Spojrzenie wstecz...
Hmmm... ilez to czasu minelo od mojego ostatniego remontowego wpisu, ze az sama sie zadziwilam. Byl poczatek jesieni, wrzesien... gdy ja tkwilam w srodku remontowego zawirowania.
A tu juz zima... Oj,dluga... bardzo dluga mialam przerwe w pisaniu. I wydawalo mi sie, ze juz do tego nigdy nie powroce. I dopiero,gdy niedawno, bo tuz przed Nowym Rokiem weszlam do siebie i przeczytalam ostatnie komentarze, pomyslalam jak bardzo mi Was Kochani przez te wszystkie miesiace brakowalo... i to byl taki wlasnie ,,kopniak,, ktory znow napedzil mnie do dzialania. I postanowilam powrocic do mojej pisaniny.
Do mojego dziennika budowy.
Zaczne wiec moze od poczatku, a raczej cofne sie w czasie do... tamtego wrzesnia.
A wlasciwie zaczne od tego... ze juz TU MIESZKAM.
Tak wlasnie sie stalo. Zamieszkalam w chacie pod lasem. Choc sama jeszcze w to nie bardzo moge uwierzyc. A wszystko wydaje mi sie takie nierzeczywiste. I wciaz dziwie sie, myslac jak to sie wszystko stalo. Chodz wypadki potoczyly sie wlasnie tak, a nie inaczej. To tak, jakby to wszystko tak byc musialo.
To miejsce. I ten czas.
I chodz bywaja chwile, gdy wciaz wydaje mi sie, iz nadal jestem tylko na wakacjach i ze zaraz przeciez powroce do swojego normalnego zycia... do swoich zajec... terminow... telefonow... Tak, jak to zwykle po lecie bywalo. I ze moj urlop w koncu przeciez kiedys tam... sie skonczy!!! Lecz tym razem wszystko bylo inaczej. Tym razem nic takiego sie nie zda-rzy-lo!!!
A ja pozostalam w chacie pod lasem. I dalej... jakby nigdy nic... jakby tylko to jedno sie liczylo... wszystko ,,ogarnialam,,!
A ogarnianiu nie bylo konca....!!!!!
Tak wiec na poczatku wrzesnia bylismy, jak mowi moj ostatni ubiegloroczny juz!!! wpis na etapie glinianych tynkow, w ktorych tkwilismy od lipca, a ktore to pomalu juz nas wykanczaly.
I gdy po setkach glinianych probek, w celu ustalenia odpowiedniego skladu i konsystencji gliny, po dlugim czasie oczekiwania, az owe probki powysychaja, po licznych doswiadczeniach na twardosc owych probek jak np. spuszczaniu glinianych kulek z odpowiedniej wysokosci... i tym podobnych sprawach, nie mniej istotnych, ustalilismy w koncu jaki ma byc sklad owego... blotka i wtedy w polowie sierpnia przystapilismy do kladzenia tynkow w pozostalej czesci domu tj. w dwoch polnocnych pokojach, lazience, toalecie, pom. gospodarczym, kuchni i korytarzu. Razem bylo tego 250 m2 ! Duzo, a czasu bardzo malo.
Nasza ekipa budowlana wiele sie nie zmienila, czyli nadal byl jeden majster, tylko, ze juz inny, dwoch wolontariuszy, moja na krotko bedaca w odwiedzinach corka, moj wierny pomocnik inwalida- autysta. Ja. Kierowniczka, jak nazywal mnie majster. I oczywiscie nasze urocze kociaki Lola i Lulus - czyli Lulusiowate. Jednym slowem... silna grupa pod wyzwaniem.
W dwoch pierwszych pokojach, w ktorych polozone na poczatku lipca tynki byly wlasnie na etapie.... "kwitnienia".... a piekna, zieloniutka i z kazdym dniem coraz bardziej obfitsza plantacja lnu... czynila cala sprawa coraz bardziej beznadziejna, a ja z trwoga myslalam o czekajacym nas niechybnie ich skuwaniu, roslinki nagle... jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki zaczely... obumierac, a czarne plamy plesni wysychac.
Cud! Istny cud, ku naszemu zdziwieniu i uciesze.
