"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

1.02.2011

Droga do domu... i Niespodzianka...

Dzisiaj bedzie cos lagodnie - spokojnego.... gdyz ostatnio zrobilo sie dosc smutnawo od psich dramatow. Wiec nadszedl czas na USMIECH.
Zwlaszcza teraz, gdy wiem, ze Kubie juz lepiej i ze bedzie oddany do adopcji , co jest pocieszajace, jak i to, ze nie wroci do swojego smutnego, pieskiego zycia.
Tak wiec i w tym nieszczesciu, jak to zazwyczaj bywa, kryje sie iskierka szczescia.
I tak to juz jest... ze po smutku przychodzi radosc, a po lzach, usmiech.

Pora wiec na temat rownie bliski sercu, a o ktorym dawno juz nie pisalam... bo najpierw bylo tak bardzo swiatecznie... potem poswiatecznie... a potem tak roznie... I gdy wszechogarniajaca zimowa depresja i rozne smutki i smuteczki... nie odchodzily i trudno bylo pisac o chacie.
I tak oto temat... chaty zszedl na plan ostatni. A szkoda, bo to jakze wdzieczny temat... i dopiero ostatni telefon od sasiadki, o wlamaniu postawil mnie na rowne nogi i wyruszylam.
I jak zwykle pociagiem, autobusem, busem jechalam do celu, aby w koncu znalezc sie na znanym mi zakrecie, przy znajomej drodze wiodacej do wsi.
I ciezko wzdychajac, w zadumie spogladalam na wijaca sie przede mna, jakze urokliwa, zasypana sniegiem i skuta lodem, trzy- kilometrowa droge, wiodaca w czesci przez pola a potem przez las do... domu.
Musialam sie spieszyc, majac niecale trzy godziny, aby dojsc do chaty, potem do sasiadki i szybko wracac, aby zdazyc na ostatni w tym dniu autobus, a potem pociag. I choc las piekny, a sosny do samego nieba, to podziwianie nie bylo mi dane. Z dusza na ramieniu, rozmyslalam, jakaz to znow niespodzianke... uszykowala mi moja urocza chatka?!
Czeka mnie zapewnie znow COS niezwykle... niezwyklego!!!

Gdzies tam w srodku lasu, uslyszalam warkot silnika. Rozklekotana furgonetka byla coraz blizej, a gdy znalazla sie przy mnie, meski glos zapytal, czy nie podwiezc. Nie namyslajac sie wsiadlam, cieszac sie, ze zyskam na czasie.
- A pani to tak turystycznie... dokad to pania podrzucic...? Facet spojrzal ciekawie, zreszta nic dziwnego, przedstawialam dosc interesujacy widok, opatulona szalami... z plecakiem... sama... w srodku lasu...
- Do krzyza!
Ciekawosc wzrosla.
- O! ... do tej chalupy... Aaaa... to pani!!!
Chlopa nagle olsnilo. Usmiechnal sie szeroko, porazajac mnie blyskiem srebrnego zeba. O! zupelnie jak w "Kevinie...", pomyslalam, odwracajac wzrok od zeba i kierujac go na osniezona droge i owijajac sie, nie wiadomo czemu, szczelniej szalem.
- I na takim zadupiu... nie boi sie pani, tak pod lasem...? A pani to tak sama... W ogole?!
Srebrnozebny zwolnil znacznie, co oznaczylo dalsze pytania.
- Nie, nie sama... mam dwa dobermany... ! Wie pan, ze to najgrozniejsze psy... i moga czlowieka w ciagu kilku minut rozszarpac na strzepy!
Cisza. Samochod jechal w tempie zolwim. Pomyslalam, ze chyba predzej pieszo bym zaszla.
- I co pani bedziesz tu robila, na tym zadupiu?! Tu wszyscy uciekaja do miasta, bo co tu robic... Zainteresowal sie Srebrnozebny.
- Bede chodowac kozy i robic sery... bo zdrowe. A kozy to boskie stworzenia.
Chlop zaniemowil.
- Oj... pani to jakas... nawiedzona... a moze to z tych Jechowych? Chlop usmiechnal sie niewyraznie, blyskajac srebrem i ukazujac przy tym cala reszte mocno nadszarpnietego zebem czasu, o blizej nieokreslonej barwie, uzebienia. Odwrocilam sie z niesmakiem i zaczelam grzebac w plecaku... wyciagajac po kolei mlotek, srubokret i noz...
- O! Pani to jak widac uzbrojona po zeby! zakwilil Srebrnozebny.
- Zawsze jestem przygotowana na wszystko, odparlam, kladac nieznaczny nacisk na slowo "Zawsze" i usmiechajac sie rozbrajajaco.
- O tak pani! Srebrny podchwycil temat... bo teraz to czlowiek nie zna ani dnia, ani godziny... widzisz pani przeciez co to sie na swiecie dzieje!
Po plecach przeszedl mi dreszcz. Zapadla cisza. Poczulam sie jakos nieswojo. Zaczelam ponownie grzebac w plecaku, wygrzebujac najwiekszy ze srubokretow i... dezodorant w rozpylaczu., ktory zawsze mam przy sobie, ot tak ... na wszelki wypadek.
Chlop nie spuszczal ze mnie oka, gdy tymczasem dojechalismy do krzyza.
- No to jestesmy! Z wyraznym zalem w glosie zakomunikowal.
- Dobrze, ze masz pani alarm, oj bo bez tego, to wiesz pani, rozne medy sie tu kreca!
Pomyslalam z wdziecznoscia o moim Agencie, ktory nawiasem mowiac mial wypadek i lezal w szpitalu i dlatego to wtedy nie mogl byc u mnie, biedaczek! Ale alarm funkcjonuje jak nic!
- A gdybys pani potrzebowala fachowca do rygipsow... albo elektryka, albo hydraulika... to zglos sie do mnie, mieszkam w J!
Srebrnozebny najwyrazniej, nie mial zamiaru sie ze mna rozstawac.
- O... ! to pan taki Fachowiec od wszystkiego?!
- Tak, pani... klade regipsy i robie... elektryke i... hydraulike i...
- Nie, nie bede klasc regipsow... bede tynkowac glina... a ocieplac sloma!
Chlop zasmial sie perliscie, wyraznie ubawiony, poblyskujac srebrem. Cos chcial pewnie powiedziec, ale ja szybko wyskoczylam z auta, rzucajac sie jak furia w strone furtki.

Ogarnelam wzrokiem chate, dach, komin, zabite okna i drzwi, oborke, czeresnie... i odetchnawszy gleboko, ze wszystko STOI na swoim miejscu... rzucilam sie do klodki. Srebrnozebny jeszcze nie odjechal, tylko przygladal mi sie ciekawie z uchylonego okna, nie dziwilam sie zreszta, nie co dzien spotyka sie przeciez... NAWIEDZONA!
- Dziekuje panu!, krzyknelam. A on widzac, ze to juz naprawde trzeba sie rozstac, odjechal.
Odetchnelam!
Otworzylam klodke i weszlam na zasypane sniegiem podworze. Na sniegu widnialy jedynie slady zwierzat. Pobieglam do strumyka, chcac sprawdzic, czy aby nie wylal... na szczescie nie wylal. Chata stala, obora stala... wszystko zdawalo sie byc w porzadku i na miejscu.
Odetchnelam ponownie!
Dziwne. Zadnych, naprawde zadnych niespodzianek!
A to dopiero... NIESPODZIANKA!!!
I nie majac czasu, na dalsze zastanawianie sie, zamknelam furtke. Z wielka czuloscia spojrzalam na wywieszke" security", myslac o jakze... uroczym i jakze.... tajemniczym Agencie B. ktory to biedaczek tak sie wycierpial w tym szpitalu....! Ach jakze mu bylam wdzieczna za ten Alarm... ktory tak podzialal na wyobraznie! I gdyby ten moj Agent tak nagle sie pojawil... rozmarzylam sie... to z pewnoscia rzucilabym mu sie na szyje... juz chociazby dlatego... iz byl tak szalenie tajemniczo-urzekajacy!
Ech... Ci Agenci!!!

