Wystarczy znależć dość dobrze zrujnowany domek w środku lasu... i zamienić go w chatkę z piernika....
... a potem należy wziaść jedną miarkę gliny, dwie miarki piasku.... trochę wody... wsypać garsć lnianych konopii lub garść słomy... albo sieczki... do tego dodawać chudy twaróg, bądż mleko... może być również maślanka... jak kto woli... kilka jajek i mąkę ziemniaczaną... na koniec trochę lawendy... i kilka płatków roży.... i wymieszać to wszystko w wielkim garze... i puszczając wodze fantazji... rzucić na scianę!
Oto gotowy przepis na dom. Dla tych, co kochają bajki. I jak to w bajkach bywa... przeszkodom i trudnościom nie ma końca. A im bliżej celu... o dziwo, tym ich więcej!!!
I tym oto sposobem, ja sama, znalazłam sie w samym środku... pewnej bajki.
Ale po kolei. Wrócę więc znów do tamtego września.
Tak więc, gdy w dwóch południowych pokojach tynki w końcu... po-prze-kwi-ty-wały... pos-chły i... po-pło-wiały... przybierając zupełnie nieoczekiwany łososiowy kolor, a ja pełna euforii... szykowałam sie do następnego etapu, czyli malowania... moja radość, niestety w oka mgnieniu się ulatniała... gdy przechodziłam na stronę połnocną, gdzie następował proces wręcz odwrotny... i tu tynki schły, ale bardzo powoli, a właściwie to... nie schły wcale.
I choć pogoda w tej końcówce września była naprawdę cudna.... to jednak dla gliny było już trochę póżno, chociażby ze względu na to, iż dość szybko nastawał chłód, co bylo dla niej bardzo zgubne w skutkach. Ale o tym wszystkim miałam sie dopiero naocznie przekonać.
W tym czasie nasza grupa uszczupliła się i po odjeżdzie miłej i dbajacej bardzo o nasza kuchnię polową wolontariuszki A, oraz córki, zostaliśmy w trójkę -K. nasz nieoceniony wolontariusz o zacięciu artystycznym, R. nasz pomocnik do tzw. robót specjalnych... jak np. kopanie dołów, czy też przewalanie gruzu, który to w tempie wysoce zadziwiającym przyrastał... no i oczywiście ja, główny sprawca wszystkiego!
Najwyższa więc pora zaczynać było malowanie. Farby miały być też gliniane. A jakże!
O glinianych farbach wiedziałam tyle, co nic. Czytałam, gdzieś, że do gliny, aby uzyskać kolor dodaje się jakieś farbki do farbowania tkanin lub plakatówki i że najlepsze są farby wodne!?
I na tym moja wiedza się kończyła.
Należało więc poeksperymentować, porobic próbki, porzucać je na ścianę, poczekać aż wyschną i wtedy wybrać tę odpowiednią. Ale, cóż na żadne eksperymenty nie było już czasu, ryzyko i tak było zbyt duże, że to wszystko nie powysycha!!!
Machnęłam na to wszystko ręką i postanowiłam stworzyć swoje własne farby metodą prób i błędów!?!? I jako pigmentu użyć ciasta wapiennego. I tym razem taplałam się nie tylko w błocie ale i w wapnie, ktore mieszałam z wodą ręcznie w wielkim dole przed domem.
Widok przedstawiałam iście opłakany, jak orzekł K, który sam zresztą nie wyglądał wcale lepiej,
mieszajac ręcznym mieszadłem glinę z wodą w wielkim baniaku... która rozpryskiwała się we wszystkich możliwych kierunkach, oblepiając go dokladnie z góry na dół. Był więc, nie gorzej niż ja, utaplany w... błocie.
A tym razem do naszej mieszanki dodawaliśmy... jajka i krochmal z mąki ziemniaczanej, który to ja osobiście w wielkim garze... wielką łychą warzyłam w naszej polowej kuchence.
Po okolicy znów rozniosły się wieści, że robię jakieś dziwne... ziemniaczane tynki i co ciekawsi zaglądali. K. twierdził, że jak tak dalej pójdzie to i... jaka Wyższa Władza może zawita... i może w końcu... jakie dofinansowanie do tego... bagna dostanę... bo teraz to i na ekologię się stawia... podobnoż!!?
Niestety... Wielcy tego świata nie zajmują się przecież takimi duperelami... tylko ważnymi sprawami wagi państwowej... o czym K. pewnie już zdążył zapomnieć... przebywając na tym odludziu... więc tylko... Mali tego świata nas odwiedzali... kiwając jedynie głowami, lub trzymając się za brzuchy w... zdrowym ludzkim śmiechu!!!
A niech tam!!! Niech się ludziska chodż trochę pośmieją!!!
Tak więc, w takim oto klimacie, przystąpiliśmy do malowania.
Malowaliśmy pędzlami, ja ściany, a K. sufity, wszystko dwukrotnie. I chwilami miałam wrażenie, iż maluję obraz na wielkim płótnie... I byl to chyba najprzyjemniejszy etap naszej pracy, farby tak szybko schły, a ja doszlam do wniosku, ze mogłabym z powodzeniem zostać malarzem pokojowym.
A ściany przybrały kolor... piernika w mlecznej czekoladzie. Były trochę ciemne, mimo zatarcia woda, ale... gdy przyjdzie lato, to pewnie znów tak pięknie popłowieją i zrobią się... może znów łososiowe lub przybiorą... jakąś inną nieoczekiwaną barwę!? Kto wie?...
A teraz, na zimę niech więc będzie czekoladowo. To dobry i rozgrzewający kolor. A ja, no cóż, mam wciąż słabość do czekolady.
Tak więc, gdy pokoje południowe zostały pomalowane i musiały jedynie powysychać, zabraliśmy się za malowanie kuchni i korytarza. I tu zrobiło się dość problematycznie, gdyż dodałam,niestety za dużo krochmalu i farby zaczęły niespodziewanie pękać.
Ze zgroza patrzyliśmy na efekt naszej pracy i niestety nie pozostawało nic innego, jak tylko zdrapywanie farby. Zdrapywanie farby... ale tak, aby nie uszkodzić tynku, łatwo powiedziec... a w efekcie okazało sie to niezwykle trudne. Mozolna i beznadziejna praca. Mieliśmy naprawdę dosyć, nie wiedząc, iż najgorsze dopiero przed nami...!!!
