poswietowali, oni moga pracowac nawet w nocy, a wlasciwie to wtedy im sie najlepiej pracuje. W koncu panowie zaoferowali sie zrobic mi ogrodzenie,zabic okna i drzwi deskami, aby nie dopuscic naturalnie do dalszej dewastacji obiektu. Obiecali, ze jutro jak przyjade to bedzie juz wszystko gotowe.
Odjechalam z bolem glowy, mowiac,ze jutro przyjade.
Nastepnego dnia przyjechalam wraz z corka, ktora to akurat byla w odwiedzinach, chcac zobaczyc jednoczesnie to OWO cudo, o ktorym to sie juz tyle przez ostatnie miesiace nasluchala,a ktorego jeszcze nie widziala.
Jechalysmy myslac, co tym razem nas spotka. To wszystko zaczynalo nabierac jakiegos sensacyjno- kryminalnego watku.
Gdy przybylysmy na miejsce, panowie akurat rozciagali drut kolczasty na wbitych w ziemie palach. Przywitali nas radosnie, przenoszac z miejsca swoje zainteresowanie na nastoletnia corke. Po czym oswiadczyli,iz robota prawie na ukonczeniu,okna zabite folia,drzwi dechami,a oni akurat grodza teren z przodu. Na pytanie skad maja belki, panowie odrzekli zgodnie...ze z lasu. Jeknelam tylko i juz zamierzalam odejsc i odjechac...nagle zaczelo mi sie bardzo spieszyc, ale panowie zatrzymali mnie grzecznie, mowiac iz cos im sie przeciez nalezy, za te ich ciezka prace...no chociazby na male co nieco do sniadanka. Chcac nie chcac dalam panom na male co nieco... po czym dosiadlam samochodu i ruszylam najszybciej jak tylko moglam przed siebie, a raczej uciekalam... po prostu, uciekalam, myslac ze to chyba jakis zlowrogi sen. Corka spogladala jedynie na mnie, twierdzac iz ona zupelnie nie wirozumie,jak mozna byc tak bardzo pozbawionym wyobrazni, aby COS takiego nabyc i jeszcze sie tym zachwycac... no i te menele na dodatek...ktorzy z pewnoscia tak szybko nie opuszcza tego miejsca... no i jak ja tam w ogole zamierzam mieszkac, sama jedna na tym odludziu, pod lasem. I ze jej zdaniem, powinnam TOTO jak najszybciej sprzedac.
I tak tez sie stalo, nastepnego dnia,ja kobieta bez wyobrazni,z ciezkim sercem dalam ogloszenie do gazety o sprzedazy "ruiny w oplakanym stanie".
Na ogloszenie nikt nie odpowiedzial. A ja gdy pojechalam tam nastepnego razu i meneli juz nie bylo,odetchnelam z ulga i usiadlam pod wielka czeresnia, wsluchujac sie w radosne trele malego zoltego ptaszka i... myslac o tym jak tu pieknie i...ze to jest przeciez MOJE MIEJSCE, ktorego tak dlugo szukalam.
I gdy... w koncu ktos zadzwonil w sprawie sprzedazy... odrzeklam z ulga w glosie, ze to... POMYLKA.

26.06.2010

Alternatywa...

Kolejne dni spedzilam na spotkaniach z:

- Fachowcami,z ktorych kazdy mowil,to co chcial.
- Na telefonowaniu do Trzech Kroli,z ktorych zaden nie mial dla mnie czasu.
- Na codziennym jezdzeniu do chalupy,aby sie przekonac,czy aby jeszcze ona tam stoi.
- Na pracy w pocie czola w sloncu i upale przy grabieniu "trawy" i recznym jej wywalaniu /zamiast taczki/ do przydroznego rowu, co nawiasem mowiac zrobilo mi bardzo dobrze na ogolne samopoczucie.
- Na codziennym pokonywaniu setek kilometrow swoim autkiem w kolorze blekitnego nieba,co z pewnoscia uczyni ze mnie doskonalego kierowce w niedalekiej przyszlosci...
- Na nieustannym bolu glowy i...na ogolnym ZALAMANIU.
- Na spotkaniu z przemilym Fachowcem S.ktory to w sposob niezwykle szarmancki przekonywal mnie, iz ruina sie zawali jesli tylko by ja ruszyc... bo on zna i widzial takie przypadki... i ze musi byc projekt, ktorego naturalnie nikt nie mial ochoty wykonac.
- Na spotkaniu z niejakim p. Wackiem z pewnej wsi, ktory to wyremontowal juz ponoc niejedna ruine i dal sie uprosic i pojechac zobaczyc moja... a ktory to panicznie bal sie wsiasc do mojego autka,mowiac, iz z kobietami to jezdzic... troche niebezpiecznie... i przez cala droge instruowal mnie, jak mam jechac, trzymajac sie przy tym caly czas kurczowo siedzenia.
A obejrzawszy chalupe, wypalil trzy papierosy pod rzad i patrzac na mnie z glebokim wspolczuciem spytal: Pani! skad zes pani TOTO wytrzasnela!!!
A potem dal mi dobra rade: abym TOTO jak najszybciej sprzedala i kupila sobie sliczna dzialeczke i pobudowala sliczny domeczek! A gdy mu powiedzialam ze takowa mam wlasnie i ze chce ja sprzedac, aby ruine wyremontowac... juz nic nie powiedzial, tylko machnal reka z rezygnacja,nadmieniajac ze tylko... wariat moze tu zamieszkac.

- Na upragnionym w koncu i tak dlugo przeze mnie wyczekiwanym spotkaniu z Trzema Krolami,tj. najpierw z tymi ostatnimi, ktorzy okazali sie bardzo mili i bardzo zyczliwie orzekli,ze stan ruiny jest zly /co jest logiczne zreszta,jak sama nazwa wskazuje/ i ze remont... no coz, oni mi naprawde nie radza, bo tu nie ma praktycznie nic do uratowania.
I na koncu dali mi dobra rade...abym wybudowala sobie taki sliczny domeczek i ....i potem odjechali,pozostawiajac jedynie kurz na drodze.

- Na... OSTATNIM w koncu spotkaniu z moim wytesknionym PIERWSZYM, ktory pojawil sie calkiem niespodziewanie... gdy juz naprawde niczego wiecej sie nie spodziewalam i gdy w pocie czola grabilam chaszcze. Pierwszy pomimo swojego doktorskiego tytulu i niemalych zaslug w polityce... okazal sie naprawde przemilym i takim zwyczajnym czlowiekiem,ktory z wielka cierpliwoscia i stoickim spokojem obejrzal kazdy detal chalupy,po czym stwierdzil,ze jedyne co daloby sie z niej uratowac to belki stropowe,ktore byly w zadziwiajaco dobrym stanie,a ktore to wszyscy pozostali chcieli jedynie zwalac i dawac nowe. Spojrzalam zyczliwie na Pierwszego... ale niestety to byl koniec dobrych wiadomosci, bo cala reszta wraz z cegla byla do niczego,czyli do wymiany.
Po czym Pierwszy pozachwycal sie otoczeniem i oborka i nadmienil cos o hodowli jakichs tam zwierzat... po czym odjechal.
Zostalam sam na sam z moim BOSTWEM, ktore pomimo swojego urzekajacego piekna, pomalu mnie wykanczalo...
I nagle poczulam jakichs blogi spokoj, ktory na mnie splynal.
A wiec nie jest tak zle pomyslalam... mam przynajmniej WYBOR... albo remont...albo zrownanie wszystkiego z ziemia... albo reczne rozbieranie przez p. Henia... albo sprzedanie i postawienie slicznego domeczku... albo...
Jak to dobrze jest miec WYBOR - dobry i jeszcze lepszy!
I poczulam sie calkiem spokojna.

P:S.
...i jest jeszcze jedna ALTERNATYWA... ale o tym bedzie za tydzien jak wroce z pewnej eskapady!

24.06.2010


Kwitay przed domem:)



Moja urocza oborka









Moja ulubiona jablonka, pod ktora rosl slonecznik...




Niespodzianki... Niespodzianki...