Tak wiec przystapilismy do kladzenia tynkow w drugiej czesci domu. Kladl je wlasciwie majster, my zas pomagalismy, robiac obrobki wokol okien i drzwi, no i mieszalismy gline z woda i piaskiem na zaprawe. Czyli taplalismy sie w blocie, jak okreslal nasze poczynania majster, pytajac mnie wciaz i wciaz od nowa, co ja wlasciwie takiego w tej calej glinie widze... i dlaczego to nie chce normalnych tynkow, jak wszyscy... zeby choc po ludzku bylo!!!!
A gdy przyszla kolej na lazienki, a ja do gliny jak gdyby nigdy nic, zaczelam wrzucac chudy twarog i mleko... lamentowal dlugo, usilujac mnie przekonac, iz jestem na etapie kolejnego bledu. Na nic sie to zdalo. A ja z uporem maniaka objezdzalam okoliczne sklepiki, wykupujac kilogramami chudy twarog, a gdy tego zabrako przerzucalam sie na mleko.
Mialo byc twarogowo i tak tez bylo!!!! A glina zmieszana z twarogiem i mlekiem tworzyla piekna, aksamitna konsystencje... w kolorze czekolady.
Az chcialo sie TOTO jesc!!!
Tylko majster prychal i prychal, nie dajac sie poniesc naszemu glinowo- twarogowemu szalenstwu!
I gdy w pierwszych dniach po polozeniu twarogowych tynkow w lazience zaczynalo... cuchnac... nie posiadal sie z uciechy, ze jednak mial racje.
Zapach skislej serwatki rozchodzil sie w powietrzu, a w lazienkach cuchlo niemilosiernie... i kto tam wszedl, zaraz uciekal. Tylko ja, sprawca wszystkiego, ze stoickim spokojem mowilam, ze tak wlasnie ma byc, i ze zapach twarogowy jest konieczny! Wierzac w duchu, wiedziona konopnym doswiadczeniem, iz glina i tym razem sobie z tym poradzi.
Po wsi rozniosla sie wiesc o moich konopnych i kisnacych tynkach... i cale wycieczki przychodzily je ogladac, chcialam juz nawet jakie... muzeum otworzyc, zeby choc jaki grosz wpadl... Ale czasu nie bylo... Wiec oswiadczalam jedynie wszem i wobec, iz najlepsze byloby w zasadzie.... krowie lajno... lecz niestety nie mialam czasu go zbierac!!! A ludzie zwijali sie ze smiechu... My tez!!!
Ech, co tu duzo mowic! Bylo jednak wesolo!
Tak wiec ok. polowy wrzesnia skonczylismy kladzenie dwoch warstw tynkow, rezygnujac z warstwy trzeciej tzw. gladzi, gdyz wolalam miec wlasnie takie POPAPRANE sciany... nizli calkiem gladkie.
Majstra juz nic nie dziwilo... po konopiach i twarogu, wiec cieszyl sie tylko, bo jak nigdy dotad nie musial niczego robic rowno i prosto. Twierdzil, iz jest to jego najlepsza praca, a ja najlepsza kierowniczka. I gdybym tak jeszcze zechciala dodawac piwa do tynku... wzdychal w rozmarzeniu... ech, to bylaby dopiero robota!!!!
I on majster, juz by mnie pewnie nigdy nie opuscil!!!
No, coz rozstanie przewazylo szale i piwa nie bylo. Byly za to jajka i maka... ale o tym pozniej.
Tak wiec w polowie wrzesnia zakonczylismy tynki. Dwie, ok. 3cm warstwy gliny zostaly polozone i teraz musialy jedynie powysychac.
Sprawa, zdawac by sie moglo blaha, stala sie jednak trudniejsza niz myslelismy...
I migawki z tamtego wrzesnia....
I czekoladowo-serwatkowo-glinowa zaprawa w lazience, ktora kladlam sama... bo majster zaparl sie i nijak bylo go do tego zmusic...
I zeby nie bylo, ze nic nie robilam... wywalam okno w pokoju!!!
K. wolontariusz, moja wierna dusza i prawa reka... pryz heblowaniu parapetow...
Wysychajaca druga i ostatnia warstwa tynku w kuchni.
I przypominajac sobie tamten czas, mysle jak dobrze jest niekiedy spojrzec wstecz... i powrocic do tamtych chwil... myslac, alez bylo pieknie! Trudno i pieknie!!!