I niestety, tynku nie udało się nie uszkodzić... i ściany takie już pozostały, nierówne... i jakby podrapane. Na to nałożyłam, nie majac już innego wyjscia, jako, że na nowy tynk nie było już po prostu czasu... farbę, dodając jedynie więcej pigmentu wapiennego, aby było jaśniej. I kolor wyszedł... waniliowy! Całkiem dobrze prezentujacy sie na podrapanych i nierównych ścianach kuchni i korytarza.
I gdy z częścią południowa domu udało nam się jakoś uporać, to część północna i łazienki przyprawiały o zawrót głowy!!! W łazienkach wprawdzie twarogowy zapach z dnia na dzień wyrażnie się zmniejszał, ale za to na ścianach pojawiały sie szaro-białe, puchate, nawet dość niebrzydkie, przypominajace... letnie dmuchawce... wykwity!!!
Najgorzej było jednak w obu północnych pokojach... tam nie dosć, że praktycznie nic nie schło, to na dodatek na ścianach tworzyły się... wielkie czarno-siwe plamy pleśni.
Jednym słowem nasze tynki przeżywały powtórne... kwitnienie!!!
Krótko mówiąc zaczęło się robić maaaaakabrycznie!!!
I wtedy zaczęło się wielkie osuszanie!!! Wszystkim czym tylko się dało... pożyczonymi farelkami, elktrycznymi grzejnikami, grzałkami, a w końcu wielką benzynową, niemiłosiernie cuchnącą machiną.
Na nic wszystko się zdało, plamy znikały, aby nazajutrz pojawić się ponownie!!! Co było dla nas jedną wielką niewiadomą!!!
I to zwłaszcza na jednej ze ścian,tej łaczącej dwa pokoje, na której mieściły się kiedyś drzwi, teraz już zamurowane. Czyżby tutaj kryła się przyczyna wszystkiego, myśleliśmy, patrzac z przerażeniem na kwitnące tynki!?
I wtedy to, po raz pierwszy miałam naprawdę dosyć gliny. I co gorsza, ani cienia pomysłu... co dalej!!??
I na tym Kochani, aby Was tak całkiem nie zanudzić, na razie zakończę, jako, że tym razem i bez-zdjęciowo będzie. Córcia pożyczyła aparat z moimi fotkami. Więc czekać muszę, aż znów któregoś dnia wpadnie do wiejskiego domu.
Miłego wieczoru zatem życzę.
....Jechalam i gdy ujrzalam opuszczona chate, zatrzymalam sie gwaltownie hamujac. Wielka pusta przestrzen. Cisza. Krzyz przy drodze. I ta opuszczona chata. Juz wiedzialam, ze chce ja miec. Ze to moje miejsce. Zadnych watpliwosci, goraczkowych rozwazan. To miejsce oddalone od reszty swiata. Przy domu dwie wielkie czeresnie, jak strazniczki pokoju. W kuchni bialy babciny kredens... drewniany krzyz... figurka madonny. To dobre miejsce... pomyslalam, aby zaczac wszystko od nowa.
"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"
19.01.2012
11.01.2012
Spojrzenie wstecz...
Hmmm... ilez to czasu minelo od mojego ostatniego remontowego wpisu, ze az sama sie zadziwilam. Byl poczatek jesieni, wrzesien... gdy ja tkwilam w srodku remontowego zawirowania.
A tu juz zima... Oj,dluga... bardzo dluga mialam przerwe w pisaniu. I wydawalo mi sie, ze juz do tego nigdy nie powroce. I dopiero,gdy niedawno, bo tuz przed Nowym Rokiem weszlam do siebie i przeczytalam ostatnie komentarze, pomyslalam jak bardzo mi Was Kochani przez te wszystkie miesiace brakowalo... i to byl taki wlasnie ,,kopniak,, ktory znow napedzil mnie do dzialania. I postanowilam powrocic do mojej pisaniny.
Do mojego dziennika budowy.
Zaczne wiec moze od poczatku, a raczej cofne sie w czasie do... tamtego wrzesnia.
A wlasciwie zaczne od tego... ze juz TU MIESZKAM.
Tak wlasnie sie stalo. Zamieszkalam w chacie pod lasem. Choc sama jeszcze w to nie bardzo moge uwierzyc. A wszystko wydaje mi sie takie nierzeczywiste. I wciaz dziwie sie, myslac jak to sie wszystko stalo. Chodz wypadki potoczyly sie wlasnie tak, a nie inaczej. To tak, jakby to wszystko tak byc musialo.
To miejsce. I ten czas.
I chodz bywaja chwile, gdy wciaz wydaje mi sie, iz nadal jestem tylko na wakacjach i ze zaraz przeciez powroce do swojego normalnego zycia... do swoich zajec... terminow... telefonow... Tak, jak to zwykle po lecie bywalo. I ze moj urlop w koncu przeciez kiedys tam... sie skonczy!!! Lecz tym razem wszystko bylo inaczej. Tym razem nic takiego sie nie zda-rzy-lo!!!
A ja pozostalam w chacie pod lasem. I dalej... jakby nigdy nic... jakby tylko to jedno sie liczylo... wszystko ,,ogarnialam,,!
A ogarnianiu nie bylo konca....!!!!!
Tak wiec na poczatku wrzesnia bylismy, jak mowi moj ostatni ubiegloroczny juz!!! wpis na etapie glinianych tynkow, w ktorych tkwilismy od lipca, a ktore to pomalu juz nas wykanczaly.
I gdy po setkach glinianych probek, w celu ustalenia odpowiedniego skladu i konsystencji gliny, po dlugim czasie oczekiwania, az owe probki powysychaja, po licznych doswiadczeniach na twardosc owych probek jak np. spuszczaniu glinianych kulek z odpowiedniej wysokosci... i tym podobnych sprawach, nie mniej istotnych, ustalilismy w koncu jaki ma byc sklad owego... blotka i wtedy w polowie sierpnia przystapilismy do kladzenia tynkow w pozostalej czesci domu tj. w dwoch polnocnych pokojach, lazience, toalecie, pom. gospodarczym, kuchni i korytarzu. Razem bylo tego 250 m2 ! Duzo, a czasu bardzo malo.
