"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

29.10.2015

Jesienne prace.

Jesień to długa lista koniecznych i mozolnych prac, które należy wykonać przed nadejściem zimy. Zawsze z niechęcią się do tego zabieram... i zawsze ogarnia mnie smutek, nad którym trudno zapanować, mając świadomość, że coś się kończy.

Tej jesieni oprócz tego, że sprzątam, sadzę, przesadzam, kopię przekopuję... to i co najważniejsze nawożę i to prawdziwym obornikiem.
Nigdy dotąd, odkąd tu zamieszkałam nie nawozilam tak naprawdę, bo suchy nawóz i gnojówki to przecież nie to samo, co prawdziwy obornik. Tej jesieni, widząc, że moja ziemia już coraz bardziej wyjałowiona, a wszystko słabo rośnie, uznałam za konieczność ją nawieść.
Zdobycie obornika nie było sprawą łatwą, gospodarzy tutaj na moich terenach coraz mniej, a wszyscy przeważnie mają obornik kurzy. Ale w końcu udało mi się zdobyć dobry, zleżały krowi obornik.



No, naprawdę piękny!

Postanowiłam podobnie jak Igor z blogu ''przez rok nie kupię jedzenia", a wzorem pewnego japońskiego rolnika Fukuoki, który w swojej książce, której nie czytałam,  radzi ''co zrobić, aby się jak najmniej narobić'' i  proponuje w związku z tym  "grządki dla leniwych", jak je nazywa, czyli grządki bez przekopywania.

Pomyślałam, że to coś dla mnie, zważywszy, iż całą tą robotę, muszę wykonać sama.  Jeszcze w ubiegłym roku mogłam liczyć na pomoc mojego wieloletniego pomocnika, który niestety, obecnie nie jest już w stanie podjąć się czegokolwiek, jako że choroba alkoholowa poczyniła wyrażne postępy, z której po tym , jak ostatnio zasnął sobie "snem sprawiedliwych" u mnie na słomie, postanowił widać już nie wychodzić.
Cóż nie było rady, musiałam sama się z tym zmierzyć...

 Moje nowe grządki powstają z tyłu za oborą, tam gdzie cały czas mam tzw. "wieczny  ugór" który od lat wygląda tak samo, a ja skaszam go jedynie dwa razy do roku kosą, kiedyś go zbronowalam i zaorałam, ale i tak, nic to nie dało, bo chwasty wśród traw rosną bardzo bujnie. Tam też znajduje się mój ogródek warzywny i poletko z ziemniakami.

 



Na tej właśnie trawie w trzech  miejscach robię nowe grządki. Cala praca polega na rozrzuceniu  obornika, przykryciu go kartonami i na to słomą.


 


 

 Proste, tak mi się na początku  wydawało. Ale, gdy przyszło mi rozrzucić na dość sporej powierzchni obornik, a potem rozgrabić te wielkie zbite bryły... to ufff... okazało się, że to wcale nie takie proste i wymaga siły. A jeszcze potem  porwanie na kawalki dość twardych kartonów, miałam głównie te po bananach, bo najmniej zadrukowane, poprzykrywanie tego wszystkiego słomą... no nie wiem, czy to takie proste jak pisze ów Fukuoka. Ja, w każdym razie narobiłam się porządnie i zajęło mi to aż cztery dni.
A nowe grządki wygladają tak:





 






Część ziemi nakryłam tylko obornikiem i słomą, bo kartonów zabrakło.  Wiosną będę mogła je porównać.
W podobny sposób traktuję również ''stare" grządki, gdzie jest ogródek warzywny. 

Teraz pod tekturą rozpocznie się lada moment nowe życie. Pojawią się dżdżownice, chrabąszcze, bakterie i grzyby. I to one bedą wykonywać całą potrzebną pracę. Przekopią również moje grządki.
Mam nadzieję, że wszystko się uda, chyba że coś zrobiłam nie tak!?
Ciekawa jestem, czy ktoś z Was coś takiego już robił, chetnie posłucham doświadczeń innych, bo ja wciąż w kwestiach ziemi tkwię na etapie początkujacym.

