"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

7.03.2011


Spotkania...


Podczas moich wedrowek w poszukiwaniu miejsca na ziemi... nie sposob nie wspomniec o Spotkaniach. Spotkaniach z ludzmi i nie tylko.
Wedrowki te odbywalam z reguly pieszo, dojezdzajac zwykle do miejsca przeznaczenia, czyli do jakiegos wiekszego miasta lub miasteczka, a potem wedrujac juz od wioski do wioski.
I tak tez z poludnia, gdzie rozpoczelam wedrowanie... stopniowo wywedrowywalam coraz dalej i dalej ku polnocy... Ku wielkiej wodzie. Tam mnie ciagnelo. Az zostalam. Widac woda jest mi pisana.

I widzialam po drodze wiele pieknych miejsc... i wiele domow, ale to wszystko bylo jakby... nie TO.
I ciagnelo mnie... dalej i dalej. Az doszlam do chaty Heleny i Wladyslawa... i TU juz pozostalam. Majac jakies nieodparte wrazenie, ze to wlasnie ona przez te wszystkie lata, czekala wlasnie na mnie. Jak Przeznaczenie Jakies!

I spotykalam po drodze wielu ludzi. Roznych. Jak to ludzie. Dziwnych i mniej dziwnych i tych... zupelnie niezwyczajnych. I takich, ktorych nie sposob zapomniec....

Jedna z takich osob jest pan Mieczyslaw.
I tak oto, pewnego dnia, bedac juz na polnocy, trafilam do niewielkiej wioski, tak cudnej, rozswietlonej jakims niezwyklym Swiatlem, ktore sprawilo, ze popadalam w coraz to wiekszy zachwyt, a moim oh! i ach!... nie bylo konca. I gdy nagle, mijajac pierwsze zabudowania, poprzez rozswietlone sloncem korony drzew zobaczylam... cos niezwykle bialego... i poruszona tym CZYMS... ruszylam w tym kierunku, przeczuwajac cos niezwyklego. I nie mylilam sie. Oczom moim ukazal sie niezwykly widok.
Oto przede mna w calej swej okazalosci, polyskujac w sloncu biela scian stala... gliniana chata, kryta prawdziwa slomiana strzecha!
Wstrzymalam oddech na widok tego CUDU, podchodzac blizej. A gdy drzwi domu sie otworzyly i wyszedl z nich starenki, podpierajacy sie laseczka czlowiek, ktorego biale wlosy pieknie harmonizowaly z biela scian, stanowiac jakze doskonala calosc, wydalam okrzyk zachwytu.

Dom byl Starenki, z tymi smiesznymi malymi okienkami i wielka czapa slomianego dachu. Ale niezwykle piekny. Otaczal go plot, z przodu z siatki , a z boku zwykly drewniany, przy ktorym piely sie malwy i sloneczniki, w kolorach, jakich nigdzie dotad nie widzialam. Z komina leniwie snul sie dym. Stare drzewa, z przodu pachnaca lipa, z tylu leciwe jablonki, dopelnialy calosci. Na parapecie okna wygrzewal sie kot. Na progu domu rozciagniety w sloncu lezal pies. Stroze domostwa. Opodal studnia. I z boku oborka z dachem rowniez krytym strzecha.
Stalam jak urzeczona, nie mogac oderwac wzroku od tego niezwyklego widoku, jakze prostego domostwa. A wszystko wygladalo tak, jakby bylo narysowane dziecinna reka... jak na dziecinnym obrazku! Wszystko bylo tak doskonale i tak niezwykle piekne w tej swojej prostocie.
I gdy tak stalam, jak urzeczona, starszy pan uczynil w moim kierunku znak reka, zapraszajac z usmiechem i robiac mi miejsce obok siebie na laweczce przed domem.
Weszlam. I juz... POZOSTALAM.

I od tej pory przyjaznimy sie - ja i pan Mieczyslaw.
Pan Mieczyslaw liczyl sobie wtedy dziewiecdziesiat trzy lata, a dom troche ponad sto. Byli wiec prawie w tym samym wieku.

Dwa lata minelo od tamtego Spotkania. A ja zauroczona wioska i tym niezwyklym swiatlem postanowilam w niej pozostac, stajac sie posiadaczka cudnego kawalka ziemi ze starymi jablonkami i z widokiem na jezioro.
Moja Samotnia. Tak nazwalam ten kawalek raju, bez wody i pradu, z dala od cywilizowanego swiata i bitych drog, ktory tak niespodziewanie przypadl mi w udziale.
I teraz moglam, przebywajac tu latem, spedzac czas z p. Mieczyslawem, sluchajac jego opowiesci, opowiesci o sobie i o domu.
A bylo o czym sluchac, p. Mieczyslaw przezyl bowiem dwie wojny, tulaczke, glod, poniewierke, strate najblizszych, niepewnosc jutra... Zyciorys, ktory moglby wystarczyc na kilka zywotow.
I mimo tak niezwykle trudnego zycia, pozostal pogodny i zyczliwy, a lagodny jak u dziecka usmiech nie schodzi mu nigdy z twarzy. Czlowiek, jakich prawie juz sie nie spotyka.
I opowiadal o swoim zyciu i o tym jak trafil do tego poniemieckiego glinianego domu i jak go potem remontowal. Sam. Z tego, co na wyciagniecie reki. Z gliny, slomy, kamieni i drzewa. Zlepial i Uszczelnial mchem. A ostatniego lata uczyl mnie, a ja skrupulatnie zapisywalam krok po kroku, jak polozyc slomiany dach. I podarowal mi wlasnorecznie wykonane przez siebie narzedzie sluzace do kladzenia trzciny na dachu.
Narzedzie mam , tylko trzcinowego dachu nie polozylam. Moze kiedys... jeszcze go poloze.
A gdy ktoregos dnia wyjal z szafy odswietna marynarke, z zawieszonymi na niej szescioma Zlotymi Krzyzami Zaslugi dla kraju - zaniemowilam.
Pan Mieczyslaw- Bohater. Patriota. I choc wiele o nim pisano w lokalnej prasie, on sam tak nie uwaza. Najwazniejszy byl dla niego dom i rodzina. I to, zeby zycie godnie przezyc. I przezyl, godnie. A zaslugi i splendory, ech... na to machal reka, nie przywiazujac wagi, jedynie marynarke pieczolowicie przechowujac w szafie.
Taki szlachetny i prawy czlowiek. Ech... jakiez to teraz niemodne?! Teraz ludzi okresla sie jako super lub cool. Taka nowa Nomenklatura. A w wiosce mowi sie o nim z ironia - stary czlowiek. I tyle. I nikt, poza mna nie chce juz p. Mieczyslawa sluchac, dziwiac sie, co tez taki stary czlowiek moze miec jeszcze do powiedzenia?!

A czasy, gdy mlodzi uczyli sie od starszych madrosci, dawno juz odeszly w zapomnienie.
I dzis od wioskowej "starszyzny" nikt juz niczego sie nie uczy.
Pan Mieczyslaw. Moj Nauczyciel. Mistrz. Przyjaciel, ktorego mialam szczescie spotkac.
I jakze zalowal, slyszac juz potem o czekajacym mnie remoncie. I posmutnial bardzo na mysl, ze nie bedzie w stanie mi pomoc, bo sily juz go opuscily.
Najbardziej jednak zalowalam ja sama.



Slomiano-gliniany dom Pana Mieczyslawa i on sam na swojej laweczce przed domem.





Moja Samotnia...



... ktora to bardzo przypadla do gustu miejscowej psiarni i gdzie zawsze mozna bylo liczyc na smakowite co- nieco.