Nasza ekipa budowlana wiele sie nie zmienila, czyli nadal byl jeden majster, tylko, ze juz inny, dwoch wolontariuszy, moja na krotko bedaca w odwiedzinach corka, moj wierny pomocnik inwalida- autysta. Ja. Kierowniczka, jak nazywal mnie majster. I oczywiscie nasze urocze kociaki Lola i Lulus - czyli Lulusiowate. Jednym slowem... silna grupa pod wyzwaniem.
W dwoch pierwszych pokojach, w ktorych polozone na poczatku lipca tynki byly wlasnie na etapie.... "kwitnienia".... a piekna, zieloniutka i z kazdym dniem coraz bardziej obfitsza plantacja lnu... czynila cala sprawa coraz bardziej beznadziejna, a ja z trwoga myslalam o czekajacym nas niechybnie ich skuwaniu, roslinki nagle... jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki zaczely... obumierac, a czarne plamy plesni wysychac.
Cud! Istny cud, ku naszemu zdziwieniu i uciesze.
Tak wiec przystapilismy do kladzenia tynkow w drugiej czesci domu. Kladl je wlasciwie majster, my zas pomagalismy, robiac obrobki wokol okien i drzwi, no i mieszalismy gline z woda i piaskiem na zaprawe. Czyli taplalismy sie w blocie, jak okreslal nasze poczynania majster, pytajac mnie wciaz i wciaz od nowa, co ja wlasciwie takiego w tej calej glinie widze... i dlaczego to nie chce normalnych tynkow, jak wszyscy... zeby choc po ludzku bylo!!!!
A gdy przyszla kolej na lazienki, a ja do gliny jak gdyby nigdy nic, zaczelam wrzucac chudy twarog i mleko... lamentowal dlugo, usilujac mnie przekonac, iz jestem na etapie kolejnego bledu. Na nic sie to zdalo. A ja z uporem maniaka objezdzalam okoliczne sklepiki, wykupujac kilogramami chudy twarog, a gdy tego zabrako przerzucalam sie na mleko.
Mialo byc twarogowo i tak tez bylo!!!! A glina zmieszana z twarogiem i mlekiem tworzyla piekna, aksamitna konsystencje... w kolorze czekolady.
Az chcialo sie TOTO jesc!!!
Tylko majster prychal i prychal, nie dajac sie poniesc naszemu glinowo- twarogowemu szalenstwu!
I gdy w pierwszych dniach po polozeniu twarogowych tynkow w lazience zaczynalo... cuchnac... nie posiadal sie z uciechy, ze jednak mial racje.
Zapach skislej serwatki rozchodzil sie w powietrzu, a w lazienkach cuchlo niemilosiernie... i kto tam wszedl, zaraz uciekal. Tylko ja, sprawca wszystkiego, ze stoickim spokojem mowilam, ze tak wlasnie ma byc, i ze zapach twarogowy jest konieczny! Wierzac w duchu, wiedziona konopnym doswiadczeniem, iz glina i tym razem sobie z tym poradzi.
Po wsi rozniosla sie wiesc o moich konopnych i kisnacych tynkach... i cale wycieczki przychodzily je ogladac, chcialam juz nawet jakie... muzeum otworzyc, zeby choc jaki grosz wpadl... Ale czasu nie bylo... Wiec oswiadczalam jedynie wszem i wobec, iz najlepsze byloby w zasadzie.... krowie lajno... lecz niestety nie mialam czasu go zbierac!!! A ludzie zwijali sie ze smiechu... My tez!!!
Ech, co tu duzo mowic! Bylo jednak wesolo!
Tak wiec ok. polowy wrzesnia skonczylismy kladzenie dwoch warstw tynkow, rezygnujac z warstwy trzeciej tzw. gladzi, gdyz wolalam miec wlasnie takie POPAPRANE sciany... nizli calkiem gladkie.
Majstra juz nic nie dziwilo... po konopiach i twarogu, wiec cieszyl sie tylko, bo jak nigdy dotad nie musial niczego robic rowno i prosto. Twierdzil, iz jest to jego najlepsza praca, a ja najlepsza kierowniczka. I gdybym tak jeszcze zechciala dodawac piwa do tynku... wzdychal w rozmarzeniu... ech, to bylaby dopiero robota!!!!
I on majster, juz by mnie pewnie nigdy nie opuscil!!!
No, coz rozstanie przewazylo szale i piwa nie bylo. Byly za to jajka i maka... ale o tym pozniej.
Tak wiec w polowie wrzesnia zakonczylismy tynki. Dwie, ok. 3cm warstwy gliny zostaly polozone i teraz musialy jedynie powysychac.
Sprawa, zdawac by sie moglo blaha, stala sie jednak trudniejsza niz myslelismy...
I migawki z tamtego wrzesnia....
I czekoladowo-serwatkowo-glinowa zaprawa w lazience, ktora kladlam sama... bo majster zaparl sie i nijak bylo go do tego zmusic...
I zeby nie bylo, ze nic nie robilam... wywalam okno w pokoju!!!
K. wolontariusz, moja wierna dusza i prawa reka... pryz heblowaniu parapetow...
Wysychajaca druga i ostatnia warstwa tynku w kuchni.
I przypominajac sobie tamten czas, mysle jak dobrze jest niekiedy spojrzec wstecz... i powrocic do tamtych chwil... myslac, alez bylo pieknie! Trudno i pieknie!!!
2.01.2012
Na ten Nowy Rok...
z mojego nowego zycia... w starej wiejskiej chacie... na koncu swiata... pod lasem... posylam Wam Kochani wiele serdecznosci, zyczac duzo dobrego zdrowka, pomyslnosci i bardzo duzo milosci na te wszystkie dni, ktore przed nami...
Dziekuje jednoczesnie za to, ze byliscie ze mna w te wszystkie dni... w smutku i w radosci... w calych tych moich zmaganiach i zawirowaniach.... Dziekuje za Wasza cierpliwosc i wyrozumialosc dla mojej opieszalosci... i oczywiscie za Wasze cudne i zawsze bardzo podbudowywujace komentarze.