Sasiadka Zofia, powitala NIEZWYKLYMI nowinami.
- Oj, pani... jakie to nieszczescia nas spotkaly! Chlop jechal po pijaku, bez prawa jazdy... i rozwalil sie! Pani! Samochod rozbity, a on na policji! Biadolila kobiecina, lapiac sie za glowe.
- Oj, pani... i musieli my zaplacic piecset zlotych, zeby go wypuscili... !!!
- I co, wypuscili!?
-Wypuscili, a jakze! A teraz ani pieniedzy, ani samochodu... oj, pani!!! zabiadolila znow.
- Wypuscili?! Za piecset zl.?!!!
- Oj, pani... tyle my stracili... i auto rozwalone!!!
- Ale jak to... jechal bez prawa jazdy?!, nie rozumialam.
- No tak, toc zawsze tak przecie jezdzil?!
- O Matko Swieta! Po pijaku... bez prawa jazdy... I zostal wypuszczony?!!!
- No tak... przeciem my zaplacili!
- Piecset zlotych!!!
- Przecie mowie... tyle pieniedzy, pani...! Boze Milosierny...! Zlapala sie za glowe.
Westchnelam. Piecset zlotych. Tyle kosztuje jazda po pijaku. Bez prawa jazdy.

Dalsze wiesci byly rownie, nader OPTYMISTYCZNE. Otoz Mirek, byly stroz, jadac po pijaku, a jakze, przecie wszyscy tak tu jezdza, z tym, ze na rowerze, spadl i zlamal sobie dwa zebra... W chalupie u Mirka bida z nedza i nawet dary zostaja systematycznie przepijane... A tego, kto do mnie sie wlamal, otwierajac drutem klodke...to p. Zofia niestety nie widziala... chyba to nie Mirek, bo u nich teraz picie notoryczne...
I p. Zofia nie chciala wcale przestac, tyle miala jeszcze do opowiadania! Ale ja podziekowalam grzecznie i wybieglam na droge, modlac sie w duchu o niespotkanie: Srebrnozebnego, Mirka, najstarszego syna Mirka... i o niespotkanie w ogole... NIKOGO!
I nagle... trzykilometrowa droga przez las, wydala mi sie balsamem dla mojej... duszy.








26.01.2011

Dla Kuby...


" A jednak wierze w Arystokracje. Nie w Arystokracje wladzy i sily, lecz w Arystokracje ludzi pelnych empatiii, troski, odwagi. Ich czlonkowie znajduja sie we wszystkich nacjach, we wszystkich warstwach spolecznych i w kazdym wieku, a miedzy nimi istnieje tajemna, im tylko wiadoma nic porozumienia. To wlasnie Oni uosabiaja prawdziwa ludzka Tradycje, prawdziwe zwyciestwo naszej dziwnej Rasy nad okrucienstwem i chaosem tego swiata. Tysiace z nich pozostaje w cieniu, a tylko nieliczni wychodza na swiatlo dzienne, traktujac innych z taka sama troska, jak i siebie. To ludzie odwazni, a ich odwaga to nie puste slowa, ale sila, sila do dzialania. I maja poczucie humoru."
E.M. Forster


Mialo byc remontowo... a bedzie o... Kubie.
O psie - Kubie. A stalo sie to za sprawa Szarego Wilka, po przeczytaniu postu o podpalonym psie, a potem na stronie Fundacji"Mrunio" dokladnej relacje wraz ze zdjeciami Kuby.

http://chwiladlapupila.pl/wszystko-o-podpalonym-kubie/podpalili-psa-cudem-przezyl/

Wstrzasnelo to mna do glebi i pomyslalam, ze nie moge i ze nie chce pisac ani o... kwiatach... ani o ogrodach... ani tym bardziej o remontach... i o tych wszystkich, jakze nagle tak malo istotnych sprawach... wobec ogromu CZYJEGOS cierpienia.
I postanowilam napisac choc pare slow, choc taki maly poscik... o NIM... o Kubie... i dla NIEGO... jako takie chociazby niewielkie Zadoscuczynienie... za to co go spotkalo. Od Czlowieka... dla PSA.
Tak wiec zaczne... zaczne moze wlasnie tak:

"... Kochany Kubusiu... byles z pewnoscia kochanym psiakiem, ale miales pieskie zycie... na lancuchu... w kojcu... zabrano ci WOLNOSC... cos najpiekniejszego, co moze byc... i zabrano ci MILOSC. Pozostala samotnosc w byle jak zbitej, zimnej budzie... az w koncu cie podpalono...!!!
- Dlaczego?!, zapytasz z bolem.
- Dlaczego?!
Odpowiedzi jest wiele. I moze nia byc czyjas chec zabawy... chec zabicia czasu... nuda... brak milosci... Tak wiele jest odpowiedzi! A znakow zapytania jeszcze wiecej. Nie szukaj wiec jej. Bo nawet jak znajdziesz, to i tak nie zrozumiesz.
Ty, ktory w swoim zyciu niczego, absolutnie niczego procz milosci do czlowieka nie znales. Milosci bezgranicznej. Tej bezwarunkowej. Takiej, ktorej prozno szukac w swiecie. A ktora jeszcze tylko u dzieci mozna znalezc. I ktora Tobie niestety, nie zostala dana...!
Drogi Kubusiu zadne slowa nie wyraza tego, co czuje i tego co czuja inni, gdy mysla o Tobie..."

Urwana glowa psa przywiazanego do auta... podpalenie... zabicie siekiera... To tylko niektore z jakze licznych przykladow, ktore przekazuja media. A jest jeszcze przeciez tysiace tych, o ktorych w ogole nie wiemy. To ciche psie, kocie... dramaty, ktore maja miejsce tak jakby... na PORZADKU DZIENNYM!!!
Wiec dlaczego?!
Odpowiedzi jest wiele, A czasu, tak malo. Zycie PSA to jedna krotka chwila, ktora zostala mu dana. Tak jak i nam.

Zwierzeta... te male i te duze. Domowe i te udomowione przez czlowieka, a potem porzucone, lub maltretowane z jakze wyszukanym okrucienstwem... ot, tak dla zabicia czasu... dla wlasnej przyjemnosci...!
Zwierzeta, tak ufne, pelne milosci i dobroci.

Zwierzeta? Produkt ODPADOWY naszej cywilizacji?!

I wobec rozpierajacej nas dumy z osiagniec wspolczesnej nauki i techniki, do ktorych niewatpliwie sie przyczynilismy, w dobie komputerow, laserow i lotow na ksiezyc, wynalazkow, przeszczepow... mam nieodparte wrazenie, ze jednak jako... LUDZIE nie w pelni sie sprawdzilismy?!

" ...Kochany Kubusiu... wazne jest to, zebys uwierzyl, ze sa na swiecie ludzie, ktorym Twoj los i los innych stworzen lezy na sercu. To ludzie, ktorych okresla sie mianem - ARYSTOKRACJI - to ludzie pelni empatii i troski o innych. To Ambasadorzy Swiatla i Milosci. I wierze, wierze gleboko w to, ze Ty pewnego dnia spotkasz TAKA wlasnie osobe, ktora podaruje ci swoje SERCE!!! A wiec nie pytaj: Dlaczego?! Bo odpowiedzi jest wiele. A Ty musisz wybrac ta wlasciwa. Ta najlepsza dla Siebie. A moze znajdziesz ja tutaj... w tej opowiesci? Jest dla Ciebie. Ofiaruje ja Tobie:

"Pewien czlowiek, odwiedzil ktoregos dnia schronisko dla zwierzat. I szedl wzdluz rzedu szarych, waskich klatek z metalowymi kratami. I spojrzal w oczy siedzacych w nich stworzen. I zobaczyl w nich bol, cierpienie, smutek, nadzieje i wielkie przeogromne poklady milosci. I poczul ogarniajaca go wscieklosc. - Boze!- zawolal - Przeciez to okrutne! Dlaczego nic nie zrobisz?! Bog popatrzyl na niego w milczeniu, po czym rzekl: - Juz zrobilem. Stworzylem CIEBIE."

