Wszystkie barwy Ziemi...
... jeszcze tylko kilka chwil... dzieli mnie od tej jednej, najwazniejszej, tej, ktorej wszystko inne od dawna zostalo podporzadkowane i gdy w koncu wkrocze w moje... Nowe Zycie...
... jeszcze pakuje ostatnie pudla i kartony, spogladajac z rozczuleniem na te wszystkie przedmioty i bibeloty... z mojego dawnego zycia... i myslac w zadumie, ilez tego wszystkiego sie nagromadzilo... i zastanawiajac sie nad koniecznoscia posiadania...?
... jeszcze wychodze na szare, duszne, pelne kolorowych reklam ulice... wielkiej, pulsujacej metropolii...
... jeszcze robie... To i Owo... w swojej bardzo... waznej pracy...
... jeszcze spiesze sie bardzo... gdzies biegne... cos zalatwiam... z glowa pelna terminow... usilujacych tak skutecznie zagluszyc wszystko... wszystko, co naprawde wazne... mijana obojetnie w tlumie wielkiego miasta...
... jeszcze lapie sie na myslach... ze przeciez glosu serca nigdy nie da sie zagluszyc... bo ono nigdy nie przestanie mowic... tego, co mysli i tego, co czuje...
... jeszcze robie wszystko to... co musze... i to, czego ode mnie oczekuja... lub co wypada... albo nie wypada... bladzac w gaszczu norm i zasad... jak dziecko we mgle...
... jeszcze tylko... jedna mala chwilka i zamieszkam pod lasem... na odludziu... tak blisko tego, co dla mnie naprawde wazne...
... jeszcze tylko ten... jeden krok dzieli mnie od tego, gdy zamienie te wszystkie... odcienie szarosci na...
WSZYSTKIE BARWY ZIEMI.
... a To i Owo... na dzialania tak... NAPRAWDE!
... I zobacze... jak z kazdym dniem, spedzonym tam... na tej ziemi... jak z kazdym najmniejszym ziarenkiem wsadzonym do NIEJ... jak z kazdym ruchem lopaty i taczki... bedzie potegowal sie sens zycia i... napedzal mnie do przodu. Ku dzialaniu!
... I pozawieszam kolorowe hamaki wsrod starych jabloni... zeby tak bez konca... moc patrzec na horyzont i obserwowac wedrowke slonca ku zachodowi... nie majac nigdy dosyc!
...I bede podziwiac te staroswieckie... tak... niezwykle slodkie jabluszka... dziwiac sie przy tym, ze jeszcze takie w ogole istnieja... w tym swiecie?!
... I w milczeniu bede czekac... az przemowi do mnie Ziemia... dajac mi znak, ze jestem na wlasciwym miejscu, do ktorego od dawna zmierzalam!
... I tak wlasnie zaczne... te moje pionierskie dzialania... rezygnujac z szanownych panow fachowcow... majacych tak wielka nadzieje na tegoroczna "powtorke z rozrywki"... ktorej niestety, tym razem im nie bede mogla zapewnic... i w zwiazku z powyzszym... sama zajme sie budowaniem!
... I tak dzien po dniu... zaczne oswajac te swoja zyciowa przestrzen... az stanie sie ona... DOMEM.
A szlifowanie i polerowanie tego wszystkiego stanie sie moja .... Zyciowa Esencja!
... Jeszcze tylko jedna chwila... gdy wyrusze w Podroz... te, na tysiac mil!
Zycze milego wieczoru, pozdrawiam serdecznie, przepraszam za czcionke i
dziekuje za zagladanie.
....Jechalam i gdy ujrzalam opuszczona chate, zatrzymalam sie gwaltownie hamujac. Wielka pusta przestrzen. Cisza. Krzyz przy drodze. I ta opuszczona chata. Juz wiedzialam, ze chce ja miec. Ze to moje miejsce. Zadnych watpliwosci, goraczkowych rozwazan. To miejsce oddalone od reszty swiata. Przy domu dwie wielkie czeresnie, jak strazniczki pokoju. W kuchni bialy babciny kredens... drewniany krzyz... figurka madonny. To dobre miejsce... pomyslalam, aby zaczac wszystko od nowa.
"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"
8.06.2011
21.05.2011
Sens rzeczy prostych... czyli rozpoczecie sezonu!
Czas plynie, swieta dawno minely i maj w pelni. I wiosna w calym swoim rozkwicie, a mnie jakby to nie dotyczylo, tak jakby wiosna nie miala do mnie dostepu. Choc ona tak bardzo daje znac o sobie... Jak zawsze. Jak co roku. A u mnie glucho.
Coz, opieszala jakas sie zrobilam. Opieszala i... posypana... tak mozna byloby ten moj stan okreslic. Za duzo niewiadomych... ktore moze z czasem... jakos same sie rozwiaza, uloza... w jakas logiczna konkretna calosc, ot, tak po prostu, same z siebie?
Jak brakujace czesci puzzle?
I choc wprawdzie nie moge powiedziec, ze nic nie robie w sprawie... remontu... bo przeciez, czyz te setki godzin spedzanych dziennie przed monitorem, na czytaniu roznych stron budowlanych, na wchlanianiu tej calej wiedzy remontowo- budowlanej, az do calkowitego wyjalowienia umyslu i wszechogarniajacego wstretu do wszystkiego, co nierozerwalnie wiaze sie ze slowem - remont... to malo?!
A jednak, nieodparte wrazenie, iz wciaz stoje jakby w miejscu, nie opuszczalo mnie. Zaprzestalam nawet, do czego musze sie niestety ze wstydem przyznac, wchodzenia na zaprzyjaznione blogi... ktore przeciez tak chetnie odwiedzam... Coz, ogolne zniechecenie, przesyt migajacego ekranu a raczej tzw. komputerowy wstret... wprawily mnie w rozne, blizej nie dajace sie okreslic stany ducha... a raczej w jeden calkiem konkretny stan, ktory mozna by bylo zdefiniowac jako tzw. ogolne zdolowanie... I pewnie tak bym trwala w tym stanie... gdybym nie powiedzialam w koncu - dosc!
I gdyby moja corka, bedaca niemym swiadkiem moich stanow ducha nie zarzadzila w koncu... wyjazdu. Wyjazdu do chaty. Wyjazdu i wspolnego ogarniecie sytuacji. I ustalenia jakichs tam... dalszych dzialan. Dzialan ewentualnych, jak podkreslila z naciskiem.
Myslalam wiec, ze sie przeslyszalam.
I to wlasnie ona. Ta, ktora przed rokiem, w ow czerwcowy dzien, po raz pierwszy i jak sie wtedy wydawalo, ostatni, przekroczyla prog chaty... witana radosnie przez... wytaczajacych sie z glebi chaty na nasze powitanie... trzech roslych panow tzw. okolicznych meneli.
Panowie owi na tle rozpadajacej sie chaty.... tworzyli bardzo malowniczy obraz, ktory to niezwykle wyraziscie zadzialal na wyobraznie mlodej osoby... powodujac reakcje natychmiastowa w postaci... ucieczki.
Ucieczki na zawsze, jak to okreslila wowczas, moja rezolutna corka.
Uciekala, a ja nie majac wyjscia, uciekalam za nia.
I pamietam, jak to w pobliskim lesie, do ktorego obie wpadlysmy niemalze bez tchu... wyrzucala mi prosto w oczy... te moja, niczym nie dajaca sie wytlumaczyc i niczym nie dajaca sie usprawiedliwic... nieodpowiedzialnosc i... cala reszte, zapowiadajac zdecydowanie, iz noga jej wiecej tu nie postanie.
I gdy ja ze lzami w oczach probowalam wyjasniac, argumentujac, ze... to przeciez cos cudnego uratowac stary dom i tchnac zycie w szlachetna forme?!... i... ze... ten dom zanim mnie przyjmie... musi bezlitosnie wystawic na proby?!... i czy pojscie utartym szlakiem... nie oznacza utraty marzen?!
... i ze przeciez... istnieje w koncu cos takiego jak... milosc od pierwszego wejrzenia... nawet jesli... jest to milosc do popadajacego w ruine domu?!
Ech... i wtedy juz sama przestalam w to wszystko wierzyc. A ona machala tylko reka, nie wiadomo, czy odganiajac sie od chmary krazacych nad nami komarow... czy tez od moich slow. I tylko jedno nie ulegalo watpliwosci, iz z pewnoscia przedstawialysmy dosc dziwna i osobliwa scenerie w tym lesie.
I jak dzis pamietam ow dzien, gdy niemalze do zmroku siedzialysmy w tym przekletym lesie, ku niewatpliwej uciesze komarow, nie majac odwagi ani na powrot, ani tym bardziej, nie wiedzac co dalej.
I od tamtego dnia minal rok. Rok, w ktorym wszystko sie zmienilo.
I teraz, po roku, znow obie przyjechalysmy do chaty. I gdy ona stanela przed nia, zdumiala sie na jej widok. Rozsypujaca sie ruina, ktora tak dobrze pamietala, nabrala ksztaltu domu.
I widzialam nieukrywany podziw w jej oczach. Podziw nie tylko dla domu ale i nawet dla calego tego obrosnietego chaszczami, przypominajacego dziki ogrod obejscia.
Podziw, ktory utwierdzil mnie w przekonaniu, ze jednak to... cos tak bardzo niekiedy nieodpowiedzielnego... jest byc moze, czyms najlepszym, co mogloby sie w zyciu przytrafic?!
I tak w ciagu nastepnych trzech dni zabralysmy sie do pracy. Zakupujac na poczatek, kolejna, ktoras tam z rzedu taczke i kolejna, ktoras tam z rzedu lopate, zrobilysmy plan prac, choc i tak wiadomo bylo, ze sie jego nie bedziemy trzymac. Zaczelysmy wiec od odgarniania pozostawionej przez ubieglorocznych "fachowcow" fury piachu sprzed domu. Piach, ktory w niektorych miejscach w polaczeniu z woda i cementem stworzyl tam, gdzie w ubieglym roku rosly resztki kwiatow... sadzonych jeszcze reka Heleny, twarda warstwa betonu, ktora teraz jedynie koparka bedzie mozliwa do usuniecia. Moje usilne wowczas prosby do owych panow, aby uwazali na kwiaty, trafialy i tak w proznie. Dzika zlosc opanowala mnie na mysl o zabetonowanych kwiatach i jeszcze wieksza na mysl o ich bezmyslnych sprawcach.
Ale gdy tylko chwycilam za szpadel, poczulam sie w swoim zywiole. Chyba wlasnie tego mi brakowalo. I zapomnialam o wszystkim. A wiec to prawda, ze praca to apogeum na wszystko?! Pracowalysmy wiec ramie w ramie. A ja czulam, jak balsamem splywa na mnie jakis niezwykly spokoj ducha. Czulam jak ta ziemia oddaje mi swoja energie i sile. I czulam jakis nierozerwalny zwiazek z ta ziemia... i poczulam sie jej nieodlaczna czescia.
I chwilami, gdy podnosilam wzrok z nad taczki, ocierajac reka pot z czola... i obejmujac wzrokiem to wszystko, co tylko wzrok mogl objac... i myslac o ogromie pracy, ktory mnie czeka... wydawalo mi sie wtedy, iz widze siedzaca na laweczce przed domem Helene... z rekoma splecionymi na kolanach i z nieco ironicznym usmiechem, patrzaca na mnie... jakby chciala dac mi do zrozumienia, iz moje obawy sa calkowicie bezplonne, bo.... skoro tysiace kobiet przede mna dawalo sobie rade, nie wylaczajac jej samej, wiec i ja podolam wszystkiemu!
I uwierzylam. I ze zdwojona sila wbijalam szpadel w ziemie... czujac wzbierajaca we mnie sile i jakas rozpierajaca dziwnie radosc. Corka krecila glowa, widzac, jak wychodza ze mnie geny przodkow... a ja pomyslalam, ze nie moglo byc inaczej... i ze w swoim kolejnym zyciu.... mialam zapewne zostac... rolniczka.
I zawolalam glosno, ze skoro juz los obdarzyl mnie tym wszystkim... a wlasciwie, gdy dom wybral mnie sobie... nietaktem byloby wiec.... sie jemu sprzeciwiac!
Dom... ?! Domem to to wszystko bedzie po jakichs tam.... kilkudziesieciu-kilku latach remontu... ! Dosc trzezwo zauwazyla coreczka.
I tylko Helena ze swej laweczki... potakiwala moim slowom. A poniewaz bylo pieknie, las szumial, ptaki koncertowaly jak oszalale, a lekki wiaterek tak delikatnie poruszal zachaszczonym obejsciem i drzewami... nic wiec nie bylo w stanie zmacic mojego stanu ducha.
A potem, zbieralysmy smieci, jeszcze te po panach fachowcach i butelki po nocnych libacjach mojego stroza, ktorych to nazbieralo sie, oj, niemalo, bo kilka wiader.
Stwierdzilysmy tez, ze jest bardzo sucho i w zwiazku z tym, zrezygnowalysmy z ogniska powitalnego, na rzecz skromnego pikniku pod czeresnia, bo przeciez i las tak blisko.
W dalszej kolejnosci podcinalysmy swierki, wycielysmy leszczyne zaslaniajaca jedno z wejsc do obory, uporzadkowalysmy ponarzucane w niej byle jak przez jasnie panow fachowcow belki i deski, zabezpieczylysmy okna przed kolejnymi wlamaniami.
Czerpalysmy wode ze strumyka i podlewalysmy nia posiane nasiona slonecznika.
Zrywalysmy miete, parzac aromatyczne herbatki i... rabarbar... ktory wyrosl w dawnym ogrodku Heleny.
I tak krok po kroku ogarnialysmy cale obejscie, ktore pod naszymi rekami budzilo sie jakby do zycia, odzyskujac dawny blask i ukazujac cale swoje zapomniane piekno.
A my dumne ze swoich osiagniec... odpoczywalysmy pod stara czeresnia.
I tak przez trzy dni. Praca i odpoczynek. I nowy naplyw sil i nowy naplyw energii, ktory daje praca w zgodzie z natura.
I ta nieodparta mysl, ze wszystko da sie zrobic. I ze to wszystko ma jakis niewyobrazalny sens.
Sens rzeczy prostych?!










