Na ten Nowy Rok...
z mojego nowego zycia... w starej wiejskiej chacie... na koncu swiata... pod lasem... posylam Wam Kochani wiele serdecznosci, zyczac duzo dobrego zdrowka, pomyslnosci i bardzo duzo milosci na te wszystkie dni, ktore przed nami...
Dziekuje jednoczesnie za to, ze byliscie ze mna w te wszystkie dni... w smutku i w radosci... w calych tych moich zmaganiach i zawirowaniach.... Dziekuje za Wasza cierpliwosc i wyrozumialosc dla mojej opieszalosci... i oczywiscie za Wasze cudne i zawsze bardzo podbudowywujace komentarze.
Dluga, bardzo dluga mialam przerwe w pisaniu... i wstyd mi troche... ale tyle bylo do zrobienia... ze na pisanie nie starczalo juz jakos czasu i sil... i dopiero teraz, naprawde po raz pierwszy od miesiecy, gdy juz jakos... OGARNELAM to wszystko... nareszcie moge zasiasc i cos skrobnac... ot, chociazby noworoczne zyczenia.
Tak wiec w Nowym Roku postaram sie wszystko nadrobic.
P.s. przepraszam, litery nadal nie takie, jeszcze do tego nie doszlam, opieszala jakas sie zrobilam, ale bede nad soba pracowac, przyrzekam... w tym Nowym Roku.
Dobrej nocy zycze.
....Jechalam i gdy ujrzalam opuszczona chate, zatrzymalam sie gwaltownie hamujac. Wielka pusta przestrzen. Cisza. Krzyz przy drodze. I ta opuszczona chata. Juz wiedzialam, ze chce ja miec. Ze to moje miejsce. Zadnych watpliwosci, goraczkowych rozwazan. To miejsce oddalone od reszty swiata. Przy domu dwie wielkie czeresnie, jak strazniczki pokoju. W kuchni bialy babciny kredens... drewniany krzyz... figurka madonny. To dobre miejsce... pomyslalam, aby zaczac wszystko od nowa.
"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"
2.01.2012
5.09.2011
Glina, glina...
... ktora stala sie od miesiecy wszechobecna w moim zyciu... i tylko teraz mala chwilka bez niej, gdy na dwa dni wpadlam do cywilizacji z tej mojej gluszy i odpoczywam od gliny.
I mam chwilke na napisanie w wielkim skrocie, o tym co sie u mnie dzieje.
Tak wiec od ponad dwoch miesiecy tkwimy wciaz w glinie. Wciaz jestesmy w glinianych tynkach i konca nie widac. A wszystko dlatego, ze pierwsi wykonawcy, ktorzy owe tynki kladli w dwoch pokojach... zawalili sprawe i tynki najzwyczajniej w swiecie zaczely... kwitnac!!!
A na suficie i na scianach zaczely jak grzyby po deszczu wyrastac zielone roslinki i pojawiac sie czarne plamki plesni. Z przerazeniem patrzylam na coraz bardziej powiekszajace sie z kazdym dniem moje... zielone poletko. Przerazenie moje siegnelo zenitu, gdy stwierdzilam, iz tynk zaczyna sie wykruszac, a wszystko razem zaczynalo sie po prostu kisic!
I tak przez kolejne dni z trwoga obserwowalam kwitnace tynki, nie wiedzac co dalej. Wygladalo na to, iz zostaly uzyte zle proporcje gliny i piasku i stad kruszenie, a kolejne kladzione warstwy byly po prostu za mokre. Tynki nadawaly sie wlasciwie jedynie do skucia. Ogarnialo mnie coraz wieksze przerazenie. Ale coz, trzeba bylo myslec i dzialac dalej, tylko co, nikt z nas przeciez tego nie wiedzial. A czas naglil, bo gliniane tynki mozna klasc tylko w miesiacach letnich, aby mogly wyschnac. Wiec czasu nie bylo duzo. I tak, po moich licznych telefonach do osob z biobudownictwa i penetrowaniu tychze stron i forow, zaczelismy za rada specjalistow robic probki gliny... dziesiatki glinianych plackow zmieszanych z piaskiem, aby ustalic wlasciwe proporcje dla naszego tynku.
A potem suszylismy je tygodniami na sloncu. I tak czas plynal, a ja stalam nadal w miejscu z moimi tynkami.
I gdyby nie moi wolontariusze, wierne i oddane dusze, dopingujace do dzialania pewnie rzucilabym to wszystko w diably i uciekla majac raz na zawsze dosyc gliny i wszystkiego co z nia zwiazane.
I tak w koncu po dniach i tygodniach czekania, chwilach zwatpienia i euforii... gdy wreszcie owe placki powysychaly i w koncu mozna bylo ustalic sklad glinianego tynku... odetchnelismy z ulga! Nie wiedzac, ze przed nami jeszcze najgorsze!!!
A w miedzyczasie zaczynaly wysychac tynki w obu pokojach i wszystko jakby samo za sprawa cudownych wlasciwosci gliny, bo jak mi powiedziano glina poradzi sobie i z plesnia i z roslinkami... wszystko zaczelo wracac do normy... roslinki zaczely obumierac, przykry zapach plesni zanikac, tynk zrobil sie twardy, a sciany pojasnialy i przybraly piekny lososiowy kolor.
Na podlodze widoczne probki gliny.
I wtedy zaczelismy. Zaczelismy mieszac nasza wlasna zaprawe gliniana i obkladac glina dalsze czesci domu. Mielismy przed soba 250m2 powierzchni... ! To prawie tak, jak porywanie sie z motyka na slonce!
My - nasza silna grupa pod Wyzwaniem, czyli: ja, jeden bardzo wytrwaly wolontariusz o zacieciu artystycznym, jeden wsiowy majster o jako takim pojeciu budowlanym, jeden bezrobotny inwalida... jedna wolontariuszka przebywajaca czasowo, nasz czarny dochodzacy koteczek oraz... nasi nowi towarzysze: przeurocza para kociakow, uratowanych przed niechybnym zatopieniem w pobliskiej rzeczce - Lola i Lulus. Ktorzy pojawili sie w najbardziej odpowiednim momencie.
I Na nasze jakby pocieszenie!