" ... Kochany Kubusiu... odpowiedzi jest wiele. A Ty musisz znalezc te wlasciwa. A moze juz JA znalazles?!!!"

Wiec Kochani, przeslijmy Kubie nasze pelne milosci i pozytywnej energii MYSLI, szybkiego powrotu do zdrowia... i wiary, wiary i nadziei w CZLOWIEKA!

"... A ja przesylam Tobie... Serduszka Dwa."


29.12.2010

Na Dobry Poczatek...

Chcialam Wam, moi Kochani przede wszystkim podziekowac za to, ze przez te wszystkie dni BYLISCIE ze mna i z moja wiekowa Ruinka!
Nie wyobrazacie sobie nawet, jak wiele znaczyly dla mnie Wasze slowa otuchy, Wasze wsparcie i cale te poklady dobrej energii, ktora mi przesylaliscie. I gdy w chwilach najwiekszego zwatpienia, czytalam Wasze komentarze typu:
"... kobieto, nie zalamuj sie, dasz rade... zacisnij zeby i idz do przodu!" lub "... warto, walcz dalej, nie poddawaj sie!" czy "... dasz rade, bo robisz cos waznego!" Zaciskalam zeby i ruszalam do przodu, powtarzajac Wasze slowa jak mantre, podczas gdy wszyscy pukali sie w czolo, wolajac co robie!
To Wy wlasnie dodawaliscie mi swoja wiara sil do walki! I jakze czesto to jedno, jedyne slowo moze zmienic tak wiele.! I walczylam! I dalam rade! I za to wszystko bardzo Wam DZIEKUJE!
Przede mna nowe wyzwania, przeprowadzka do chaty i dalszy remont... tak wiec dalsze Wasze wsparcie bedzie po prostu... nieodzowne!

A na Dobry Poczatek, tego Nowego, 2011 Roku Wszystkim Wam dedykuje utwor Marka Grechuty "Dni, ktorych jeszcze nie znamy".




Tyle było dni do utraty sił
Do utraty tchu tyle było chwil
Gdy żałujesz tych, z których nie masz nic
Jedno warto znać, jedno tylko wiedz, że

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy
Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy








Pewien znany ktoś, kto miał dom i sad
Zgubił nagle sens i w złe kręgi wpadł
Choć majątek prysł, on nie stoczył się
Wytłumaczyć umiał sobie wtedy właśnie, że

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy
Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy







Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy?
Jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych?
Jak oddzielić nagle serce od rozumu?
Jak usłyszeć siebie pośród śpiewu tłumu?








Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy?
Jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych?
Jak odnaleźć nagle radość i nadzieję?
Odpowiedzi szukaj, czasu jest tak wiele...




Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy
Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy



A swiat caly okryl sie biala, puchowa, przecudna pierzynka. Taka ciepla i srebrno-bezpieczna!
I jakby spowolnial... w rytm padajacych leniwie platkow sniegu. I zrobil sie jakis inny, piekniejszy... Z tymi dostojnie ubranymi w biel jak najpiekniejsze panny mlode, drzewami i ta wszechogarniajaca biela.
I ten spokoj i ta cisza wokol! Jak w bajce. I tylko Krolowej Sniegu, ktora jednym musnieciem reki moglaby wszystko zaczarowac, pedzac w swym konnym zaprzegu przez srebrna biel, brakuje!
Wczoraj, gdy szlam platki sniegu przybraly wyglad srebrnych gwiazdek. Gwiazdki z Nieba! Gwiazdki, po ktore wystarczy tylko... siegnac reka... cichutko wypowiadajac zyczenie i... JUZ!
Srebrno-biale gwiazdki to takze... PREZENT dla Nas... od swiata... na ten Nowy Rok!


... Trzysta szescdziesiat piec dni... w ktorych nasze MARZENIA SPELNIAMY!!!!




W Nowym, 2011 Roku
zycze Wam wszystkim
tych trzystu szescdziesieciu pieciu
wspanialych, pelnych
radosci i ciepla dni.

20.12.2010

W ten swiateczny czas...