... a za plotem moi sasiedzi- Panowie Byczki.





.... kurki, sianko, a za nim zagonek z pysznymi kartofelkami i troszke warzywek.





.... i bardzo szczesliwa mama, ze swoim urodziwym potomstwem w liczbie... szesnascie!!!


Jednym slowem sielsko-anielsko. A zapachy przyprawiajace o zawrot glowy. Czyli moje klimaty.
A ja... no coz... Absolutnie szczesliwa... nie majac NIC... i majac absolutnie WSZYSTKO!!!


23.02.2011

A wiosna i tak znow kiedys... przyjdzie...

... a ja... jak nigdy tego roku, nijak nie umiem sie na te wiosne cieszyc.
I nawet nie czekam na nia. I az trudno sie przyznac, ale ja jej nawet... nie chce!
Wiem, to oburzajace... ale... coz... nic na to nie poradze. I jakze bardzo chcialabym te wiosne... zatrzymac... powstrzymac... zeby tak sie nie spieszyla... zeby jeszcze zaczekala... jeszcze chwilke... taka mala chwilke... bo ja jeszcze nie gotowa!
Oczywiscie... chodzi o remont, ktorego to wlasnie wiosna jest niepisanym zwiastunem. Remont... ktory jak fatum jakies ciazy nade mna i dobija sie nieublaganie do moich drzwi wraz z ta nadchodzaca wiosna! A ja... odsuwam i odsuwam od siebie te wizje, mowiac, ze jeszcze mam czas, ze jeszcze tyle czasu, ze przeciez jeszcze zima, ze przeciez jeszcze sniegi... ze przeciez mrozy...
Tylko, ze czasu nie da sie oszukac! Zegar czasu bije nieublaganie i wybudza tak brutalnie, szarpiac za ramie, az do bolu... z tego jakze przyjemnego zimowego letargu... wolajac, ze JUZ CZAS!
I Stawia mnie znow na rowne nogi, jak zandarma w wojskowym regimencie... nie pozwalajac na zadne zaniechanie!

I tak wiec wraz z nadchodzaca wiosna, na ktora wcale nie czekam, zbliza sie wielkimi krokami... nowy sezon remontowy! Ach... jakze sie ciesze!
I gdy przegladam strony moich blogowych Przyjaciol, tych wszystkich, ktorzy juz cos robia lub zaczynaja robic... trawia mnie jedynie wyrzuty sumienia, ze ja nic. I nawet do chaty nie chce mi sie jechac. A trzeba by bylo pojechac, zobaczyc, ogarnac, pobielic drzewka, posprzatac...
Ech... Moj zimowy SEN... jeszcze trwa. A ja tak bardzo chcialabym pobyc jeszcze w tym zimowym, jakze milym ciepelku i nie zostac w ogole wybudzona!
I jak nigdy przedtem, nie czuje nawet checi do dzialania! I gdy przypomne sobie ubiegly rok i jeszcze poprzedni, gdzie moj zapal nie znal granic... i chcialo mi sie gory przenosic... Tak teraz... NIC!
Kompletna klapa. Pozimowa depresja. Zapewne. Depresja... jakiez to wspaniale slowo i jakze dobre usprawiedliwienie na wszystko. Na wszystko... czego nam sie nie chce.

Tak wiec trawiona wyrzutami sumienia, zaczelam COS wreszcie robic.
COS, czyli penetracja w necie znajomych stronek... o remoncie, o budownictwie, o budowniczych, o ich radach i poradach... o domach... o ogrodach. Czyli krotko mowiac: o wszystkim i o niczym. Tysiace informacji, bo gdy wejdzie sie na jedna strone, zaraz otwieraja sie nastepne, a potem znow nastepne... na ktore nie sposob nie wejsc... bo ciekawe... i wciagajace... i tak zostajesz wciagnieta w coraz to nowe tajniki wiedzy, z ktorymi to koniecznie nalezy sie zapoznac... ! Uff!!!
I juz po jakiejs godzinie ma sie serdecznie dosyc! Czas stracony, a wiedzy niewiele i tylko nieziemski bol glowy pozostaje...!
Doszlam do wniosku, ze budownictwo to wiedza tajemna... niedostepna zwyklym laikom... Laikom zas... wciska sie faktury! O tak! I to wlasnie te faktury w ubieglym sezonie doprowadzily mnie do ruiny!
Oj, ciezko cos bedzie zabrac sie za ten remont, tym bardziej, ze tak naprawde to nie mam pojecia od czego w ogole zaczynac! Tyle jest do zrobienia. Wiec pojde pewnie znow na zywiol, tak jak to bylo w ubieglym roku... bez planu... biznesplanu... kosztorysu... Bez zielonego pojecia o czymkolwiek w ogole!
I nic dziwnego, ze majster wciaz powtarzal, iz jestem laikiem bez wyobrazni...!
Tak i to wlasnie laikom wciska sie faktury, ktore to doprowadzaja ich do ruiny!
Jeszcze teraz, gdy przypomne sobie jego slowa, zimny pot mnie oblewa!

W tym roku majster i jego swita... niestety nie sa przewidziani w moich planach! Musza sie ze mna pozegnac... i rozstac, choc zapewne niechetnie to zrobia. Kobieta - laik, bez wyobrazni, to calkiem niezly objekt dla wszelkiego rodzaju i masci fachowcow.
Bede wiec raczej dlubac systemem tzw. gospodarczym. Sama i naturalnie.
A o finanse tez nie musze sie specjalnie martwic... jako, ze ich nie posiadam, w zasadzie, gdyz gro kasy pochloneli niestety ubieglorocznie fachowcy. W tym roku bedzie wiec co najwyzej dwuosobowo - czyli ja plus jakis... czlowiek typu CUDOTWORCA!

Ech... marzy mi sie czlowiek tzw. zlota raczka... taki prawdziwy rzemieslnik, pasjonata.... wizjoner... taki, ktory to zachwyci sie starym domem... dojrzy jego piekno... zobaczy dusze. Zrozumie. Taka relikwia... typu ludzkiego. Tylko, gdzie takowego szukac!? Juz w ubieglym roku szukalam... i zwatpilam?!

Tak wiec pomalu zaczynam przygotowania do kolejnego sezonu. I jak narazie skupiam sie na praktykach tzw. duchowych, ktore to polegaja na oblepieniu scian, nowymi afirmacjami, ktore powtarzane przez dwadziescia jeden dni... maja zdzialac CUDA...! Jak rowniez na zawieszaniu roznych zdjec i wycinkow z gazet... glownie z mojej ukochanej Werandy o ludziach, ktorym sie udalo! I ktorzy to teraz, ten swoj remont wspominaja z wielka radoscia... jako wspaniala przygode swojego zycia!

Wiec moze i ja kiedys zawolam z wielka euforia:
- Alez to byla fantastyczna przygoda!!!
A poki co... i nie znajdujac zrozumienia w rodzinie blizszej, ani w dalszej, ani w kregu z "poza" , laduje akumulatory, spogladajac na zalepione sciany i wierzac, ze i mnie sie uda!

Tak wiec moje naczelne haslo to:
"Nie bojmy sie remontu!!!!"

I nastepne:
" Wszechswiat ma wszystko, a ograniczenia sa tylko w tobie!"

I to, ktore tak bardzo lubie:
"Pieniadze sa twoimi PRZYJACIOLMI , masz prawo je miec i madrze nimi zarzadzac, spelniajac swoje MARZENIA!

I na koniec:
"Alez to fantastyczna PRZYGODA!!!"

Ech... to chyba jednak najbardziej lubie!