... i morze po horyzont...



Czas plynie, swieta dawno minely i maj w pelni. I wiosna w calym swoim rozkwicie, a mnie jakby to nie dotyczylo, tak jakby wiosna nie miala do mnie dostepu. Choc ona tak bardzo daje znac o sobie... Jak zawsze. Jak co roku. A u mnie glucho.
Coz, opieszala jakas sie zrobilam. Opieszala i... posypana... tak mozna byloby ten moj stan okreslic. Za duzo niewiadomych... ktore moze z czasem... jakos same sie rozwiaza, uloza... w jakas logiczna konkretna calosc, ot, tak po prostu, same z siebie?
Jak brakujace czesci puzzle?
I choc wprawdzie nie moge powiedziec, ze nic nie robie w sprawie... remontu... bo przeciez, czyz te setki godzin spedzanych dziennie przed monitorem, na czytaniu roznych stron budowlanych, na wchlanianiu tej calej wiedzy remontowo- budowlanej, az do calkowitego wyjalowienia umyslu i wszechogarniajacego wstretu do wszystkiego, co nierozerwalnie wiaze sie ze slowem - remont... to malo?!
A jednak, nieodparte wrazenie, iz wciaz stoje jakby w miejscu, nie opuszczalo mnie. Zaprzestalam nawet, do czego musze sie niestety ze wstydem przyznac, wchodzenia na zaprzyjaznione blogi... ktore przeciez tak chetnie odwiedzam... Coz, ogolne zniechecenie, przesyt migajacego ekranu a raczej tzw. komputerowy wstret... wprawily mnie w rozne, blizej nie dajace sie okreslic stany ducha... a raczej w jeden calkiem konkretny stan, ktory mozna by bylo zdefiniowac jako tzw. ogolne zdolowanie... I pewnie tak bym trwala w tym stanie... gdybym nie powiedzialam w koncu - dosc!
I gdyby moja corka, bedaca niemym swiadkiem moich stanow ducha nie zarzadzila w koncu... wyjazdu. Wyjazdu do chaty. Wyjazdu i wspolnego ogarniecie sytuacji. I ustalenia jakichs tam... dalszych dzialan. Dzialan ewentualnych, jak podkreslila z naciskiem.
Myslalam wiec, ze sie przeslyszalam.
I to wlasnie ona. Ta, ktora przed rokiem, w ow czerwcowy dzien, po raz pierwszy i jak sie wtedy wydawalo, ostatni, przekroczyla prog chaty... witana radosnie przez... wytaczajacych sie z glebi chaty na nasze powitanie... trzech roslych panow tzw. okolicznych meneli.
Panowie owi na tle rozpadajacej sie chaty.... tworzyli bardzo malowniczy obraz, ktory to niezwykle wyraziscie zadzialal na wyobraznie mlodej osoby... powodujac reakcje natychmiastowa w postaci... ucieczki.
Ucieczki na zawsze, jak to okreslila wowczas, moja rezolutna corka.
Uciekala, a ja nie majac wyjscia, uciekalam za nia.
I pamietam, jak to w pobliskim lesie, do ktorego obie wpadlysmy niemalze bez tchu... wyrzucala mi prosto w oczy... te moja, niczym nie dajaca sie wytlumaczyc i niczym nie dajaca sie usprawiedliwic... nieodpowiedzialnosc i... cala reszte, zapowiadajac zdecydowanie, iz noga jej wiecej tu nie postanie.
I gdy ja ze lzami w oczach probowalam wyjasniac, argumentujac, ze... to przeciez cos cudnego uratowac stary dom i tchnac zycie w szlachetna forme?!... i... ze... ten dom zanim mnie przyjmie... musi bezlitosnie wystawic na proby?!... i czy pojscie utartym szlakiem... nie oznacza utraty marzen?!
... i ze przeciez... istnieje w koncu cos takiego jak... milosc od pierwszego wejrzenia... nawet jesli... jest to milosc do popadajacego w ruine domu?!
Ech... i wtedy juz sama przestalam w to wszystko wierzyc. A ona machala tylko reka, nie wiadomo, czy odganiajac sie od chmary krazacych nad nami komarow... czy tez od moich slow. I tylko jedno nie ulegalo watpliwosci, iz z pewnoscia przedstawialysmy dosc dziwna i osobliwa scenerie w tym lesie.
I jak dzis pamietam ow dzien, gdy niemalze do zmroku siedzialysmy w tym przekletym lesie, ku niewatpliwej uciesze komarow, nie majac odwagi ani na powrot, ani tym bardziej, nie wiedzac co dalej.
I od tamtego dnia minal rok. Rok, w ktorym wszystko sie zmienilo.
I teraz, po roku, znow obie przyjechalysmy do chaty. I gdy ona stanela przed nia, zdumiala sie na jej widok. Rozsypujaca sie ruina, ktora tak dobrze pamietala, nabrala ksztaltu domu.
I widzialam nieukrywany podziw w jej oczach. Podziw nie tylko dla domu ale i nawet dla calego tego obrosnietego chaszczami, przypominajacego dziki ogrod obejscia.
Podziw, ktory utwierdzil mnie w przekonaniu, ze jednak to... cos tak bardzo niekiedy nieodpowiedzielnego... jest byc moze, czyms najlepszym, co mogloby sie w zyciu przytrafic?!
I tak w ciagu nastepnych trzech dni zabralysmy sie do pracy. Zakupujac na poczatek, kolejna, ktoras tam z rzedu taczke i kolejna, ktoras tam z rzedu lopate, zrobilysmy plan prac, choc i tak wiadomo bylo, ze sie jego nie bedziemy trzymac. Zaczelysmy wiec od odgarniania pozostawionej przez ubieglorocznych "fachowcow" fury piachu sprzed domu. Piach, ktory w niektorych miejscach w polaczeniu z woda i cementem stworzyl tam, gdzie w ubieglym roku rosly resztki kwiatow... sadzonych jeszcze reka Heleny, twarda warstwa betonu, ktora teraz jedynie koparka bedzie mozliwa do usuniecia. Moje usilne wowczas prosby do owych panow, aby uwazali na kwiaty, trafialy i tak w proznie. Dzika zlosc opanowala mnie na mysl o zabetonowanych kwiatach i jeszcze wieksza na mysl o ich bezmyslnych sprawcach.
Ale gdy tylko chwycilam za szpadel, poczulam sie w swoim zywiole. Chyba wlasnie tego mi brakowalo. I zapomnialam o wszystkim. A wiec to prawda, ze praca to apogeum na wszystko?! Pracowalysmy wiec ramie w ramie. A ja czulam, jak balsamem splywa na mnie jakis niezwykly spokoj ducha. Czulam jak ta ziemia oddaje mi swoja energie i sile. I czulam jakis nierozerwalny zwiazek z ta ziemia... i poczulam sie jej nieodlaczna czescia.
I chwilami, gdy podnosilam wzrok z nad taczki, ocierajac reka pot z czola... i obejmujac wzrokiem to wszystko, co tylko wzrok mogl objac... i myslac o ogromie pracy, ktory mnie czeka... wydawalo mi sie wtedy, iz widze siedzaca na laweczce przed domem Helene... z rekoma splecionymi na kolanach i z nieco ironicznym usmiechem, patrzaca na mnie... jakby chciala dac mi do zrozumienia, iz moje obawy sa calkowicie bezplonne, bo.... skoro tysiace kobiet przede mna dawalo sobie rade, nie wylaczajac jej samej, wiec i ja podolam wszystkiemu!
I uwierzylam. I ze zdwojona sila wbijalam szpadel w ziemie... czujac wzbierajaca we mnie sile i jakas rozpierajaca dziwnie radosc. Corka krecila glowa, widzac, jak wychodza ze mnie geny przodkow... a ja pomyslalam, ze nie moglo byc inaczej... i ze w swoim kolejnym zyciu.... mialam zapewne zostac... rolniczka.
I zawolalam glosno, ze skoro juz los obdarzyl mnie tym wszystkim... a wlasciwie, gdy dom wybral mnie sobie... nietaktem byloby wiec.... sie jemu sprzeciwiac!
Dom... ?! Domem to to wszystko bedzie po jakichs tam.... kilkudziesieciu-kilku latach remontu... ! Dosc trzezwo zauwazyla coreczka.
I tylko Helena ze swej laweczki... potakiwala moim slowom. A poniewaz bylo pieknie, las szumial, ptaki koncertowaly jak oszalale, a lekki wiaterek tak delikatnie poruszal zachaszczonym obejsciem i drzewami... nic wiec nie bylo w stanie zmacic mojego stanu ducha.
A potem, zbieralysmy smieci, jeszcze te po panach fachowcach i butelki po nocnych libacjach mojego stroza, ktorych to nazbieralo sie, oj, niemalo, bo kilka wiader.
Stwierdzilysmy tez, ze jest bardzo sucho i w zwiazku z tym, zrezygnowalysmy z ogniska powitalnego, na rzecz skromnego pikniku pod czeresnia, bo przeciez i las tak blisko.
W dalszej kolejnosci podcinalysmy swierki, wycielysmy leszczyne zaslaniajaca jedno z wejsc do obory, uporzadkowalysmy ponarzucane w niej byle jak przez jasnie panow fachowcow belki i deski, zabezpieczylysmy okna przed kolejnymi wlamaniami.
Czerpalysmy wode ze strumyka i podlewalysmy nia posiane nasiona slonecznika.
Zrywalysmy miete, parzac aromatyczne herbatki i... rabarbar... ktory wyrosl w dawnym ogrodku Heleny.
I tak krok po kroku ogarnialysmy cale obejscie, ktore pod naszymi rekami budzilo sie jakby do zycia, odzyskujac dawny blask i ukazujac cale swoje zapomniane piekno.
A my dumne ze swoich osiagniec... odpoczywalysmy pod stara czeresnia.
I tak przez trzy dni. Praca i odpoczynek. I nowy naplyw sil i nowy naplyw energii, ktory daje praca w zgodzie z natura.
I ta nieodparta mysl, ze wszystko da sie zrobic. I ze to wszystko ma jakis niewyobrazalny sens.
Sens rzeczy prostych?!
I tak oto sezon remontowo-budowlany wreszcie zaczety!!!
I ja w swoim zywiole!