Swieta... Czym sa swieta...? Czym sa tak naprawde? Tyle juz o nich napisano... i wciaz jakby... za malo. I jakby zadne z tych slow nie bylo w stanie oddac tej ICH calej niezwyklosci!? Bo czy mozna w ogole niezwyklosc ubrac w slowa!?
Swieta... to malujace sie wciaz od lat na naszych twarzach zdziwienie, zdziwienie, ze to... juz, ze dopiero przeciez... listopad... ze jesien... ze zegar czasu bije tak szybko... za szybko... ze tak trudno nadazyc...! A One i tak nic sobie z tego nie robia... przychodzac jak co roku... o zwyklej porze... tak punktualnie... z zegarkiem w reku... pukajac cichutko do naszych drzwi i przypominajac nieublaganie, ze to... JUZ !
Czym sa Swieta ? I czy mozna je zdefiniowac? Mozna jak wszystko. I wg. definicji Boze Narodzenie to uroczystosc Narodzenia Panskiego. Jest to liturgiczne swieto stale przypadajace na 25 grudnia wg. kalendarza gregorianskiego, poprzedzone trzytygodniowym okresem oczekiwania, zwanym adwentem. Boze Narodzenie to zwyczaje i symbole takie jak: oplatek, szopka, choinka, koledy...
To tyle definicja... Ale czym sa swieta... tak naprawde?
Czy swieta to jedynie biel oplatka na snieznobialym obrusie... Zapach choinki... dzwiek koledy... tej jakze polskiej... Czy to smaki i zapachy zapamietane z dziecinstwa... I potrawy, ktorych nie moze zabraknac na wigilijnym stole... ? Czy to... wolne miejsce dla spoznionego goscia...?
Czy tez moze... to nieodgadnione i niewytlumaczalne wzruszenie zalewajace ciepla fala nasze serce...? Czy radosc dziecka... gdy ujrzy pierwsza gwiazdke na niebie... czy rodzina zgromadzona przy wigilijnym stole...?
I jedno jest pewne... ze to Czas magiczny, wyjatkowy, jedyny i niepowtarzalny.
Swieta... To na zawsze zatrzymane w sercu zapachy i smaki zapamietane z dziecinstwa. Jedyne, ktore przechowywuje sie w sercu jak najdrozszy talizman. I ktore, co roku o tej samej porze, gdy tylko zamknie sie oczy, powracaja... wciaz i wciaz, nie pozwalajac zapomniec!
Swieta... To pachnaca lasem choinka, a na niej bialy aniolek wyciety z papieru przy kuchennym stole w zimowe, dlugie wieczory, z przyklejonymi tak niezdarnie dziecinna reka anielskimi wlosami... Taki prosty i zwyczajny... W ktorego wlozylo sie cale serce... I ktorego nie sposob zapomniec. To serduszko z piernika... To orzech wloski zawiniety w zloty papierek po cukierkach... To szyszka przyniesiona prosto z lasu... To wydziergana na szydelku gwiazdka z resztek starych babcinych koronek... To dlugi lancuch z cienkich kolorowych papierkow, tak mozolnie klejony w zimowe wieczory... To pozlacane serduszko..., ktore z takim namaszczeniem pozniej, w ten jeden, jedyny wieczor zawieszalo sie na zielonym drzewku... To lampki w ksztalcie swieczek, zastepujace pozniej, w obawie przed pozarem, te prawdziwe.
I te wszystkie cudenka wykonywane na dlugo przed swietami, jakze pieczolowicie przechowywalo sie potem w kartoniku po butach, az do Wigilii, a potem... az do nastepnej i... znow do kolejnej... jak najdrozsze skarby, o ktorych nie sposob przeciez zapomniec!?
Swieta... to dlugie, goraczkowe przygotowania, zaczynajace sie juz w grudniu.... To cala lista sprawunkow i rzeczy do zrobienia, zapisanych w kalendarzu mamy na dlugo przed ich nadejsciem.
Swieta... to zapach siekanych migdalow i wanilii... To na dlugo nieczynna lazienka... bo zamieszkal w niej... pan Karp, jak go nazywalam. Pan Karp caly w srebrnych luskach, walacy pletwami w boki za ciasnej wanny i rozchlapujacy wode po niebiesko- bialych kafelkach i patrzacy na lazienkowy swiat tymi swoimi zdziwionymi, rybimi, oczyma. I zniecierpliwiony glos mamy: zabij wreszcie te rybe, niech juz tak nie plywa! I glos ojca: a niech sobie jeszcze troche pozyje! I moje niesmiale, w obronie pana Karpia: a moze by go tak... wypuscic do rzeki? I grozna mina mamy... ze swieta bez karpia to przeciez profanacja! Profanacja? I nie rozumiejac tak do konca znaczenia tego slowa, czulam jednak podswiadomie, ze to musi byc cos strasznego i ze Swieta... to musi byc... Cos naprawde waznego.
Swieta... To jakze zmienne koleje losu.... a kazde z nich to inna, oddzielna karta historii zapisana w naszym zyciu, nasza wlasna , jedyna i niepowtarzalna.
Swieta...? To czyjas twarz... czyjes oczy... wyryte w sercu jak pomnik z kamienia...
Swieta.... To... maly bialo- szary, z odgryzionym i tak smiesznie opadajacym na bok uszkiem piesek..., ktory zasiadl wraz z nami pewnej Wigilii do stolu... I nasza radosc, a jego ogromne, malujace sie w oczach przerazenie, ze moze... to tylko tak... na CHWILE... i ze potem znow, gdy skonczy sie ten swiateczny czas... czas dobrych uczynkow... odesle sie go tam, skad przyszedl...!? Bo przeciez czas dobroczynnosci dla zwierzat nie moze trwac wiecznie! I ta jego ogromna radosc, ze... jednak to naprawde... i ze, czas dobrych uczynkow nie musi sie przeciez NIGDY konczyc!
Swieta... to cala gama uczuc... i tych radosnych i tych smutnych i tych jakze bolesnych. To radosc pulsujaca w powietrzu, to smiech dziecka... gdy z noskiem przylepionym do zimnej szyby wypatruje tej jednej, jedynej gwiazdy, dajacej poczatek Czemus... Czemus niezwyklemu!? I ten okrzyk radosci... ze juz JEST... i ze wlasnie sie ukazala! I wielka niewypowiedziana radosc i jakas nagla, nieopisana chec... przytulenia do serca... calego swiata!
Swieta... to obrazy i zdarzenia schowane gdzies tam w zakamarkach duszy, a kazde z nich mogloby stanowic oddzielny rozdzial naszego zycia.... tak nierozerwalnie spleciony z nastepnym.
Swieta... to... zatrzymany pod powiekami obraz... rzedu ceglanych domow z bialymi oknami, tak rownych i identycznych, jak nigdzie indziej na swiecie! To czas gdy wsrod ceglanych murow i pustych ulic, slowo "Swieta" przestalo miec jakiekolwiek znaczenie. A wstrzymywane pod powiekami lzy pecznialy i pecznialy z kazda minuta i godzina... I gdy w mrozna grudniowa noc, rozklekotanym autem pedzilam zasypana sniegiem autostrada... Byle dalej i dalej...! I to ogromne uczucie ulgi na widok znajomych domow i pelnych swiatecznego gwaru i zgielku ulic. I lzy wzruszenia na widok... bialego oplatka na snieznobialym obrusie... zapachu siekanych migdalow zmieszanego z wanilia... dzwieku koledy... tej jakze polskiej. Ten zapach... tak wzruszajacy... jeden jedyny i niepowtarzalny. I gdy slowo "Swieta" znow nabralo znaczenia.
I obraz innych swiat... innych ulic i domow, gdzie zamiast choinki na szaro - bialym obrusie wsrod lukrowanych piernikow, stal czerwony Mikolaj z pekatym brzuchem i dzwonkami w reku, ktory za nacisnieciem guzika podskakiwal jak w transie, spiewajac "Jingle Bell " i zasmiewajac sie przy tym glosno, pobrzekiwal dzwonkami, jakby chcac zagluszyc wszystko to, co wazne. I moje zdziwienie... ze i tak tez mozna i... ze to TEZ swieta.
Swieta... To wyryty w sercu obraz tego... jakze dziwnego i obcego chlopca, ktory pojawil sie tak nieoczekiwanie w ten swiateczny czas... jak gdyby tylko na to czekajac...!? I gdy zastanawialam sie potem, czy byc moze... Maly Ksiaze, nie jest jakims duchem zeslanym po to... aby przekazac mi jakas niezwykla tajemnice... otwierajac mi oczy i serce...!? I zeby slowo swieta nabralo nowego, nieznanego mi jak dotad ZNACZENIA !?
Swieta... Czym sa tak naprawde?
Czy to obraz... tego grudniowego, pogodnego dnia, gdy szlam przez osniezony las do zasypanej sniegiem chaty Heleny i Wladyslawa... wstrzymujac jak zwykle oddech na widok jej niezwyklego piekna... I gdy torujac sobie droge wsrod zwalow smieci doszlam do kuchni i z zapartym tchem stanelam przed... bialym babcinym kredensem ze szklanymi szybkami i tymi smiesznymi malymi szufladkami... aby z jego dna wygrzebac... pozolkle juz, ale jeszcze ze sladami tej dawnej niezwyklej bieli... choinkowe swieczki z metalowymi lichtarzykami i metalowymi klamerkami w ksztalcie swierkowych galazek... Jakze niepowtarzalnie piekne! I gdy pod powiekami zobaczylam obraz... Heleny i i Wladyslawa, gdy w ten wigilijny wieczor przypinaja je na choinkowym, z pobliskiego lasu przyniesionym, tak bardzo pachnacym... jak zadne inne, drzewku... I jak siadaja przy nim z rekoma splecionymi na kolanach... i patrza na cieple swiatlo swiec, grzejac sie w ich blasku. I poczulam zapach tamtej choinki, tak intensywny, jak nigdy dotad... i cieplo swiec oswietlajacych lagodnie ich twarze.
Swieczki zostaly przez skuwajacego tynki i robiacego ogolny porzadek w chacie p. Henia... wywalone i spalone. I p. Heniu nie rozumiejac moich pretensji i zalu za ta ohydna starzyzna, jak ja nazwal, zdenerwowal sie w koncu mowiac: Pani, kupisz sobie przeciez nowe, ciesz sie, ze... spalilem, na diabla ci to cale smietnisko! Malo to smieci wala sie po lesie! Idz i sama zobacz!
I poszlam. Poszlam do lasu, jak tylko sniegi stopnialy i odslonily te wszystkie powywalane przez ludzi paskudztwa i brudy. I szlam przez ten las... z opuszczona glowa i z zacisnietymi ustami, wstydzac sie... spojrzec MU w TWARZ!
Las i jego cale bogactwo... to tez Swieta. Las, ktory obdarza nas pachnacymi swierkami, ktore potem z takim namaszczeniem ustawiamy w rogu pokoju... smazac grzyby do wigilijnej kolacji i delektujac sie ich zapachem i smakiem. I dostajemy je... ot, tak... po prostu... w prezencie, dla nas... Ludzi.
Las jest chojny i cierpliwy... i czeka, liczac, ze czas dobroczynnosci dla NIEGO... lasu... moze kiedys nadejdzie... w ktores, kolejne swieta!
Las i jego mieszkancy czyli zwierzeta... te zyjace na wolnosci... to tez swieta. I choc mnie zawsze sie wydawalo, ze tylko ptaki tak naprawde sa wolne... I te zyjace w schroniskach, ktorym powinno byc... wlasciwie dobrze, a nawet bardzo dobrze, bo sa przeciez pod opieka... CZLOWIEKA. I te z cyrku... zeby ludzie mieli atrakcje... i konie... i te na krotkich, bardzo krotkich lancuchach przy byle jak napredce skleconych budach... Zwierzeta, dla ktorych robi sie rozne akcje swiateczne jak np. Wielcy - Malym. I choc tak do konca trudno powiedziec, kto jest tym Wielkim, a kto tym Malym... I czy ci Mali - to CI z wielkim sercem...?
Swieta... To czas dobroczynnosci dla ludzi... dla zwierzat... czas, gdy fala dobroci tak niespodziewanie zalewa nasze serca. I gdy normalnosc staje sie SWIETEM.
Swieta... to czyjas samotnosc i ... czyjas nadzieja... i nasze puste miejsce przy wigilijnym stole...
Swieta... to...?
I tak wiele mozna by jeszcze napisac... i powiedziec... A i tak zadne ze slow nie odda tego, czym sa one... tak naprawde. I wszystko to i tak bedzie... jakby za MALO.