Jako kolejne przygotowania nalezy wymienic - zakup nasion lawendy i maciejki... gdyz marzy mi sie lawendowe pole i maciejkowe sciezki... ktorymi bede sie naturalnie przechadzac... gdy juz wszystko porobie!
Tak wiec, choc mozolnie, to jednak remont posuwa sie do przodu... przynajmniej w mojej wyobrazni!
I czekam do tej... nieupragnionej wiosny, ktora i tak znow kiedys... przyjdzie!


... i bedzie znow tak oszalamiajaco piekna... jak zawsze.







1.02.2011

Droga do domu... i Niespodzianka...

Dzisiaj bedzie cos lagodnie - spokojnego.... gdyz ostatnio zrobilo sie dosc smutnawo od psich dramatow. Wiec nadszedl czas na USMIECH.
Zwlaszcza teraz, gdy wiem, ze Kubie juz lepiej i ze bedzie oddany do adopcji , co jest pocieszajace, jak i to, ze nie wroci do swojego smutnego, pieskiego zycia.
Tak wiec i w tym nieszczesciu, jak to zazwyczaj bywa, kryje sie iskierka szczescia.
I tak to juz jest... ze po smutku przychodzi radosc, a po lzach, usmiech.

Pora wiec na temat rownie bliski sercu, a o ktorym dawno juz nie pisalam... bo najpierw bylo tak bardzo swiatecznie... potem poswiatecznie... a potem tak roznie... I gdy wszechogarniajaca zimowa depresja i rozne smutki i smuteczki... nie odchodzily i trudno bylo pisac o chacie.
I tak oto temat... chaty zszedl na plan ostatni. A szkoda, bo to jakze wdzieczny temat... i dopiero ostatni telefon od sasiadki, o wlamaniu postawil mnie na rowne nogi i wyruszylam.
I jak zwykle pociagiem, autobusem, busem jechalam do celu, aby w koncu znalezc sie na znanym mi zakrecie, przy znajomej drodze wiodacej do wsi.
I ciezko wzdychajac, w zadumie spogladalam na wijaca sie przede mna, jakze urokliwa, zasypana sniegiem i skuta lodem, trzy- kilometrowa droge, wiodaca w czesci przez pola a potem przez las do... domu.
Musialam sie spieszyc, majac niecale trzy godziny, aby dojsc do chaty, potem do sasiadki i szybko wracac, aby zdazyc na ostatni w tym dniu autobus, a potem pociag. I choc las piekny, a sosny do samego nieba, to podziwianie nie bylo mi dane. Z dusza na ramieniu, rozmyslalam, jakaz to znow niespodzianke... uszykowala mi moja urocza chatka?!
Czeka mnie zapewnie znow COS niezwykle... niezwyklego!!!

Gdzies tam w srodku lasu, uslyszalam warkot silnika. Rozklekotana furgonetka byla coraz blizej, a gdy znalazla sie przy mnie, meski glos zapytal, czy nie podwiezc. Nie namyslajac sie wsiadlam, cieszac sie, ze zyskam na czasie.
- A pani to tak turystycznie... dokad to pania podrzucic...? Facet spojrzal ciekawie, zreszta nic dziwnego, przedstawialam dosc interesujacy widok, opatulona szalami... z plecakiem... sama... w srodku lasu...
- Do krzyza!
Ciekawosc wzrosla.
- O! ... do tej chalupy... Aaaa... to pani!!!
Chlopa nagle olsnilo. Usmiechnal sie szeroko, porazajac mnie blyskiem srebrnego zeba. O! zupelnie jak w "Kevinie...", pomyslalam, odwracajac wzrok od zeba i kierujac go na osniezona droge i owijajac sie, nie wiadomo czemu, szczelniej szalem.
- I na takim zadupiu... nie boi sie pani, tak pod lasem...? A pani to tak sama... W ogole?!
Srebrnozebny zwolnil znacznie, co oznaczylo dalsze pytania.
- Nie, nie sama... mam dwa dobermany... ! Wie pan, ze to najgrozniejsze psy... i moga czlowieka w ciagu kilku minut rozszarpac na strzepy!
Cisza. Samochod jechal w tempie zolwim. Pomyslalam, ze chyba predzej pieszo bym zaszla.
- I co pani bedziesz tu robila, na tym zadupiu?! Tu wszyscy uciekaja do miasta, bo co tu robic... Zainteresowal sie Srebrnozebny.
- Bede chodowac kozy i robic sery... bo zdrowe. A kozy to boskie stworzenia.
Chlop zaniemowil.
- Oj... pani to jakas... nawiedzona... a moze to z tych Jechowych? Chlop usmiechnal sie niewyraznie, blyskajac srebrem i ukazujac przy tym cala reszte mocno nadszarpnietego zebem czasu, o blizej nieokreslonej barwie, uzebienia. Odwrocilam sie z niesmakiem i zaczelam grzebac w plecaku... wyciagajac po kolei mlotek, srubokret i noz...
- O! Pani to jak widac uzbrojona po zeby! zakwilil Srebrnozebny.
- Zawsze jestem przygotowana na wszystko, odparlam, kladac nieznaczny nacisk na slowo "Zawsze" i usmiechajac sie rozbrajajaco.
- O tak pani! Srebrny podchwycil temat... bo teraz to czlowiek nie zna ani dnia, ani godziny... widzisz pani przeciez co to sie na swiecie dzieje!
Po plecach przeszedl mi dreszcz. Zapadla cisza. Poczulam sie jakos nieswojo. Zaczelam ponownie grzebac w plecaku, wygrzebujac najwiekszy ze srubokretow i... dezodorant w rozpylaczu., ktory zawsze mam przy sobie, ot tak ... na wszelki wypadek.
Chlop nie spuszczal ze mnie oka, gdy tymczasem dojechalismy do krzyza.
- No to jestesmy! Z wyraznym zalem w glosie zakomunikowal.
- Dobrze, ze masz pani alarm, oj bo bez tego, to wiesz pani, rozne medy sie tu kreca!
Pomyslalam z wdziecznoscia o moim Agencie, ktory nawiasem mowiac mial wypadek i lezal w szpitalu i dlatego to wtedy nie mogl byc u mnie, biedaczek! Ale alarm funkcjonuje jak nic!
- A gdybys pani potrzebowala fachowca do rygipsow... albo elektryka, albo hydraulika... to zglos sie do mnie, mieszkam w J!
Srebrnozebny najwyrazniej, nie mial zamiaru sie ze mna rozstawac.
- O... ! to pan taki Fachowiec od wszystkiego?!
- Tak, pani... klade regipsy i robie... elektryke i... hydraulike i...
- Nie, nie bede klasc regipsow... bede tynkowac glina... a ocieplac sloma!
Chlop zasmial sie perliscie, wyraznie ubawiony, poblyskujac srebrem. Cos chcial pewnie powiedziec, ale ja szybko wyskoczylam z auta, rzucajac sie jak furia w strone furtki.