... poskladane drzewo po podcince
... i podciete swierki.
... i odpoczynek w cieniu czeresni.
I powtorne przezywanie wiosny, ktora tu na polnocy, przychodzi znacznie pozniej.
Jeszcze kwitnace jablonie.
A zakonczenie pracy nagradzaly... wypady nad morze...
... i zlota plaza...
... i morze po horyzont...
... i krzyk mew...
... i przedsmak zblizajacych sie wakacji!
23.04.2011
Swieta... Swieta....
... Swieta... ktorym niezmiennie od lat towarzyszy wciaz ta sama nutka smutku... smutku za tymi dawnymi, ktore odeszly... i ta nieodlaczna mysl, ze szczescie, jakze ulotnym jest, i ze tak malo myslimy o tym... co nam dane... o tym co jest... i o calej tej magii codziennosci.
I gdy tak rozne stany ducha mnie nawiedzaly... nagle zadzwonil telefon.
Goscie ze "swiata" sie zapowiedzieli. Po latach.
Tak nieoczekiwanie. I tak po prostu.
I w jednej chwili caly moj smutek zamienil sie w nagla i nieopisana radosc.
I mysl, ze Ktos tyle mil zechce przejechac... zeby choc ta krotka chwile... Pobyc, zmyla moj caly smutek.
Pobyc i poswietowac. I radosc, tak nagla, jak ta wybuchajaca wiosna, z ktorej tez nie potrafilam sie jakos cieszyc, i to ciazace jak kamien widmo remontu... ktore przytlaczalo, nie zostawiajac miejsca na "swietowanie"... i tyle innych jeszcze spraw do dokonania, ktore nagle staly sie tak... bardzo odlegle i tak malo istotne.
I tylko ta jedna chwila stala sie nagle tak naprawde wazna.
Wiec rzucilam sie w wir swiatecznych przygotowan, myslac jak dobrze, ze istnieja telefony i jak dobrze, ze tak spontanicznie mozna kogos... uszczesliwic.
Zaczelam wypieki, ktore tak naprawde nie sa moja mocna strona... ale jak czlowiek jest szczesliwy to i wszystko sie udaje.
I wstawilam bazie do glinianego naczynia i kilka rozkwitlych zonkili. Zwiastuny wiosny.
I... zaczelam wypieki. Najpierw mazurek... potem swiateczna baba.
Jak dobrze, myslalam... jak dobrze... jest moc upiec drozdzowe ciasto... jak dobrze jest moc wlozyc rece do cieplego, delikatnie nabrzmialego ciasta, wciagnac w nozdrza jego cudowny zapach i cieszyc sie ta chwila.
Drozdzowe ciasto, oprocz tego, ze jest moim ulubionym i potrafie nieograniczone ilosci jego pochlaniac... to, ma jeszcze cos mistycznego w sobie... gdy tak rosnie i ozywa i pnie sie do gory. Tak jak ozywajaca przyroda, dajac nadzieje i radosc. I sile na przyjecie Nowego.
Ach, jakze lubie te cale swiateczne zawirowanie, to wpisane w nie zmeczenie... i ta cala magiczna otoczke, wlasciwa jedynie tym niezwyklym dniom.
I zastanawiajace jest to, jak bardzo... jeden zwykly telefon... jeden gest...jeden czlowiek... jedno spotkanie... moze wszystko nagle zmienic. Dodac nadziei i radosci.
Tak wiec bedzie wspolne biesiadowanie i celebrowanie tych chwil. Bedzie radosc i smiech. Beda lzy i wspomnienia. Wspomnienia, ktorych tak nigdy dosyc.
I bedzie radosc z nadchodzacej i budzacej sie do zycia wiosny i radosc z Wielkiej Nocy i z magii tych niezwyklych swiat.
I wszystkim Wam, moi Mili zycze :
Radosnych i cieplych swiat
serdecznych spotkan
wiele radosci z budzacej sie wiosny
kolorowych pisanek
czekoladowego zajaczka
bardzo mokrego dyngusa
i duzo wiosennego slonca!
czekoladowego zajaczka
bardzo mokrego dyngusa
i duzo wiosennego slonca!
8.04.2011
"Portret kobiety... czyli jaka jestem?!"
Do tej to wlasnie zabawy, zaprosila mnie Grasza 44. Wiec choc troche spozniona, wybacz Graszko, jak to u mnie bywa, dopiero teraz odpowiadam.
Jaka jestem....? Hmm...? Coz... wcale nie latwe pytanie!
Wpadlam wiec na pomysl, aby zapytac o to dzieci, bo kto jak kto, ale wlasne dzieci wiedza przeciez najlepiej... i zaraz tez pozalowalam tego... oj, posypaly sie negatywizmy... posypaly sie... i to jak szybko, jakby na zawolanie?!
I gdy ja bliska juz lez, slabym glosem zapytalam swoich oprawcow... czy to juz zadnych plusow u mnie naprawde nie widza?! Wtedy dopiero sie zlitowali nad swoja ofiara i zaczeli wydzielac pozytywy... tak bardzo skapo wprawdzie, ale jednak...!!!
I tak oto powstal jakis tam moj obraz. Oto on.
Jaka jestem?
... Raczej chaotyczna... choc niekiedy zadziwiajaco uporzadkowana... zwlaszcza wtedy, gdy z jakas nie dajaca sie niczym blizej wytlumaczyc premedytacja... potrafi przez dzien caly czepiac sie... jednego, glupiego,
nie - umytego - kubka?!

... kochajaca wszystko co... wyjatkowo paskutne, szpetne i jak najbardziej zrujnowane /ludzi tez/... i ceniaca jednoczesnie piekno, lad i porzadek?!

.... Nie znajaca litosci... i z zimna krwia mogaca zabic... cala watache tzw. fachowcow... i jednoczesnie pelna wspolczucia dla jakiegos... malego opuszczonego koteczka, z ktorym potrafi szmat drogi przebyc... gdzies tam na koncu swiata... aby znalezc mu miejsce do zycia?!

... majaca gdzies wszystkie kremy i wynalazki odmladzajace, redukujace i wygladzajace .... i wierzaca slepo, ze okladajac sie roznymi zielskami i miksturami wlasnej produkcji... czas tak bardzo lagodnie sie z nia obejdzie i pozwoli jej sie tak ... "pieknie zestarzec"?!

... taka slaba i taka wiotka... kobieca kobietka..... i twardy babo- chlop w gumofilcach i roboczym waciaku.... potrafiacy murowac, szlifowac i rowy kopac... i " gory przenosic" ... gdy TRZEBA!!!

.... i taka "nic- nie - wiedzaca... i nic - nie- pojmujaca... i taka- bardzo-nie- wyuczalna".... i wiedzaca i pojmujaca nagle.... WSZYSTKO... i w jednej chwili, gdy juz nie ma zadnego WYJSCIA?!

... lagodna i spokojna jak baranek... i furiatka, choleryczka jaka... pieklaca sie nagle o wszystko i o
nic?!
.... kochajaca, ta jakze glupia, bezwarunkowa miloscia swoje wlasne dzieci... i zgrzytajaca zebami na ich pelne potepienia slowa... "Oj, matka!"... i majaca wtedy wlasnie najwieksza ochote... powystrzelac je wszystkie na inna planete i miec nareszcie...... Swiety Spokoj!!!