Dluga, bardzo dluga mialam przerwe w pisaniu... i wstyd mi troche... ale tyle bylo do zrobienia... ze na pisanie nie starczalo juz jakos czasu i sil... i dopiero teraz, naprawde po raz pierwszy od miesiecy, gdy juz jakos... OGARNELAM to wszystko... nareszcie moge zasiasc i cos skrobnac... ot, chociazby noworoczne zyczenia.
Tak wiec w Nowym Roku postaram sie wszystko nadrobic.
P.s. przepraszam, litery nadal nie takie, jeszcze do tego nie doszlam, opieszala jakas sie zrobilam, ale bede nad soba pracowac, przyrzekam... w tym Nowym Roku.
Dobrej nocy zycze.
z mojego nowego zycia... w starej wiejskiej chacie... na koncu swiata... pod lasem... posylam Wam Kochani wiele serdecznosci, zyczac duzo dobrego zdrowka, pomyslnosci i bardzo duzo milosci na te wszystkie dni, ktore przed nami...
Dziekuje jednoczesnie za to, ze byliscie ze mna w te wszystkie dni... w smutku i w radosci... w calych tych moich zmaganiach i zawirowaniach.... Dziekuje za Wasza cierpliwosc i wyrozumialosc dla mojej opieszalosci... i oczywiscie za Wasze cudne i zawsze bardzo podbudowywujace komentarze.
Dluga, bardzo dluga mialam przerwe w pisaniu... i wstyd mi troche... ale tyle bylo do zrobienia... ze na pisanie nie starczalo juz jakos czasu i sil... i dopiero teraz, naprawde po raz pierwszy od miesiecy, gdy juz jakos... OGARNELAM to wszystko... nareszcie moge zasiasc i cos skrobnac... ot, chociazby noworoczne zyczenia.
Tak wiec w Nowym Roku postaram sie wszystko nadrobic.
P.s. przepraszam, litery nadal nie takie, jeszcze do tego nie doszlam, opieszala jakas sie zrobilam, ale bede nad soba pracowac, przyrzekam... w tym Nowym Roku.
Dobrej nocy zycze.
5.09.2011
Glina, glina...
... ktora stala sie od miesiecy wszechobecna w moim zyciu... i tylko teraz mala chwilka bez niej, gdy na dwa dni wpadlam do cywilizacji z tej mojej gluszy i odpoczywam od gliny.
I mam chwilke na napisanie w wielkim skrocie, o tym co sie u mnie dzieje.
Tak wiec od ponad dwoch miesiecy tkwimy wciaz w glinie. Wciaz jestesmy w glinianych tynkach i konca nie widac. A wszystko dlatego, ze pierwsi wykonawcy, ktorzy owe tynki kladli w dwoch pokojach... zawalili sprawe i tynki najzwyczajniej w swiecie zaczely... kwitnac!!!
A na suficie i na scianach zaczely jak grzyby po deszczu wyrastac zielone roslinki i pojawiac sie czarne plamki plesni. Z przerazeniem patrzylam na coraz bardziej powiekszajace sie z kazdym dniem moje... zielone poletko. Przerazenie moje siegnelo zenitu, gdy stwierdzilam, iz tynk zaczyna sie wykruszac, a wszystko razem zaczynalo sie po prostu kisic!
I tak przez kolejne dni z trwoga obserwowalam kwitnace tynki, nie wiedzac co dalej. Wygladalo na to, iz zostaly uzyte zle proporcje gliny i piasku i stad kruszenie, a kolejne kladzione warstwy byly po prostu za mokre. Tynki nadawaly sie wlasciwie jedynie do skucia. Ogarnialo mnie coraz wieksze przerazenie. Ale coz, trzeba bylo myslec i dzialac dalej, tylko co, nikt z nas przeciez tego nie wiedzial. A czas naglil, bo gliniane tynki mozna klasc tylko w miesiacach letnich, aby mogly wyschnac. Wiec czasu nie bylo duzo. I tak, po moich licznych telefonach do osob z biobudownictwa i penetrowaniu tychze stron i forow, zaczelismy za rada specjalistow robic probki gliny... dziesiatki glinianych plackow zmieszanych z piaskiem, aby ustalic wlasciwe proporcje dla naszego tynku.
A potem suszylismy je tygodniami na sloncu. I tak czas plynal, a ja stalam nadal w miejscu z moimi tynkami.
I gdyby nie moi wolontariusze, wierne i oddane dusze, dopingujace do dzialania pewnie rzucilabym to wszystko w diably i uciekla majac raz na zawsze dosyc gliny i wszystkiego co z nia zwiazane.
I tak w koncu po dniach i tygodniach czekania, chwilach zwatpienia i euforii... gdy wreszcie owe placki powysychaly i w koncu mozna bylo ustalic sklad glinianego tynku... odetchnelismy z ulga! Nie wiedzac, ze przed nami jeszcze najgorsze!!!
A w miedzyczasie zaczynaly wysychac tynki w obu pokojach i wszystko jakby samo za sprawa cudownych wlasciwosci gliny, bo jak mi powiedziano glina poradzi sobie i z plesnia i z roslinkami... wszystko zaczelo wracac do normy... roslinki zaczely obumierac, przykry zapach plesni zanikac, tynk zrobil sie twardy, a sciany pojasnialy i przybraly piekny lososiowy kolor.
Na podlodze widoczne probki gliny.
I wtedy zaczelismy. Zaczelismy mieszac nasza wlasna zaprawe gliniana i obkladac glina dalsze czesci domu. Mielismy przed soba 250m2 powierzchni... ! To prawie tak, jak porywanie sie z motyka na slonce!
My - nasza silna grupa pod Wyzwaniem, czyli: ja, jeden bardzo wytrwaly wolontariusz o zacieciu artystycznym, jeden wsiowy majster o jako takim pojeciu budowlanym, jeden bezrobotny inwalida... jedna wolontariuszka przebywajaca czasowo, nasz czarny dochodzacy koteczek oraz... nasi nowi towarzysze: przeurocza para kociakow, uratowanych przed niechybnym zatopieniem w pobliskiej rzeczce - Lola i Lulus. Ktorzy pojawili sie w najbardziej odpowiednim momencie.