I tak w polowie sierpnia zaczelismy, majac przed soba trzy warstwy tynkow i 250 m2 powierzchni i... te nieodparta swiadomosc, ze nie mamy wyjscia... i, ze musimy w koncu te... tynki... skonczyc, nawet gdyby sie walilo i palilo!!!
Uratowala nas pogoda, bo polowa sierpnia byla naprawde piekna i sloneczna, jakby akurat dla nas... jakby na nasze pocieszenie... aby gliniane tynki mogly wyschnac i tak pieknie wyplowiec w sloncu...
Pierwsza warstwa tynku w trakcie kladzenia.
Wolontariusze rzucaja gliniane kulki na sciane.
I wykuwanie okna w glinianej scianie.
Biale plamy to impregnacja pierwszej warstwy mlekiem wapiennym z dodatkiem... chudego twarogu.
Druga warstwa tynku juz wysychajaca, do niej dodalismy bialko kurze i make ziemniaczana... ku uciesze i zdziwieniu naszego majstra... ktory na nastepny dzien chcial dodac piwa do tynkow... i szczypiorku do twarogu...
Druga warstwa w kuchni pomalu wysycha.
I moja letnia baza...
I tecza... jak zapowiedz czegos niezwyklego!
C. d nastapi, gdy znow na mala chwilke wpadne do... cywilizacji. A poki co wracam do swojej gliny, ktora juz pewnie powysychala i bedzie mozna zaczynac trzecia warstwe.
Ufff... jakze marze o koncu!!!
Serdecznie wszystkich obserwujacych pozdrawiam !
... ktora stala sie od miesiecy wszechobecna w moim zyciu... i tylko teraz mala chwilka bez niej, gdy na dwa dni wpadlam do cywilizacji z tej mojej gluszy i odpoczywam od gliny.
I mam chwilke na napisanie w wielkim skrocie, o tym co sie u mnie dzieje.
Tak wiec od ponad dwoch miesiecy tkwimy wciaz w glinie. Wciaz jestesmy w glinianych tynkach i konca nie widac. A wszystko dlatego, ze pierwsi wykonawcy, ktorzy owe tynki kladli w dwoch pokojach... zawalili sprawe i tynki najzwyczajniej w swiecie zaczely... kwitnac!!!
A na suficie i na scianach zaczely jak grzyby po deszczu wyrastac zielone roslinki i pojawiac sie czarne plamki plesni. Z przerazeniem patrzylam na coraz bardziej powiekszajace sie z kazdym dniem moje... zielone poletko. Przerazenie moje siegnelo zenitu, gdy stwierdzilam, iz tynk zaczyna sie wykruszac, a wszystko razem zaczynalo sie po prostu kisic!
I tak przez kolejne dni z trwoga obserwowalam kwitnace tynki, nie wiedzac co dalej. Wygladalo na to, iz zostaly uzyte zle proporcje gliny i piasku i stad kruszenie, a kolejne kladzione warstwy byly po prostu za mokre. Tynki nadawaly sie wlasciwie jedynie do skucia. Ogarnialo mnie coraz wieksze przerazenie. Ale coz, trzeba bylo myslec i dzialac dalej, tylko co, nikt z nas przeciez tego nie wiedzial. A czas naglil, bo gliniane tynki mozna klasc tylko w miesiacach letnich, aby mogly wyschnac. Wiec czasu nie bylo duzo. I tak, po moich licznych telefonach do osob z biobudownictwa i penetrowaniu tychze stron i forow, zaczelismy za rada specjalistow robic probki gliny... dziesiatki glinianych plackow zmieszanych z piaskiem, aby ustalic wlasciwe proporcje dla naszego tynku.
A potem suszylismy je tygodniami na sloncu. I tak czas plynal, a ja stalam nadal w miejscu z moimi tynkami.
I gdyby nie moi wolontariusze, wierne i oddane dusze, dopingujace do dzialania pewnie rzucilabym to wszystko w diably i uciekla majac raz na zawsze dosyc gliny i wszystkiego co z nia zwiazane.
I tak w koncu po dniach i tygodniach czekania, chwilach zwatpienia i euforii... gdy wreszcie owe placki powysychaly i w koncu mozna bylo ustalic sklad glinianego tynku... odetchnelismy z ulga! Nie wiedzac, ze przed nami jeszcze najgorsze!!!
A w miedzyczasie zaczynaly wysychac tynki w obu pokojach i wszystko jakby samo za sprawa cudownych wlasciwosci gliny, bo jak mi powiedziano glina poradzi sobie i z plesnia i z roslinkami... wszystko zaczelo wracac do normy... roslinki zaczely obumierac, przykry zapach plesni zanikac, tynk zrobil sie twardy, a sciany pojasnialy i przybraly piekny lososiowy kolor.
I wtedy zaczelismy. Zaczelismy mieszac nasza wlasna zaprawe gliniana i obkladac glina dalsze czesci domu. Mielismy przed soba 250m2 powierzchni... ! To prawie tak, jak porywanie sie z motyka na slonce!
My - nasza silna grupa pod Wyzwaniem, czyli: ja, jeden bardzo wytrwaly wolontariusz o zacieciu artystycznym, jeden wsiowy majster o jako takim pojeciu budowlanym, jeden bezrobotny inwalida... jedna wolontariuszka przebywajaca czasowo, nasz czarny dochodzacy koteczek oraz... nasi nowi towarzysze: przeurocza para kociakow, uratowanych przed niechybnym zatopieniem w pobliskiej rzeczce - Lola i Lulus. Ktorzy pojawili sie w najbardziej odpowiednim momencie.
I Na nasze jakby pocieszenie!
I tak w polowie sierpnia zaczelismy, majac przed soba trzy warstwy tynkow i 250 m2 powierzchni i... te nieodparta swiadomosc, ze nie mamy wyjscia... i, ze musimy w koncu te... tynki... skonczyc, nawet gdyby sie walilo i palilo!!!
Uratowala nas pogoda, bo polowa sierpnia byla naprawde piekna i sloneczna, jakby akurat dla nas... jakby na nasze pocieszenie... aby gliniane tynki mogly wyschnac i tak pieknie wyplowiec w sloncu...
Pierwsza warstwa tynku w trakcie kladzenia.