.... i potrafiaca w jakis niepojety sposob i bez zadnej wyraznej przyczyny... wylac z siebie cale morze lez... i popadac w jednej minucie w rozne skrajnosci... od euforystycznej radosci az do bezgranicznego smutku... ot tak po prostu... i bez zadnej widocznej przyczyny...?!
... i majaca na swoim koncie... tyle jeszcze innych slabosci i przypadlosci... jak np. slabosc do bardzo zrujnowanych ruin... i wierzaca, na przekor wszystkim i wszystkiemu... ze cos jej sie jeszcze w tym zyciu... przeciez do diabla UDA?!!!

... i wciaz majaca te... jakze glupie wyrzuty sumienia... ze tak za malo wycalowala te, jakze rozczulajace waleczki rozowego tluszczyku na dziecinnych lapkach... i ze wszystko mogla przeciez... LEPIEJ i ... BARDZIEJ... i WIECEJ i ... ze czas tak bardzo sie pospieszyl... a ona nie zdazyla i.... ze te jakze urocze waleczki tak bardzo szybko.... zmeznialy... ! O, Stanowczo za szybko?!

... i... tyle jeszcze innych przypadlosci. I same przeciwnosci?! O matko swieta!!!
I myslac w poplochu, czy to wszystko aby.... W - NORMIE - jakiej - sie - miesci... ?!!! wygrzebalam pewne slowa... pewnej kobiety o kobietach... i odetchnawszy z wielka ulga, zatriumfowalam radosnie:
Ufff...! Jestem wiec calkiem... ZWYCZAJNA kobieta!!!
A oto on...
Pozdrawiam wiec Wszystkie....te.... jakze DOSKONALE i WSPANIALE kobiety!!!
Do tej to wlasnie zabawy, zaprosila mnie Grasza 44. Wiec choc troche spozniona, wybacz Graszko, jak to u mnie bywa, dopiero teraz odpowiadam.
Jaka jestem....? Hmm...? Coz... wcale nie latwe pytanie!
Wpadlam wiec na pomysl, aby zapytac o to dzieci, bo kto jak kto, ale wlasne dzieci wiedza przeciez najlepiej... i zaraz tez pozalowalam tego... oj, posypaly sie negatywizmy... posypaly sie... i to jak szybko, jakby na zawolanie?!
I gdy ja bliska juz lez, slabym glosem zapytalam swoich oprawcow... czy to juz zadnych plusow u mnie naprawde nie widza?! Wtedy dopiero sie zlitowali nad swoja ofiara i zaczeli wydzielac pozytywy... tak bardzo skapo wprawdzie, ale jednak...!!!
I tak oto powstal jakis tam moj obraz. Oto on.
Jaka jestem?
... Raczej chaotyczna... choc niekiedy zadziwiajaco uporzadkowana... zwlaszcza wtedy, gdy z jakas nie dajaca sie niczym blizej wytlumaczyc premedytacja... potrafi przez dzien caly czepiac sie... jednego, glupiego,
nie - umytego - kubka?!

... kochajaca wszystko co... wyjatkowo paskutne, szpetne i jak najbardziej zrujnowane /ludzi tez/... i ceniaca jednoczesnie piekno, lad i porzadek?!

.... Nie znajaca litosci... i z zimna krwia mogaca zabic... cala watache tzw. fachowcow... i jednoczesnie pelna wspolczucia dla jakiegos... malego opuszczonego koteczka, z ktorym potrafi szmat drogi przebyc... gdzies tam na koncu swiata... aby znalezc mu miejsce do zycia?!

... majaca gdzies wszystkie kremy i wynalazki odmladzajace, redukujace i wygladzajace .... i wierzaca slepo, ze okladajac sie roznymi zielskami i miksturami wlasnej produkcji... czas tak bardzo lagodnie sie z nia obejdzie i pozwoli jej sie tak ... "pieknie zestarzec"?!

... taka slaba i taka wiotka... kobieca kobietka..... i twardy babo- chlop w gumofilcach i roboczym waciaku.... potrafiacy murowac, szlifowac i rowy kopac... i " gory przenosic" ... gdy TRZEBA!!!

.... i taka "nic- nie - wiedzaca... i nic - nie- pojmujaca... i taka- bardzo-nie- wyuczalna".... i wiedzaca i pojmujaca nagle.... WSZYSTKO... i w jednej chwili, gdy juz nie ma zadnego WYJSCIA?!

... lagodna i spokojna jak baranek... i furiatka, choleryczka jaka... pieklaca sie nagle o wszystko i o
nic?!
.... kochajaca, ta jakze glupia, bezwarunkowa miloscia swoje wlasne dzieci... i zgrzytajaca zebami na ich pelne potepienia slowa... "Oj, matka!"... i majaca wtedy wlasnie najwieksza ochote... powystrzelac je wszystkie na inna planete i miec nareszcie...... Swiety Spokoj!!!


.... i potrafiaca w jakis niepojety sposob i bez zadnej wyraznej przyczyny... wylac z siebie cale morze lez... i popadac w jednej minucie w rozne skrajnosci... od euforystycznej radosci az do bezgranicznego smutku... ot tak po prostu... i bez zadnej widocznej przyczyny...?!
... i majaca na swoim koncie... tyle jeszcze innych slabosci i przypadlosci... jak np. slabosc do bardzo zrujnowanych ruin... i wierzaca, na przekor wszystkim i wszystkiemu... ze cos jej sie jeszcze w tym zyciu... przeciez do diabla UDA?!!!

... i wciaz majaca te... jakze glupie wyrzuty sumienia... ze tak za malo wycalowala te, jakze rozczulajace waleczki rozowego tluszczyku na dziecinnych lapkach... i ze wszystko mogla przeciez... LEPIEJ i ... BARDZIEJ... i WIECEJ i ... ze czas tak bardzo sie pospieszyl... a ona nie zdazyla i.... ze te jakze urocze waleczki tak bardzo szybko.... zmeznialy... ! O, Stanowczo za szybko?!