I Na nasze jakby pocieszenie!
I tak w polowie sierpnia zaczelismy, majac przed soba trzy warstwy tynkow i 250 m2 powierzchni i... te nieodparta swiadomosc, ze nie mamy wyjscia... i, ze musimy w koncu te... tynki... skonczyc, nawet gdyby sie walilo i palilo!!!
Uratowala nas pogoda, bo polowa sierpnia byla naprawde piekna i sloneczna, jakby akurat dla nas... jakby na nasze pocieszenie... aby gliniane tynki mogly wyschnac i tak pieknie wyplowiec w sloncu...
Pierwsza warstwa tynku w trakcie kladzenia.
Wolontariusze rzucaja gliniane kulki na sciane.
I wykuwanie okna w glinianej scianie.
Biale plamy to impregnacja pierwszej warstwy mlekiem wapiennym z dodatkiem... chudego twarogu.
Druga warstwa tynku juz wysychajaca, do niej dodalismy bialko kurze i make ziemniaczana... ku uciesze i zdziwieniu naszego majstra... ktory na nastepny dzien chcial dodac piwa do tynkow... i szczypiorku do twarogu...
Druga warstwa w kuchni pomalu wysycha.
I moja letnia baza...
I tecza... jak zapowiedz czegos niezwyklego!
C. d nastapi, gdy znow na mala chwilke wpadne do... cywilizacji. A poki co wracam do swojej gliny, ktora juz pewnie powysychala i bedzie mozna zaczynac trzecia warstwe.
Ufff... jakze marze o koncu!!!
Serdecznie wszystkich obserwujacych pozdrawiam !
... ktora stala sie od miesiecy wszechobecna w moim zyciu... i tylko teraz mala chwilka bez niej, gdy na dwa dni wpadlam do cywilizacji z tej mojej gluszy i odpoczywam od gliny.
I mam chwilke na napisanie w wielkim skrocie, o tym co sie u mnie dzieje.
Tak wiec od ponad dwoch miesiecy tkwimy wciaz w glinie. Wciaz jestesmy w glinianych tynkach i konca nie widac. A wszystko dlatego, ze pierwsi wykonawcy, ktorzy owe tynki kladli w dwoch pokojach... zawalili sprawe i tynki najzwyczajniej w swiecie zaczely... kwitnac!!!
A na suficie i na scianach zaczely jak grzyby po deszczu wyrastac zielone roslinki i pojawiac sie czarne plamki plesni. Z przerazeniem patrzylam na coraz bardziej powiekszajace sie z kazdym dniem moje... zielone poletko. Przerazenie moje siegnelo zenitu, gdy stwierdzilam, iz tynk zaczyna sie wykruszac, a wszystko razem zaczynalo sie po prostu kisic!
I tak przez kolejne dni z trwoga obserwowalam kwitnace tynki, nie wiedzac co dalej. Wygladalo na to, iz zostaly uzyte zle proporcje gliny i piasku i stad kruszenie, a kolejne kladzione warstwy byly po prostu za mokre. Tynki nadawaly sie wlasciwie jedynie do skucia. Ogarnialo mnie coraz wieksze przerazenie. Ale coz, trzeba bylo myslec i dzialac dalej, tylko co, nikt z nas przeciez tego nie wiedzial. A czas naglil, bo gliniane tynki mozna klasc tylko w miesiacach letnich, aby mogly wyschnac. Wiec czasu nie bylo duzo. I tak, po moich licznych telefonach do osob z biobudownictwa i penetrowaniu tychze stron i forow, zaczelismy za rada specjalistow robic probki gliny... dziesiatki glinianych plackow zmieszanych z piaskiem, aby ustalic wlasciwe proporcje dla naszego tynku.
A potem suszylismy je tygodniami na sloncu. I tak czas plynal, a ja stalam nadal w miejscu z moimi tynkami.
I gdyby nie moi wolontariusze, wierne i oddane dusze, dopingujace do dzialania pewnie rzucilabym to wszystko w diably i uciekla majac raz na zawsze dosyc gliny i wszystkiego co z nia zwiazane.
I tak w koncu po dniach i tygodniach czekania, chwilach zwatpienia i euforii... gdy wreszcie owe placki powysychaly i w koncu mozna bylo ustalic sklad glinianego tynku... odetchnelismy z ulga! Nie wiedzac, ze przed nami jeszcze najgorsze!!!
A w miedzyczasie zaczynaly wysychac tynki w obu pokojach i wszystko jakby samo za sprawa cudownych wlasciwosci gliny, bo jak mi powiedziano glina poradzi sobie i z plesnia i z roslinkami... wszystko zaczelo wracac do normy... roslinki zaczely obumierac, przykry zapach plesni zanikac, tynk zrobil sie twardy, a sciany pojasnialy i przybraly piekny lososiowy kolor.
I wtedy zaczelismy. Zaczelismy mieszac nasza wlasna zaprawe gliniana i obkladac glina dalsze czesci domu. Mielismy przed soba 250m2 powierzchni... ! To prawie tak, jak porywanie sie z motyka na slonce!
My - nasza silna grupa pod Wyzwaniem, czyli: ja, jeden bardzo wytrwaly wolontariusz o zacieciu artystycznym, jeden wsiowy majster o jako takim pojeciu budowlanym, jeden bezrobotny inwalida... jedna wolontariuszka przebywajaca czasowo, nasz czarny dochodzacy koteczek oraz... nasi nowi towarzysze: przeurocza para kociakow, uratowanych przed niechybnym zatopieniem w pobliskiej rzeczce - Lola i Lulus. Ktorzy pojawili sie w najbardziej odpowiednim momencie.
I Na nasze jakby pocieszenie!
I tak w polowie sierpnia zaczelismy, majac przed soba trzy warstwy tynkow i 250 m2 powierzchni i... te nieodparta swiadomosc, ze nie mamy wyjscia... i, ze musimy w koncu te... tynki... skonczyc, nawet gdyby sie walilo i palilo!!!