I wszystkim, tym Wielkim i tym Malym zycze radosnych, takich
otwierajacych oczy i serca
swiat i posylam bozonarodzeniowego Aniolka.




6.12.2010

Po-remontowy czas...

Po-remontowy czas zaczal sie choroba..., ktora przyszla nagle, niespodziewanie, a ktora czaila sie dlugo, gdzies tam w zakamarkach, tak jakby chciala wyczekac tylko odpowiedni moment, aby zaatakowac. I zaatakowala... stawiajac znak STOP. A dawno zapomniane slowo WYSTARCZY... znow nabralo znaczenia. I bezbronna jak dziecko, przykuta do lozka, z atakami goraczki i jakiegos nieziemskiego kaszlu... rzucona na kolana... nie moglam juz nic i wszystko nagle przestalo miec jakiekolwiek znaczenie. Tyle spraw, tyle slow, tyle rozmow... a wszystko... takie malo istotne. I ze wzrokiem wbitym w zegar przy lozku... odliczalam czas, tak jakby nic poza nim nie istnialo! A moze nie istnieje naprawde!?
Tik tak tik tak...
Zegar czasu bije... odmierzajac sekundy, minuty, godziny, dnie, lata... Lata cale, w ktorych zawarte jest zycie czlowieka. Tyle rzeczy do zrobienia... tyle spraw nie cierpiacych zwloki... I nagle to wszystko, w jednej chwili... staje sie tak malo istotne... i dom .... i agent B.... i aniol M... i cala reszta. Zegar czasu jest nieublagany i nie podaruje ani jednej minuty! A ja myslalam, ze dana jest mi cala wiecznosc, myslalam, ze jestem pania Wszechswiata.... A mam tylko SIEBIE. I mam swoj czas.
Tik tak tik tak... Zegar czasu przemawia tak cierpliwie, jak do niesfornego dziecka... Tlumaczy po raz setny, tysieczny...! I daje kolejna szanse! Tak, tak... wiem! Juz wiem.! Odejdz!... blagalam, ze lzami w oczach... juz wystarczy...! Nie jeszcze nie, jeszcze nie pora... slysze zimny glos mojej WLADCZYNI... ktora przyszla nieproszona, jak zwykle, a w rekach, ktorej... zawisl nagle moj los. Nie jeszcze nie czas... i nowy atak goraczki i kaszlu daje znac o sobie. Powala na kolana, jakby chcac mi dusze wyrwac!
Tik tak tik tak...
Moge tylko odliczac. Czuje sie taka marna... skurczam sie i staje sie... pylkiem... Wiruje gdzies tam we Wszechswiecie wraz z tysiacem innych pylkow... aby potem spasc na ziemie i przestac istniec. Jedna jedyna, bezcenna chwila dana jest pylkowi.
Jestem teraz pokorna i ulegla, nie tak jak kiedys. Kiedys traktowalam chorobe po macoszemu, a teraz wiem, po co przychodzi. I wiem, ze zawsze ma cos ukrytego w zanadrzu... i ze zawsze mnie czyms zaskoczy, i ze wlasciwie... powinnam byc wdzieczna. To nabywa sie z czasem, nic nie jest dane od razu, na wszystko przychodzi czas.
Tik tak tik tak...
I gdy w koncu odeszla... moja WLADCZYNI... I gdy juz WYSTARCZYLO... a ja moglam wstac... i znow patrzec na swiat oczami dziecka... i poruszalam sie tak, jakbym byla z chinskiej porcelany, bojac sie, ze przy wiekszym ruchu rozsypie sie na tysiace drobnych kawalkow. I gdy moglam parzyc herbate... robiac z tego rytual... delektujac sie jej smakiem i zapachem. I gdy potem z kubkiem herbaty w reku, w fotelu, moglam patrzec na platki sniegu za oknem, czujac radosc dziecka i dziwiac sie... ze to juz zima... ze grudzien.... i ze zaraz swieta.
Tik tak tik tak....
Platki sniegu za oknem wiruja tak delikatnie, tak lekko... zapatrzylam sie na nie... I moglabym tak godzinami siedziec i patrzec, myslac o cudzie natury. I gdy tak na nie patrze, to mysle, ze przeciez one wcale nie maja ksztaltu gwiazdek, jak mi sie zawsze wydawalo,przypominaja raczej labedzi puch... tak jakby Ktos tam na gorze trzepal pierzynke puchowa... i biale labedzie piorka leniwie spadaly na ziemie! Bedac dzieckiem usilowalam lapac je do torby, chcac miec gwiazdki z nieba... a potem co tchu bieglam do domu i z rozczarowaniem patrzylam na... wode na dnie torby. Biale piorka za oknem staja sie coraz wieksze i leca najpierw leniwie, a potem wiruja coraz szybciej, padajac na parapet i ukladajac sie w puchowa pierzynke. Zapatrzylam sie na nie, zapomninajac, ze ostatnio prawie tylko bieglam.
Tik tak tik tak...
Jaka cisza. Jaki spokoj... I ta biel za oknem. Biel to spokoj. Lubie zime, a najbardziej listopad i grudzien... Te dwa mroczne miesiace maja cos magicznego w sobie, jakby kryly jakas tajemnice!? Lubie wtedy zapalic swiece i siedziec wpatrzona w jej cieply plomien...
Biala puszysta kolderka otulila swiat, ktory zrobil sie od razu jakis piekniejszy. I pozakrywal te wszystkie niedoskonalosci i brudy tego swiata. A ja mam czas, mam czas na to co wazne, bo na to, co nie wazne juz go nie mam... zasmialam sie mojemu Czasowi prosto w twarz! Labedzie piorka za oknem zaczely sie powiekszac, ale dalej byly jakies leniwe. Pamietam jak bedac dzieckiem lubilam na nie patrzec i na wzory na szybie, ktore malowal dziadek mroz, jak mowila mama. Byly jak dziela sztuki. Albo sople lodu... ktore z taka luboscia sie lizalo? Albo gdy ze smiechem lapalismy platki sniegu, kto wiecej nalapie! I gdy szalelismy na sankach, a potem z zarumienionymi od mrozu i radosci policzkami, utytlani sniegiem wracalismy do cieplego domu, aby ogrzac sie przy piecu i wysluchac kolejnej zimowej opowiesci. Teraz nikt juz nie slucha zimowych opowiesci... i kto by je tam opowiadal? Szkoda czasu. Zima dawala tyle radosci! Czy teraz tez daje... czy tez stala sie przeklenstwem, ktore najchetniej wymazaloby sie z kalendarza raz na zawsze! I tylko dzieci zawsze ciesza sie z zimy. Bo dzieci to cos cudownego.
Tik tak tik tak...
Juz poludnie mysle, patrzac w niebo. Wlasciwie to nie obchodzi mnie godzina. Mam przeciez czas. Mam czas na to co wazne, powtarzam na glos. Czas nalezy odmierzac wschodami i zachodami slonca... Tak robili dawniej ludzie i to bylo dobre. W miescie to niemozliwe w tej ustawicznej gonitwie... w pracy... W pracy... Pomyslalam o mojej pracy, ktora nic, nic... procz pieniedzy mi nie daje... stepiajac dusze i umysl. A tak naprawde... to co ja wlasciwie w niej robie!? Nic?!