... i... tyle jeszcze innych przypadlosci. I same przeciwnosci?! O matko swieta!!!
I myslac w poplochu, czy to wszystko aby.... W - NORMIE - jakiej - sie - miesci... ?!!! wygrzebalam pewne slowa... pewnej kobiety o kobietach... i odetchnawszy z wielka ulga, zatriumfowalam radosnie:
Ufff...! Jestem wiec calkiem... ZWYCZAJNA kobieta!!!
A oto on...
"Portret kobiety" Wislawy Szymborskiej:
Musi byc do wyboru,
Zmieniac sie, zeby tylko nic sie nie zmienilo.
To latwe, niemozliwe, trudne, warte proby.
Oczy ma, jesli trzeba raz modre, raz szare,
Czarne, wesole, bez powodu pelne lez.
Spi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na swiecie.
Urodzi mu czworo dzieci, zadnych dzieci, jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Slaba, ale udzwignie.
Nie ma glowy na karku, to bedzie ja miala.
Czyta Jaspera i pisma kobiece.
Nie wie po co ta srubka i zbuduje most.
Mloda, jak zwykle mloda, ciagle jeszcze mloda.
Trzyma w rekach wrobelka ze zlamanym skrzydlem,
wlasne pieniadze na podroz daleka i dluga,
tasak do miesa, kompres i kieliszek czystej.
Dokad tak biegnie, czy nie jest zmeczona.
Alez nie, tylko troche, bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha albo sie uparla.
Na dobre, na niedobre i na litosc boska.
Zmieniac sie, zeby tylko nic sie nie zmienilo.
To latwe, niemozliwe, trudne, warte proby.
Oczy ma, jesli trzeba raz modre, raz szare,
Czarne, wesole, bez powodu pelne lez.
Spi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na swiecie.
Urodzi mu czworo dzieci, zadnych dzieci, jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Slaba, ale udzwignie.
Nie ma glowy na karku, to bedzie ja miala.
Czyta Jaspera i pisma kobiece.
Nie wie po co ta srubka i zbuduje most.
Mloda, jak zwykle mloda, ciagle jeszcze mloda.
Trzyma w rekach wrobelka ze zlamanym skrzydlem,
wlasne pieniadze na podroz daleka i dluga,
tasak do miesa, kompres i kieliszek czystej.
Dokad tak biegnie, czy nie jest zmeczona.
Alez nie, tylko troche, bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha albo sie uparla.
Na dobre, na niedobre i na litosc boska.
Pozdrawiam wiec Wszystkie....te.... jakze DOSKONALE i WSPANIALE kobiety!!!
29.03.2011
Zew natury...
... dal w koncu o sobie znac, wybudzajac mnie na dobre z pozimowego letargu.
I kazac dzialac! Zaniepokojona rowniez telefonami sasiadki o kolejnych wlamaniach do chaty i kierowana jakims wewnetrznym impulsem, wyruszylam.
Tym razem na szczescie, nie sama. Syn, z ktorym to owego pamietnego dnia przed niespelna dwoma laty znalazlam to OWO... "cudo", a majacy akurat przerwe w pobieraniu nauk, dal sie uprosic na wspolna wycieczke. I jako, ze w planie byla jazda moim autkiem, a on wiedzac, iz mam jakies dziwne predyspozycje... do dosc szybkiego oduczania sie raz nabytych umiejetnosci, szczegolnie jesli chodzi o jazde autkiem, zdecydowal sie towarzyszyc.
I nie pomylil sie wcale, widzac moje rozpaczliwe manewry na drodze, przejal ster w swoje rece, stwierdzajac, iz jestem wyjatkowo beznadziejnym przypadkiem, jakiego on jeszcze nie mial okazji spotkac. Poubolewal jeszcze nad licznymi ubieglorocznymi "obrazeniami" Matizka, a bylo ich troche, pokiwal glowa nad moja "niewiedza", po czym ja odetchnelam i ... wyruszylismy.
Po drodze odwiedzilismy mojego kochanego p. Mieczyslawa, ktory choc
"bardzo posypujacy sie", ale wciaz na chodzie i w pogodnym nastroju, przydreptal podpierajac sie laseczka, aby usiasc ze mna choc na krotka chwilke na laweczce przed domem i pogawedzic.
Po czym ruszylismy do chaty. Jak zwykle, z dusza na ramieniu, aby potem z wielka ulga stwierdzic, iz wszystko... w porzadku. Wszystko, poza paroma "drobiazgami"...
Chata stala. W calosci. Obora tez. Drzewa rowniez mialy sie dobrze. Strumyk plynal wartko. Jakby nigdy nic. A jednak...?!
A jednak... cos sie dzialo.
Drzwi od obory, tam gdzie poskladane byly narzedzia, stare okna z odzysku, krzesla, stol... i caly ten budowlany kram, zamkniete teraz na klodke, ktora jednak wczesniej, wg. relacji sasiadki ktos otworzyl.
Po lustracji wszystkiego, doszlam do wniosku, ze nic nie zginelo, procz... pedzla, ktorym chcielismy bielic drzewka. Ktos wiec zadal sobie tyle trudu, aby przybity do muru obory plot z siatki lesnej wyrwac ze sciany, odsunac go, otworzyc klodke od drzwi obory, wejsc i sposrod tylu rzeczy, ktore tam byly, nie wziasc niczego, procz... malego pedzelka?!
Dziwne, tak mozna by pomyslec. Bardzo dziwne. Z tylu obory tez ktos wylamal drzwi i znikly ... dwa suporeksy.
I wlasciwie to nic takiego, bo przeciez nic takiego nie zginelo, tylko te "drobiazgi" ! Wiec nie ma powodu do zmartwienia....!
A jednak moj spokoj znikl.
Zwlaszcza gdy dowiedzialam sie od sasiadki, tej ktora doglada domu i u ktorej stoi moja przyczepa, ze otruto jej psa, zaniepokoilam sie na dobre. I nabralam podejrzen. Moje przypuszczenia potwierdzila sasiadka. Okazalo sie, ze myslimy o tej samej osobie. Czyli o moim bylym strozu - Mirku. To on latem otrul psa we wsi... duzego i pieknego wilczura. A w sumie, wg jej relacji otrul juz... siedem psow! Swojego... zabil widlami i siekiera! I to na oczach wlasnych dzieci!
Wiec jednak nie mylilam sie!
A ja jakze naiwna, myslalam, iz Mirek to tylko drobny pijaczek i biedny ojciec dziewieciorga dzieci, ktoremu nalezaloby niezwlocznie pomoc. I nie pomna wszelkich ostrzezen, uczynilam go strozem swojego domostwa, bedac niemal pewna, iz terapia praca odniesie pozadany efekt, i ze Mirek jakims cudem, jak za jednym musnieciem czarodziejskiej rozdzki - przemieni sie nagle w przykladnego ojca i obywatela swojej wsi! Niestety Mirek nie mial najmniejszego zamiaru dac sie "uczlowieczac" i to jeszcze jakiejs obcej babie! Jakos bardziej pasowal mu status miejscowego degenerata i zlodzieja. I kradl nadal wszystko, co tylko sie dalo i co bylo w zasiegu i ... naturalnie rowniez u mnie.
Na to wszystko mozna by bylo w zasadzie machnac reka, co tez ja zrobilam, rezygnujac jedynie z uslug p. Mirka. I na tym mial byc koniec. Konca niestety nie ma. Gdyz w okolicy ma miejsce trucie psow.
A trucie psow to juz INNA sprawa. To juz cos znacznie wiecej niz zwykla kradziez.
I z przerazeniem pomyslalam o jego dzieciach, ktore nie tylko, ze o tym wiedza, ale sa zapewne niemymi swiadkami tychze czynow! I niepokoi fakt... ile przejma z dewiacji ojca?! Bo co do tego, ze dwoch najstarszych 18 i 19- latkow poszlo juz w jego slady, nie ma watpliwosci. A co z reszta?!
Dobrze pamietam te dzieci, tak bardzo jeszcze niewinne i kochane, i to z jaka checia pomagaly mi we wszystkim... mimo, ze ich ojciec okazal sie idiota kompletnym!
A teraz te psy!?
Co robic, zastanawialysmy sie z sasiadka?! O pojsciu na policje nie ma mowy. Wszyscy we wsi boja sie Mirka i jego synow. Boja sie ich zemsty.
Zemsty, ktora i ja odczuwam na wlasnej skorze, bo te wlamania to jego sprawka, to kara za to, ze zrezygnowalam definitywnie z jego uslug, przestajac tym samym finansowac jego alkoholowe zapedy. Wiec teraz mam za swoje!
Oj, trzeba bedzie jednak z tym "fantem" cos zrobic... tylko CO?!
Syn, slyszyc to wszystko pokiwal glowa nade mna, mowiac: " Oj, matka... i ty tu chcesz naprawde mieszkac!!!!
Zawsze mowi do mnie "matka", gdy chce mnie potepic. To taki ponoc obecnie zargon mlodziezowy.
... przeciez to wariactwo!!! , popatrzyl na mnie groznie.
... ech... wariaci tez sa potrzebni... wtedy jest rownowaga, machnelam tylko reka.
Syn pokiwal glowa, stwierdzajac po raz kolejny, iz jestem najwidoczniej wyjatkowym przypadkiem wariata... i ze szkoda czasu...!
No wlasnie, czas naglil, wiec pozegnalismy sasiadke i wrocilismy znow do chaty, na ktorej to widok syn wydal ponownie przeciagly okrzyk: "O!... matka!"
Co w tym wypadku oznaczalo akurat uznanie!
To co zobaczyl, odbiegalo od obrazu straszacej ruiny, ktory pamietal z ubieglego roku.
Uroslam od razu pod tym jakze akceptujacym wzrokiem, myslac sobie, ze chyba nie jest az tak zle, i ze mimo pogrozek, iz noga ich tutaj nie postanie, na co ja morze lez wylalam, myslac juz nawet o sprzedazy owego cudu... moje dzieci jednak bardzo polubia TO miejsce i z ochota beda tutaj wpadac!
Po tym wszystkim nastapila bardzo przyjemna czesc dnia - czyli WIOSENNE PORZADKI.
A ja gdy tylko ubralam swoje robocze fatalaszki i sliczne zielono-szare gumiaczki... rzucajac sie z pasja w wir pracy, jakby od tego cale moje zycie zalezalo... poczulam sie od razu w swoim zywiole, zapominajac o Mirku, o jego manewrach i calym bozym swiecie.
Sloneczko swiecilo i bylo cudnie, a my przycinalismy i bielilismy drzewka.
I synek nawet bardzo zadowolony, pracowal z ochota.
A ja znow poczulam "wiatr we wlosach" i ta jakas nieodparta chec dzialania i... wzbierajaca sile i to natychmiastowe pragnienie, aby wlozyc rece do ziemi i siac i kosic... i murowac i... "przenosic gory"!!!
I uwierzyc, ze wszystko jest mozliwe!
I gdy usiedlismy w koncu pod pobielona jablonka, a ja powiodlam wzrokiem po swoim pieknym, dzikim ogrodzie, ktory syn nazwal "chaszczowiskiem", i w ktorym tylko w zasadzie jablonki prezentowaly sie nad wyraz dobrze... dech mi zaparlo... i poczulam sie absolutnie szczesliwa.
I gdy synek fotografowal dom, ja wybralam sie na poszukiwania wiosny.
I znalazlam jej pierwsze, niesmiale - zwiastuny...