Wolontariusze rzucaja gliniane kulki na sciane.
I wykuwanie okna w glinianej scianie.
Biale plamy to impregnacja pierwszej warstwy mlekiem wapiennym z dodatkiem... chudego twarogu.
Druga warstwa tynku juz wysychajaca, do niej dodalismy bialko kurze i make ziemniaczana... ku uciesze i zdziwieniu naszego majstra... ktory na nastepny dzien chcial dodac piwa do tynkow... i szczypiorku do twarogu...
Druga warstwa w kuchni pomalu wysycha.
I moja letnia baza...
I tecza... jak zapowiedz czegos niezwyklego!
C. d nastapi, gdy znow na mala chwilke wpadne do... cywilizacji. A poki co wracam do swojej gliny, ktora juz pewnie powysychala i bedzie mozna zaczynac trzecia warstwe.
Ufff... jakze marze o koncu!!!
Serdecznie wszystkich obserwujacych pozdrawiam !
27.07.2011
Niech sie mury pną do góry.... c. d.
Na wstępie bardzo dziękuję za komentarze, jak zwykle miłe i bardzo budujące.
Nie odzywałam się dość długo, glownie ze względu na nawał pracy, jak i i to, iż jestem obecnie praktycznie odcięta od świata, zamieszkałam juz bowiem w swojej chacie pod lasem i stad utrudniony kontakt ze światem zewnetrznym, a internet dopiero w pobliskim miasteczku i możliwe tylko bardzo sporadyczne zaglądanie i to też w biegu, bo tyle sie dzieje u mnie każdego dnia, że trudno to wszystko nawet opisać, bo nie wiadomo od czego zaczać i na czym skończyć.
Kazdego dnia trwa nieustająca walka. Jak na Alasce prawie.
A w wielkim skrócie wygląda to tak:
Po przestoju w tynkowaniu, spowodowanym miedzy innymi poszukiwaniami słomy, o czym nawet nie miałam pojęcia, iż tak trudno będzie mi ją znależć i dopiero po długich poszukiwaniach i objeżdzaniu pobliskich pegeer-ów i okolicznych chłopów znalazłam w końcu gospodarza, który nie tylko był w posiadaniu słomy, ale i również maszyny do jej cięcia, prawie zabytku dawno juz zapomnianego i okazalo sie, iz ów chłop może nawet mi ją pociąć.
Tak więc nadal czekam na słomę. Jak tylko będzie, zaczynamy dalej tynkowanie, bo do tej pory zamiast slomy użyte były konopie lniane.
Nadal trwa również walka o wodę, o czym nie będę sie już rozpisywac, bo to temat rozległy i zawiły. Tak wiec wodę przez cały czas czerpiemy za pomocą pompy ze strumyka obok domu, którego obecność ratuje nam po prostu życie.
Zmienila się również nasza ekipa budowlana, i tak obecnie na placu boju jesteśmy we czwórkę czyli:
- ja, głównie dowodząca, charakteryzująca się dość mglistym pojęciem o budownictwie w ogóle...
- jeden wolontariusz, o bardzo artystycznej duszy
- jeden wsiowy majster , mający jako takie pojecie o budownictwie w ogóle
- jeden bezrobotny inwalida, pomocnik majstra.. o słabym pojęciu, ale za to z dużym zacięciem do pracy
- i... jeden maly, czarny... przybląkany koteczek...
czyli tzw. silna grupa pod WYZWANIEM!
A wyzwanie szczytnym jest, bo ratowanie starej chałupy... które czynimy na przekór wszystkim i wszystkiemu... pomijjąc już ze zniecierpliwieniem wszelkie komentarze typu... dlaczegóż to tak bardzo lubimy tę całą... STARZYZNĘ!???
Tak wiec walka trwa!
Na wstępie bardzo dziękuję za komentarze, jak zwykle miłe i bardzo budujące.
Nie odzywałam się dość długo, glownie ze względu na nawał pracy, jak i i to, iż jestem obecnie praktycznie odcięta od świata, zamieszkałam juz bowiem w swojej chacie pod lasem i stad utrudniony kontakt ze światem zewnetrznym, a internet dopiero w pobliskim miasteczku i możliwe tylko bardzo sporadyczne zaglądanie i to też w biegu, bo tyle sie dzieje u mnie każdego dnia, że trudno to wszystko nawet opisać, bo nie wiadomo od czego zaczać i na czym skończyć.
Kazdego dnia trwa nieustająca walka. Jak na Alasce prawie.
A w wielkim skrócie wygląda to tak:
Po przestoju w tynkowaniu, spowodowanym miedzy innymi poszukiwaniami słomy, o czym nawet nie miałam pojęcia, iż tak trudno będzie mi ją znależć i dopiero po długich poszukiwaniach i objeżdzaniu pobliskich pegeer-ów i okolicznych chłopów znalazłam w końcu gospodarza, który nie tylko był w posiadaniu słomy, ale i również maszyny do jej cięcia, prawie zabytku dawno juz zapomnianego i okazalo sie, iz ów chłop może nawet mi ją pociąć.
Tak więc nadal czekam na słomę. Jak tylko będzie, zaczynamy dalej tynkowanie, bo do tej pory zamiast slomy użyte były konopie lniane.
Nadal trwa również walka o wodę, o czym nie będę sie już rozpisywac, bo to temat rozległy i zawiły. Tak wiec wodę przez cały czas czerpiemy za pomocą pompy ze strumyka obok domu, którego obecność ratuje nam po prostu życie.
Zmienila się również nasza ekipa budowlana, i tak obecnie na placu boju jesteśmy we czwórkę czyli:
- ja, głównie dowodząca, charakteryzująca się dość mglistym pojęciem o budownictwie w ogóle...
- jeden wolontariusz, o bardzo artystycznej duszy
- jeden wsiowy majster , mający jako takie pojecie o budownictwie w ogóle
- jeden bezrobotny inwalida, pomocnik majstra.. o słabym pojęciu, ale za to z dużym zacięciem do pracy
- i... jeden maly, czarny... przybląkany koteczek...
czyli tzw. silna grupa pod WYZWANIEM!