Tik tak tik tak. Zegar czasu znow przypomnial o sobie.
Wstalam i podeszlam do biurka, otworzylam najmniejsza z szufladek i wyjelam z niej wieczne pioro... Obracalam je w dloni przez chwile, jakby widzac je po raz pierwszy... Kiedy ostatni raz nim pisalam, zamyslilam sie. Przed miesiacami... bo nie mialam czasu. Bo nie mialam czasu na to co lubie. Tik tak tik tak... Siegnelam po kartke papieru i napisalam to co czulam, napisalam wymowienie z pracy, w ktorej nie robilam... NIC! I poczulam, jak jakichs niewidzialny ciezar... spada mi nagle z serca. Poczulam radosc. Spojrzalam z czuloscia na pioro, wiedzac juz co bede robic.
Tik tak tik tak...
Kiedys pisalo sie tylko piorem. Pamietam jak w klasie staly rzedy drewnianych, zielonych lawek z pochylym blatem i z laweczka do siedzenia, stanowiace jedna calosc, jakze piekna! A w srodku blatu bylo miejsce na kalamarz. Szklany kalamarz, ktory pani napelniala niebieskim atramentem. Wszyscy pisalismy piorem, byla to jedynie zwykla plastikowa lub drewniana obsadka, do ktorej wkladalo sie stalowke, ktora zanurzona w niebieskim atramencie wyczarowywala literki. Rzad rowniutko wykaligrafowanych literek o okraglych brzuszkach. Istne cudo! A pani mowila, ze pioro wyrabia charakter, a po charakterze pisma poznaje sie czlowieka.
Trzeba sie bylo bardzo starac, aby literki byly rowne i aby nie zachlapac zeszytu atramentem... bo mozna bylo dostac po lapach od pani. A potem przykladalo sie do literek rozowy lub bialy "liniuszek", czyli taka bibulke i gotowe! Rzad rownych literek, osuszonych przez bibulke widnial na papierze. Ale duma! I nie mialo znaczenia, ze paluszki zachlapane byly atramentem... i mama mogla nakrzyczec... Jakiez to mialo znaczenie, gdy duma rozpierala! Potem kladlo sie pioro do drewnianego piornika z kilkoma przegrodkami -na pioro, na olowek, na gumke Myszke... tak sie nazywala, bo miala myszke narysowana na wierzchu... i na stalowki. Jak w "Plastusiowym pamietniku" mojej ulubionej ksiazce. Wszystko mialo swoje miejsce. Wszystko mialo swoj porzadek. I milosc do piora i do literek pozostala do dzis.
Tik tak tik tak...
I jak dzis pamietam tamten letni dzien, gdy po raz pierwszy, wbieglam do domu Heleny i Wladyslawa... ktory z czasem stal sie moim, a ktory tak naprawde pozostanie ICH... i gdy przeszlam wszystkie pokoje po kolei... zatrzymujac sie w ostatnim i wygrzebujac z wielkiego smietniska na podlodze... ta jedna jedyna rzecz... listy pisane ICH reka. I jak urzeczona wpatrywalam sie w pozolkle kartki papieru, zapisane rzedem rowniutkich literek, pisanych niebieskim, wyblaklym atramentem.... z tymi roztkliwiajacymi bledami ortograficznymi, wlasciwymi jedynie starszym ludziom, ktore tak bardzo mnie rozczulily!
Wieczne piora. Czy sa naprawde wieczne!?
A teraz? Teraz sa kolorowe dlugopisy, ktore mozna wyrzucic gdy sie wypisza i kupic nowe. I juz! To bardzo wygodne. Tylko, ze ja z tej wygody nie korzystam. Nijak nie umiem nimi pisac. Pisze tylko piorem, albo olowkiem i wycieram gumka Myszka. Tylko do urzedow, jakby z premedytacja jakas, pisze dlugopisem, cieszac sie w duszy z powstalych bazgrolow. Mam pelno olowkow i gumek. I mam dwa piora. Jedno ciemno-czerwone, na "codzien". I drugie srebrne, od "swieta". Marzy mi sie jeszcze czarne, ze zlota stalowka i dwoma waskimi zlotymi paseczkami u dolu nakretki... Wiem jakie ma byc... mam je pod powiekami, gdy zamkne oczy...
Labedzie piorka za oknem przybraly kolosalne rozmiary i leca teraz bardzo leniwie. Na moim parapecie utworzyla sie cudna biala,delikatna pierzynka. Jaka cisza. Jaki spokoj.
Tik tak tik tak...
Wyjelam swoj dziennik, do ktorego dawno nie zagladalam..., bo nie... Nie! Tego slowa juz nie uzyje. Wykreslam je z mojego zycia! Mam czas. Otworzylam. Ostatni wpis gdzies w listopadzie. Feee... nieladnie! Wzielam pioro do reki i wsluchujac sie w delikatny szmer stalowki na bialym papierze... szur... szur... szur... napisalam:
7 grudnia... Siedze w fotelu. Nie robie nic specjalnego, poza tym, ze... pije herbate... patrze na platki sniegu za oknem... troche mysle... troche pisze... i... Mam czas.

21.11.2010


Koniec i... i alarm, ktorego nie ma...czyli sposob na zlodziei.

I tak oto po dlugich remontowo - ruinowych miesiacach pelnych zawirowan i burz... nadeszla wreszcie ta upragniona i jakze dlugo wyczekiwana chwila - czyli KONIEC !!!

I wlasnie wczoraj zamknelam swoja Ruine, ktora nabrala juz wygladu prawdziwego domu na "cztery spusty", pozawieszalam klodki, pozabijalam okna i drzwi. Uff... nareszcie! Nareszcie skonczylym, i bede mogla cieszyc sie swietym spokojem, o ktorym tak bardzo przez te wszystkie miesiace marzylam, a ktory to wlasnie teraz staje sie rzeczywistoscia!
I oby tak sie stalo... bo tak naprawde, to wcale GO nie mam!
I pewnie nie bede Go miec, wziawszy pod uwage fakt, iz dom stoi na odludziu i co sie z tym nierozerwalnie wiaze, jest niezlym kaskiem dla okolicznych meneli, nie wylaczajac naturalnie mojego bylego Aniola Stroza i jego nastoletnich synow i calej reszty miejscowego towarzystwa, parajacego sie wiadoma profesja.

Czyli tak naprawde... to o SWIETYM SPOKOJU moge sobie jedynie... pomarzyc.
I aby Go sobie choc w jakims minimalnym stopniu zapewnic i nie majac innego wyjscia, posluchalam rady majstra i postanowilam zalozyc... security, przed ktorym to tak bardzo sie bronilam, a ktorego to prawdziwie nie cierpie.
Ale coz, nalezy mi sie przeciez choc ta odrobina swietego spokoju!

