"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

21.03.2012

Miejsce szczęśliwe... ?


     

,, ... Rzucić wszystko, schłopieć, otoczyć się lasem, 
     czerpać wodę z jeziora,
odejść od tysiąca zużytych słów, przez które sens wylatuje jak przez dziurawe rzeszoto,
odnależć miejsce dziewicze o urzekających porankach,
zamknąć się w białej celi, odnależć siebie...
(...)
 uprawa ogrodu, hodowla warzyw, gotowanie w żeliwnych garnkach,
zakupy w malych ilościach, przeczytanie książki, 
napisanie książki,
życie bez zegarka, bez kalendarza... 
to prawdziwe życie,,


         
     ... te słowa Soni Raduńskiej znalazłam kiedyś przed laty w jej Zeszytach... i od pierwszej chwili stały mi się one bliskie, przepisałam je, aby móc do nich powracać.
I powracałam... a one stały się moim wyznacznikiem i przewodnikiem po scieżkach życia. Wiedziałam już czego szukam. Stało sie to dla mnie jasne... w tym jednym momencie. A rzucone ziarno znalazło podatny grunt i zaczęło kiełkować, wydając plon.

I tak oto po latach, życie napisało mi właśnie taki scenariusz. Scenariuusz, jakiego podświadomie pragnęłam... i o jakim marzyłam..

Rzuciłam więc wszystko to, co tylko do...,, rzucenia,,  było i ... uciekłam... właśnie tak... uciekłam
od zamętu i hałasu wielkiego miasta... aby w maleńkiej wiosce na końcu świata... celebrować wiejskie życie, odnajdując miejsce... dziewicze...  o urzekających porankach, jakiego szukałam....










I choć lista rzeczy, których nie mam jest długa...  a nawet bardzo dluga... przyjmuję to z jakaś należytą pokorą, choć to trudne, myśląc, że cóż znaczą te ,,drobnostki ,, ... skoro za tak wiele mogę być wdzięczna!?

I choć nie mam  wody... nie mam  łazienki... nie mam  podłóg... nie mam ocieplenia... nie mam  pięknie wykoszonego i równego trawnika... którego pewnie nigdy mieć nie będę... a mój ,,ogród,, to nadal jedno wielkie chaszczowisko... ledwo tylko muśnięte moją ręką...  to jest jednak cała lista rzeczy, które wynagradzają te wszystkie niedostatki....więc o tamtych mogę jakby zapomnieć... !

.... Bo z czym można porównać te...  wspaniałe wschody i zachody słońca... które codziennie mogę oglądać... nie mając nigdy dosyć...


















 ... i tę przestrzeń aż po horyzont...








... i  las na wyciągnięcie ręki...


















 ... i wielką ciszę... jeśli nie liczyć krzyku przelatujących ptaków...









....i  żródełko... z wodą życia...









... i  iksowato powyginane, cudne  jabłonki... a im starsze tym bardziej... zachwycające...









... i tą moją ukochaną... stareńką... tak dzielnie jeszcze  trwającą...















  ... A mój dom ma jeszcze dlugą... Drogę przed sobą... zanim jego popękane mury, skute tynki, nieistniejące łazienki zostaną ,,ogarnięte,,... 



 ... ale wszak to Droga jest najważniejsza... i to co się na niej wydarza...










... a ponieważ zawsze bardzo tęskniłam do morza... do jego bezkresnego horyzontu... do jego siły... dlatego nie mogło być inaczej... mój dom musiał być blisko niego...











.... więc w pobliżu czarują dwa... Nieba

























... a ja celebruje to moje wiejskie życie ... i potrafię całe popołudnie siedzieć przy oknie i... patrzeć na drzewa...  albo obserwować grę świateł na horyzoncie...











 ... lub ptasią stołówkę za oknem...









...i  uroczą, wiejską drogę...











 ... ostatnio sąsiad zainstalował mi telewizję... mówiąc, iż nie godzi się tak żyć... w dobie postępu...
lecz telewizor stał sie jedynie atrapą... na której leżą różne szpargały  i...  przegrał definitywnie z... ogniem w kominku...












... zwolniłam... spowolniałam... a słońce stało się moim Zegarem.
Wita mnie, gdy wschodzi z boku domu nad wielką czereśnią, potem przesuwa się w stronę lasu i zawisa nad nim, prześwitując przez jego koronę, a kończy wędrówkę nad polami, zanurzając się w nich i zostawiając bladoróżową poświatę...











... obserwuję przemijanie czasu... to  pozwala mi na skoncentrowanie się na rzeczach, którym w moim dawnym życiu nie poświęcilabym ani sekundy... a wszystko na nowo mnie zachwyca...



... przydrożny kamień...










... i  żdżbło trawy...