A wyzwanie szczytnym jest, bo ratowanie starej chałupy... które czynimy na przekór wszystkim i wszystkiemu... pomijjąc już ze zniecierpliwieniem wszelkie komentarze typu... dlaczegóż to tak bardzo lubimy tę całą... STARZYZNĘ!???
Tak wiec walka trwa!
11.07.2011
Niech sie mury pna do gory... !
Dopiero teraz, znalazlam chwilke, pomiedzy jednym a drugim zawirowaniem, aby wejsc na strone i odczytac Wasze komentarze, za ktore tez dopiero teraz dziekuje! Dzialaja jak zwykle balsamicznie i dopingowo. Niestety o odwiedzinach nie ma na razie mowy, taczka i lopata nie daja wytchnienia!
A wiec tak, jak przewidywalam w ten jeden, jedyny dzien wszystko sie... DOPELNILO!
Przyjechaly okna, pojawili sie z utesknieniem wyczekiwani zacni panowie elektrycy, a za nimi zaraz zacni panowie hydraulicy. Tyle szczescia na raz! I tak oto... zaczelo sie dziac!
I stalo sie nagle bardzo budowlanie!
Tak wiec moje naste- urodziny... swietowalam zaiscie budowlanie, nie przyznajac sie naturalnie do niczego... chcac tym samym zachowac panow w dobrym zdrowiu i formie.
I zaczelo sie rowniez... GLINOWANIE, czyli lepienie scian glina. Robimy to wspolnie, ja i moi przyjaciele przybyli az z... Suwalszczyzny, skad tez przyjechala glina. I zapachnialo ziemia!
I oto kilka zdjec z tego calego "dziania sie"... tylko kilka, jako, ze jak to na budowie bywa... baterie wysiadly!
Tak wiec na poczatek domek dostal - nowe drewniane okna.... biale, takie same, jakie byly.
... i pierwsza warstwa gliny polozona w salonie
I trwa praca nad sufitem, bardzo zreszta pracochlonna, bo caly sufit trzeba pokryc najpierw matami trzcinowymi, a na to dopiero nalozyc warstwy gliny.
Wnetrza nieoczekiwanie przybraly wyglad jakiejs... wloskiej tawerny... a to tez dlatego, ze glina o czerwonej barwie. Piekna. Jak Matka Ziemia.
I zrobilo sie u mnie tak jakos, nie dosc ze budowlanie, to jeszcze obozowo... namioty, przyczepa... i dwoch wolontariuszy, gdzies ze swiata zawitalo... ech, wakacje przeciez... !
1.07.2011
Oczekiwania... szerszenie... i maki...
Moje obecne poczynania remontowe mozna zamknac w jednym slowie:
- Oczekiwania.
Oczekuje... na okna, ktore mialy juz dawno byc, a ktorych jeszcze nie ma.... oczekuje na elektrykow, ktorzy mieli byc, a ktorych tez nie ma... czekam na studnie, ktorej tez nie moge sie doczekac... czekam na hydraulikow... czekam... i czekam. A czas sobie plynie. Ale jak mnie pouczono i zapewniono... wkrotce wszystko ma... BYC... a ja mam sobie tylko czekac. I to wszystko, na dodatek ma sie wydarzyc w tym jednym... jedynym dniu...?!
Wiec nie ulega watpliwosci, ze bede miala... niesamowite, pomijajac juz sam fakt, ze jesli je w ogole przezyje... urodziny!!!
Wiec ... czekam!!!
Ale, zeby nie bylo tak, ze nic nie mam, wiec mam... mam, coraz to nowe niespodzianki.
I tak mam np.... SZERSZENIE!
Owe zwierzatka, widac upodobaly sobie bardzo moj malowniczy domek, wijac sobie w nim zapewne sliczne gniazdko, gdzies tam pod dachem i nie pozwalajac mi nawet sie do niego zblizyc... co mnie wcale zreszta nie dziwi.
Tak wlasnie bylo ktoregos dnia, gdy zamiast panow elektrykow... zastalam w swojej chatce... roj szerszeni, ktory uparcie krazyl nad moim autkiem, pobzykujac zlowrogo i uziemiajac mnie w nim i tlukac w szyby i maske z niespotykana sila!
Scena, gdyby ktos sie blizej jej przyjrzal, jakby zywcem wyjeta z filmu Chitchcoca "Ptaki", w ktorym to roj ptactwa atakuje glowna bohaterke... z tym, ze te moje, mnie jeszcze nie "zzeraly"... na szczescie!
I coz bylo robic?!
Uziemiona w swoim autku, obdzwanialam wszystkich, kogo tylko sie dalo, zaczynajac od jasnie pana lesnika... i proszac pokornym glosem o pomoc, co i tak na nic sie nie zdalo... bo lesnictwo strasznie zajete i w zwiazku z tym... polecilo mi straz pozarna... a straz... gmine.... a gmina - sanepid... ale ja w miedzyczasie przestalam juz zupelnie wierzyc w... cuda, postanawiajac tym samym przejac sprawe w swoje rece... czyli udac sie po pomoc do swojej najblizszej sasiadki K. ktora jedynie... wzruszyla ramionami.
No coz, nikt przeciez nie mowil, ze bedzie latwo...?!
Gdy wiec wracalam z nadzieja, ze jakims cudownym sposobem roj zwierzatek juz sobie odlecial, a ja najspokojniej w swiecie, wejde sobie do mojego domku... myslac przy tym... jakiez to swietne mam teraz zycie... bo kazdego dnia cos sie dzieje... i kazdego dnia musze walic glowa w mur... a o stagnacji i nudzie nie ma mowy... roj szerszeniowy jakby sie zmniejszyl, ale nadal istnial, krazac zlowieszczo w powietrzu i trzymajac mnie na dystans.
I gdy tak siedzialam, uziemiona, pograzona w dosc ponurych myslach... krazacych wokol tego, czy odjezdzac... czy tez zostawac....i co robic w ogole... niespodziewanie nadszedl moj ubiegloroczny pomocnik... p. Heniu. O, jakze sie ucieszylam!
Pan Heniu, bedacy akurat w bardzo blogim stanie upojenia alkoholowego, ucieszyl sie rowniez ze spotkania... a po zapoznaniu sie z problemem, oswiadczyl, iz mam szczescie... bo trafilam wlasnie na... specjaliste od likwidowania gniazd. I ze mam czekac... a on skoczy tylko po drabine... a potem zrobi porzadek!