I tak wiec pod koniec pazdziernika zjawil sie u mnie przedstawiciel tejze instytucji, niejaki p. Rafal, powazny agent, powaznej firmy.
P. Rafal o zniewalajacym usmiechu, mlody i zabojczo przystojny, jak na prawdziwego Agenta przystalo... zauroczyl mnie natychmiast. Od razu wiec zgodzilam sie na alarm, myslac przy tym, jakaz to tez cudowna instytucja jest to security, zatrudniajaca tak uroczych agentow jak p. Rafal i zalujac przy tym bardzo, iz z atrakcyjnej niegdys kobiety przeistoczylam sie w budowlano-roboczego babo-chlopa plci blizej nieokreslonej.
No coz, moja Ruina i w tym wzgledzie nie miala nade mna litosci!

Tak wiec p. Rafal fachowym okiem obejrzal chalupe, twierdzac iz potrzebny jest mi jedynie alarm tzw. podstawowy, i w zwiazku z tym cala ta inwestycja nie bedzie wcale taka droga.
I tak oto nie posiadajac sie z radosci, podpisalam cos w rodzaju umowy przedwstepnej, podczas gdy umowe wlasciwa mialam otrzymac po zalozeniu alarmu.
Za kilka dni p. Rafal zjawil sie ponownie, oblepil dom nalepkami, zawiesil na furtce wielka tabliczke - obiekt chroniony i ... odjechal w sina dal!!!
I tak oto wszelki slad po moim uroczym Agencie zaginal. A moje wszelkie proby nawiazania z nim kontaktu spelzly jak dotad na niczym, gdyz telefon mojego Agenta pozostaje wciaz gluchy, a w biurze firmy nikt nie umie dac mi odpowiedzi dlaczego do tej pory nie zostal u mnie zalozony alarm i dlaczego p. Rafal tak bardzo o mnie zapomnial!??

Tak wiec nie mam ani alarmu, ani umowy, ani mojego uroczego Agenta... powinnam wiec byc bardzo, ale to bardzo zla... ale nie jestem!
Nie jestem zla z kilku powodow. Pierwszy z nich to ten, ze gdy moj Agent, ktorym to okazal sie byc naprawde... oblepial dom nalepkami, to wlasnie nadeszly mlodsze dzieci p. Mirka i wtedy to wlasnie p. Rafal w sposob bardzo obrazowy przedstawil dzieciom wizje zakutego w kajdany zloczyncy, ktory to , w wypadku gdyby sprobowal polakomic sie na cudze mienie, tj. w tym wypadku moje, nie ma na to najmniejszych szans, gdyz ZAKLADANY wlasnie przez p. Rafala alarm uniemozliwi mu to i to w ciagu kilku minut!

Dzieci wysluchaly opowiesci Agenta z wypiekami na twarzy i bardzo przejete, tym co uslyszaly, pobiegly do swojego tatusia, zdajac mu relacje o wszystkim.
I tym oto sposobem cala wies dowiedziala sie, ze ta dziwna kobieta na domiar zlego, zalozyla jeszcze ALARM!

Tak wiec mam alarm... ktorego w rzeczywistosci NIE MAM... choc wszyscy wiedza, ze go mam... o czym niezbicie swiadcza pozawieszane tabliczki i ponaklejane nalepki! Jakby wiec na to nie patrzec, p. Rafal zapewnil mi skuteczna ochrone przed zlodziejami. A jednak uroczy ten moj Agent, i jaki prawdziwy!?
I malo wazne, ze ja juz niczego nie rozumiem... w koncu przywyklam przeciez do tylu roznych dziwnych rzeczy, ktore mnie spotkaly, ze juz nic doprawdy, nic nie jest w stanie mnie zdziwic.

W kazdym badz razie, budowa zamknieta, alarm ZALOZONY... a ja moge sie nareszcie rozkoszowac swoim SWIETYM SPOKOJEM!
Hmm... ciekawe jak dlugo!? A moze moj uroczy Agent sie niespodziewanie pojawi!?
Coz zycie jest pelne niespodzianek! I nigdy nic nie wiadomo...

I tak np. wczoraj, gdy padnieta, na czworakach niemalze wracalam ostatnim pociagiem, ktory udalo mi sie jeszcze zlapac, czekala na mnie... nagroda w postaci... hmm... szampana wypitego w iscie szampanskim nastroju z grupka niezwykle wesolych podroznych.!
A moje zmeczenie i wykonczenie pryslo jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki.
Ach, jak to dobrze, ze zycie szykuje nam rozne przedziwne niekiedy niespodzianki!

A oto zdjecia juz... NIE RUINY!


Dom w nowej szacie.





Czeresnie przy domu.





Droga do domu prowadzaca przez las.



Moi mali Przyjaciele -mlodsze dzieci p. Mirka.




Jablonki w jesiennej szacie.




Widok na pola od strony oborki.


Dom od strony laki.


Widok na pola z przodu domu.



Widok na sad.


























7.11.2010

Remontowo - ruinowe zawirowania... i jedno calkiem powaznie zaplanowane... morderstwo.

Tak wiec moje ruinowo-remontowe zawirowania nie maja konca, a towarzyszy im nieodlacznie moja wierna PRZYJACIOLKA depresja, niekonczace sie i wciaz przyrastajace problemy, notoryczny brak czasu, nadmierny pospiech i obnizony poziom ogolnej motywacji do czegokolwiek.
Lody i chipsy, zgodnie z pora roku zamienione zostaly na kremowe ciacha spozywane w nadmiernych, niekiedy wrecz w nieprzyzwoicie obrzydliwych ilosciach, ale dajacych jakze rozkoszne ZAPOMNIENIE!

I tylko nieraz, bedac gdzies tam, pomiedzy... B. a K. w jakims pedzacym pociagu czy busie, niosacym mnie do mojego SZCZESCIA... zastanawiam sie momentami nad tym, dokad to ja tak wlasciwie pedze... i po co mi to wszystko i czy to ma w ogole jakis sens?! I wtedy powraca wciaz to samo MARZENIE... marzenie o tym, aby w koncu skonczyc to cale remontowe zawirowanie, zamknac chate na CZTERY SPUSTY i... wyjechac... wyjechac bardzo, ale to bardzo daleko... i zaczac nareszcie NORMALNIE ZYC!

A tu jeszcze tyle do zrobienia! I na dodatek, trzeba sie spieszyc ze wszystkim, i to bardzo, bo zima za pasem. I pogoda coraz bardziej kaprysna. A ja tak bardzo nie cierpie pospiechu!
Moja Ruina, ktora kiedys tak bardzo mnie urzekla, nie ma nade mna litosci i jest wciaz bardzo, ale to bardzo wymagajaca. Uff... jakze ja za to kocham!

Ale bywa rowniez, choc rzadko... wspanialomyslna. Tak jak np. ostatnio, gdy dala mi wolne od jazdy, pozwalajac wytchnac i wpasc choc na mala chwilke do... SIEBIE, aby co nieco napisac, o tym co sie dzieje. A dzieje sie jak zwykle niemalo!

Tak wiec po kolei, a zaczne od dobrych wiadomosci.
I tu godnym podkreslenia i nadwyraz pozytywnym faktem jest to, ze moja malownicza Ruina nabiera jakiegos domowo-normalnego wygladu i przestaje w koncu straszyc.
I tak oto obecnie kladziona jest dachowka, konczona izolacja fundamentow i drenaz wokol budynku. Trwaja prace w srodku tj. nad pokojem goscinnym i kuchnia zostaly wykonane luki, a dawna wedzarnia przeksztalcona zostala na lazienke i pomieszczenie gospodarcze. Na przekor fachowcom, co kosztowalo mnie nie malo zdrowia, zachowany zostal dotychczasowy rozklad pomieszczen, ich wielkosc i co najwazniejsze ich amfilarowy rozklad, ktory tak bardzo lubie.