Kolejny tydzien mojego pobytu zaczal sie... co juz wlasciwie stalo sie rytualem,od odwiedzin moich... TRZECH KROLI,jak ich pieszczotliwie nazywalam,a ktorych to w miedzyczasie zdazylam juz nawet polubic.Chodzilo mi ZNOW o wykonanie projektu na nowa wiezbe dachowa.I chociaz zarowno posrednik S. jak i pan A. zgodnie twierdzili, iz takowego nie potrzeba,to ja jednak upieralam sie przy swoim. Tak wiec zaszlam znow do PIERWSZEGO, ktorego naturalnie... nie bylo, ale za to jego mili podwladni z wielkim przejeciem wysluchali mojej relacji o moim problemie i powiedzieli,ze przekaza wszystko Pierwszemu,jak tylko sie pojawi,bo on jest w ciaglych rozjazdach a jeszcze oprocz tego "uprawia polityke",jak nadmienili.
Chcac nie chcac odwiedzilam wiec DRUGIEGO,ktorego rowniez... nie bylo,a jego sekretarz powiedzial,ze moze po poludniu bedzie,ale tak naprawde to nie wie i z pewnoscia... najlepiej bedzie jak przyjde jutro. Westchnelam i poszlam do TRZECIEGO, a raczej TRZECICH bo bylo ich dwoch. Niestety na drzwiach wisiala karteczka - wracam za ok. 45 min. To "okolo" siegnelo 2 godzin,ktore spedzilam jakze milo na laweczce pod sklepem spozywczym,raczac sie lodami i chipsami,ktorych nienawidze,ale ktore to,jak stwierdzilam idealnie ukoily moje nerwy. I gdy stwierdzilam, ze TRZECI juz zapewne dzis nie wroca,zrezygnowana pojechalam do Urzedu popytac o jakies dotacje na agroturystyke, o czym czytalam i mialam nawet cos tam zapisane,ale niestety Pana mogacego udzielic mi informacji...rowniez nie bylo. Skierowano mnie wiec do innego Pana,ktory powinien wiedziec... ale niestety tez nie wiedzial. Ale wiedzial za to, gdzie znajduje sie moja chalupa, bo kiedys byl mieszkancem tej wioski,wiec zaczelismy mila rozmowe i ja spytalam wiec przy okazji,czy nie zna przypadkiem jakichs dobrych fachowcow,ktorych moglby mi polecic. Owszem pan Urzednik znal godnych polecenia fachowcow,ktorzy remontowali jego mieszkanie,i ktorych to z checia mogl mi polecic. Bylam zachwycona. Dostalam adresy i telefony PRAWDZIWYCH FACHOWCOW!
I tak wiec na nastepny dzien umowilam sie z fachowcem z polecenia Pana z Urzedu,niejakim panem S.
Nastepny dzien zaczelam od telefonow. Pierwszy byl do PIERWSZEGO, ktory tym razem osobiscie odebral,czym bylam tak zaskoczona...iz prawie mowe mi odjelo, wiedzac jak bardzo jest zajety no i jeszcze ta polityka... ale byl bardzo mily i obiecal, ze dom obejrzy i to nawet dzisiaj,jesli mu sie TYLKO naturalnie uda.
Do Drugiego i do Trzecich juz wiec nie dzwonilam,tylko ucieszona pojechalam do chalupy, gdzie mialam sie wlasnie spotkac z fachowcem S.
Zawsze, niemalze zawsze i tym razem rowniez z biciem serca jechalam... myslac czy ona tam jeszcze aby naprawde stoi i...czy to nie jakis dziwny sen przypadkiem... i jaka to tym razem niespodzianke mi moja kochana szykuje... I wcale sie nie zdziwilam i nie pomylilam...niespodzianka byla,a jakze...i to nie jedna.