Wiec czekalam, blogoslawiac w duchu mojego wybawce, myslac o tym, jakaz to bede szczesliwa... gdy gniazdka juz nie bedzie! I gdy po przeszlo godzinnym oczekiwaniu... stracilam juz nadzieje... walnelam piescia w stol - /czyt.w kierownice/... mowiac sobie, ze jesli jest mi pisane... "pozarcie" przez owe owady, to niech tak sie stanie, ale ja w kazdym badz razie - wychodze!
I naubierawszy na siebie wszystko, co tylko bylo mozliwe, ruszylam im naprzeciw, myslac o tym, jak bardzo wszyscy mnie olali i... ze wzmozona wola walki, rzucilam sie w strone metrowych juz chyba chaszczy, co juz bylo i tak, w obliczu tego wszystkiego... prawie bez znaczenia.
Pracowalam z zacieciem, jakiego u siebie nawet nie podejrzewalam, myslac, ze jak tak dalej pojdzie, to w mgnieniu oka... odchaszcze te swoje pol hektara... i nie majac nawet bladego pojecia, ze znajduje sie dokladnie w miejscu, w ktorym to pod dachem obory, wisi wielki bialy, misternie utkany... kokon.
I wtedy wydarza sie naprawde cudowny przypadek.
Oto calkiem niespodziewanie, przed moja furtka staje moj najblizszy sasiad - K.
I nie byloby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, ze K. ignorowal mnie calkowicie. Nawet ze mna nie rozmawial, chowajac sie zawsze do chalupy, gdy do nich zachodzilam, a jedynymi osobami, ktore raczyly mnie jakas tam rozmowa byly jego zona i corka.
Wiec teraz, gdy K. stanal nagle przede mna... oswiadczajac, iz on... zlikwiduje u mnie owo gniazdo i pomoze mi ogarnac to cale moje... NIECHLUJSTWO... czyli skosi moj OGROD... myslalam, ze sie przeslyszalam!
Tak wiec w jednej niemalze chwili uwierzylam ponownie w ... CUDA ! Tylko, zeby az do tego stopnia?!!
Jesli wiec kiedykolwiek w ogole watpilam w mojego Aniola... tego od cudow i od zadan specjalnych... tak teraz, nie mialam juz najmniejszych watpliwosci... Blekitny byl bez watpienia ze mna!
A potem bylo juz tylko pieknie!
Cale popoludnie pracowalismy ramie w ramie... ja wyrywajac recznie wielkie chaszcze pod obora, i moj sasiad z "odzysku" koszac, a co nie skosil, to ja wyrywalam, a gdy kosa sie stepila... pojechal do wsi pozyczyc nowa! Cud... prawdziwy cud!
I tak gdzies pod wieczor w moim ogrodzie... zaczelo sie robic... calkiem OGRODOWO. A ogrod zaczal sie stawac lekko uporzadkowany... jako, ze tak bardzo ogrodowo to u mnie nigdy nie bedzie i ten element dzikosci pozostanie... rowne trawniki, to nie dla mnie.
A poznym wieczorem K. w ochronnym ubraniu i w kasku na glowie, jak rycerz jaki... przystapil do akcji - SZERSZENIE, wynoszac z pietra obory wielki szerszeniowy kokon. Jak prawdziwy bohater!
I faktycznie, nastepnego dnia po szerszeniach, ani sladu!!!
Tyle szczescia na raz!
A ja moglam juz dalej pracowac spokojnie w swoim ogrodzie. Ach, coz za ulga!
I wtedy wlasnie, spod ogromnych porastajacych podworko chaszczy, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zaczely ukazywac sie... MAKI!
Cale poletka wysokich i dorodnych, jeszcze nie rozkwitlych makow... jakich nigdy dotad nie widzialam!
Monte Casino... jak orzekl moj sasiad !
I widzialam juz, jak to pieknie bedzie, gdy maki porozkwitaja w tym moim troche juz uporzadkowanym... a troche jeszcze dzikim ogrodzie.
I spogladajac na pecherze na rekach... poczulam, ze zrobilam... cos tak... NAPRAWDE. I ze ten dom... niezwyczajny jakis... wymagajacy bardzo jest. Nie zadowala sie byle czym. Zmusza do walki... rzucajac pod nogi coraz to nowe klody.
To chyba taka ... domena starych domow... same heroiczne w swym trwaniu, nie pozwalaja na... byle-jakosc. A moj postawil sobie widac... szczytny cel - zrobienia ze mnie twardego czlowieka.... takiego co to sie nie... uleknie i nie... odejdzie. Twardziela, jednym slowem!
Testujac bez konca i zmuszajac do dzialania... bo szerszenie... bo chaszcze... bo... stroz... bo kolejne, ktores tam z rzedu wlamanie... Ech, i tak bez konca... coraz to nowe wyzwania... na tej nie konczacej sie liscie!!!
I zeby moc napawac sie tym calym pieknem i widokiem jak marzenie... musze miec chyba... rece urobione po pachy i... pecherze na dloniach!?
I czy to wszystko, nie zostalo juz niejako wpisane w ten caly scenariusz... zanim DOM... odpusci i podaruje... Milosc?! A moze juz ja wlasnie dostalam... myslalam... patrzac na niezwyklej urody kwiaty?!
Ach, wiec to tyle... czasu trzeba... i tyle trudu... zeby dom sie otworzyl i... zeby zeslal w koncu... USMIECH!
Maki w urodzinowym prezencie. W prezencie od DOMU.
To bardzo piekny prezent i... chyba... najpiekniejszy!
Maki o niezwyklej, rozowej barwie i platkach przypominajacych... piwonie.
Czyz nie sa piekne?!
I trzymajcie prosze kciuki za moje poniedzialkowe... oczekiwania!
18.06.2011
Spotkania...
Na poczatek beda Podziekowania. Podziekowania za to, moi Kochani, ze w ogole w te moje skromne progi zagladacie. Samo zagladanie, jest juz bardzo cenne. A jesli dochodza do tego slowa, zwykle cieple i serdeczne, to niezwykle cieszy.