Niestety wiecej zwiastonow nie ma... bo aparat niestety wysiadl. Ale to i tak nie takie wazne, skoro WIOSNA JUZ JEST!
Pozdrawiam wiec wszystkich juz bardzo wiosennie!
... dal w koncu o sobie znac, wybudzajac mnie na dobre z pozimowego letargu.
I kazac dzialac! Zaniepokojona rowniez telefonami sasiadki o kolejnych wlamaniach do chaty i kierowana jakims wewnetrznym impulsem, wyruszylam.
Tym razem na szczescie, nie sama. Syn, z ktorym to owego pamietnego dnia przed niespelna dwoma laty znalazlam to OWO... "cudo", a majacy akurat przerwe w pobieraniu nauk, dal sie uprosic na wspolna wycieczke. I jako, ze w planie byla jazda moim autkiem, a on wiedzac, iz mam jakies dziwne predyspozycje... do dosc szybkiego oduczania sie raz nabytych umiejetnosci, szczegolnie jesli chodzi o jazde autkiem, zdecydowal sie towarzyszyc.
I nie pomylil sie wcale, widzac moje rozpaczliwe manewry na drodze, przejal ster w swoje rece, stwierdzajac, iz jestem wyjatkowo beznadziejnym przypadkiem, jakiego on jeszcze nie mial okazji spotkac. Poubolewal jeszcze nad licznymi ubieglorocznymi "obrazeniami" Matizka, a bylo ich troche, pokiwal glowa nad moja "niewiedza", po czym ja odetchnelam i ... wyruszylismy.
Po drodze odwiedzilismy mojego kochanego p. Mieczyslawa, ktory choc
"bardzo posypujacy sie", ale wciaz na chodzie i w pogodnym nastroju, przydreptal podpierajac sie laseczka, aby usiasc ze mna choc na krotka chwilke na laweczce przed domem i pogawedzic.
Po czym ruszylismy do chaty. Jak zwykle, z dusza na ramieniu, aby potem z wielka ulga stwierdzic, iz wszystko... w porzadku. Wszystko, poza paroma "drobiazgami"...
Chata stala. W calosci. Obora tez. Drzewa rowniez mialy sie dobrze. Strumyk plynal wartko. Jakby nigdy nic. A jednak...?!
A jednak... cos sie dzialo.
Drzwi od obory, tam gdzie poskladane byly narzedzia, stare okna z odzysku, krzesla, stol... i caly ten budowlany kram, zamkniete teraz na klodke, ktora jednak wczesniej, wg. relacji sasiadki ktos otworzyl.
Po lustracji wszystkiego, doszlam do wniosku, ze nic nie zginelo, procz... pedzla, ktorym chcielismy bielic drzewka. Ktos wiec zadal sobie tyle trudu, aby przybity do muru obory plot z siatki lesnej wyrwac ze sciany, odsunac go, otworzyc klodke od drzwi obory, wejsc i sposrod tylu rzeczy, ktore tam byly, nie wziasc niczego, procz... malego pedzelka?!
Dziwne, tak mozna by pomyslec. Bardzo dziwne. Z tylu obory tez ktos wylamal drzwi i znikly ... dwa suporeksy.
I wlasciwie to nic takiego, bo przeciez nic takiego nie zginelo, tylko te "drobiazgi" ! Wiec nie ma powodu do zmartwienia....!
A jednak moj spokoj znikl.
Zwlaszcza gdy dowiedzialam sie od sasiadki, tej ktora doglada domu i u ktorej stoi moja przyczepa, ze otruto jej psa, zaniepokoilam sie na dobre. I nabralam podejrzen. Moje przypuszczenia potwierdzila sasiadka. Okazalo sie, ze myslimy o tej samej osobie. Czyli o moim bylym strozu - Mirku. To on latem otrul psa we wsi... duzego i pieknego wilczura. A w sumie, wg jej relacji otrul juz... siedem psow! Swojego... zabil widlami i siekiera! I to na oczach wlasnych dzieci!
Wiec jednak nie mylilam sie!
A ja jakze naiwna, myslalam, iz Mirek to tylko drobny pijaczek i biedny ojciec dziewieciorga dzieci, ktoremu nalezaloby niezwlocznie pomoc. I nie pomna wszelkich ostrzezen, uczynilam go strozem swojego domostwa, bedac niemal pewna, iz terapia praca odniesie pozadany efekt, i ze Mirek jakims cudem, jak za jednym musnieciem czarodziejskiej rozdzki - przemieni sie nagle w przykladnego ojca i obywatela swojej wsi! Niestety Mirek nie mial najmniejszego zamiaru dac sie "uczlowieczac" i to jeszcze jakiejs obcej babie! Jakos bardziej pasowal mu status miejscowego degenerata i zlodzieja. I kradl nadal wszystko, co tylko sie dalo i co bylo w zasiegu i ... naturalnie rowniez u mnie.
Na to wszystko mozna by bylo w zasadzie machnac reka, co tez ja zrobilam, rezygnujac jedynie z uslug p. Mirka. I na tym mial byc koniec. Konca niestety nie ma. Gdyz w okolicy ma miejsce trucie psow.
A trucie psow to juz INNA sprawa. To juz cos znacznie wiecej niz zwykla kradziez.
I z przerazeniem pomyslalam o jego dzieciach, ktore nie tylko, ze o tym wiedza, ale sa zapewne niemymi swiadkami tychze czynow! I niepokoi fakt... ile przejma z dewiacji ojca?! Bo co do tego, ze dwoch najstarszych 18 i 19- latkow poszlo juz w jego slady, nie ma watpliwosci. A co z reszta?!
Dobrze pamietam te dzieci, tak bardzo jeszcze niewinne i kochane, i to z jaka checia pomagaly mi we wszystkim... mimo, ze ich ojciec okazal sie idiota kompletnym!
A teraz te psy!?
Co robic, zastanawialysmy sie z sasiadka?! O pojsciu na policje nie ma mowy. Wszyscy we wsi boja sie Mirka i jego synow. Boja sie ich zemsty.
Zemsty, ktora i ja odczuwam na wlasnej skorze, bo te wlamania to jego sprawka, to kara za to, ze zrezygnowalam definitywnie z jego uslug, przestajac tym samym finansowac jego alkoholowe zapedy. Wiec teraz mam za swoje!
Oj, trzeba bedzie jednak z tym "fantem" cos zrobic... tylko CO?!
Syn, slyszyc to wszystko pokiwal glowa nade mna, mowiac: " Oj, matka... i ty tu chcesz naprawde mieszkac!!!!
Zawsze mowi do mnie "matka", gdy chce mnie potepic. To taki ponoc obecnie zargon mlodziezowy.
... przeciez to wariactwo!!! , popatrzyl na mnie groznie.
... ech... wariaci tez sa potrzebni... wtedy jest rownowaga, machnelam tylko reka.
Syn pokiwal glowa, stwierdzajac po raz kolejny, iz jestem najwidoczniej wyjatkowym przypadkiem wariata... i ze szkoda czasu...!
No wlasnie, czas naglil, wiec pozegnalismy sasiadke i wrocilismy znow do chaty, na ktorej to widok syn wydal ponownie przeciagly okrzyk: "O!... matka!"
Co w tym wypadku oznaczalo akurat uznanie!
To co zobaczyl, odbiegalo od obrazu straszacej ruiny, ktory pamietal z ubieglego roku.
Uroslam od razu pod tym jakze akceptujacym wzrokiem, myslac sobie, ze chyba nie jest az tak zle, i ze mimo pogrozek, iz noga ich tutaj nie postanie, na co ja morze lez wylalam, myslac juz nawet o sprzedazy owego cudu... moje dzieci jednak bardzo polubia TO miejsce i z ochota beda tutaj wpadac!
Po tym wszystkim nastapila bardzo przyjemna czesc dnia - czyli WIOSENNE PORZADKI.
A ja gdy tylko ubralam swoje robocze fatalaszki i sliczne zielono-szare gumiaczki... rzucajac sie z pasja w wir pracy, jakby od tego cale moje zycie zalezalo... poczulam sie od razu w swoim zywiole, zapominajac o Mirku, o jego manewrach i calym bozym swiecie.
Sloneczko swiecilo i bylo cudnie, a my przycinalismy i bielilismy drzewka.
I synek nawet bardzo zadowolony, pracowal z ochota.
A ja znow poczulam "wiatr we wlosach" i ta jakas nieodparta chec dzialania i... wzbierajaca sile i to natychmiastowe pragnienie, aby wlozyc rece do ziemi i siac i kosic... i murowac i... "przenosic gory"!!!
I uwierzyc, ze wszystko jest mozliwe!
I gdy usiedlismy w koncu pod pobielona jablonka, a ja powiodlam wzrokiem po swoim pieknym, dzikim ogrodzie, ktory syn nazwal "chaszczowiskiem", i w ktorym tylko w zasadzie jablonki prezentowaly sie nad wyraz dobrze... dech mi zaparlo... i poczulam sie absolutnie szczesliwa.
I gdy synek fotografowal dom, ja wybralam sie na poszukiwania wiosny.
