I są takie dni, jak właśnie ten... gdy mam wszystkiego dość! A w głowie pojawia się pytanie... po co mi to wszystko?! I zamiast odpoczywać sobie pod jabłonką na hamaku... albo pojechać w ciepłe kraje... i wygrzewać się pod palmami... albo przynajmniej udać się w polskie góry, bo już wieki tam nie bylam.... to ja zmagam się z kolejnym budynkiem, z kolejnym remontem... i to na dodatek trzykrotnie większym od poprzedniego, który jeszcze na dodatek w każdej chwili grozi zawaleniem?!
No nie wiem... czy to był dobry pomysł, porywać się na ten remont i to jeszcze samej?!
Dobrze chociaż, że majstry wyrozumiali... o nic nie pytają, robią swoje, wiedząc, że ja i tak niewiele wiem. Bo poprzedni to stale pytali, nie dając spokoju, choć też wiedzieli, że nie wiem!
To bardzo pocieszające w mojej sytuacji. Dobrych mam majstrów tym razem, udało mi się jakimś cudem ich wynależć, wśród różnego rodzaju pseudo fachowców, których pełno wszędzie.
No i wciąż czekam na posiłki, których tak bardzo potrzebuję, a które jak na złość się spóżniają.
Więc nadal pracuję sama, ja na dole, a majstry na górze... odwieczny podział ról damsko-męskich.
Dziś segreguję gliniane kawałki stropu, ładuję je na taczkę i obkładam nimi oraz kamieniami jedną z okragłych grządek ogródka, która już ogródka raczej nie przypomina... a rośnie tu jedynie groszek pnący. Kawałki glinianego stropu są tak ciężkie jak kamienie i po kilku zwiezionych taczkach jestem padnięta!
Dla majstrów nie ma sensu, to co robię. Więc pytają, czy buduję gliniankę... i po co ta słoma, przecież widać, że wszystko mi robaki zjadają!?
Ale mnie się podoba i optycznie wygląda nieżle.

A w międzyczasie zostaje rozebrany strop w drugiej części... to widok dla silnych nerwów!
I jedno, najgorsze chyba z wielu pęknięć w tej części budynku...

A tu stan końcowy, połowa dachu pokryta, komin wybudowany i okienko założone.
No nie wiem... czy to był dobry pomysł, porywać się na ten remont i to jeszcze samej?!
Dobrze chociaż, że majstry wyrozumiali... o nic nie pytają, robią swoje, wiedząc, że ja i tak niewiele wiem. Bo poprzedni to stale pytali, nie dając spokoju, choć też wiedzieli, że nie wiem!
To bardzo pocieszające w mojej sytuacji. Dobrych mam majstrów tym razem, udało mi się jakimś cudem ich wynależć, wśród różnego rodzaju pseudo fachowców, których pełno wszędzie.
No i wciąż czekam na posiłki, których tak bardzo potrzebuję, a które jak na złość się spóżniają.
Dziś segreguję gliniane kawałki stropu, ładuję je na taczkę i obkładam nimi oraz kamieniami jedną z okragłych grządek ogródka, która już ogródka raczej nie przypomina... a rośnie tu jedynie groszek pnący. Kawałki glinianego stropu są tak ciężkie jak kamienie i po kilku zwiezionych taczkach jestem padnięta!
Dla majstrów nie ma sensu, to co robię. Więc pytają, czy buduję gliniankę... i po co ta słoma, przecież widać, że wszystko mi robaki zjadają!?
Ale mnie się podoba i optycznie wygląda nieżle.
A w międzyczasie zostaje rozebrany strop w drugiej części... to widok dla silnych nerwów!
I jedno, najgorsze chyba z wielu pęknięć w tej części budynku...
A tu stan końcowy, połowa dachu pokryta, komin wybudowany i okienko założone.
I na tym dzień się zakończył...uffff!