Wlasnie minal rok od momentu, gdy zaczelam pisac swojego bloga. Tak, to juz rok i az sama sie zdziwilam, ze tak to szybko zlecialo.
Rok z Wami. Rok z tymi wszystkimi Wspanialymi Ludzmi, ktorych dzieki mojemu blogowi mialam szczescie spotkac.
Rok pelen wspanialych... SPOTKAN. Rok pelen cieplych i niezwykle serdecznych slow.
Rok pelen zyczliwych i wspierajacych mysli, ktorre wysylaliscie, nawet jesli podswiadomie... to i tak one zawsze do mnie trafialy, dodajac sily i wytrwalosci.
Sily do walki. Bo remont starego domu to ustawiczna walka. Walka z przeciwnosciami losu, ktore pietrza sie i ktorych nigdy dosyc. To ciagly i ustawiczny wiatr w oczy. Ten, kto tego doswiadczyl, wie doskonale, co mam na mysli. I dlatego wsparcie zyczliwych osob w obliczu "nieustannych upadkow" i w obliczu ciaglej "utraty ducha" jest tak bardzo cenne.
A ja wlasnie dzieki Wam doswiadczalam tego wszystkiego, przez ten caly rok... czytajac Wasze slowa, odbierajac pozytywne mysli i wstepujac na Wasze blogi, ktore sa przeciez jak otwarta ksiazka. Kazda inna i kazda jakze niepowtarzalna i piekna.
Ksiazka, ktora otwiera sie z zapartym tchem... czyta... odklada na bok i czeka na ciag dalszy...
Dlatego w ten moj taki maly... jubileusz, dziekuje Wam przede wszystkim za to, ze.... JESTESCIE... i prosze o dalsze wsparcie... bo walka wkrotce znow sie zacznie. Bo to nie jest przeciez koniec... i jeszcze wiele przeciwnosci losu przede mna, zeby dojsc do celu... ale nikt tez nie obiecywal, ze bedzie latwo.
Wiec ten moj maly jubileusz, o ktorym w natloku codziennych zdarzen... zupelnie zapomnialam... a ktory jednak o mnie nie zapomnial i dal o sobie w jakichs sposob znac... byc moze tym oto wlasnie... jeszcze jednym... moze tym jubileuszowym... SPOTKANIEM?!
Spotkaniem, o ktorym chcialam opowiedziec...
A bylo tak:
Ktoregos dnia, gdzies tak przed tygodniem pojechalam do oddalonego o jakies sto kilometrow S.
W drodze od dworca do celu mojej podrozy, minelam niewielki sklepik izoteryczny. Przez chwile stalam przed wystawa, po czym weszlam do srodka. Ogladalam wiszace na scianie kamienie, szukajac wsrod nich swojego i wtedy wlasnie, tak jakby przypadkiem... zobaczylam... Jego.
Stal oparty o lade... jakby nigdy nic... ale tak, jakby na mnie czekal.
Cos niezwykle pieknego i nieziemskiego bylo w jego calej postaci... w spuszczonym wzroku... w splecionych dloniach. Cos, co nie pozwalalo mi oderwac od niego oczu.
Trzymajac w reku kamien, ktory podala mi sprzedawczyni... czulam przez caly czas Jego wzrok na sobie, choc oczy mial spuszczone. Z ociaganiem wyszlam ze sklepu.
Szlam... ale wlasciwie, to mialam wrazenie, ze stoje w miejcsu. Krecilam sie w kolko, podazajac wciaz tymi samymi ulicami. Dziwne, pomyslalam. Jakas niewidzialna sila ciagnela mnie do tylu.
W koncu zawrocilam. Szybko, prawie biegiem podazalam w kierunku sklepu. Gdy weszlam... On stal wciaz w tym samym miejscu... przy ladzie, jakby czekajac na mnie.
Pani wcale nie zdziwila sie, widzac mnie ponownie. Wiedzialam, ze pani wroci, odrzekla z usmiechem. Tak w moim zyciu... tyle sie dzieje... musialam wrocic, odrzeklam, nie wiedzac czemu.
Spojrzalam na Niego i poczulam... ze musze go miec. Jest taki piekny. Taki pelen spokoju. A ja wciaz nie moge sie na Niego napatrzec. I ten niezwykly blask, ktory od Niego bije. I juz zobaczylam Go na swojej bialej scianie.... w slonecznej poswiacie... Wiedzialam juz, ze nie zaznam spokoju, dopoki... dopoki...
Nie zastanawiajac sie dluzej, wylozylam na lade ostatnie pieniadze i z ulga wzielam go delikatnie w obie rece... jak cos bardzo drogocennego... jak figurke z porcelany, bojac sie, ze przy najmniejszym ruchu moze sie rozleciec... bedac tak niezwykle delikatna i krucha.
Czulam jak sie usmiecha... patrzac na mnie spod spuszczonych powiek.
Byl prawie mojego wzrostu. Blekitno-zloty. O anielskim wyrazie twarzy. Wlasciwym jedynie Aniolom.
A potem szlismy tak razem przez miasto. Blekitny Aniol i ja. Widok przedstawialismy z pewnoscia niecodzienny. Kobieta i Aniol. W samym srodku miasta. Dosc dziwny widok. Niektorzy przystawali, patrzac na nas. A on usmiechal sie tylko tym swoim anielskim usmiechem.
Do calego swiata.
I gdy stanal juz na bialej scianie, dostal imie - Kamael. To Aniol do zadan specjalnych. Aniol od spelniania marzen. Aniol od cudow.
Moj... jubileuszowy prezent.... niezwykly... na moja nowa droge zycia?!
Na poczatek beda Podziekowania. Podziekowania za to, moi Kochani, ze w ogole w te moje skromne progi zagladacie. Samo zagladanie, jest juz bardzo cenne. A jesli dochodza do tego slowa, zwykle cieple i serdeczne, to niezwykle cieszy.
Wlasnie minal rok od momentu, gdy zaczelam pisac swojego bloga. Tak, to juz rok i az sama sie zdziwilam, ze tak to szybko zlecialo.
Rok z Wami. Rok z tymi wszystkimi Wspanialymi Ludzmi, ktorych dzieki mojemu blogowi mialam szczescie spotkac.