... a mój stuletni dom gada... skrzypi... sapie... ożywa... budząc się jakby z wiekowego snu... odzyskuje głos... aby potem zapaść znów w spokojny bezruch... z błogo drzemiącymi kotami... na parapecie w słońcu...













 ... Ten dom to miłość od pierwszego wejrzenia....!
Absolutna i urągająca wszelkim zasadom zdrowego rozsądku!!!! 
Tak, bez watpienia zakochałam sie  w tym... widoku na zarośniętą perzem chałupę... !
I czyż mogłam jej się oprzeć.. tej miłosci... skoro tak szaleńczo pociagają mnie budowle popadające w totalną ruinę... !?













... a stara obora... wciąż tak niezwykle piękna... w swej szlachetnej formie i prostocie...
bardzo lubię na nia patrzeć... myśląc, że i ją niebawem trzeba będzie ratować... bo strop sie wali... i zdobyć na to  jakieś fundusze...






















... ten dom to nieustająca praca... wyciskająca krew i ostatnie poty... zwalająca z nóg...
a ja  ile razy zaciskałam do bólu pięści i... ,,waliłam głową w mur,,... a ściany tego domu stawały się moimi ścianami płaczu... a potem wstawałam rano i zaczynałam wszystko od początku!














... i rzucałam glinę na ceglane ściany .... z uporem nieodgadnionym jakimś... rozgłaskiwałam ją, czując, że gładzę w ten sposób cały dom... a to wszystko pomału nabierało jakiegoś sensu...










 ... ależ to czyste szaleństwo... kręci głową panna Lola!!!!












....Szaleństwo...!!!??   Ale gdyby nie poddać się temu szaleństwu... to może... jakby nie wiedzieć, że się żyje... !?



 






... tak naprawdę!?









  .... i nie mieć sypialni pod Gwiazdami... ani schodów do... Nieba...











... a jednak warto ... warto szukać i znależć zrujnowaną chatkę, gdzieś tam... w środku lasu...  i pomału  przywracać ją do życia...












... aż stanie się to... życiowym zadaniem... i Przygodą życia!?

.... a ze wszystkich przygód mojego życia... ta jest chyba tą... Największą!!!!!










I gdy patrzę na blady sierp ksieżyca... wiszący nad rozgwieżdżonym niebie.. na dom stojący w jego srebrnej poświacie... na drzewa rzucające długie cienie na domostwo... na spadające gwiazdy... na te całą niesamowitą jakąś scenerię... i wtedy myśl przychodzi sama... tak niepostrzeżenie... i mimowolnie...
Księżycowa Farma.
 Może byłaby to dobra nazwa dla tego Miejsca!?


Moje nowe życie... na początku, tak bardzo nierealne, które pewnie niewielu by zadowoliło.... stało się dla mnie... rzeczywistością..










Schłopiałam... i to bardzo, orzekła  córka....
A moje myśli krażą wciąż wokół... drzewa na opał... wody... ognia...
Ja...  miastowa paniusia.  Schłopiałam i poddałam sie wiejskiemu bytowaniu...
I pomału zaczynam lubieć to moje nowe życie... życie trochę dziwne... i trudne.... ale moje własne...
I to moje nowe miejsce...









... miejsce szczęśliwe!?!?


















             

3.03.2012

I jeszcze kilka zdjęć glinianych ścian...


... Ścian, które bardzo... kapryśne bywały... przechodząc rożne stadia Rozkwitu... i Rozwoju... od np. kwitnięcia konopnych roślinek poprzez ich długotrwałe przekwitanie i... pleśniowe różnego sortu, bardzo efektowne niekiedy wykwity... domagając się nieustannego głaskania i wygładzania, tudzież podobnie skuwania... wyciskając po drodze morze krwi i potu, gdy będąc w stanie naprawdę opłakanym... zamieniały się w moją ŚCIANĘ PŁACZU!?!?


      

                                     













 I gdy po tych wszystkich fazach rozwoju... w KOŃCU i...  NARESZCIE... i zupelnie nieoczekiwanie przybrały całkiem przyzwoity wygląd!?!?

 I tak oto wyglądają obecnie...

                               
                                                   


Ściana w kolorze waniliowym




korytarz i w oddali widoczna kuchnia w takim samym kolorze




nierówny tynk, pomalowany farba glinianą, tu w kolorze mlecznej czekolady, przy łuku widoczny ornament




Pokoje północne po skuciu tynków...




... i widać wyrażnie, wyschnięte resztki tynku, juzż niestety po jego skuciu 









korytarz i drzwi prowadzące do łazienki.... której nie ma, jako, że i wody w domu nie ma






... i Mój Błękitny...  na honorowym miejscu... pięknie skornikowanego  pnia...

