Ogarnelam wzrokiem chate, dach, komin, zabite okna i drzwi, oborke, czeresnie... i odetchnawszy gleboko, ze wszystko STOI na swoim miejscu... rzucilam sie do klodki. Srebrnozebny jeszcze nie odjechal, tylko przygladal mi sie ciekawie z uchylonego okna, nie dziwilam sie zreszta, nie co dzien spotyka sie przeciez... NAWIEDZONA!
- Dziekuje panu!, krzyknelam. A on widzac, ze to juz naprawde trzeba sie rozstac, odjechal.
Odetchnelam!
Otworzylam klodke i weszlam na zasypane sniegiem podworze. Na sniegu widnialy jedynie slady zwierzat. Pobieglam do strumyka, chcac sprawdzic, czy aby nie wylal... na szczescie nie wylal. Chata stala, obora stala... wszystko zdawalo sie byc w porzadku i na miejscu.
Odetchnelam ponownie!
Dziwne. Zadnych, naprawde zadnych niespodzianek!
A to dopiero... NIESPODZIANKA!!!
I nie majac czasu, na dalsze zastanawianie sie, zamknelam furtke. Z wielka czuloscia spojrzalam na wywieszke" security", myslac o jakze... uroczym i jakze.... tajemniczym Agencie B. ktory to biedaczek tak sie wycierpial w tym szpitalu....! Ach jakze mu bylam wdzieczna za ten Alarm... ktory tak podzialal na wyobraznie! I gdyby ten moj Agent tak nagle sie pojawil... rozmarzylam sie... to z pewnoscia rzucilabym mu sie na szyje... juz chociazby dlatego... iz byl tak szalenie tajemniczo-urzekajacy!
Ech... Ci Agenci!!!

Sasiadka Zofia, powitala NIEZWYKLYMI nowinami.
- Oj, pani... jakie to nieszczescia nas spotkaly! Chlop jechal po pijaku, bez prawa jazdy... i rozwalil sie! Pani! Samochod rozbity, a on na policji! Biadolila kobiecina, lapiac sie za glowe.
- Oj, pani... i musieli my zaplacic piecset zlotych, zeby go wypuscili... !!!
- I co, wypuscili!?
-Wypuscili, a jakze! A teraz ani pieniedzy, ani samochodu... oj, pani!!! zabiadolila znow.
- Wypuscili?! Za piecset zl.?!!!
- Oj, pani... tyle my stracili... i auto rozwalone!!!
- Ale jak to... jechal bez prawa jazdy?!, nie rozumialam.
- No tak, toc zawsze tak przecie jezdzil?!
- O Matko Swieta! Po pijaku... bez prawa jazdy... I zostal wypuszczony?!!!
- No tak... przeciem my zaplacili!
- Piecset zlotych!!!
- Przecie mowie... tyle pieniedzy, pani...! Boze Milosierny...! Zlapala sie za glowe.
Westchnelam. Piecset zlotych. Tyle kosztuje jazda po pijaku. Bez prawa jazdy.

Dalsze wiesci byly rownie, nader OPTYMISTYCZNE. Otoz Mirek, byly stroz, jadac po pijaku, a jakze, przecie wszyscy tak tu jezdza, z tym, ze na rowerze, spadl i zlamal sobie dwa zebra... W chalupie u Mirka bida z nedza i nawet dary zostaja systematycznie przepijane... A tego, kto do mnie sie wlamal, otwierajac drutem klodke...to p. Zofia niestety nie widziala... chyba to nie Mirek, bo u nich teraz picie notoryczne...
I p. Zofia nie chciala wcale przestac, tyle miala jeszcze do opowiadania! Ale ja podziekowalam grzecznie i wybieglam na droge, modlac sie w duchu o niespotkanie: Srebrnozebnego, Mirka, najstarszego syna Mirka... i o niespotkanie w ogole... NIKOGO!
I nagle... trzykilometrowa droga przez las, wydala mi sie balsamem dla mojej... duszy.








26.01.2011

Dla Kuby...


" A jednak wierze w Arystokracje. Nie w Arystokracje wladzy i sily, lecz w Arystokracje ludzi pelnych empatiii, troski, odwagi. Ich czlonkowie znajduja sie we wszystkich nacjach, we wszystkich warstwach spolecznych i w kazdym wieku, a miedzy nimi istnieje tajemna, im tylko wiadoma nic porozumienia. To wlasnie Oni uosabiaja prawdziwa ludzka Tradycje, prawdziwe zwyciestwo naszej dziwnej Rasy nad okrucienstwem i chaosem tego swiata. Tysiace z nich pozostaje w cieniu, a tylko nieliczni wychodza na swiatlo dzienne, traktujac innych z taka sama troska, jak i siebie. To ludzie odwazni, a ich odwaga to nie puste slowa, ale sila, sila do dzialania. I maja poczucie humoru."
E.M. Forster


Mialo byc remontowo... a bedzie o... Kubie.
O psie - Kubie. A stalo sie to za sprawa Szarego Wilka, po przeczytaniu postu o podpalonym psie, a potem na stronie Fundacji"Mrunio" dokladnej relacje wraz ze zdjeciami Kuby.

http://chwiladlapupila.pl/wszystko-o-podpalonym-kubie/podpalili-psa-cudem-przezyl/

Wstrzasnelo to mna do glebi i pomyslalam, ze nie moge i ze nie chce pisac ani o... kwiatach... ani o ogrodach... ani tym bardziej o remontach... i o tych wszystkich, jakze nagle tak malo istotnych sprawach... wobec ogromu CZYJEGOS cierpienia.
I postanowilam napisac choc pare slow, choc taki maly poscik... o NIM... o Kubie... i dla NIEGO... jako takie chociazby niewielkie Zadoscuczynienie... za to co go spotkalo. Od Czlowieka... dla PSA.
Tak wiec zaczne... zaczne moze wlasnie tak:

"... Kochany Kubusiu... byles z pewnoscia kochanym psiakiem, ale miales pieskie zycie... na lancuchu... w kojcu... zabrano ci WOLNOSC... cos najpiekniejszego, co moze byc... i zabrano ci MILOSC. Pozostala samotnosc w byle jak zbitej, zimnej budzie... az w koncu cie podpalono...!!!
- Dlaczego?!, zapytasz z bolem.
- Dlaczego?!
Odpowiedzi jest wiele. I moze nia byc czyjas chec zabawy... chec zabicia czasu... nuda... brak milosci... Tak wiele jest odpowiedzi! A znakow zapytania jeszcze wiecej. Nie szukaj wiec jej. Bo nawet jak znajdziesz, to i tak nie zrozumiesz.
Ty, ktory w swoim zyciu niczego, absolutnie niczego procz milosci do czlowieka nie znales. Milosci bezgranicznej. Tej bezwarunkowej. Takiej, ktorej prozno szukac w swiecie. A ktora jeszcze tylko u dzieci mozna znalezc. I ktora Tobie niestety, nie zostala dana...!
Drogi Kubusiu zadne slowa nie wyraza tego, co czuje i tego co czuja inni, gdy mysla o Tobie..."

Urwana glowa psa przywiazanego do auta... podpalenie... zabicie siekiera... To tylko niektore z jakze licznych przykladow, ktore przekazuja media. A jest jeszcze przeciez tysiace tych, o ktorych w ogole nie wiemy. To ciche psie, kocie... dramaty, ktore maja miejsce tak jakby... na PORZADKU DZIENNYM!!!
Wiec dlaczego?!
Odpowiedzi jest wiele, A czasu, tak malo. Zycie PSA to jedna krotka chwila, ktora zostala mu dana. Tak jak i nam.

Zwierzeta... te male i te duze. Domowe i te udomowione przez czlowieka, a potem porzucone, lub maltretowane z jakze wyszukanym okrucienstwem... ot, tak dla zabicia czasu... dla wlasnej przyjemnosci...!
Zwierzeta, tak ufne, pelne milosci i dobroci.

Zwierzeta? Produkt ODPADOWY naszej cywilizacji?!

I wobec rozpierajacej nas dumy z osiagniec wspolczesnej nauki i techniki, do ktorych niewatpliwie sie przyczynilismy, w dobie komputerow, laserow i lotow na ksiezyc, wynalazkow, przeszczepow... mam nieodparte wrazenie, ze jednak jako... LUDZIE nie w pelni sie sprawdzilismy?!