Rok pelen wspanialych... SPOTKAN. Rok pelen cieplych i niezwykle serdecznych slow.
Rok pelen zyczliwych i wspierajacych mysli, ktorre wysylaliscie, nawet jesli podswiadomie... to i tak one zawsze do mnie trafialy, dodajac sily i wytrwalosci.
Sily do walki. Bo remont starego domu to ustawiczna walka. Walka z przeciwnosciami losu, ktore pietrza sie i ktorych nigdy dosyc. To ciagly i ustawiczny wiatr w oczy. Ten, kto tego doswiadczyl, wie doskonale, co mam na mysli. I dlatego wsparcie zyczliwych osob w obliczu "nieustannych upadkow" i w obliczu ciaglej "utraty ducha" jest tak bardzo cenne.
A ja wlasnie dzieki Wam doswiadczalam tego wszystkiego, przez ten caly rok... czytajac Wasze slowa, odbierajac pozytywne mysli i wstepujac na Wasze blogi, ktore sa przeciez jak otwarta ksiazka. Kazda inna i kazda jakze niepowtarzalna i piekna.
Ksiazka, ktora otwiera sie z zapartym tchem... czyta... odklada na bok i czeka na ciag dalszy...
Dlatego w ten moj taki maly... jubileusz, dziekuje Wam przede wszystkim za to, ze.... JESTESCIE... i prosze o dalsze wsparcie... bo walka wkrotce znow sie zacznie. Bo to nie jest przeciez koniec... i jeszcze wiele przeciwnosci losu przede mna, zeby dojsc do celu... ale nikt tez nie obiecywal, ze bedzie latwo.
Wiec ten moj maly jubileusz, o ktorym w natloku codziennych zdarzen... zupelnie zapomnialam... a ktory jednak o mnie nie zapomnial i dal o sobie w jakichs sposob znac... byc moze tym oto wlasnie... jeszcze jednym... moze tym jubileuszowym... SPOTKANIEM?!
Spotkaniem, o ktorym chcialam opowiedziec...
A bylo tak:
Ktoregos dnia, gdzies tak przed tygodniem pojechalam do oddalonego o jakies sto kilometrow S.
W drodze od dworca do celu mojej podrozy, minelam niewielki sklepik izoteryczny. Przez chwile stalam przed wystawa, po czym weszlam do srodka. Ogladalam wiszace na scianie kamienie, szukajac wsrod nich swojego i wtedy wlasnie, tak jakby przypadkiem... zobaczylam... Jego.
Stal oparty o lade... jakby nigdy nic... ale tak, jakby na mnie czekal.
Cos niezwykle pieknego i nieziemskiego bylo w jego calej postaci... w spuszczonym wzroku... w splecionych dloniach. Cos, co nie pozwalalo mi oderwac od niego oczu.
Trzymajac w reku kamien, ktory podala mi sprzedawczyni... czulam przez caly czas Jego wzrok na sobie, choc oczy mial spuszczone. Z ociaganiem wyszlam ze sklepu.
Szlam... ale wlasciwie, to mialam wrazenie, ze stoje w miejcsu. Krecilam sie w kolko, podazajac wciaz tymi samymi ulicami. Dziwne, pomyslalam. Jakas niewidzialna sila ciagnela mnie do tylu.
W koncu zawrocilam. Szybko, prawie biegiem podazalam w kierunku sklepu. Gdy weszlam... On stal wciaz w tym samym miejscu... przy ladzie, jakby czekajac na mnie.
Pani wcale nie zdziwila sie, widzac mnie ponownie. Wiedzialam, ze pani wroci, odrzekla z usmiechem. Tak w moim zyciu... tyle sie dzieje... musialam wrocic, odrzeklam, nie wiedzac czemu.
Spojrzalam na Niego i poczulam... ze musze go miec. Jest taki piekny. Taki pelen spokoju. A ja wciaz nie moge sie na Niego napatrzec. I ten niezwykly blask, ktory od Niego bije. I juz zobaczylam Go na swojej bialej scianie.... w slonecznej poswiacie... Wiedzialam juz, ze nie zaznam spokoju, dopoki... dopoki...
Nie zastanawiajac sie dluzej, wylozylam na lade ostatnie pieniadze i z ulga wzielam go delikatnie w obie rece... jak cos bardzo drogocennego... jak figurke z porcelany, bojac sie, ze przy najmniejszym ruchu moze sie rozleciec... bedac tak niezwykle delikatna i krucha.
Czulam jak sie usmiecha... patrzac na mnie spod spuszczonych powiek.
Byl prawie mojego wzrostu. Blekitno-zloty. O anielskim wyrazie twarzy. Wlasciwym jedynie Aniolom.
A potem szlismy tak razem przez miasto. Blekitny Aniol i ja. Widok przedstawialismy z pewnoscia niecodzienny. Kobieta i Aniol. W samym srodku miasta. Dosc dziwny widok. Niektorzy przystawali, patrzac na nas. A on usmiechal sie tylko tym swoim anielskim usmiechem.
Do calego swiata.
I gdy stanal juz na bialej scianie, dostal imie - Kamael. To Aniol do zadan specjalnych. Aniol od spelniania marzen. Aniol od cudow.
Moj... jubileuszowy prezent.... niezwykly... na moja nowa droge zycia?!
Oto On.
8.06.2011
Wszystkie barwy Ziemi...
... jeszcze tylko kilka chwil... dzieli mnie od tej jednej, najwazniejszej, tej, ktorej wszystko inne od dawna zostalo podporzadkowane i gdy w koncu wkrocze w moje... Nowe Zycie...
... jeszcze pakuje ostatnie pudla i kartony, spogladajac z rozczuleniem na te wszystkie przedmioty i bibeloty... z mojego dawnego zycia... i myslac w zadumie, ilez tego wszystkiego sie nagromadzilo... i zastanawiajac sie nad koniecznoscia posiadania...?
... jeszcze wychodze na szare, duszne, pelne kolorowych reklam ulice... wielkiej, pulsujacej metropolii...
... jeszcze robie... To i Owo... w swojej bardzo... waznej pracy...