...  w drodze do żródełka...





... po... Wodę Życia





... która tej zimy, byla mi prawdziwym... ŻRÓDŁEM 









....strumyk obok domu, w oddali widoczna obora





.. i nowo odzyskane, wywoskowane i pomalowane drzwi do domu





... panna Lola odpoczywa





... na tle błękitnego  nieba...





... i w marcowym slońcu





...i pan Kot, który wlasnymi droganmi chadza.


Pozdrawiam serdecznie i już bardzo wiosennie Wszystkich zaglądających, życząc miłego dnia.

21.02.2012

,,Ktokolwiek widział lub wie.... ,,

Powrócę jeszcze na małą chwilę do moich ubiegłorocznych remontowych zmagań.

Był więc już listopad, gdy ja jeszcze tkwilam w tynkach, a właściwie to utknęłam w nich na dobre.
A tak naprawdę... to czekałam, aż owe powysychają. I gdy południowa część domu, choć wolno, ale jako tako schła, to część północna, czyli oba pokoje były w stanie wiecej niż opłakanym, po tym jak gliniane tynki zamienily się w hałdę ziemi, a ceglany mur nasiąknięty był wilgocią.

W domu nie było wody, ani porządnego ogrzewania. Kominek wprawdzie grzał, ale  jedynie miejscowo tj.ogrzewał  jedno pomieszczenie, a kuchnia węglowa podobnie. W tych dwóch pomieszczeniach ściany powoli dosychały. Natomiast cała reszta domu byla nieogrzana i panowało w niej przejmujące zimno.
Nie było już żadnych szans na to, że ściany samoczynnie powysychają.

 I tak oto pewnego listopadowego dnia stanęłam przed dość trudnym dylematem - woda czy ogrzewanie!?

Ogrzewanie centralne, ma sie rozumieć. I choć takowego nie planowałam, nie miałam w zasadzie innego wyjścia, chcąc ratować to, co jeszcze do uratowania było.

I tak w połowie listopada dom dostał centralne ogrzewanie i wtedy dopiero wszystko zaczęło porządnie wysychać. I wówczas to, okazało się, iż skuwanie tynków w północnych pokojach było całkowicie zbyteczne, bo ich pozostałości przy oknach i suficie pięknie powysychały!
I gdybym od razu założyła porządne ogrzewanie, a nie to moje... ręczne, uniknęłabym wielu problemów.

 W połowie listopada miała miejsce również ważna chwila, a mianowicie mój dom  opuścili  wreszcie różnej maści i profesji panowie tzw...  Fachowcy.
A ja poczułam się przeogromnie szczęśliwa!!!
Owi panowie, owszem pracowali, nie moge powiedzieć... ale najbardziej i z pełną satysfakcją to wykorzystywali moją niewiedzę i brak wyobrażni, jak to szumnie określali i... partaczyli wszystko, co tylko do spartaczenia się nadawało! A nadawało się dużo... !
Tak więc po odejściu owych panów, najpierw odetchnęliśmy z wyrażną ulgą, a potem zabraliśmy się do pracy. A pracy tj. poprawek po owych panach było, oj, było!

I tak na  pierwszy ogień poszły drzwi wejściowe, które zostały w tak niezwykły sposób wstawione, iż prawie niemożliwoscią było je otworzyć, a gdy już się je jakimś cudem otworzyło, co wymagało niezwykłych umiejętności i siły, to nijak było je zamknąć. A my biedaki, żeby już tych drzwi tak stale nie otwierać i nie zamykać, wchodziliśmy i wychodziliśmy przez... okno.

Podobnie było z drzwiami ogrodowymi, które się wprawdzie zamykały i otwierały, z czego byłam niezmiernie rada, ale niestety tylko do ... połowy.! I tej zimy na własnej skórze poczułam jak wiatr hula po pokoju, a okazałe, niezwykłej urody sople lodu, tworzą ich efektowne obramowanie.

No, coż wypaczyły się, zgodnie zakrzyknęli wówczas panowie! To przecież się zdarza!  To normalne!
A tu na dodatek tyle gliny, z odrazą spoglądali na moje ściany!
I tak oto glina i ja oczywiście, główna sprawczyni wszystkiego... stałyśmy się wszystkiemu winne.

Albo taki  na przyklad kominek...nie dość, że dający niewiele ciepła, to jeszcze na dodatek stwarzający zagrożenie, bo ulatnia sie z niego dym. Na polecenie poprawy wadliwie wykonanej obudowy, zostałam obrzucona niezwykle wyszukanymi epitetami, których przytaczanie w tym miejscu, hmm... raczej sobie daruję.