Uratowala nas pogoda, bo polowa sierpnia byla naprawde piekna i sloneczna, jakby akurat dla nas... jakby na nasze pocieszenie... aby gliniane tynki mogly wyschnac i tak pieknie wyplowiec w sloncu...
Pierwsza warstwa tynku w trakcie kladzenia.
Wolontariusze rzucaja gliniane kulki na sciane.
I wykuwanie okna w glinianej scianie.
Biale plamy to impregnacja pierwszej warstwy mlekiem wapiennym z dodatkiem... chudego twarogu.
Druga warstwa tynku juz wysychajaca, do niej dodalismy bialko kurze i make ziemniaczana... ku uciesze i zdziwieniu naszego majstra... ktory na nastepny dzien chcial dodac piwa do tynkow... i szczypiorku do twarogu...
Druga warstwa w kuchni pomalu wysycha.
I moja letnia baza...
I tecza... jak zapowiedz czegos niezwyklego!
C. d nastapi, gdy znow na mala chwilke wpadne do... cywilizacji. A poki co wracam do swojej gliny, ktora juz pewnie powysychala i bedzie mozna zaczynac trzecia warstwe.
Ufff... jakze marze o koncu!!!
Serdecznie wszystkich obserwujacych pozdrawiam !
27.07.2011
Niech sie mury pną do góry.... c. d.
Na wstępie bardzo dziękuję za komentarze, jak zwykle miłe i bardzo budujące.
Nie odzywałam się dość długo, glownie ze względu na nawał pracy, jak i i to, iż jestem obecnie praktycznie odcięta od świata, zamieszkałam juz bowiem w swojej chacie pod lasem i stad utrudniony kontakt ze światem zewnetrznym, a internet dopiero w pobliskim miasteczku i możliwe tylko bardzo sporadyczne zaglądanie i to też w biegu, bo tyle sie dzieje u mnie każdego dnia, że trudno to wszystko nawet opisać, bo nie wiadomo od czego zaczać i na czym skończyć.
Kazdego dnia trwa nieustająca walka. Jak na Alasce prawie.
A w wielkim skrócie wygląda to tak:
Po przestoju w tynkowaniu, spowodowanym miedzy innymi poszukiwaniami słomy, o czym nawet nie miałam pojęcia, iż tak trudno będzie mi ją znależć i dopiero po długich poszukiwaniach i objeżdzaniu pobliskich pegeer-ów i okolicznych chłopów znalazłam w końcu gospodarza, który nie tylko był w posiadaniu słomy, ale i również maszyny do jej cięcia, prawie zabytku dawno juz zapomnianego i okazalo sie, iz ów chłop może nawet mi ją pociąć.
Tak więc nadal czekam na słomę. Jak tylko będzie, zaczynamy dalej tynkowanie, bo do tej pory zamiast slomy użyte były konopie lniane.
Nadal trwa również walka o wodę, o czym nie będę sie już rozpisywac, bo to temat rozległy i zawiły. Tak wiec wodę przez cały czas czerpiemy za pomocą pompy ze strumyka obok domu, którego obecność ratuje nam po prostu życie.
Zmienila się również nasza ekipa budowlana, i tak obecnie na placu boju jesteśmy we czwórkę czyli:
- ja, głównie dowodząca, charakteryzująca się dość mglistym pojęciem o budownictwie w ogóle...
- jeden wolontariusz, o bardzo artystycznej duszy
- jeden wsiowy majster , mający jako takie pojecie o budownictwie w ogóle
- jeden bezrobotny inwalida, pomocnik majstra.. o słabym pojęciu, ale za to z dużym zacięciem do pracy
- i... jeden maly, czarny... przybląkany koteczek...
czyli tzw. silna grupa pod WYZWANIEM!
A wyzwanie szczytnym jest, bo ratowanie starej chałupy... które czynimy na przekór wszystkim i wszystkiemu... pomijjąc już ze zniecierpliwieniem wszelkie komentarze typu... dlaczegóż to tak bardzo lubimy tę całą... STARZYZNĘ!???
Tak wiec walka trwa!
Na wstępie bardzo dziękuję za komentarze, jak zwykle miłe i bardzo budujące.
Nie odzywałam się dość długo, glownie ze względu na nawał pracy, jak i i to, iż jestem obecnie praktycznie odcięta od świata, zamieszkałam juz bowiem w swojej chacie pod lasem i stad utrudniony kontakt ze światem zewnetrznym, a internet dopiero w pobliskim miasteczku i możliwe tylko bardzo sporadyczne zaglądanie i to też w biegu, bo tyle sie dzieje u mnie każdego dnia, że trudno to wszystko nawet opisać, bo nie wiadomo od czego zaczać i na czym skończyć.
Kazdego dnia trwa nieustająca walka. Jak na Alasce prawie.
A w wielkim skrócie wygląda to tak:
Po przestoju w tynkowaniu, spowodowanym miedzy innymi poszukiwaniami słomy, o czym nawet nie miałam pojęcia, iż tak trudno będzie mi ją znależć i dopiero po długich poszukiwaniach i objeżdzaniu pobliskich pegeer-ów i okolicznych chłopów znalazłam w końcu gospodarza, który nie tylko był w posiadaniu słomy, ale i również maszyny do jej cięcia, prawie zabytku dawno juz zapomnianego i okazalo sie, iz ów chłop może nawet mi ją pociąć.
Tak więc nadal czekam na słomę. Jak tylko będzie, zaczynamy dalej tynkowanie, bo do tej pory zamiast slomy użyte były konopie lniane.
Nadal trwa również walka o wodę, o czym nie będę sie już rozpisywac, bo to temat rozległy i zawiły. Tak wiec wodę przez cały czas czerpiemy za pomocą pompy ze strumyka obok domu, którego obecność ratuje nam po prostu życie.
Zmienila się również nasza ekipa budowlana, i tak obecnie na placu boju jesteśmy we czwórkę czyli:
- ja, głównie dowodząca, charakteryzująca się dość mglistym pojęciem o budownictwie w ogóle...
- jeden wolontariusz, o bardzo artystycznej duszy
- jeden wsiowy majster , mający jako takie pojecie o budownictwie w ogóle
- jeden bezrobotny inwalida, pomocnik majstra.. o słabym pojęciu, ale za to z dużym zacięciem do pracy
- i... jeden maly, czarny... przybląkany koteczek...
czyli tzw. silna grupa pod WYZWANIEM!