" ...Kochany Kubusiu... wazne jest to, zebys uwierzyl, ze sa na swiecie ludzie, ktorym Twoj los i los innych stworzen lezy na sercu. To ludzie, ktorych okresla sie mianem - ARYSTOKRACJI - to ludzie pelni empatii i troski o innych. To Ambasadorzy Swiatla i Milosci. I wierze, wierze gleboko w to, ze Ty pewnego dnia spotkasz TAKA wlasnie osobe, ktora podaruje ci swoje SERCE!!! A wiec nie pytaj: Dlaczego?! Bo odpowiedzi jest wiele. A Ty musisz wybrac ta wlasciwa. Ta najlepsza dla Siebie. A moze znajdziesz ja tutaj... w tej opowiesci? Jest dla Ciebie. Ofiaruje ja Tobie:

"Pewien czlowiek, odwiedzil ktoregos dnia schronisko dla zwierzat. I szedl wzdluz rzedu szarych, waskich klatek z metalowymi kratami. I spojrzal w oczy siedzacych w nich stworzen. I zobaczyl w nich bol, cierpienie, smutek, nadzieje i wielkie przeogromne poklady milosci. I poczul ogarniajaca go wscieklosc. - Boze!- zawolal - Przeciez to okrutne! Dlaczego nic nie zrobisz?! Bog popatrzyl na niego w milczeniu, po czym rzekl: - Juz zrobilem. Stworzylem CIEBIE."

" ... Kochany Kubusiu... odpowiedzi jest wiele. A Ty musisz znalezc te wlasciwa. A moze juz JA znalazles?!!!"

Wiec Kochani, przeslijmy Kubie nasze pelne milosci i pozytywnej energii MYSLI, szybkiego powrotu do zdrowia... i wiary, wiary i nadziei w CZLOWIEKA!

"... A ja przesylam Tobie... Serduszka Dwa."


29.12.2010

Na Dobry Poczatek...

Chcialam Wam, moi Kochani przede wszystkim podziekowac za to, ze przez te wszystkie dni BYLISCIE ze mna i z moja wiekowa Ruinka!
Nie wyobrazacie sobie nawet, jak wiele znaczyly dla mnie Wasze slowa otuchy, Wasze wsparcie i cale te poklady dobrej energii, ktora mi przesylaliscie. I gdy w chwilach najwiekszego zwatpienia, czytalam Wasze komentarze typu:
"... kobieto, nie zalamuj sie, dasz rade... zacisnij zeby i idz do przodu!" lub "... warto, walcz dalej, nie poddawaj sie!" czy "... dasz rade, bo robisz cos waznego!" Zaciskalam zeby i ruszalam do przodu, powtarzajac Wasze slowa jak mantre, podczas gdy wszyscy pukali sie w czolo, wolajac co robie!
To Wy wlasnie dodawaliscie mi swoja wiara sil do walki! I jakze czesto to jedno, jedyne slowo moze zmienic tak wiele.! I walczylam! I dalam rade! I za to wszystko bardzo Wam DZIEKUJE!
Przede mna nowe wyzwania, przeprowadzka do chaty i dalszy remont... tak wiec dalsze Wasze wsparcie bedzie po prostu... nieodzowne!

A na Dobry Poczatek, tego Nowego, 2011 Roku Wszystkim Wam dedykuje utwor Marka Grechuty "Dni, ktorych jeszcze nie znamy".




Tyle było dni do utraty sił
Do utraty tchu tyle było chwil
Gdy żałujesz tych, z których nie masz nic
Jedno warto znać, jedno tylko wiedz, że

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy
Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy








Pewien znany ktoś, kto miał dom i sad
Zgubił nagle sens i w złe kręgi wpadł
Choć majątek prysł, on nie stoczył się
Wytłumaczyć umiał sobie wtedy właśnie, że

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy
Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy







Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy?
Jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych?
Jak oddzielić nagle serce od rozumu?
Jak usłyszeć siebie pośród śpiewu tłumu?








Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy?
Jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych?
Jak odnaleźć nagle radość i nadzieję?
Odpowiedzi szukaj, czasu jest tak wiele...




Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy
Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy



A swiat caly okryl sie biala, puchowa, przecudna pierzynka. Taka ciepla i srebrno-bezpieczna!
I jakby spowolnial... w rytm padajacych leniwie platkow sniegu. I zrobil sie jakis inny, piekniejszy... Z tymi dostojnie ubranymi w biel jak najpiekniejsze panny mlode, drzewami i ta wszechogarniajaca biela.
I ten spokoj i ta cisza wokol! Jak w bajce. I tylko Krolowej Sniegu, ktora jednym musnieciem reki moglaby wszystko zaczarowac, pedzac w swym konnym zaprzegu przez srebrna biel, brakuje!
Wczoraj, gdy szlam platki sniegu przybraly wyglad srebrnych gwiazdek. Gwiazdki z Nieba! Gwiazdki, po ktore wystarczy tylko... siegnac reka... cichutko wypowiadajac zyczenie i... JUZ!
Srebrno-biale gwiazdki to takze... PREZENT dla Nas... od swiata... na ten Nowy Rok!


... Trzysta szescdziesiat piec dni... w ktorych nasze MARZENIA SPELNIAMY!!!!




W Nowym, 2011 Roku
zycze Wam wszystkim
tych trzystu szescdziesieciu pieciu
wspanialych, pelnych
radosci i ciepla dni.

20.12.2010

W ten swiateczny czas...