Tak więc pierwsza rzeczą z owych poprawek było wstawienie nowych, ale z odzysku, drewnianych  drzwi wejściowych, które już potem sama malowałam i woskowałam. I tym samym skończyla się nasza udręka wychodzenia przez okno, a ja nareszcie po wielu  miesiącach miałam normalne drzwi! Cóż za ulga!!!

Potem zabralismy sie za zalepianie wszystkich możliwych dziur w ścianach, po nieprawidłowo wywierconych np.otworach wentylacyjnych, oraz naprawę innych wiekszych i mniejszych usterek.
Kominek zaś musi czekać do lata.

Ostatnią rzecza jaką wykonaliśmy, a raczej zdażyliśmy przed zimą wykonać była  podbitka z desek, których imregnowanie i malowanie zajęło nam czas do końca listopada.
I na nic więcej już czasu nie starczyło, gdyz robiło sie coraz zimniej i w związku z tym, należało bezwzględnie zająć się gromadzeniem opału na zimę.
Tak więc pod koniec listopada zaczęliśmy wycinkę drzewa z przydzielonej nam leśnej działki. Zajmował się tym  K. a towarzyszył mu R.

Wtedy to właśnie miało miejsce owo zdarzenie z K.
I tak pewnego listopadowego dnia K. zaopatrzony w piłę spalinową i siekierkę wyruszył jak zwykle do lasu, z którego już nie powrócił.
Wg. relacji R. wypadki tamtego dnia potoczyły sie błyskawicznie.
Otóz do lasu zajechał samochód z obcą rejestracją. Wysiedli z niego kobieta i mężczyzna, po czym podbiegli do nic nie przeczuwąjącego, pochłoniętego pracą  K. i zaciagnęli go do samochodu. Podjechali następnie do mnie po rzeczy K. Pech chciał, że mnie  akurat w tym dniu w domu nie było. I podczas owego  pakowania K.udało sie jakimś cudem uciec do pobliskiego lasu, gdzie przez dwa dni i dwie noce biedak się błąkał, a bojąc się wrócić do mnie, powędrował do sąsiedniej wsi, do mojej znajomej, u której przez kilka dni przebywał.
 I od tego czasu wszelki ślad po K. zaginął.
Jak się potem okazało K. był poszukiwany i uznany za zaginionego, a jego zdjęcie od roku figurowało w internecie. Ukrywał się u mnie, a moje odludzie było znakomitym miejscem na takową kryjówkę.
 I wszystko prawie by sie udało, gdyby nie fakt, iz w pobliskim miasteczku, zamieszkiwał sobie kuzyn K., którego on nawet nie znał, a który był... policjantem. I tak oto biedny K. mysląc, iż na  drugim  końcu  Polski, nikt go nie znajdzie, wpadł prosto w ręce swego kuzyna, na dodatek policjanta!!!
Cóż za ironia losu!
Ów kuzyn musiał K. gdzies widzieć, pewnie w pobliskim miasteczku i zawiadomił  jego rodzicielkę, która to natychmiast przybyła  i wspólnie już do tego lasu po... Zgubę obydwoje przyjechali.
Zguba.... jednak do rodzinnego domu wracać nie... zamierzała, ratując się ucieczką.

I od tego czasu K. już nie widziałam.
Miałam natomiast przyjemność widzieć i to dwukrotnie panów policjantów poszukających K.
Ostatnio byli ponownie, gdyż gdzieś tutaj K. widziano, a  więc nadal się ukrywa i jest poszukiwany  i to juz nie tylko przez rodzinę, ale i przez policję.

 Zastanawiam się co zrobił, ten tak bardzo młody czlowiek?!
Jaką tajemnicę w sobie skrywał?!  I tego już pewnie nigdy sie nie dowiem.
A może i lepiej?!
W ten sposób będę mogła zachować w pamięci... tamten obraz. Obraz tego miłego, o artystycznej duszy człowieka, który to u mnie, na odludziu miał swój artystyczny rozkwit przeżywać!
Mojego wolontariusza, któremu tak  wiele zawdzięczam, a bez którego kompletnie nie dałabym sobie rady ze wszystkim?!

Po tym zdarzeniu R. zaczął coraz rzadziej przychodzić, a w zasadzie to obydwoje straciliśmy zapał do pracy. I myślę, że R. lubił do nas przychodzić, popracować, pogadać, zjeść posilek, lecz z K. łączyło go coś więcej niż praca. Jakaś bardzo bliska więż wytworzyła się między tymi dwoma, w jakiś sposób przez los doświadczonymi ludżmi. Autysta i Poszukiwany!? 
Moi dwaj najlepsi pracownicy i...  Przyjaciele.

I tak oto pozostałam sama z dalszym... OGARNIANIEM chaty.