I oczywiście najbardziej zadowolone z "naszej " pracy były psy...

 



A jesień wciąż taka piękna, ciepła i łaskawa...i  naprawdę "złota"... jeszcze kwitną poziomki!




 Pozdrawiam Wszystkich jesiennie i oby ciepłe, słoneczne dni jak najdłużej się jeszcze utrzymały!




05.10.2015

Gorące lato.


Na początek  ściskam Was Kochani i myślę, że macie się dobrze. Dziękuję za Waszą troskę i  przepraszam, że tak długo się nie odzywałam, ale pracy było znów tak dużo, a ja już tak mam, że to co robi się normalnie na bieżąco i systematycznie, odkładam na lato, czekając na przyjazd rodziny i spiesząc się wtedy jak opętana, żeby ze wszystkim zdążyć, zanim znów wszyscy powyjeżdżają.
 Dlatego też zawykle latem robię sobie przerwę internetową, aby nie tracić czasu, no a wieczory wiadomo z bliskimi,  przy ognisku, tak rzadko ich przeciez widuję, że trudno inaczej.
W każdym razie znów jestem cała i zdrowa i wraz z jesienią wracam na internetowe "łono". Będę znów pisywać, jak zwykle i może tym razem nieco częściej mi się uda.  Będę się starać przynajmniej. Bo przecież remont 100-letniej chaty tak szybko pewnie się nie skończy. I przy tym zawsze coś się dzieje, mniej lub bardziej ważnego, jak to zwykle w życiu bywa. 

Tak więc wracając do lata, to było ono naprawdę "gorące", dosłownie i w przenośni, bo i pogoda była przepiękna... i pracy było w brud.
I mimo suszy, kwiaty, owoce i warzywa obrodziły jak żadnego roku...
Oto  krótkie jego wspomnienie...


 

 







 



 

 

 


Najważniejszą rzeczą jaką zrobilśmy  było ogrodzenie, ogrodziliśmy ogromny teren z tyłu i z obu boków. Stara siatka leśna była już w opłakanym stanie, stratowana w wielu miejscach przez zwierzynę leśną i moje psy. Nowe ogrodzenie było od dawna konieczne, a ja wciąż zwlekałam, w końcu nie dało się dłużej czekać, i choć było niełatwo, bo teren trudny, nierówny, graniczący z jednego boku z lasem i strumykiem, ale się udało. I teraz jest wspaniale, głównie dla Maksa, bo to ogrodzenie to przecież dla niego, ja dla siebie nigdy nie założyłabym siatki, a jeśli już, to coś zielonego... ale cóż jak się ma psy, to jest tak , że one niekiedy bywają najważniejsze. A  u mnie już tak jest, że wszystko robione jest pod te moje zwierzaki.

Ale teraz nareszcie oddycham z prawdziwą ulgą, bo Maks może biegać swobodnie... bo jak dotąd, z racji swoich leśnych wypadów na zwierzynę i sąsiedzkie kury był niestety wiązany. A ja wciąż drżałam z niepokoju, a jego ucieczki były dla mnie udręką. A teraz... cóż  to za ulga dla mnie i dla niego, a ja nie muszę uważać, czy się nie zerwał... czy leśniczy go nie dopadł... może jak Bobusia... ech, ten płot należało dużo wcześniej zrobić, ale cóż i tak się cieszę, że w końcu jest... a Maks taki szczęśliwy!




 



 


Przestawiłam też piec, wyburzając przy okazji dwie ściany w kotłowni, ale teraz piec od nowa podłączony i ustawiony lepiej grzeje, no i dym nie wali wszystkimi możliwymi otworami.