Swieta... Czym sa swieta...? Czym sa tak naprawde? Tyle juz o nich napisano... i wciaz jakby... za malo. I jakby zadne z tych slow nie bylo w stanie oddac tej ICH calej niezwyklosci!? Bo czy mozna w ogole niezwyklosc ubrac w slowa!?
Swieta... to malujace sie wciaz od lat na naszych twarzach zdziwienie, zdziwienie, ze to... juz, ze dopiero przeciez... listopad... ze jesien... ze zegar czasu bije tak szybko... za szybko... ze tak trudno nadazyc...! A One i tak nic sobie z tego nie robia... przychodzac jak co roku... o zwyklej porze... tak punktualnie... z zegarkiem w reku... pukajac cichutko do naszych drzwi i przypominajac nieublaganie, ze to... JUZ !
Czym sa Swieta ? I czy mozna je zdefiniowac? Mozna jak wszystko. I wg. definicji Boze Narodzenie to uroczystosc Narodzenia Panskiego. Jest to liturgiczne swieto stale przypadajace na 25 grudnia wg. kalendarza gregorianskiego, poprzedzone trzytygodniowym okresem oczekiwania, zwanym adwentem. Boze Narodzenie to zwyczaje i symbole takie jak: oplatek, szopka, choinka, koledy...
To tyle definicja... Ale czym sa swieta... tak naprawde?
Czy swieta to jedynie biel oplatka na snieznobialym obrusie... Zapach choinki... dzwiek koledy... tej jakze polskiej... Czy to smaki i zapachy zapamietane z dziecinstwa... I potrawy, ktorych nie moze zabraknac na wigilijnym stole... ? Czy to... wolne miejsce dla spoznionego goscia...?
Czy tez moze... to nieodgadnione i niewytlumaczalne wzruszenie zalewajace ciepla fala nasze serce...? Czy radosc dziecka... gdy ujrzy pierwsza gwiazdke na niebie... czy rodzina zgromadzona przy wigilijnym stole...?
I jedno jest pewne... ze to Czas magiczny, wyjatkowy, jedyny i niepowtarzalny.
Swieta... To na zawsze zatrzymane w sercu zapachy i smaki zapamietane z dziecinstwa. Jedyne, ktore przechowywuje sie w sercu jak najdrozszy talizman. I ktore, co roku o tej samej porze, gdy tylko zamknie sie oczy, powracaja... wciaz i wciaz, nie pozwalajac zapomniec!
Swieta... To pachnaca lasem choinka, a na niej bialy aniolek wyciety z papieru przy kuchennym stole w zimowe, dlugie wieczory, z przyklejonymi tak niezdarnie dziecinna reka anielskimi wlosami... Taki prosty i zwyczajny... W ktorego wlozylo sie cale serce... I ktorego nie sposob zapomniec. To serduszko z piernika... To orzech wloski zawiniety w zloty papierek po cukierkach... To szyszka przyniesiona prosto z lasu... To wydziergana na szydelku gwiazdka z resztek starych babcinych koronek... To dlugi lancuch z cienkich kolorowych papierkow, tak mozolnie klejony w zimowe wieczory... To pozlacane serduszko..., ktore z takim namaszczeniem pozniej, w ten jeden, jedyny wieczor zawieszalo sie na zielonym drzewku... To lampki w ksztalcie swieczek, zastepujace pozniej, w obawie przed pozarem, te prawdziwe.
I te wszystkie cudenka wykonywane na dlugo przed swietami, jakze pieczolowicie przechowywalo sie potem w kartoniku po butach, az do Wigilii, a potem... az do nastepnej i... znow do kolejnej... jak najdrozsze skarby, o ktorych nie sposob przeciez zapomniec!?
Swieta... to dlugie, goraczkowe przygotowania, zaczynajace sie juz w grudniu.... To cala lista sprawunkow i rzeczy do zrobienia, zapisanych w kalendarzu mamy na dlugo przed ich nadejsciem.
Swieta... to zapach siekanych migdalow i wanilii... To na dlugo nieczynna lazienka... bo zamieszkal w niej... pan Karp, jak go nazywalam. Pan Karp caly w srebrnych luskach, walacy pletwami w boki za ciasnej wanny i rozchlapujacy wode po niebiesko- bialych kafelkach i patrzacy na lazienkowy swiat tymi swoimi zdziwionymi, rybimi, oczyma. I zniecierpliwiony glos mamy: zabij wreszcie te rybe, niech juz tak nie plywa! I glos ojca: a niech sobie jeszcze troche pozyje! I moje niesmiale, w obronie pana Karpia: a moze by go tak... wypuscic do rzeki? I grozna mina mamy... ze swieta bez karpia to przeciez profanacja! Profanacja? I nie rozumiejac tak do konca znaczenia tego slowa, czulam jednak podswiadomie, ze to musi byc cos strasznego i ze Swieta... to musi byc... Cos naprawde waznego.
Swieta... To jakze zmienne koleje losu.... a kazde z nich to inna, oddzielna karta historii zapisana w naszym zyciu, nasza wlasna , jedyna i niepowtarzalna.
Swieta...? To czyjas twarz... czyjes oczy... wyryte w sercu jak pomnik z kamienia...
Swieta.... To... maly bialo- szary, z odgryzionym i tak smiesznie opadajacym na bok uszkiem piesek..., ktory zasiadl wraz z nami pewnej Wigilii do stolu... I nasza radosc, a jego ogromne, malujace sie w oczach przerazenie, ze moze... to tylko tak... na CHWILE... i ze potem znow, gdy skonczy sie ten swiateczny czas... czas dobrych uczynkow... odesle sie go tam, skad przyszedl...!? Bo przeciez czas dobroczynnosci dla zwierzat nie moze trwac wiecznie! I ta jego ogromna radosc, ze... jednak to naprawde... i ze, czas dobrych uczynkow nie musi sie przeciez NIGDY konczyc!
Swieta... to cala gama uczuc... i tych radosnych i tych smutnych i tych jakze bolesnych. To radosc pulsujaca w powietrzu, to smiech dziecka... gdy z noskiem przylepionym do zimnej szyby wypatruje tej jednej, jedynej gwiazdy, dajacej poczatek Czemus... Czemus niezwyklemu!? I ten okrzyk radosci... ze juz JEST... i ze wlasnie sie ukazala! I wielka niewypowiedziana radosc i jakas nagla, nieopisana chec... przytulenia do serca... calego swiata!