P.S. ten post piszę już po raz drugi i dlatego tak długo ten ciag dalszy trwa! A wszystko z winy  panny Loli, która swoją mięciutką łapeczką i jednym muśnięciem  klawisza cały pierwszy post... zredukowała!
Ot, spryciara mała!
Pozdrawiam wszystkich...  jeeeeeszcze  mnieee czytającyyych i za komentarze bardzo dziekuję!

15.02.2012

I tylko popiół i zgliszcza tam, gdzie... jeszcze wczoraj śmiech dziecka i radosne szczekanie psa... w powietrzu rozbrzmiewało!

Ten post nie miał mieć w ogóle miejsca! I nie powinien mieć miejsca!
Lecz, coż... życie pisze swój własny scenariusz, bardzo tragiczny niekiedy.
Tak jak ten właśnie!

I wczoraj, gdy tak mile spedzałam wieczór z moimi przyjaciółmi, nagle mrożący w żyłach krew telefon postawił nas na równe nogi!
Pali się dom!
Dom jednej z moich koleżanek. A w nim jej matka. A my natychmiast w samochód i drogą przez las, wsród snieżnych zasp i gęsto padającego śniegu, pod osłoną nocy pędzimy do sąsiedniej wioski.
Do płonącego domu!

Już z oddali widać było rozjarzone niebo i wyjące syreny.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, akcja gaszenia była w trakcie. Wokół pełno ludzi, dymu i swądu.Strażacy, policja, zamieszanie. Gęsty śnieg utrudniał widoczność.
A w tym wszystkim... ta jedna...jedyna scena... gdy owinięta w koc mama stoi przed domem ,a jej córka... pada przed nią na kolana, w ten śnieg, w te zaspy... wołając wsród łez...
;mamusiu kochana... ty ŻYJESZ!!!;
I już nie sposób było ją z tych kolan i z tego śniegu podnieść...!

Z relacji ludzi dowiedzieliśmy sie jak było. Pożar zaczął się od drugiej części domu,zamieszkałej przez pięcio-osobową rodzinę z dwójką malutkich dzieci, jedno jeszcze niemowlę. Rodzina wyszła, zostawiając palacą się kozę... i to właśnie od niej zajął się dom.
Spalił się też jeden z trzech, będących w domu psów. Taki śliczny, kudłaty kundelek, tak zawsze radośnie na moje powitanie wybiegający...

Los dwóch pozostałych, jak dotąd jest nieznany.

Dom znajomej cudem ocalał. Spłonęło jedynie kawałek stropu. A w środku tylko ściany pozalewane wodą.

W drugiej części budynku, tym należącym do pięcioosobowej rodziny tylko... czarne otchłanie, po tym co było DOMEM... pozostały.
I przejmujące wycie psów... gdzieś tam z oddali.
I wszędzie ten straszny, unoszący się w powietzu swąd i dym... przypominający o bezmiarze zaistniałej tragedii.

Tragedii pięcioosobowej rodziny, dwóch psów i kilku kotów... którzy pozostali bez dachu nad głowa.
Bez domu. Bez niczego.
Trudny do opisania bezmiar ludzkiego cierpienia.
I koniecznosć niesienia POMOCY.

Podaję adres, gdzie można przeczytać o tragedii, jak również wspomóc potrzebujących//
www.ikamien.pl

31.01.2012

,,Jeśli ktoś pragnie odkryć nowe lądy, musi pogodzić się z tym, że przez bardzo długi czas będzie na morzu,,

... te oto słowa zobaczyłam pewnego pażdziernikowego dnia na kawałku glinianej ściany.
K. napisał je na... wolnym od wykwitów skrawku tynku w jednym z północnych pokoi.
Obok ogromne słońce śmiało się do mnie! Na przekór wszystkiemu!
Poza tym, reszta była naprawdę w opłakanym stanie.
A ja pomyslałam wtedy, że raczej nieprędko odnajdę.. swój ląd.

A więc naprawdę wierzyłam w to, że jakaś dobra wrożka uprzątnie przede mną drogę wiodącą przez las?!
I, że te wszystkie... góry, doliny i ciernie w jakiś cudowny sposób mnie ominą?!!
Tak... myslałam, zapominając o tym, że nawet w bajkach tak się nie dzieje. Pocieszałam się, mimo wyrażnie już ogarniajacego mnie wstrętu do... bajek w szczególności.
W każdym bądż razie moja droga jawiła mi się jako coś... ciernisto-bagiennego.