A wyzwanie szczytnym jest, bo ratowanie starej chałupy... które czynimy na przekór wszystkim i wszystkiemu... pomijjąc już ze zniecierpliwieniem wszelkie komentarze typu... dlaczegóż to tak bardzo lubimy tę całą... STARZYZNĘ!???
Tak wiec walka trwa!
11.07.2011
Niech sie mury pna do gory... !
Dopiero teraz, znalazlam chwilke, pomiedzy jednym a drugim zawirowaniem, aby wejsc na strone i odczytac Wasze komentarze, za ktore tez dopiero teraz dziekuje! Dzialaja jak zwykle balsamicznie i dopingowo. Niestety o odwiedzinach nie ma na razie mowy, taczka i lopata nie daja wytchnienia!
A wiec tak, jak przewidywalam w ten jeden, jedyny dzien wszystko sie... DOPELNILO!
Przyjechaly okna, pojawili sie z utesknieniem wyczekiwani zacni panowie elektrycy, a za nimi zaraz zacni panowie hydraulicy. Tyle szczescia na raz! I tak oto... zaczelo sie dziac!
I stalo sie nagle bardzo budowlanie!
Tak wiec moje naste- urodziny... swietowalam zaiscie budowlanie, nie przyznajac sie naturalnie do niczego... chcac tym samym zachowac panow w dobrym zdrowiu i formie.
I zaczelo sie rowniez... GLINOWANIE, czyli lepienie scian glina. Robimy to wspolnie, ja i moi przyjaciele przybyli az z... Suwalszczyzny, skad tez przyjechala glina. I zapachnialo ziemia!
I oto kilka zdjec z tego calego "dziania sie"... tylko kilka, jako, ze jak to na budowie bywa... baterie wysiadly!
Tak wiec na poczatek domek dostal - nowe drewniane okna.... biale, takie same, jakie byly.
... i pierwsza warstwa gliny polozona w salonie
I trwa praca nad sufitem, bardzo zreszta pracochlonna, bo caly sufit trzeba pokryc najpierw matami trzcinowymi, a na to dopiero nalozyc warstwy gliny.
Wnetrza nieoczekiwanie przybraly wyglad jakiejs... wloskiej tawerny... a to tez dlatego, ze glina o czerwonej barwie. Piekna. Jak Matka Ziemia.
I zrobilo sie u mnie tak jakos, nie dosc ze budowlanie, to jeszcze obozowo... namioty, przyczepa... i dwoch wolontariuszy, gdzies ze swiata zawitalo... ech, wakacje przeciez... !
1.07.2011
Oczekiwania... szerszenie... i maki...
Moje obecne poczynania remontowe mozna zamknac w jednym slowie:
- Oczekiwania.
Oczekuje... na okna, ktore mialy juz dawno byc, a ktorych jeszcze nie ma.... oczekuje na elektrykow, ktorzy mieli byc, a ktorych tez nie ma... czekam na studnie, ktorej tez nie moge sie doczekac... czekam na hydraulikow... czekam... i czekam. A czas sobie plynie. Ale jak mnie pouczono i zapewniono... wkrotce wszystko ma... BYC... a ja mam sobie tylko czekac. I to wszystko, na dodatek ma sie wydarzyc w tym jednym... jedynym dniu...?!
Wiec nie ulega watpliwosci, ze bede miala... niesamowite, pomijajac juz sam fakt, ze jesli je w ogole przezyje... urodziny!!!
Wiec ... czekam!!!
Ale, zeby nie bylo tak, ze nic nie mam, wiec mam... mam, coraz to nowe niespodzianki.
I tak mam np.... SZERSZENIE!
Owe zwierzatka, widac upodobaly sobie bardzo moj malowniczy domek, wijac sobie w nim zapewne sliczne gniazdko, gdzies tam pod dachem i nie pozwalajac mi nawet sie do niego zblizyc... co mnie wcale zreszta nie dziwi.
Tak wlasnie bylo ktoregos dnia, gdy zamiast panow elektrykow... zastalam w swojej chatce... roj szerszeni, ktory uparcie krazyl nad moim autkiem, pobzykujac zlowrogo i uziemiajac mnie w nim i tlukac w szyby i maske z niespotykana sila!
Scena, gdyby ktos sie blizej jej przyjrzal, jakby zywcem wyjeta z filmu Chitchcoca "Ptaki", w ktorym to roj ptactwa atakuje glowna bohaterke... z tym, ze te moje, mnie jeszcze nie "zzeraly"... na szczescie!
I coz bylo robic?!
Uziemiona w swoim autku, obdzwanialam wszystkich, kogo tylko sie dalo, zaczynajac od jasnie pana lesnika... i proszac pokornym glosem o pomoc, co i tak na nic sie nie zdalo... bo lesnictwo strasznie zajete i w zwiazku z tym... polecilo mi straz pozarna... a straz... gmine.... a gmina - sanepid... ale ja w miedzyczasie przestalam juz zupelnie wierzyc w... cuda, postanawiajac tym samym przejac sprawe w swoje rece... czyli udac sie po pomoc do swojej najblizszej sasiadki K. ktora jedynie... wzruszyla ramionami.
No coz, nikt przeciez nie mowil, ze bedzie latwo...?!
Gdy wiec wracalam z nadzieja, ze jakims cudownym sposobem roj zwierzatek juz sobie odlecial, a ja najspokojniej w swiecie, wejde sobie do mojego domku... myslac przy tym... jakiez to swietne mam teraz zycie... bo kazdego dnia cos sie dzieje... i kazdego dnia musze walic glowa w mur... a o stagnacji i nudzie nie ma mowy... roj szerszeniowy jakby sie zmniejszyl, ale nadal istnial, krazac zlowieszczo w powietrzu i trzymajac mnie na dystans.
I gdy tak siedzialam, uziemiona, pograzona w dosc ponurych myslach... krazacych wokol tego, czy odjezdzac... czy tez zostawac....i co robic w ogole... niespodziewanie nadszedl moj ubiegloroczny pomocnik... p. Heniu. O, jakze sie ucieszylam!