Swieta... to obrazy i zdarzenia schowane gdzies tam w zakamarkach duszy, a kazde z nich mogloby stanowic oddzielny rozdzial naszego zycia.... tak nierozerwalnie spleciony z nastepnym.
Swieta... to... zatrzymany pod powiekami obraz... rzedu ceglanych domow z bialymi oknami, tak rownych i identycznych, jak nigdzie indziej na swiecie! To czas gdy wsrod ceglanych murow i pustych ulic, slowo "Swieta" przestalo miec jakiekolwiek znaczenie. A wstrzymywane pod powiekami lzy pecznialy i pecznialy z kazda minuta i godzina... I gdy w mrozna grudniowa noc, rozklekotanym autem pedzilam zasypana sniegiem autostrada... Byle dalej i dalej...! I to ogromne uczucie ulgi na widok znajomych domow i pelnych swiatecznego gwaru i zgielku ulic. I lzy wzruszenia na widok... bialego oplatka na snieznobialym obrusie... zapachu siekanych migdalow zmieszanego z wanilia... dzwieku koledy... tej jakze polskiej. Ten zapach... tak wzruszajacy... jeden jedyny i niepowtarzalny. I gdy slowo "Swieta" znow nabralo znaczenia.
I obraz innych swiat... innych ulic i domow, gdzie zamiast choinki na szaro - bialym obrusie wsrod lukrowanych piernikow, stal czerwony Mikolaj z pekatym brzuchem i dzwonkami w reku, ktory za nacisnieciem guzika podskakiwal jak w transie, spiewajac "Jingle Bell " i zasmiewajac sie przy tym glosno, pobrzekiwal dzwonkami, jakby chcac zagluszyc wszystko to, co wazne. I moje zdziwienie... ze i tak tez mozna i... ze to TEZ swieta.
Swieta... To wyryty w sercu obraz tego... jakze dziwnego i obcego chlopca, ktory pojawil sie tak nieoczekiwanie w ten swiateczny czas... jak gdyby tylko na to czekajac...!? I gdy zastanawialam sie potem, czy byc moze... Maly Ksiaze, nie jest jakims duchem zeslanym po to... aby przekazac mi jakas niezwykla tajemnice... otwierajac mi oczy i serce...!? I zeby slowo swieta nabralo nowego, nieznanego mi jak dotad ZNACZENIA !?
Swieta... Czym sa tak naprawde?
Czy to obraz... tego grudniowego, pogodnego dnia, gdy szlam przez osniezony las do zasypanej sniegiem chaty Heleny i Wladyslawa... wstrzymujac jak zwykle oddech na widok jej niezwyklego piekna... I gdy torujac sobie droge wsrod zwalow smieci doszlam do kuchni i z zapartym tchem stanelam przed... bialym babcinym kredensem ze szklanymi szybkami i tymi smiesznymi malymi szufladkami... aby z jego dna wygrzebac... pozolkle juz, ale jeszcze ze sladami tej dawnej niezwyklej bieli... choinkowe swieczki z metalowymi lichtarzykami i metalowymi klamerkami w ksztalcie swierkowych galazek... Jakze niepowtarzalnie piekne! I gdy pod powiekami zobaczylam obraz... Heleny i i Wladyslawa, gdy w ten wigilijny wieczor przypinaja je na choinkowym, z pobliskiego lasu przyniesionym, tak bardzo pachnacym... jak zadne inne, drzewku... I jak siadaja przy nim z rekoma splecionymi na kolanach... i patrza na cieple swiatlo swiec, grzejac sie w ich blasku. I poczulam zapach tamtej choinki, tak intensywny, jak nigdy dotad... i cieplo swiec oswietlajacych lagodnie ich twarze.
Swieczki zostaly przez skuwajacego tynki i robiacego ogolny porzadek w chacie p. Henia... wywalone i spalone. I p. Heniu nie rozumiejac moich pretensji i zalu za ta ohydna starzyzna, jak ja nazwal, zdenerwowal sie w koncu mowiac: Pani, kupisz sobie przeciez nowe, ciesz sie, ze... spalilem, na diabla ci to cale smietnisko! Malo to smieci wala sie po lesie! Idz i sama zobacz!
I poszlam. Poszlam do lasu, jak tylko sniegi stopnialy i odslonily te wszystkie powywalane przez ludzi paskudztwa i brudy. I szlam przez ten las... z opuszczona glowa i z zacisnietymi ustami, wstydzac sie... spojrzec MU w TWARZ!
Las i jego cale bogactwo... to tez Swieta. Las, ktory obdarza nas pachnacymi swierkami, ktore potem z takim namaszczeniem ustawiamy w rogu pokoju... smazac grzyby do wigilijnej kolacji i delektujac sie ich zapachem i smakiem. I dostajemy je... ot, tak... po prostu... w prezencie, dla nas... Ludzi.
Las jest chojny i cierpliwy... i czeka, liczac, ze czas dobroczynnosci dla NIEGO... lasu... moze kiedys nadejdzie... w ktores, kolejne swieta!
Las i jego mieszkancy czyli zwierzeta... te zyjace na wolnosci... to tez swieta. I choc mnie zawsze sie wydawalo, ze tylko ptaki tak naprawde sa wolne... I te zyjace w schroniskach, ktorym powinno byc... wlasciwie dobrze, a nawet bardzo dobrze, bo sa przeciez pod opieka... CZLOWIEKA. I te z cyrku... zeby ludzie mieli atrakcje... i konie... i te na krotkich, bardzo krotkich lancuchach przy byle jak napredce skleconych budach... Zwierzeta, dla ktorych robi sie rozne akcje swiateczne jak np. Wielcy - Malym. I choc tak do konca trudno powiedziec, kto jest tym Wielkim, a kto tym Malym... I czy ci Mali - to CI z wielkim sercem...?
Swieta... To czas dobroczynnosci dla ludzi... dla zwierzat... czas, gdy fala dobroci tak niespodziewanie zalewa nasze serca. I gdy normalnosc staje sie SWIETEM.
Swieta... to czyjas samotnosc i ... czyjas nadzieja... i nasze puste miejsce przy wigilijnym stole...
Swieta... to...?
I tak wiele mozna by jeszcze napisac... i powiedziec... A i tak zadne ze slow nie odda tego, czym sa one... tak naprawde. I wszystko to i tak bedzie... jakby za MALO.