Zrobiłam bilans i wypadł, no cóż, nie najlepiej.
Była połowa pażdziernika, a my nadal tkwiliśmy w tynkach. A właściwie, to utknęliśmy w nich chyba już na dobre. W domu nie było ogrzewania, nie było wody, a na ścianach w dwóch północnych pokojach, pojawiały się coraz to nowe, czarne ohydne wykwity pleśni.
Osuszanie też niewiele dało. Sytuację mogło jedynie uratować ogrzewanie. Ale i takowego nie było. A ja uparcie i bez końca taplając się w... błocie myślałam, iż lato będzie trwać wiecznie i że po nim.... nastąpi znów kolejne lato... więc mam jeszcze tyyyyle czasu!

O ogrzewaniu, owszem... myslałam i miało być ,,ręczne,, tj. koza plus kuchnia węglowa, centralne jakoś mi nijak do wiejskiej chaty pasowało. I myślalam, że ze wszystkim zdążę. I pewnie tak by się stało, gdyby to były ,,normalne,, tynki. Glina, o czym nie pamiętałam, jest bardzo kapryśna... i ma to do siebie, że schnie tak dlugo jak chce. I o tylko sobie właściwej porze. Ta porą jest zwykle lato, a już na pewno nie jesień. O tym wszystkim też nie pamiętałam.

Nic więc dziwnego, że skutki były opłakane!
A mój ląd wydał mi się już prawie nieosiągalny!!!

Tak więc, gdy w południowej części domu tynki powysychały i nawet w łazienkach wywietrzal w końcu twarogowy zapach ... to północna strona przedstawiała widok makabryczny. Tynki byly najwyrażniej w fazie swego najlepszego rozkwitu, a czarne, wielkości talerzyków deserowych, plamy pleśni przyprawialy o zawrót glowy.
Cóż, nie było wyjścia. Trzeba było zabierać się za skuwanie. I to jak najszybciej, aby ściany nie zaczeły tą wilgocią nasiąkać, jak mi wyrokowano.
Zaczęliśmy więc od tej najgorzej wyglądającej ściany, na której to kiedyś były, łączące oba pokoje, drzwi. I tak po skuciu tego nieszczęsnego tynku... odkryliśmy przyczynę wszystkiego. Okazało się, iż R. nasz pomocnik, zamiast do zamurowania otworu użyć nowych cegieł... użył tych starych, mokrych i w części zmurszałych!!!
R. moj najlepszy fachowiec i najlepszy z ludzi... lecz jak to autysta... działajacy po swojemu.
I chcąc zaoszczędzić... ,, TOWARU,, jak sie potem wyraził... zamiast tych nowych, równych i gładkich cegiełek, użył... starych, wilgotnych i po części zmurszałych, leżących przez długie miesiące na dworze.
A my w wirze pracy zapomnielismy o biedaku, który to pozostawiony sam sobie, działał najlepiej jak tylko potrafił.

Długo siedziałam przed gnijącą ścianą, patrząc na spustoszenie, które te kilka głupich cegieł poczyniło. Z tej bowiem ściany pleśń rozprzestrzeniła się na pozostałe, obejmując całe dwa pokoje. Skuliśmy wszystko. Do żywego. Dwie warstwy tynku. Dwa tygodnie ciężkiej pracy, która w ciągu kilkunastu zaledwie godzin zostala zniweczona.
Siedziałam na kupie... bagna ze skutych ścian... i już nawet nie rwałam włosów z głowy, bo i na to nie miałam już siły.

Ale najlepsze przyszlo dopiero potem, a wlasciwie teraz.
Nasza ,,praca,, okazala sie po prostu... ZBYTECZNA... bo glina i tym razem poradzila sobie z pleśnią i na resztkach tynku, który pozostal przy sufitach, oknach, kontaktach... tynk okazał się suchy jak... PIEPRZ!!! I twardy jak skała!!!
Wyschło, ale po bardzo długim czasie, a glina w jakiś cudowny i sobie tylko wiadomy sposób zwalczyła i tym razem grzyba.
Przyczyniło się do tego też ogrzewanie, które dopiero pod koniec pażdziernika w pośpiechu założyłam. Zrezygnowałam z kozy, nie mając już czasu na jej szukanie i w pierwszym lepszym markiecie zakupiłam pierwszy lepszy kominek, ktory postawiłam w południowym pokoju.
W kuchni stanęła natomiast używana westfalka.
W domu nareszcie zaczynało być ciepło, a ja po miesiącach koczowania w przyczepie, nareszcie mogłam przenieść się do domu, grzejąc się w ogniu kominka.

K. nadal zamieszkiwał w przylegającym do obory pomieszczeniu gospodarczym, a ja z trwogą myslałam o dniu jego odjazdu, i o tym jak już na dobre pozostanę sama na tej swojej... bagnisto-ciernistej drodze. Ale ku mojemu najwyższemu zdumieniu K. postanowił ... przedłużyć sobie swój wolontariat, rezygnując tym samym z uroków zycia studenckiego i poswięcając się całkowicie sztuce, która to własnie u mnie, na... odludziu miała w pełni rozkwitać!