Czyli jednym slowem - prace posuwaja sie do przodu, co powinno mnie w sumie cieszyc, a co niestety nie cieszy, poniewaz im bardziej prace posuwaja sie do przodu... tym bardziej moje problemy sie zwiekszaja!

Czyli jakas prawidlowosc!? I to prawie tak, jak w bajce... im blizej celu, tym wiecej przeciwnosci!
A jednak to pocieszajace, ze mam przynajmniej jakis punkt odniesienia!
I gdybym przypadkiem o tym zapomniala, prawie natychmast zostaje mi To PRZYPOMNIANE! Jak za nacisnieciem automatycznego pilota... pojawiaja sie z miejsca nowe trudnosci.
Alez to mile, ze los o mnie jednak nie zapomina!
I chyba naprawde musze pokonac te... TYSIAC lub wiecej przeszkod, aby zdobyc upragniona NAGRODE!? Coraz bardziej zaczynam jednak w TO wierzyc, dziwiac sie samej sobie jak moglam w ogole myslec, ze bedzie inaczej!?!

I w ten oto sposob do istniejacych juz tzw. PROBLEMOW PODSTAWOWYCH, ktorymi sa problemy finansowe i tzw. fachowcowe... doszly ostatnio tzw. pogodowe,a raczej niepogodowe, no i te calkiem nowe, ktore zwalily sie na mnie jak grom z jasnego nieba... a zwiazane z moim Aniolem Strozem czyli p. Mirkiem.

I podczas gdy finansowe, pogodowe i fachowcowe jakos udaje sie przezyc... bo juz sie do nich zdazylam przyzwyczaic, to z tymi ostatnimi tak naprawde nie wiadomo, co zrobic.
Otoz p. Mirek, w ktorym pokladalam tyle nadziei, nazywajac go nawet... swoim Aniolem Strozem... niestety nim sie nie stal.
Jak sie bowiem okazalo kilkaktrotnie widziano p. Mirka i jego starszych synow jak wywozili wozkiem wlasnorecznie przez siebie pociete i poukladane w oborce moje drzewo.
Oprocz tego, widziano mojego Aniola Stroza jak ktoregos pieknego poranka wytaczal sie w letargu alkoholowym z przyczepy, a wraz z nim... pozostalych 17-stu chlopa, jego kompanow wraz z trzema najstarszymi, w tym dwoma nieletnimi synami.
Poza tym, ja sama, ktoregos poranka naliczylam walajace sie wokol przyczepy butelki od piwa w liczbie... 23! nie wspominajac o tych po wodce. Jak sie pozniej okazalo moj niedoszly Aniol Stroz swietowal wlasnie... swoje urodziny, jak sam z duma oswiadczyl, dziwiac sie mojemu zdumieniu i uwazajac, iz ja... bardzo, ale to bardzo ze wszystkim przesadzam i powinnam miec znacznie wiecej... WYOBRAZNI!?

To wszystko byloby jeszcze do zaakceptowania, gdyby nie ostatni, a zarazem najpowazniejszy z zarzutow, a mianowicie dewastacja przyczepy campingowej, w ktorej to p. Mirek spelnial, a raczej mial spelniac swoje obowiazki gospodarza posesji, jak sam to zreszta bardzo ladnie okreslil, a z czego sie niestety nie wywiazal.

Krotko mowiac moja sliczna i zadbana przyczepka stala sie melina pijacka i siedliskiem okolicznych meneli, w ktorej to regularnie odbywaly sie suto zakrapiane alkoholowe libacje.
Efektem owych libacji sa trzy pekniete szyby w oknach, odrazajacy brud i odor alkoholowo-tytoniowy, nie mowiac juz o innych szkodach, na ktore przymknelam oko.

P. Mirek, wielce oburzony moimi zarzutami, stwierdzil, iz to wszystko juz bylo i tylko ja, tego wzystkiego nie... pamietam!?
A on spelnial swoje obowiazki stroza nader sumiennie, co moga potwierdzic jego najstarsi synowie, ktorzy to razem z nim pili i dewastowali i wobec tego p. Mirek nie rozumie zupelnie czego ja od niego chce i czego sie w ogole... czepiam!
Bo tak naprawde, to powinnam zajac sie raczej fachowcami, ktorzy odstawiaja niezla fuszerke...!? i on moze mi to pokazac, a jego... GOSPODARZA POSESJI mam zastawic w spokoju i zakupic jego psu Misiowi nowa porcje jedzenia!?
Bo on juz Misia karmil nie bedzie, skoro Misiu pilnuje mojej posesji, a wiec jak sama logika wykazuje jest to... moj obowiazek!
Zachowujac zimna krew, wytaszczylam wiec z auta puszki dla mojego prawdziwego Aniola Stroza, najukochanszego ze wszystkich psow na swiecie i postawilam tryumfalnie przed p. Mirkiem.
Niestety, nie zrobily one na nim wiekszego wrazenia i p. Mirek zazadal... pieniedzy na SWOJEGO psa, ktory nagle stal sie jego, twierdzac, iz on kupi SWOJEMU psu to, co pies lubi, a nie takie tam... swinstwo!

W zwiazku z tym, przeszlam do rzeczy i zazadalam naprawy szkod lub ich odpracowania przy robieniu plotu. I wtedy to p. Mirek bardzo sie zdenerwowal i powiedzial, iz on sie juz wystarczajaco duzo napracowal przy pilnowaniu moich ruin i w zwiazku z tym, nic wiecej robic nie bedzie. Po czym wsiadl na rower i rzucajac glosno przeklenstwami odjechal.

Zostalam sama ze zdewastowana i cuchnaca przyczepa. Gotowalo sie we mnie niezle i ogarnal mnie nagly i niespodziewany zew krwi. Wsciekla pomyslalam, iz p. Mirka powinnam nie tylko wywalic, ale powinnam go najzwyczajniej w swiecie... po prostu, z zimna krwia... zamordowac! Czego moglabym z najwieksza przyjemnoscia dokonac!
Zaczelam snuc wiec plany o tym, jakiez byloby to zbawienne dla wszystkich, ktorych on okradal, dla calej wioski, a zwlaszcza dla jego szesciorga jeszcze nie calkiem zdegradowanych mlodszych dzieci i jakaz bylaby to dla nich ulga, pozbawic ich ojca menela i zlodzieja...

Moje plany, ktore tak dobrze mi sie snulo, przerwal mi... moj niedoszly Aniol Stroz, ktory to wlasnie powrocil i to w stanie upojenia alkoholowego, ale za to w bardzo dobrym humorze, a po niedawnej agresji nie bylo ani sladu. I powiedzial, iz on moze mi dalej pilnowac tego mojego calego KRAMU, a ja dam mu tylko na flaszke... gdy przyjade od czasu do czasu... bo to wszystko... i tu p. Mirek zatoczyl reka krag wokol siebie... za ktorym powiodlam wzrokiem, to wszystko to jest... MIRKOWO!

I w tej samej chwili, nie wiedzac czemu, przyszedl mi na mysl pies sasiadki, piekny, ogromny wilczur,ktorego czesto widzialam na spacerze, a ktory to niedawno zostal otruty, a sprawca byl podobno... moj Aniol Stroz!
Ponure mysli mnie naszly i pomyslalam, ze moje mordercze plany wcale nie sa takie calkiem glupie... i kto wie...!?
Matko swieta! Toz to wszystko zaczyna juz zakrawac na jakis kryminal. I czy ja aby napewno mam zamiar w tym wszystkim uczestniczyc!?
No coz, chyba nie mam wyboru, bo ja juz przeciez i tak, chcac czy nie chcac, w tym wszystkim... tkwie!






Dach przygotowany do polozenia dachowki.




Moj prawdziwy Aniol Stroz - Misiu



Wejscie do pokoju



Wejscie do kuchni a z niej do pokoju



Izolacja fundamentu