I znalazlam jej pierwsze, niesmiale - zwiastuny...
... w budzacym sie do zycia lesie przy domu
... w strumyku
Pozdrawiam wiec wszystkich juz bardzo wiosennie!
15.03.2011
Spotkania... c.d.
... i nawet w obliczu najwiekszych kataklizmow tego swiata, nie ustajemy w naszych wiekszych czy mniejszych poczynaniach... w tych codziennych, najzwyklejszych czynnosciach... jak gdyby nigdy nic... i na przekor wszystkiemu. Myslac, jak dobrze jest zyc chwila.
I odganiajac wszelkie smutki i najczarniejsze wizje... zamykam oczy i poddaje sie wspomnieniom, czujac pod powiekami niezwykle cieplo tego wiosennego dnia... i przezywajac od nowa tamto spotkanie...
Byl maj ubieglego roku. Piekny miesiac, choc dosc zimny jak na te pore roku. A ja zaczynalam wlasnie remont chaty i nie majac ochoty na lodowate noce w przyczepie, postanowilam poszukac sobie choc na troche jakiegos cieplejszego lokum. W pobliskiej wiosce wskazano mi domek pod lasem, w ktorym mieszkala samotna starsza kobieta. Pani Pelasia. Pomyslalam od razu, ze to cos dla mnie. I nie pomylilam sie.
Maly bialy domek pod lasem byl uroczy. Taka wzruszajaca starowinka, z pobielonymi scianami i kwiatami wokol, wlasnie tak jak lubie.. I ta brama, ktorej nie... bylo... i otwarte drzwi wejsciowe, jakby zapraszajace do wejscia... I juz wiedzialam, ze to wlasnie to. Moje klimaty.
Weszlam do srodka, rozgladajac sie ciekawie i gdzies ze srodka domu uslyszalam wesoly glos: Tutaj... tutaj jestem!
Domek byl nieduzy raptem jakies dwa pokoje i kuchnia na dole, wiec przeszlam je i w ostatnim ujrzalam siedzaca w fotelu usmiechnieta starsza pania.
Wskazala na kule i okreslila sie z usmiechem jako "niechodzaca... prawie", cmokajac mnie przy tym w oba policzki. A ja zapatrzylam sie na siateczke zmarszczek na jej twarzy i misternie upiety srebrny koczek. I gdy starsza pani powiedziala: "A nie poszlabys... DZIECKO do komorki po drzewo?" poczulam sie jak w... DOMU!
A potem juz tylko siedzialysmy przy herbacie, grzejac sie w cieple kaflowego pieca i ogladajac... seriale, jeden za drugim! Bo babcia Pelasia jest ich wielka fanka... I gadalysmy bez konca, zasmiewajac sie od czasu do czasu z serialowych bohaterow i ze wszystkiego, nie wiadomo czemu... Ot, tak, cieszac sie, jak dwie stukniete nastolatki.
A gdy zadzwonil syn, pytajac co slychac. babcia dpowiedziala. Jak to co? Telewizor!
I dziwila sie, ze wzielam sobie na glowe te straszna RUINE !!! ... zamiast postawic sobie sliczny, modny domeczek, jak wszyscy wokolo. A ja mowilam, ze nie chce slicznego nowego domeczku, bo nie lubie domow z ... prefabrykatow! I zasmie4walysmy sie, ocierajac lzy z oczu...
Bo babcia, oprocz tej cudnej siateczki zmarszczek i ksztaltnego, srebrnego koczka, posiadala rowniez poczucie humoru. Niewlasciwe raczej ludziom starszym i tym samym schorowanym, nawet gdyby nimi nie byli. Ale tak wlasnie wypadalo. A babcia byla tego calkowitym przeciwienstwem. I nie tylko, ze nie byla zgorzkniala, ale na domiar zlego byla nieprzyzwoicie... wesola! I machala reka niedbale, wskazujac na torbe pelna lekow i na te swoje kule... mowiac ze smiechem, ze czuje sie niekiedy jak narciarz, tylko, ze... wystartowac jakos nie moze!
I wcale bym sie nie zdziwila, gdyby nagle odrzucila te swoje kule i ze smiechem wybiegla do ogrodu, aby poszukac wiosny... ! Albo zaczela wspinac sie nagle na drzewo...! Zupelnie jak Astrid Lindgren, ta od "Pipii L.", ktora to w wieku siedemdziesieciu dwoch lat... wspinala sie jeszcze na drzewa?! Jak dziecko! I pewnie dlatego nie mogla sie calkiem zestarzec?! I pewnie dlatego jej ksiazki dla dzieci byly tak niezwykle?!
Ach... jakze ona sie pieknie zestarzala, wzdychalam teraz, patrzac na babcie Pelasie!!!
A gdy konspiracyjnym glosem, z szelmowskim usmieszkiem mowila - " A wyjmij no moje dziecko z kredensu ta naleweczke ziolowa... bo tak mi serce palpituje!" wiedzialam, ze to czas wspomnien.
Oj, bogate bylo to babcine zycie. I nielatwe. Oj, nazyla sie kobiecinka i niejedno przezyla!
Wojna, glod i poniewierka przypadly jej w udziale. I ciezka praca tez jej nie ominela. Urodzila szescioro dzieci. I nie majac czasu sie nimi zajmowac, musialy robic to same, tak wiec starsze wychowywaly mlodsze. A procz tego musialy wszystko robic w domu, bo ona z mezem od switu do nocy na roli i przy krowach i przy swiniach i przy wycince lasu... Oj, bylo tego, bylo!
A teraz, powiedziala raz ze smiechem, to pewnie te wszystkie dzieci, by mi pozabierali, mowiac, ze je zaniedbuje! Ale sie wychowaly. I wyszly na ludzi. O tak! szescioro dzieci babci to wspaniali ludzie. Poznalam ich, jako ze stale ktorys z nich zaglada do mamy.
I wzdychala, jak ciezko bylo. I jak to glod nieraz zagladal w oczy. I gdy chleb podawano sobie z najwieksza czcia, starajac sie nie zmarnowac ani okruszka. I jak po latach dopiero, kupili dzieciom telewizor, aby na dobranocki nie musieli juz do... sasiadow chodzic. Ale historia. Lubilam ja najbardziej. I jaka to byla wielka radosc w domu. I jak wszyscy, cala rodzina naboznie, jak na niedzielnym kazaniu, zasiadali przed telewizorem, aby uslyszec co tam tez w swiecie nowego.
A potem spiewalysmy serenady z mojej i z babcinej mlodosci.
Ech... po babcinej nalewce mialysmy glosy jak jakie primadonny operowe!
I opowiadala o tym jak remontowali dom, sami jedni, wlasnymi rekoma. Jak trudno bylo, ale ze wszystkim dali rade. I jak zostala wdowa. Ale sie nie martwi, bo ma przeciez... Telewizor!!!
A ja sluchalam i dziwilam sie, coz to za zycie?!
Zycie, w ktorym wszystko bylo tak zwyczajne. Proste. Trudne. I piekne.
Praca. Chleb. Dom. To co najwazniejsze.
Bez zadnych ozdobnikow. Kwintesencja zycia.
I palilysmy w piecu w starej weglowej kuchni. A najwiekszym swietem bylo to, jak ktorejs niedzieli wspolnie gotowalysmy rosol, z wypasionej od sasiadki kury i z jarzynek z ogrodka.
I z makaronem wlasnej, babcinej roboty. Rosol na prawdziwym ogniu smakowal inaczej. To prawdziwa uczta dla ciala i ducha. I powrot do tych smakow i zapachow z dziecinstwa, z moich dzieciecych pobytow u babci na wsi, gdy na weglowej kuchni pyrkal pachnacy rosol, a babcia zagniatala na wielkich kuchennym stole makaron.
I ten zapach rosolu z wlasnym makaronem... pozostal na zawsze. A teraz u babci Pelasi znow powtorka tych dawnych smakow... Menu w postaci rosolu.
Piecio-gwiazdkowy hotel babci Pelasi. Tak wlasnie nazwalam ten objekt. I tylko szyldu brakowalo na bramie, ktorej nie ma...!
A moja "suita" na pieterku, z prostym lozkiem, kaflowym piecem i widokiem na las. Bez lazienki, a nawet bez biezacej wody... byla najbardziej luksusowym apartamentem, jaki moglabym sobie wymarzyc.
I zadziwiajace bylo to, ze to wszystko to, bylo tak bardzo... Prawdziwe.
I warto, bylo przejsc ten szmat drogi... wywedrowac z poludnia na polnoc, aby choc przez chwile pobyc w piecio-gwiazdkowym hotelu babci Pelasi... I posiedziec z nia przy serialach... i chlonac jej opowiesci, zasmiewajac sie z niczego, ot tak po prostu!
I aby moc potem te historie opowiedziec... i spisac i... pokazac swiatu.
I nie wiem jak dla Was, Kochani, ale dla mnie, sa to historie... niezwykle.