O prawdziwym powodzie jego pozostania dowiedziałam się... niestety, dopiero potem.

W tym też czasie nastąpiła moja przeprowadzka, która polegala jedynie na zwiezieniu, popakowanych i czekajacych od miesiecy pudeł i kartonów, a mieszkanie zostalo wymówione.

I tak oto zaczęło się moje nowe życie. W domu pod lasem. Życie dość dziwne. I tak nierealne, że aż trudne do uwierzenia.

19.01.2012

Wystarczy znależć dość dobrze zrujnowany domek w środku lasu... i zamienić go w chatkę z piernika....

... a potem należy wziaść jedną miarkę gliny, dwie miarki piasku.... trochę wody... wsypać garsć lnianych konopii lub garść słomy... albo sieczki... do tego dodawać chudy twaróg, bądż mleko... może być również maślanka... jak kto woli... kilka jajek i mąkę ziemniaczaną... na koniec trochę lawendy... i kilka płatków roży.... i wymieszać to wszystko w wielkim garze... i puszczając wodze fantazji... rzucić na scianę!
Oto gotowy przepis na dom. Dla tych, co kochają bajki. I jak to w bajkach bywa... przeszkodom i trudnościom nie ma końca. A im bliżej celu... o dziwo, tym ich więcej!!!
I tym oto sposobem, ja sama, znalazłam sie w samym środku... pewnej bajki.

Ale po kolei. Wrócę więc znów do tamtego września.

Tak więc, gdy w dwóch południowych pokojach tynki w końcu... po-prze-kwi-ty-wały... pos-chły i... po-pło-wiały... przybierając zupełnie nieoczekiwany łososiowy kolor, a ja pełna euforii... szykowałam sie do następnego etapu, czyli malowania... moja radość, niestety w oka mgnieniu się ulatniała... gdy przechodziłam na stronę połnocną, gdzie następował proces wręcz odwrotny... i tu tynki schły, ale bardzo powoli, a właściwie to... nie schły wcale.

I choć pogoda w tej końcówce września była naprawdę cudna.... to jednak dla gliny było już trochę póżno, chociażby ze względu na to, iż dość szybko nastawał chłód, co bylo dla niej bardzo zgubne w skutkach. Ale o tym wszystkim miałam sie dopiero naocznie przekonać.

W tym czasie nasza grupa uszczupliła się i po odjeżdzie miłej i dbajacej bardzo o nasza kuchnię polową wolontariuszki A, oraz córki, zostaliśmy w trójkę -K. nasz nieoceniony wolontariusz o zacięciu artystycznym, R. nasz pomocnik do tzw. robót specjalnych... jak np. kopanie dołów, czy też przewalanie gruzu, który to w tempie wysoce zadziwiającym przyrastał... no i oczywiście ja, główny sprawca wszystkiego!

Najwyższa więc pora zaczynać było malowanie. Farby miały być też gliniane. A jakże!
O glinianych farbach wiedziałam tyle, co nic. Czytałam, gdzieś, że do gliny, aby uzyskać kolor dodaje się jakieś farbki do farbowania tkanin lub plakatówki i że najlepsze są farby wodne!?
I na tym moja wiedza się kończyła.
Należało więc poeksperymentować, porobic próbki, porzucać je na ścianę, poczekać aż wyschną i wtedy wybrać tę odpowiednią. Ale, cóż na żadne eksperymenty nie było już czasu, ryzyko i tak było zbyt duże, że to wszystko nie powysycha!!!
Machnęłam na to wszystko ręką i postanowiłam stworzyć swoje własne farby metodą prób i błędów!?!? I jako pigmentu użyć ciasta wapiennego. I tym razem taplałam się nie tylko w błocie ale i w wapnie, ktore mieszałam z wodą ręcznie w wielkim dole przed domem.
Widok przedstawiałam iście opłakany, jak orzekł K, który sam zresztą nie wyglądał wcale lepiej,
mieszajac ręcznym mieszadłem glinę z wodą w wielkim baniaku... która rozpryskiwała się we wszystkich możliwych kierunkach, oblepiając go dokladnie z góry na dół. Był więc, nie gorzej niż ja, utaplany w... błocie.
A tym razem do naszej mieszanki dodawaliśmy... jajka i krochmal z mąki ziemniaczanej, który to ja osobiście w wielkim garze... wielką łychą warzyłam w naszej polowej kuchence.

Po okolicy znów rozniosły się wieści, że robię jakieś dziwne... ziemniaczane tynki i co ciekawsi zaglądali. K. twierdził, że jak tak dalej pójdzie to i... jaka Wyższa Władza może zawita... i może w końcu... jakie dofinansowanie do tego... bagna dostanę... bo teraz to i na ekologię się stawia... podobnoż!!?