... jeszcze spiesze sie bardzo... gdzies biegne... cos zalatwiam... z glowa pelna terminow... usilujacych tak skutecznie zagluszyc wszystko... wszystko, co naprawde wazne... mijana obojetnie w tlumie wielkiego miasta...
... jeszcze lapie sie na myslach... ze przeciez glosu serca nigdy nie da sie zagluszyc... bo ono nigdy nie przestanie mowic... tego, co mysli i tego, co czuje...
... jeszcze robie wszystko to... co musze... i to, czego ode mnie oczekuja... lub co wypada... albo nie wypada... bladzac w gaszczu norm i zasad... jak dziecko we mgle...
... jeszcze tylko... jedna mala chwilka i zamieszkam pod lasem... na odludziu... tak blisko tego, co dla mnie naprawde wazne...
... jeszcze tylko ten... jeden krok dzieli mnie od tego, gdy zamienie te wszystkie... odcienie szarosci na...
WSZYSTKIE BARWY ZIEMI.
... a To i Owo... na dzialania tak... NAPRAWDE!
... I zobacze... jak z kazdym dniem, spedzonym tam... na tej ziemi... jak z kazdym najmniejszym ziarenkiem wsadzonym do NIEJ... jak z kazdym ruchem lopaty i taczki... bedzie potegowal sie sens zycia i... napedzal mnie do przodu. Ku dzialaniu!
... I pozawieszam kolorowe hamaki wsrod starych jabloni... zeby tak bez konca... moc patrzec na horyzont i obserwowac wedrowke slonca ku zachodowi... nie majac nigdy dosyc!
...I bede podziwiac te staroswieckie... tak... niezwykle slodkie jabluszka... dziwiac sie przy tym, ze jeszcze takie w ogole istnieja... w tym swiecie?!
... I w milczeniu bede czekac... az przemowi do mnie Ziemia... dajac mi znak, ze jestem na wlasciwym miejscu, do ktorego od dawna zmierzalam!
... I tak wlasnie zaczne... te moje pionierskie dzialania... rezygnujac z szanownych panow fachowcow... majacych tak wielka nadzieje na tegoroczna "powtorke z rozrywki"... ktorej niestety, tym razem im nie bede mogla zapewnic... i w zwiazku z powyzszym... sama zajme sie budowaniem!
... I tak dzien po dniu... zaczne oswajac te swoja zyciowa przestrzen... az stanie sie ona... DOMEM.
A szlifowanie i polerowanie tego wszystkiego stanie sie moja .... Zyciowa Esencja!
... Jeszcze tylko jedna chwila... gdy wyrusze w Podroz... te, na tysiac mil!
Zycze milego wieczoru, pozdrawiam serdecznie, przepraszam za czcionke i
dziekuje za zagladanie.
... jeszcze tylko kilka chwil... dzieli mnie od tej jednej, najwazniejszej, tej, ktorej wszystko inne od dawna zostalo podporzadkowane i gdy w koncu wkrocze w moje... Nowe Zycie...
... jeszcze pakuje ostatnie pudla i kartony, spogladajac z rozczuleniem na te wszystkie przedmioty i bibeloty... z mojego dawnego zycia... i myslac w zadumie, ilez tego wszystkiego sie nagromadzilo... i zastanawiajac sie nad koniecznoscia posiadania...?
... jeszcze wychodze na szare, duszne, pelne kolorowych reklam ulice... wielkiej, pulsujacej metropolii...
... jeszcze robie... To i Owo... w swojej bardzo... waznej pracy...
... jeszcze spiesze sie bardzo... gdzies biegne... cos zalatwiam... z glowa pelna terminow... usilujacych tak skutecznie zagluszyc wszystko... wszystko, co naprawde wazne... mijana obojetnie w tlumie wielkiego miasta...
... jeszcze lapie sie na myslach... ze przeciez glosu serca nigdy nie da sie zagluszyc... bo ono nigdy nie przestanie mowic... tego, co mysli i tego, co czuje...
... jeszcze robie wszystko to... co musze... i to, czego ode mnie oczekuja... lub co wypada... albo nie wypada... bladzac w gaszczu norm i zasad... jak dziecko we mgle...
... jeszcze tylko... jedna mala chwilka i zamieszkam pod lasem... na odludziu... tak blisko tego, co dla mnie naprawde wazne...
... jeszcze tylko ten... jeden krok dzieli mnie od tego, gdy zamienie te wszystkie... odcienie szarosci na...
WSZYSTKIE BARWY ZIEMI.
... a To i Owo... na dzialania tak... NAPRAWDE!
... I zobacze... jak z kazdym dniem, spedzonym tam... na tej ziemi... jak z kazdym najmniejszym ziarenkiem wsadzonym do NIEJ... jak z kazdym ruchem lopaty i taczki... bedzie potegowal sie sens zycia i... napedzal mnie do przodu. Ku dzialaniu!
... I pozawieszam kolorowe hamaki wsrod starych jabloni... zeby tak bez konca... moc patrzec na horyzont i obserwowac wedrowke slonca ku zachodowi... nie majac nigdy dosyc!
...I bede podziwiac te staroswieckie... tak... niezwykle slodkie jabluszka... dziwiac sie przy tym, ze jeszcze takie w ogole istnieja... w tym swiecie?!
... I w milczeniu bede czekac... az przemowi do mnie Ziemia... dajac mi znak, ze jestem na wlasciwym miejscu, do ktorego od dawna zmierzalam!
... I tak wlasnie zaczne... te moje pionierskie dzialania... rezygnujac z szanownych panow fachowcow... majacych tak wielka nadzieje na tegoroczna "powtorke z rozrywki"... ktorej niestety, tym razem im nie bede mogla zapewnic... i w zwiazku z powyzszym... sama zajme sie budowaniem!
... I tak dzien po dniu... zaczne oswajac te swoja zyciowa przestrzen... az stanie sie ona... DOMEM.
A szlifowanie i polerowanie tego wszystkiego stanie sie moja .... Zyciowa Esencja!
... Jeszcze tylko jedna chwila... gdy wyrusze w Podroz... te, na tysiac mil!
Zycze milego wieczoru, pozdrawiam serdecznie, przepraszam za czcionke i
dziekuje za zagladanie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)