Pan Heniu, bedacy akurat w bardzo blogim stanie upojenia alkoholowego, ucieszyl sie rowniez ze spotkania... a po zapoznaniu sie z problemem, oswiadczyl, iz mam szczescie... bo trafilam wlasnie na... specjaliste od likwidowania gniazd. I ze mam czekac... a on skoczy tylko po drabine... a potem zrobi porzadek!
Wiec czekalam, blogoslawiac w duchu mojego wybawce, myslac o tym, jakaz to bede szczesliwa... gdy gniazdka juz nie bedzie! I gdy po przeszlo godzinnym oczekiwaniu... stracilam juz nadzieje... walnelam piescia w stol - /czyt.w kierownice/... mowiac sobie, ze jesli jest mi pisane... "pozarcie" przez owe owady, to niech tak sie stanie, ale ja w kazdym badz razie - wychodze!
I naubierawszy na siebie wszystko, co tylko bylo mozliwe, ruszylam im naprzeciw, myslac o tym, jak bardzo wszyscy mnie olali i... ze wzmozona wola walki, rzucilam sie w strone metrowych juz chyba chaszczy, co juz bylo i tak, w obliczu tego wszystkiego... prawie bez znaczenia.
Pracowalam z zacieciem, jakiego u siebie nawet nie podejrzewalam, myslac, ze jak tak dalej pojdzie, to w mgnieniu oka... odchaszcze te swoje pol hektara... i nie majac nawet bladego pojecia, ze znajduje sie dokladnie w miejscu, w ktorym to pod dachem obory, wisi wielki bialy, misternie utkany... kokon.
I wtedy wydarza sie naprawde cudowny przypadek.
Oto calkiem niespodziewanie, przed moja furtka staje moj najblizszy sasiad - K.
I nie byloby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, ze K. ignorowal mnie calkowicie. Nawet ze mna nie rozmawial, chowajac sie zawsze do chalupy, gdy do nich zachodzilam, a jedynymi osobami, ktore raczyly mnie jakas tam rozmowa byly jego zona i corka.
Wiec teraz, gdy K. stanal nagle przede mna... oswiadczajac, iz on... zlikwiduje u mnie owo gniazdo i pomoze mi ogarnac to cale moje... NIECHLUJSTWO... czyli skosi moj OGROD... myslalam, ze sie przeslyszalam!
Tak wiec w jednej niemalze chwili uwierzylam ponownie w ... CUDA ! Tylko, zeby az do tego stopnia?!!
Jesli wiec kiedykolwiek w ogole watpilam w mojego Aniola... tego od cudow i od zadan specjalnych... tak teraz, nie mialam juz najmniejszych watpliwosci... Blekitny byl bez watpienia ze mna!
A potem bylo juz tylko pieknie!
Cale popoludnie pracowalismy ramie w ramie... ja wyrywajac recznie wielkie chaszcze pod obora, i moj sasiad z "odzysku" koszac, a co nie skosil, to ja wyrywalam, a gdy kosa sie stepila... pojechal do wsi pozyczyc nowa! Cud... prawdziwy cud!
I tak gdzies pod wieczor w moim ogrodzie... zaczelo sie robic... calkiem OGRODOWO. A ogrod zaczal sie stawac lekko uporzadkowany... jako, ze tak bardzo ogrodowo to u mnie nigdy nie bedzie i ten element dzikosci pozostanie... rowne trawniki, to nie dla mnie.
A poznym wieczorem K. w ochronnym ubraniu i w kasku na glowie, jak rycerz jaki... przystapil do akcji - SZERSZENIE, wynoszac z pietra obory wielki szerszeniowy kokon. Jak prawdziwy bohater!
I faktycznie, nastepnego dnia po szerszeniach, ani sladu!!!
Tyle szczescia na raz!
A ja moglam juz dalej pracowac spokojnie w swoim ogrodzie. Ach, coz za ulga!
I wtedy wlasnie, spod ogromnych porastajacych podworko chaszczy, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zaczely ukazywac sie... MAKI!
Cale poletka wysokich i dorodnych, jeszcze nie rozkwitlych makow... jakich nigdy dotad nie widzialam!
Monte Casino... jak orzekl moj sasiad !
I widzialam juz, jak to pieknie bedzie, gdy maki porozkwitaja w tym moim troche juz uporzadkowanym... a troche jeszcze dzikim ogrodzie.
I spogladajac na pecherze na rekach... poczulam, ze zrobilam... cos tak... NAPRAWDE. I ze ten dom... niezwyczajny jakis... wymagajacy bardzo jest. Nie zadowala sie byle czym. Zmusza do walki... rzucajac pod nogi coraz to nowe klody.
To chyba taka ... domena starych domow... same heroiczne w swym trwaniu, nie pozwalaja na... byle-jakosc. A moj postawil sobie widac... szczytny cel - zrobienia ze mnie twardego czlowieka.... takiego co to sie nie... uleknie i nie... odejdzie. Twardziela, jednym slowem!
Testujac bez konca i zmuszajac do dzialania... bo szerszenie... bo chaszcze... bo... stroz... bo kolejne, ktores tam z rzedu wlamanie... Ech, i tak bez konca... coraz to nowe wyzwania... na tej nie konczacej sie liscie!!!
I zeby moc napawac sie tym calym pieknem i widokiem jak marzenie... musze miec chyba... rece urobione po pachy i... pecherze na dloniach!?
I czy to wszystko, nie zostalo juz niejako wpisane w ten caly scenariusz... zanim DOM... odpusci i podaruje... Milosc?! A moze juz ja wlasnie dostalam... myslalam... patrzac na niezwyklej urody kwiaty?!
Ach, wiec to tyle... czasu trzeba... i tyle trudu... zeby dom sie otworzyl i... zeby zeslal w koncu... USMIECH!
Maki w urodzinowym prezencie. W prezencie od DOMU.
To bardzo piekny prezent i... chyba... najpiekniejszy!
Maki o niezwyklej, rozowej barwie i platkach przypominajacych... piwonie.
Czyz nie sa piekne?!
I trzymajcie prosze kciuki za moje poniedzialkowe... oczekiwania!
Subskrybuj:
Posty (Atom)