I wszystkim, tym Wielkim i tym Malym zycze radosnych, takich
otwierajacych oczy i serca
swiat i posylam bozonarodzeniowego Aniolka.




6.12.2010

Po-remontowy czas...

Po-remontowy czas zaczal sie choroba..., ktora przyszla nagle, niespodziewanie, a ktora czaila sie dlugo, gdzies tam w zakamarkach, tak jakby chciala wyczekac tylko odpowiedni moment, aby zaatakowac. I zaatakowala... stawiajac znak STOP. A dawno zapomniane slowo WYSTARCZY... znow nabralo znaczenia. I bezbronna jak dziecko, przykuta do lozka, z atakami goraczki i jakiegos nieziemskiego kaszlu... rzucona na kolana... nie moglam juz nic i wszystko nagle przestalo miec jakiekolwiek znaczenie. Tyle spraw, tyle slow, tyle rozmow... a wszystko... takie malo istotne. I ze wzrokiem wbitym w zegar przy lozku... odliczalam czas, tak jakby nic poza nim nie istnialo! A moze nie istnieje naprawde!?
Tik tak tik tak...
Zegar czasu bije... odmierzajac sekundy, minuty, godziny, dnie, lata... Lata cale, w ktorych zawarte jest zycie czlowieka. Tyle rzeczy do zrobienia... tyle spraw nie cierpiacych zwloki... I nagle to wszystko, w jednej chwili... staje sie tak malo istotne... i dom .... i agent B.... i aniol M... i cala reszta. Zegar czasu jest nieublagany i nie podaruje ani jednej minuty! A ja myslalam, ze dana jest mi cala wiecznosc, myslalam, ze jestem pania Wszechswiata.... A mam tylko SIEBIE. I mam swoj czas.
Tik tak tik tak... Zegar czasu przemawia tak cierpliwie, jak do niesfornego dziecka... Tlumaczy po raz setny, tysieczny...! I daje kolejna szanse! Tak, tak... wiem! Juz wiem.! Odejdz!... blagalam, ze lzami w oczach... juz wystarczy...! Nie jeszcze nie, jeszcze nie pora... slysze zimny glos mojej WLADCZYNI... ktora przyszla nieproszona, jak zwykle, a w rekach, ktorej... zawisl nagle moj los. Nie jeszcze nie czas... i nowy atak goraczki i kaszlu daje znac o sobie. Powala na kolana, jakby chcac mi dusze wyrwac!
Tik tak tik tak...
Moge tylko odliczac. Czuje sie taka marna... skurczam sie i staje sie... pylkiem... Wiruje gdzies tam we Wszechswiecie wraz z tysiacem innych pylkow... aby potem spasc na ziemie i przestac istniec. Jedna jedyna, bezcenna chwila dana jest pylkowi.
Jestem teraz pokorna i ulegla, nie tak jak kiedys. Kiedys traktowalam chorobe po macoszemu, a teraz wiem, po co przychodzi. I wiem, ze zawsze ma cos ukrytego w zanadrzu... i ze zawsze mnie czyms zaskoczy, i ze wlasciwie... powinnam byc wdzieczna. To nabywa sie z czasem, nic nie jest dane od razu, na wszystko przychodzi czas.
Tik tak tik tak...
I gdy w koncu odeszla... moja WLADCZYNI... I gdy juz WYSTARCZYLO... a ja moglam wstac... i znow patrzec na swiat oczami dziecka... i poruszalam sie tak, jakbym byla z chinskiej porcelany, bojac sie, ze przy wiekszym ruchu rozsypie sie na tysiace drobnych kawalkow. I gdy moglam parzyc herbate... robiac z tego rytual... delektujac sie jej smakiem i zapachem. I gdy potem z kubkiem herbaty w reku, w fotelu, moglam patrzec na platki sniegu za oknem, czujac radosc dziecka i dziwiac sie... ze to juz zima... ze grudzien.... i ze zaraz swieta.
Tik tak tik tak....
Platki sniegu za oknem wiruja tak delikatnie, tak lekko... zapatrzylam sie na nie... I moglabym tak godzinami siedziec i patrzec, myslac o cudzie natury. I gdy tak na nie patrze, to mysle, ze przeciez one wcale nie maja ksztaltu gwiazdek, jak mi sie zawsze wydawalo,przypominaja raczej labedzi puch... tak jakby Ktos tam na gorze trzepal pierzynke puchowa... i biale labedzie piorka leniwie spadaly na ziemie! Bedac dzieckiem usilowalam lapac je do torby, chcac miec gwiazdki z nieba... a potem co tchu bieglam do domu i z rozczarowaniem patrzylam na... wode na dnie torby. Biale piorka za oknem staja sie coraz wieksze i leca najpierw leniwie, a potem wiruja coraz szybciej, padajac na parapet i ukladajac sie w puchowa pierzynke. Zapatrzylam sie na nie, zapomninajac, ze ostatnio prawie tylko bieglam.
Tik tak tik tak...
Jaka cisza. Jaki spokoj... I ta biel za oknem. Biel to spokoj. Lubie zime, a najbardziej listopad i grudzien... Te dwa mroczne miesiace maja cos magicznego w sobie, jakby kryly jakas tajemnice!? Lubie wtedy zapalic swiece i siedziec wpatrzona w jej cieply plomien...
Biala puszysta kolderka otulila swiat, ktory zrobil sie od razu jakis piekniejszy. I pozakrywal te wszystkie niedoskonalosci i brudy tego swiata. A ja mam czas, mam czas na to co wazne, bo na to, co nie wazne juz go nie mam... zasmialam sie mojemu Czasowi prosto w twarz! Labedzie piorka za oknem zaczely sie powiekszac, ale dalej byly jakies leniwe. Pamietam jak bedac dzieckiem lubilam na nie patrzec i na wzory na szybie, ktore malowal dziadek mroz, jak mowila mama. Byly jak dziela sztuki. Albo sople lodu... ktore z taka luboscia sie lizalo? Albo gdy ze smiechem lapalismy platki sniegu, kto wiecej nalapie! I gdy szalelismy na sankach, a potem z zarumienionymi od mrozu i radosci policzkami, utytlani sniegiem wracalismy do cieplego domu, aby ogrzac sie przy piecu i wysluchac kolejnej zimowej opowiesci. Teraz nikt juz nie slucha zimowych opowiesci... i kto by je tam opowiadal? Szkoda czasu. Zima dawala tyle radosci! Czy teraz tez daje... czy tez stala sie przeklenstwem, ktore najchetniej wymazaloby sie z kalendarza raz na zawsze! I tylko dzieci zawsze ciesza sie z zimy. Bo dzieci to cos cudownego.
Tik tak tik tak...
Juz poludnie mysle, patrzac w niebo. Wlasciwie to nie obchodzi mnie godzina. Mam przeciez czas. Mam czas na to co wazne, powtarzam na glos. Czas nalezy odmierzac wschodami i zachodami slonca... Tak robili dawniej ludzie i to bylo dobre. W miescie to niemozliwe w tej ustawicznej gonitwie... w pracy... W pracy... Pomyslalam o mojej pracy, ktora nic, nic... procz pieniedzy mi nie daje... stepiajac dusze i umysl. A tak naprawde... to co ja wlasciwie w niej robie!? Nic?!
Tik tak tik tak. Zegar czasu znow przypomnial o sobie.
Wstalam i podeszlam do biurka, otworzylam najmniejsza z szufladek i wyjelam z niej wieczne pioro... Obracalam je w dloni przez chwile, jakby widzac je po raz pierwszy... Kiedy ostatni raz nim pisalam, zamyslilam sie. Przed miesiacami... bo nie mialam czasu. Bo nie mialam czasu na to co lubie. Tik tak tik tak... Siegnelam po kartke papieru i napisalam to co czulam, napisalam wymowienie z pracy, w ktorej nie robilam... NIC! I poczulam, jak jakichs niewidzialny ciezar... spada mi nagle z serca. Poczulam radosc. Spojrzalam z czuloscia na pioro, wiedzac juz co bede robic.
Tik tak tik tak...
Kiedys pisalo sie tylko piorem. Pamietam jak w klasie staly rzedy drewnianych, zielonych lawek z pochylym blatem i z laweczka do siedzenia, stanowiace jedna calosc, jakze piekna! A w srodku blatu bylo miejsce na kalamarz. Szklany kalamarz, ktory pani napelniala niebieskim atramentem. Wszyscy pisalismy piorem, byla to jedynie zwykla plastikowa lub drewniana obsadka, do ktorej wkladalo sie stalowke, ktora zanurzona w niebieskim atramencie wyczarowywala literki. Rzad rowniutko wykaligrafowanych literek o okraglych brzuszkach. Istne cudo! A pani mowila, ze pioro wyrabia charakter, a po charakterze pisma poznaje sie czlowieka.
Trzeba sie bylo bardzo starac, aby literki byly rowne i aby nie zachlapac zeszytu atramentem... bo mozna bylo dostac po lapach od pani. A potem przykladalo sie do literek rozowy lub bialy "liniuszek", czyli taka bibulke i gotowe! Rzad rownych literek, osuszonych przez bibulke widnial na papierze. Ale duma! I nie mialo znaczenia, ze paluszki zachlapane byly atramentem... i mama mogla nakrzyczec... Jakiez to mialo znaczenie, gdy duma rozpierala! Potem kladlo sie pioro do drewnianego piornika z kilkoma przegrodkami -na pioro, na olowek, na gumke Myszke... tak sie nazywala, bo miala myszke narysowana na wierzchu... i na stalowki. Jak w "Plastusiowym pamietniku" mojej ulubionej ksiazce. Wszystko mialo swoje miejsce. Wszystko mialo swoj porzadek. I milosc do piora i do literek pozostala do dzis.
Tik tak tik tak...
I jak dzis pamietam tamten letni dzien, gdy po raz pierwszy, wbieglam do domu Heleny i Wladyslawa... ktory z czasem stal sie moim, a ktory tak naprawde pozostanie ICH... i gdy przeszlam wszystkie pokoje po kolei... zatrzymujac sie w ostatnim i wygrzebujac z wielkiego smietniska na podlodze... ta jedna jedyna rzecz... listy pisane ICH reka. I jak urzeczona wpatrywalam sie w pozolkle kartki papieru, zapisane rzedem rowniutkich literek, pisanych niebieskim, wyblaklym atramentem.... z tymi roztkliwiajacymi bledami ortograficznymi, wlasciwymi jedynie starszym ludziom, ktore tak bardzo mnie rozczulily!
Wieczne piora. Czy sa naprawde wieczne!?
A teraz? Teraz sa kolorowe dlugopisy, ktore mozna wyrzucic gdy sie wypisza i kupic nowe. I juz! To bardzo wygodne. Tylko, ze ja z tej wygody nie korzystam. Nijak nie umiem nimi pisac. Pisze tylko piorem, albo olowkiem i wycieram gumka Myszka. Tylko do urzedow, jakby z premedytacja jakas, pisze dlugopisem, cieszac sie w duszy z powstalych bazgrolow. Mam pelno olowkow i gumek. I mam dwa piora. Jedno ciemno-czerwone, na "codzien". I drugie srebrne, od "swieta". Marzy mi sie jeszcze czarne, ze zlota stalowka i dwoma waskimi zlotymi paseczkami u dolu nakretki... Wiem jakie ma byc... mam je pod powiekami, gdy zamkne oczy...
Labedzie piorka za oknem przybraly kolosalne rozmiary i leca teraz bardzo leniwie. Na moim parapecie utworzyla sie cudna biala,delikatna pierzynka. Jaka cisza. Jaki spokoj.
Tik tak tik tak...
Wyjelam swoj dziennik, do ktorego dawno nie zagladalam..., bo nie... Nie! Tego slowa juz nie uzyje. Wykreslam je z mojego zycia! Mam czas. Otworzylam. Ostatni wpis gdzies w listopadzie. Feee... nieladnie! Wzielam pioro do reki i wsluchujac sie w delikatny szmer stalowki na bialym papierze... szur... szur... szur... napisalam:
7 grudnia... Siedze w fotelu. Nie robie nic specjalnego, poza tym, ze... pije herbate... patrze na platki sniegu za oknem... troche mysle... troche pisze... i... Mam czas.