Przed domem... polyskiwaly w sloncu ogromne czerwone maki i wielkie liliowo- niebieskie dzwonki,gorujace dumnie wsrod chaszczy wygladaly naprawde imponujaco. Zdumiona i zachwycona chwycilam natychmiast za aparat. Alez byly piekne! A druga partia makow wyrosla tuz pod krzyzem... a wkolo nich cale poletko... czerwonej koniczyny, ktorej wszedzie naprozno szukalam. A tu wyrosla ona ot tak sobie... jakby specjalnie dla mnie. Alez niespodzianki moj domek mi zgotowal, westchnelam w zachwycie,z wdziecznoscia spogladajac na swoja ruinke,ktora stala tak sobie spokojnie,jakby nigdy nic. Zaczelam zbierac koniczyne i tak oto zastal mnie fachowiec S.
Najpierw dziwil sie dlugo i wytrwale,jak kazdy zreszta kto tu zajedzie... gdzie to mnie wywialo... i co ja tu bede robic! Pokiwal glowa nad moim brakiem wyobrazni... po czym poszedl ogladac ruine. Pochodzil, popatrzyl, popukal i orzekl, ze trzeba nowa wiezbe i projekt oczywiscie, bo bez tego to on nie ruszy. Powiedzialam, ze wlasciwie nikt za bardzo nie chce robic projektu i grzebac sie w starej chalupie. Pan S. powiedzial, ze zna TRZECIEGO i ze do niego zadzwoni.Odetchnelam z ulga, myslac ze nareszcie COS sie ruszy.Po czym pan S odjechal a ja zaczelam obchodzic swoje wlosci, odkrywajac... kolejne niespodzianki.
Pierwsza bylo to,iz pan J. skosil traktorem chaszcze,ale niestety zgrabic,to juz nie zgrabil, co mial niewatpliwie zrobic i za co mial z gory / nigdy wiecej!/ zaplacone. Pokiwalam glowa i postanowilam sama zabrac sie do pracy.Poszlam wiec do chlewika i tu czekala mnie kolejna niespodzianka... Otoz w chlewiku, bedac bardzo przezorna, jak mi sie wydawalo,schowalam nowiutka taczke przykrywajac ja folia i deskami.Ucieszylam sie,ze wszystko jest na swoim miejscu... i zaraz bede mogla przystapic do pracy,zdjelam folie i sprobowalam wyciagnac taczke.... nie moglam, taczka nawet nie drgnela.Co jest,pomyslalam i wtedy zobaczylam ze... kolo od mojej nowiutkiej taczki jest zdjete... po prostu zdjete! Jeknelam glosno. Ktos odkrecil kolko od taczki, po czym wlozyl ja na miejsce, przykrywajac z powrotem folia!
Sparalizowalo mnie, gdy o tym pomyslalam... To bylo cos wiecej niz kradziez! Nie byl to jednak koniec niespodzianek. Poprzednim razem przywiozlem pieknego slonecznika w doniczce,prezent od mojej coreczki na dzien matki i byl on tak cudny,ze postanowilam wkopac go do ziemi. Podlewalam go potem codziennie,a on pieknie sie rozrastal... I teraz gdy poszlam zobaczyc jak rosnie... zdebialam... w ziemi sterczala tylko sama lodyga,a kwiat lezal urwany i zwiedly nieopodal...!
Moja dusza zalkala!
Mialam dosyc.Popatrzylam na wszystko raz jeszcze blednym wzrokiem,po czym wsiadlam w samochod i odjechalam,myslac o tym,czy ja naprawde... czy ja NAPRAWDE... CHCE JESZCZE TUTAJ BYC!