Niestety... Wielcy tego świata nie zajmują się przecież takimi duperelami... tylko ważnymi sprawami wagi państwowej... o czym K. pewnie już zdążył zapomnieć... przebywając na tym odludziu... więc tylko... Mali tego świata nas odwiedzali... kiwając jedynie głowami, lub trzymając się za brzuchy w... zdrowym ludzkim śmiechu!!!
A niech tam!!! Niech się ludziska chodż trochę pośmieją!!!

Tak więc, w takim oto klimacie, przystąpiliśmy do malowania.
Malowaliśmy pędzlami, ja ściany, a K. sufity, wszystko dwukrotnie. I chwilami miałam wrażenie, iż maluję obraz na wielkim płótnie... I byl to chyba najprzyjemniejszy etap naszej pracy, farby tak szybko schły, a ja doszlam do wniosku, ze mogłabym z powodzeniem zostać malarzem pokojowym.
A ściany przybrały kolor... piernika w mlecznej czekoladzie. Były trochę ciemne, mimo zatarcia woda, ale... gdy przyjdzie lato, to pewnie znów tak pięknie popłowieją i zrobią się... może znów łososiowe lub przybiorą... jakąś inną nieoczekiwaną barwę!? Kto wie?...
A teraz, na zimę niech więc będzie czekoladowo. To dobry i rozgrzewający kolor. A ja, no cóż, mam wciąż słabość do czekolady.

Tak więc, gdy pokoje południowe zostały pomalowane i musiały jedynie powysychać, zabraliśmy się za malowanie kuchni i korytarza. I tu zrobiło się dość problematycznie, gdyż dodałam,niestety za dużo krochmalu i farby zaczęły niespodziewanie pękać.
Ze zgroza patrzyliśmy na efekt naszej pracy i niestety nie pozostawało nic innego, jak tylko zdrapywanie farby. Zdrapywanie farby... ale tak, aby nie uszkodzić tynku, łatwo powiedziec... a w efekcie okazało sie to niezwykle trudne. Mozolna i beznadziejna praca. Mieliśmy naprawdę dosyć, nie wiedząc, iż najgorsze dopiero przed nami...!!!
I niestety, tynku nie udało się nie uszkodzić... i ściany takie już pozostały, nierówne... i jakby podrapane. Na to nałożyłam, nie majac już innego wyjscia, jako, że na nowy tynk nie było już po prostu czasu... farbę, dodając jedynie więcej pigmentu wapiennego, aby było jaśniej. I kolor wyszedł... waniliowy! Całkiem dobrze prezentujacy sie na podrapanych i nierównych ścianach kuchni i korytarza.

I gdy z częścią południowa domu udało nam się jakoś uporać, to część północna i łazienki przyprawiały o zawrót głowy!!! W łazienkach wprawdzie twarogowy zapach z dnia na dzień wyrażnie się zmniejszał, ale za to na ścianach pojawiały sie szaro-białe, puchate, nawet dość niebrzydkie, przypominajace... letnie dmuchawce... wykwity!!!
Najgorzej było jednak w obu północnych pokojach... tam nie dosć, że praktycznie nic nie schło, to na dodatek na ścianach tworzyły się... wielkie czarno-siwe plamy pleśni.
Jednym słowem nasze tynki przeżywały powtórne... kwitnienie!!!

Krótko mówiąc zaczęło się robić maaaaakabrycznie!!!

I wtedy zaczęło się wielkie osuszanie!!! Wszystkim czym tylko się dało... pożyczonymi farelkami, elktrycznymi grzejnikami, grzałkami, a w końcu wielką benzynową, niemiłosiernie cuchnącą machiną.
Na nic wszystko się zdało, plamy znikały, aby nazajutrz pojawić się ponownie!!! Co było dla nas jedną wielką niewiadomą!!!
I to zwłaszcza na jednej ze ścian,tej łaczącej dwa pokoje, na której mieściły się kiedyś drzwi, teraz już zamurowane. Czyżby tutaj kryła się przyczyna wszystkiego, myśleliśmy, patrzac z przerażeniem na kwitnące tynki!?
I wtedy to, po raz pierwszy miałam naprawdę dosyć gliny. I co gorsza, ani cienia pomysłu... co dalej!!??


I na tym Kochani, aby Was tak całkiem nie zanudzić, na razie zakończę, jako, że tym razem i bez-zdjęciowo będzie. Córcia pożyczyła aparat z moimi fotkami. Więc czekać muszę, aż znów któregoś dnia wpadnie do wiejskiego domu.
Miłego wieczoru zatem życzę.