... i stare domy napotykane gdzies po drodze...

... i zaproszenie do odpoczynku dla strudzonego wedrowca...

.... i pierwsze, niesmiale zwiastuny wiosny z ubieglych lat...

... i zbieranie zielska... gdzies po drodze na ziolowe herbatki... Jeszcze tutaj towarzyszyl mi moj pieseczek, wierny towarzysz moich wedrowek... ktory juz niestety przebywa w innym swiecie... patrzyc na mnie z gory...


Niestety zdjecia domku babci Pelasi gdzies wsiakly... wiec beda nastepnym razem... jak znow do jej hoteliku pod lasem zawitam.
... i nawet w obliczu najwiekszych kataklizmow tego swiata, nie ustajemy w naszych wiekszych czy mniejszych poczynaniach... w tych codziennych, najzwyklejszych czynnosciach... jak gdyby nigdy nic... i na przekor wszystkiemu. Myslac, jak dobrze jest zyc chwila.
I odganiajac wszelkie smutki i najczarniejsze wizje... zamykam oczy i poddaje sie wspomnieniom, czujac pod powiekami niezwykle cieplo tego wiosennego dnia... i przezywajac od nowa tamto spotkanie...
Byl maj ubieglego roku. Piekny miesiac, choc dosc zimny jak na te pore roku. A ja zaczynalam wlasnie remont chaty i nie majac ochoty na lodowate noce w przyczepie, postanowilam poszukac sobie choc na troche jakiegos cieplejszego lokum. W pobliskiej wiosce wskazano mi domek pod lasem, w ktorym mieszkala samotna starsza kobieta. Pani Pelasia. Pomyslalam od razu, ze to cos dla mnie. I nie pomylilam sie.
Maly bialy domek pod lasem byl uroczy. Taka wzruszajaca starowinka, z pobielonymi scianami i kwiatami wokol, wlasnie tak jak lubie.. I ta brama, ktorej nie... bylo... i otwarte drzwi wejsciowe, jakby zapraszajace do wejscia... I juz wiedzialam, ze to wlasnie to. Moje klimaty.
Weszlam do srodka, rozgladajac sie ciekawie i gdzies ze srodka domu uslyszalam wesoly glos: Tutaj... tutaj jestem!
Domek byl nieduzy raptem jakies dwa pokoje i kuchnia na dole, wiec przeszlam je i w ostatnim ujrzalam siedzaca w fotelu usmiechnieta starsza pania.
Wskazala na kule i okreslila sie z usmiechem jako "niechodzaca... prawie", cmokajac mnie przy tym w oba policzki. A ja zapatrzylam sie na siateczke zmarszczek na jej twarzy i misternie upiety srebrny koczek. I gdy starsza pani powiedziala: "A nie poszlabys... DZIECKO do komorki po drzewo?" poczulam sie jak w... DOMU!
A potem juz tylko siedzialysmy przy herbacie, grzejac sie w cieple kaflowego pieca i ogladajac... seriale, jeden za drugim! Bo babcia Pelasia jest ich wielka fanka... I gadalysmy bez konca, zasmiewajac sie od czasu do czasu z serialowych bohaterow i ze wszystkiego, nie wiadomo czemu... Ot, tak, cieszac sie, jak dwie stukniete nastolatki.
A gdy zadzwonil syn, pytajac co slychac. babcia dpowiedziala. Jak to co? Telewizor!
I dziwila sie, ze wzielam sobie na glowe te straszna RUINE !!! ... zamiast postawic sobie sliczny, modny domeczek, jak wszyscy wokolo. A ja mowilam, ze nie chce slicznego nowego domeczku, bo nie lubie domow z ... prefabrykatow! I zasmie4walysmy sie, ocierajac lzy z oczu...
Bo babcia, oprocz tej cudnej siateczki zmarszczek i ksztaltnego, srebrnego koczka, posiadala rowniez poczucie humoru. Niewlasciwe raczej ludziom starszym i tym samym schorowanym, nawet gdyby nimi nie byli. Ale tak wlasnie wypadalo. A babcia byla tego calkowitym przeciwienstwem. I nie tylko, ze nie byla zgorzkniala, ale na domiar zlego byla nieprzyzwoicie... wesola! I machala reka niedbale, wskazujac na torbe pelna lekow i na te swoje kule... mowiac ze smiechem, ze czuje sie niekiedy jak narciarz, tylko, ze... wystartowac jakos nie moze!
I wcale bym sie nie zdziwila, gdyby nagle odrzucila te swoje kule i ze smiechem wybiegla do ogrodu, aby poszukac wiosny... ! Albo zaczela wspinac sie nagle na drzewo...! Zupelnie jak Astrid Lindgren, ta od "Pipii L.", ktora to w wieku siedemdziesieciu dwoch lat... wspinala sie jeszcze na drzewa?! Jak dziecko! I pewnie dlatego nie mogla sie calkiem zestarzec?! I pewnie dlatego jej ksiazki dla dzieci byly tak niezwykle?!
Ach... jakze ona sie pieknie zestarzala, wzdychalam teraz, patrzac na babcie Pelasie!!!
A gdy konspiracyjnym glosem, z szelmowskim usmieszkiem mowila - " A wyjmij no moje dziecko z kredensu ta naleweczke ziolowa... bo tak mi serce palpituje!" wiedzialam, ze to czas wspomnien.
Oj, bogate bylo to babcine zycie. I nielatwe. Oj, nazyla sie kobiecinka i niejedno przezyla!
Wojna, glod i poniewierka przypadly jej w udziale. I ciezka praca tez jej nie ominela. Urodzila szescioro dzieci. I nie majac czasu sie nimi zajmowac, musialy robic to same, tak wiec starsze wychowywaly mlodsze. A procz tego musialy wszystko robic w domu, bo ona z mezem od switu do nocy na roli i przy krowach i przy swiniach i przy wycince lasu... Oj, bylo tego, bylo!
A teraz, powiedziala raz ze smiechem, to pewnie te wszystkie dzieci, by mi pozabierali, mowiac, ze je zaniedbuje! Ale sie wychowaly. I wyszly na ludzi. O tak! szescioro dzieci babci to wspaniali ludzie. Poznalam ich, jako ze stale ktorys z nich zaglada do mamy.
I wzdychala, jak ciezko bylo. I jak to glod nieraz zagladal w oczy. I gdy chleb podawano sobie z najwieksza czcia, starajac sie nie zmarnowac ani okruszka. I jak po latach dopiero, kupili dzieciom telewizor, aby na dobranocki nie musieli juz do... sasiadow chodzic. Ale historia. Lubilam ja najbardziej. I jaka to byla wielka radosc w domu. I jak wszyscy, cala rodzina naboznie, jak na niedzielnym kazaniu, zasiadali przed telewizorem, aby uslyszec co tam tez w swiecie nowego.
A potem spiewalysmy serenady z mojej i z babcinej mlodosci.
Ech... po babcinej nalewce mialysmy glosy jak jakie primadonny operowe!
I opowiadala o tym jak remontowali dom, sami jedni, wlasnymi rekoma. Jak trudno bylo, ale ze wszystkim dali rade. I jak zostala wdowa. Ale sie nie martwi, bo ma przeciez... Telewizor!!!
A ja sluchalam i dziwilam sie, coz to za zycie?!
Zycie, w ktorym wszystko bylo tak zwyczajne. Proste. Trudne. I piekne.
Praca. Chleb. Dom. To co najwazniejsze.
Bez zadnych ozdobnikow. Kwintesencja zycia.
I palilysmy w piecu w starej weglowej kuchni. A najwiekszym swietem bylo to, jak ktorejs niedzieli wspolnie gotowalysmy rosol, z wypasionej od sasiadki kury i z jarzynek z ogrodka.
I z makaronem wlasnej, babcinej roboty. Rosol na prawdziwym ogniu smakowal inaczej. To prawdziwa uczta dla ciala i ducha. I powrot do tych smakow i zapachow z dziecinstwa, z moich dzieciecych pobytow u babci na wsi, gdy na weglowej kuchni pyrkal pachnacy rosol, a babcia zagniatala na wielkich kuchennym stole makaron.
I ten zapach rosolu z wlasnym makaronem... pozostal na zawsze. A teraz u babci Pelasi znow powtorka tych dawnych smakow... Menu w postaci rosolu.
Piecio-gwiazdkowy hotel babci Pelasi. Tak wlasnie nazwalam ten objekt. I tylko szyldu brakowalo na bramie, ktorej nie ma...!
A moja "suita" na pieterku, z prostym lozkiem, kaflowym piecem i widokiem na las. Bez lazienki, a nawet bez biezacej wody... byla najbardziej luksusowym apartamentem, jaki moglabym sobie wymarzyc.
I zadziwiajace bylo to, ze to wszystko to, bylo tak bardzo... Prawdziwe.
I warto, bylo przejsc ten szmat drogi... wywedrowac z poludnia na polnoc, aby choc przez chwile pobyc w piecio-gwiazdkowym hotelu babci Pelasi... I posiedziec z nia przy serialach... i chlonac jej opowiesci, zasmiewajac sie z niczego, ot tak po prostu!
I aby moc potem te historie opowiedziec... i spisac i... pokazac swiatu.
I nie wiem jak dla Was, Kochani, ale dla mnie, sa to historie... niezwykle.
I kilka zdjec z moich wedrowek...
... i droga bez konca....
... i stare domy napotykane gdzies po drodze...
... i zaproszenie do odpoczynku dla strudzonego wedrowca...
.... i pierwsze, niesmiale zwiastuny wiosny z ubieglych lat...
... i zbieranie zielska... gdzies po drodze na ziolowe herbatki... Jeszcze tutaj towarzyszyl mi moj pieseczek, wierny towarzysz moich wedrowek... ktory juz niestety przebywa w innym swiecie... patrzyc na mnie z gory...
... i wedrowki na poludniu...
Niestety zdjecia domku babci Pelasi gdzies wsiakly... wiec beda nastepnym razem... jak znow do jej hoteliku pod lasem zawitam.
7.03.2011
Spotkania...
Podczas moich wedrowek w poszukiwaniu miejsca na ziemi... nie sposob nie wspomniec o Spotkaniach. Spotkaniach z ludzmi i nie tylko.
Wedrowki te odbywalam z reguly pieszo, dojezdzajac zwykle do miejsca przeznaczenia, czyli do jakiegos wiekszego miasta lub miasteczka, a potem wedrujac juz od wioski do wioski.
I tak tez z poludnia, gdzie rozpoczelam wedrowanie... stopniowo wywedrowywalam coraz dalej i dalej ku polnocy... Ku wielkiej wodzie. Tam mnie ciagnelo. Az zostalam. Widac woda jest mi pisana.
I widzialam po drodze wiele pieknych miejsc... i wiele domow, ale to wszystko bylo jakby... nie TO.
I ciagnelo mnie... dalej i dalej. Az doszlam do chaty Heleny i Wladyslawa... i TU juz pozostalam. Majac jakies nieodparte wrazenie, ze to wlasnie ona przez te wszystkie lata, czekala wlasnie na mnie. Jak Przeznaczenie Jakies!
I spotykalam po drodze wielu ludzi. Roznych. Jak to ludzie. Dziwnych i mniej dziwnych i tych... zupelnie niezwyczajnych. I takich, ktorych nie sposob zapomniec....
Jedna z takich osob jest pan Mieczyslaw.
I tak oto, pewnego dnia, bedac juz na polnocy, trafilam do niewielkiej wioski, tak cudnej, rozswietlonej jakims niezwyklym Swiatlem, ktore sprawilo, ze popadalam w coraz to wiekszy zachwyt, a moim oh! i ach!... nie bylo konca. I gdy nagle, mijajac pierwsze zabudowania, poprzez rozswietlone sloncem korony drzew zobaczylam... cos niezwykle bialego... i poruszona tym CZYMS... ruszylam w tym kierunku, przeczuwajac cos niezwyklego. I nie mylilam sie. Oczom moim ukazal sie niezwykly widok.
Oto przede mna w calej swej okazalosci, polyskujac w sloncu biela scian stala... gliniana chata, kryta prawdziwa slomiana strzecha!
Wstrzymalam oddech na widok tego CUDU, podchodzac blizej. A gdy drzwi domu sie otworzyly i wyszedl z nich starenki, podpierajacy sie laseczka czlowiek, ktorego biale wlosy pieknie harmonizowaly z biela scian, stanowiac jakze doskonala calosc, wydalam okrzyk zachwytu.
Dom byl Starenki, z tymi smiesznymi malymi okienkami i wielka czapa slomianego dachu. Ale niezwykle piekny. Otaczal go plot, z przodu z siatki , a z boku zwykly drewniany, przy ktorym piely sie malwy i sloneczniki, w kolorach, jakich nigdzie dotad nie widzialam. Z komina leniwie snul sie dym. Stare drzewa, z przodu pachnaca lipa, z tylu leciwe jablonki, dopelnialy calosci. Na parapecie okna wygrzewal sie kot. Na progu domu rozciagniety w sloncu lezal pies. Stroze domostwa. Opodal studnia. I z boku oborka z dachem rowniez krytym strzecha.
Stalam jak urzeczona, nie mogac oderwac wzroku od tego niezwyklego widoku, jakze prostego domostwa. A wszystko wygladalo tak, jakby bylo narysowane dziecinna reka... jak na dziecinnym obrazku! Wszystko bylo tak doskonale i tak niezwykle piekne w tej swojej prostocie.
I gdy tak stalam, jak urzeczona, starszy pan uczynil w moim kierunku znak reka, zapraszajac z usmiechem i robiac mi miejsce obok siebie na laweczce przed domem.
Weszlam. I juz... POZOSTALAM.
I od tej pory przyjaznimy sie - ja i pan Mieczyslaw.
Pan Mieczyslaw liczyl sobie wtedy dziewiecdziesiat trzy lata, a dom troche ponad sto. Byli wiec prawie w tym samym wieku.
Dwa lata minelo od tamtego Spotkania. A ja zauroczona wioska i tym niezwyklym swiatlem postanowilam w niej pozostac, stajac sie posiadaczka cudnego kawalka ziemi ze starymi jablonkami i z widokiem na jezioro.
Moja Samotnia. Tak nazwalam ten kawalek raju, bez wody i pradu, z dala od cywilizowanego swiata i bitych drog, ktory tak niespodziewanie przypadl mi w udziale.
I teraz moglam, przebywajac tu latem, spedzac czas z p. Mieczyslawem, sluchajac jego opowiesci, opowiesci o sobie i o domu.
A bylo o czym sluchac, p. Mieczyslaw przezyl bowiem dwie wojny, tulaczke, glod, poniewierke, strate najblizszych, niepewnosc jutra... Zyciorys, ktory moglby wystarczyc na kilka zywotow.
I mimo tak niezwykle trudnego zycia, pozostal pogodny i zyczliwy, a lagodny jak u dziecka usmiech nie schodzi mu nigdy z twarzy. Czlowiek, jakich prawie juz sie nie spotyka.
I opowiadal o swoim zyciu i o tym jak trafil do tego poniemieckiego glinianego domu i jak go potem remontowal. Sam. Z tego, co na wyciagniecie reki. Z gliny, slomy, kamieni i drzewa. Zlepial i Uszczelnial mchem. A ostatniego lata uczyl mnie, a ja skrupulatnie zapisywalam krok po kroku, jak polozyc slomiany dach. I podarowal mi wlasnorecznie wykonane przez siebie narzedzie sluzace do kladzenia trzciny na dachu.
Narzedzie mam , tylko trzcinowego dachu nie polozylam. Moze kiedys... jeszcze go poloze.
A gdy ktoregos dnia wyjal z szafy odswietna marynarke, z zawieszonymi na niej szescioma Zlotymi Krzyzami Zaslugi dla kraju - zaniemowilam.
Pan Mieczyslaw- Bohater. Patriota. I choc wiele o nim pisano w lokalnej prasie, on sam tak nie uwaza. Najwazniejszy byl dla niego dom i rodzina. I to, zeby zycie godnie przezyc. I przezyl, godnie. A zaslugi i splendory, ech... na to machal reka, nie przywiazujac wagi, jedynie marynarke pieczolowicie przechowujac w szafie.
Taki szlachetny i prawy czlowiek. Ech... jakiez to teraz niemodne?! Teraz ludzi okresla sie jako super lub cool. Taka nowa Nomenklatura. A w wiosce mowi sie o nim z ironia - stary czlowiek. I tyle. I nikt, poza mna nie chce juz p. Mieczyslawa sluchac, dziwiac sie, co tez taki stary czlowiek moze miec jeszcze do powiedzenia?!
A czasy, gdy mlodzi uczyli sie od starszych madrosci, dawno juz odeszly w zapomnienie.
I dzis od wioskowej "starszyzny" nikt juz niczego sie nie uczy.
Pan Mieczyslaw. Moj Nauczyciel. Mistrz. Przyjaciel, ktorego mialam szczescie spotkac.
I jakze zalowal, slyszac juz potem o czekajacym mnie remoncie. I posmutnial bardzo na mysl, ze nie bedzie w stanie mi pomoc, bo sily juz go opuscily.
Najbardziej jednak zalowalam ja sama.
Slomiano-gliniany dom Pana Mieczyslawa i on sam na swojej laweczce przed domem.
... ktora to bardzo przypadla do gustu miejscowej psiarni i gdzie zawsze mozna bylo liczyc na smakowite co- nieco.
... a za plotem moi sasiedzi- Panowie Byczki.
.... kurki, sianko, a za nim zagonek z pysznymi kartofelkami i troszke warzywek.
.... i bardzo szczesliwa mama, ze swoim urodziwym potomstwem w liczbie... szesnascie!!!
A ja... no coz... Absolutnie szczesliwa... nie majac NIC... i majac absolutnie WSZYSTKO!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)