12.06.2010

Watpliwosci nieustajacych c.d....

Od chwili, gdy stalam sie wlascicielka ruiny,ktora calkiem mnie urzekla moje zycie bardzo sie ZMIENILO i sklada sie prawie wylacznie z:
- calodobowych mysli o moim CUDZIE,
- bolu glowy nieustajacym,
- coraz czestszym popadaniu w stany euforystyczno- depresyjne,
- mowieniu samej do siebie,
- maniakalnych snach o Fachowcach,
- setkach godzin spedzonych w necie na doksztalcaniu sie w dziedzinie budowlanej,
- setkach godzin spedzonych na wmawianiu sobie,ze.. wszystko sie uda,i ze bede miala naturalnie potrzebne pieniadze na remont w...wystarczajacej ilosci oczywiscie,
- zadreczaniu rodziny swoimi natretnymi myslami,
- i...tym,ze spotkam jakims CUDEM jakiegos cudownego Pana FACHOWCA, ktory sprawi CUD...i bedzie przy tym taki mily,szczery,solidny,rzetelny,cierpliwy...

Abym jednak za dlugo nie plawila sie w tej niepozadanej euforii i...nie zapominala,ze mam przeciez remont...dzisiaj wlasnie przyszlo takie MALE otrzezwienie. Otoz pan Grzesiu przeslal mi mailem wycene mojego "remontu", ktory zrobil pan Adam. Gdy to przeczytalam,to mnie... zemdlilo i rece mi opadly! Zadzwonilam wiec do pana Grzesia, ktory jest posrednikiem miedzy mna a panem Adamem, swoim kolega i powiedzialam, ze to chyba jakas pomylka...i ze to troche za duzo! A pan Grzesiu grzecznie odpowiedzial, ze to normalne ceny wg.cennika ogolnoobowiazujacego i powszechnie stosowanego... i zebym jak najszybciej dala odpowiedz, bo p. Adam ma tez i inne budowy i musi wiedziec co ma robic. Gdy nadmienilam,ze bez projektu nie moge zaczynac, bo to juz nie remont tylko przebudowa a wlasciwie to jakby nowa budowa, to pan Grzesiu bardzo sie obruszyl i powiedzial zebym nie byla taka formalistka, bo i ktoz TO TAM w tym...lesie mnie odnajdzie. Powiedzialam wiec panu Grzesiowi b.uprzejmie, ze wole juz byc formalistka niz miec wlepiona kare lub nakaz rozbiorki.I powiedzialam,ze sie zastanowie i dam mu we wtorek odpowiedz.
O Matko swieta! Odpowiedz!
Tylko jaka?! Nie,tego to ja sie naprawde nie spodziewalam, i to co mialo byc tylko "malym remoncikiem" tak jak na poczatku naswietlil to pan Slawek, okazuje sie zupelna przebudowa, a nawet wrecz budowa! Gdyz moj zrujnowany domek ma zostac do polowy rozebrany, czyli do samych okien a i mur po czesci rowniez!
Jednym slowem KOSZMAR! Nieustajacy koszmar! No wiec stoje sobie z ta moja ruina w MIEJSCU. Stoimy tak razem... nie wiedzac co dalej.A moze robic to faktycznie bez projektu,a moze pan Grzesiu ma racje? Moze nie powinnam byc taka formalistka?!
Bo i faktycznie,ktoz tam do tego lasu...zajedzie?!
Wszyscy namieszali tak mi w glowie, ze juz nic nie wiem! A te koszty, ktore podal pan Adam to tez chyba mocno zawyzone,a moze to dlatego,ze ja mimo setki godzin spedzonych w necie na douczaniu sie...i tak ciemna masa jestem, malo kapujaca jakas... i trzeba mi tak wszystko wykladac jak "krowie na rowie". I sluchajac panow Fachowcow i tak ich nie rozumiem, choc robie madre miny i kiwam glowa, ze niby tak...ze niby wiem... lub pytam ponownie...udajac ze np.nie doslyszalam! Jak dziecko jakie! I to dlatego,gdy rozmawialam z p. Adamem i p. Grzesiem to p. Adam mowil, bardzo madrze zreszta,uzywajac fachowego slownictwa, a p. Grzesiu... tlumaczyl!!! Tak powoli i cierpliwie...zupelnie jak "krowie na rowie".

No wiec stoje w miejscu...i nie pozostaje mi nic innego jak znow wyruszyc na poszukiwania jakiegos milego i uczynnego Pana Architekta, ktory mialby czas i moglby ten przeklety projekt...zrobic mi w koncu, bo chyba bez niego naprawde nie rusze!
Hmm...tylko gdzie takowego znalezc?!
A wiec moje watpliwosci i poszukiwania... nie maja konca!!!

9.06.2010

"Rzucic wszystko,schlopiec
otoczyc sie lasem,czerpac wode z jeziora.
Odejsc od tysiaca zuzytych slow, przez ktore sens
wylatuje jak przez dziurawe rzeszoto.
Wyszukac miejsce dziewicze o urzekajacych porankach.
Zamknac sie w bialej celi... odnalezc siebie."
/autor nieznany/