I w końcu zaczęły się też prace "oborowe". Moja wiekowa obórka coraz bardziej chyliła się ku upadkowi, a ja bałam się już do niej wchodzić, niektóre krokwie już jedynie wisiały, grożąc lada moment zawaleniem. Z coraz większym niepokojem patrzyłam na to wszystko, myśląc co dalej.
W końcu dłużej nie dało się czekać i tego lata zaczęliśmy akcję ratunkową. Najbardziej zagrożone krokwie zostały wymienione lub dosztukowane. Wszystkiego nie udało się zrobić, czasu zabrakło i reszta została odłożona na następne lato... które w ten sposób już teraz się zapełnia! Zastanawiam się,  czy będzie kiedyś tak, że ja sobie wyjadę, ot tak po prostu... albo pourlopuję w swoim  własnym domu?!
Albo odpocznę od remontowania!?

 




W obórce oprócz tego została oszklona reszta tylnich okien i wstawione górne boczne dzrzwi, bez których lało się do środka i należało to już też dawno zrobić.
Oprócz tego jak zwykle latem malowanie wszystkiego, co tylko się dało... a więc domu od środka, bo ściany były naprawdę czarne od walącego nawet otworami kominkowymi dymu. Śmiałam się,że żyję w "czarnej izbie" tak, jak dawniej, choć naprawdę nie do śmiechu mi było, bo nałykałam się tego dymiska przecież nie mało... ale nic mi nie jest, już taka baba z żelaza się zrobiłam i nic widać mi nie straszne!

 

Potem malowanie nowej bramy z tyłu i furtek, okien i drzwi oborowych. Działałyśmy na tym polu głównie z córką, jako że malowanie to moja druga pasja, po remontowaniu!

Nie  udało mi się tego lata podziałać w glinie, choć było w planie wykonanie chociażby kawałka glinianego płotu,  ale już czasu zabrakło, więc przełożone zostało to na następne lato, które już teraz zapowiada się "gorąco"!

I oczywiście przez cały czas już od wiosny, szykowanie drewna opałowego. W końcu  już pojęłam,  jak ważny jest opał i że należy go szykować latem, mając w pamięci moje pierwsze zimy, gdy w śniegu po kolana ścinaliśmy z sąsiadem osiki, a ja kopałam tunel w śniegu, aby dojechać taczką do domu. A potem paliłam tymi mokrymi gałęziami w piecu... nic dziwnego, że temperatura stała w miejscu, a ja jedynie zaciskałam pięści do bólu, przyrzekając sobie, że nigdy więcej już do tego nie dopuszczę!


 

I były też chwile bardzo przyjemne, gdy jak co roku odwiedzały mnie różne osoby, marzące o podobnym życiu, które czytając mój blog chciały zobaczyć, przekonać się, jak to życie tak naprawdę wygląda.
A każda z nich w czymś mi pomogła... i to też było bardzo przyjemne!

 I tak wizyta Ani zaowocowała wspólnym wykonaniem dwóch stołów ogrodowych, bo stare już się przez zimę posypały...

 

 Iza zrobiła bardzo śliczną ławeczkę z palet... 



Reiner zaś, załatał dziurę w oborowym dachu, zrobił obudowę do ogrodowego prysznica oraz zajął się... edukacją Maksa, czyli próbą oduczenia go jego myśliwskich zapędów, co jednak nie przyniosło pożądanych rezultatów i tu płot okazał się najlepszym rozwiązaniem.

I tak sobie myślę... ilu ludzi tu do mnie przyjeżdża, zupełnie obcych, takich zwykłych jak ja... i  tak, jak ja marzących o innym życiu... i jak wiele każdy z nich wnosi do tego mojego świata... czy to słowem, czy czynem... pomaga, zostawia jakiś ślad. A ja daję im nadzieję... że wszystko może się udać!
Pozdrawiam Was wszystkich i zapraszam na następne gorące lato!

I tak oto nastała jesień. Piękna, ciepła, pełna snujących się nitek babiego lata.
A ja najpierw... padłam... potem się pochorowałam... i  w końcu zwolniłam. I jak KOT zaczęłam wygrzewać się w słońcu.
I teraz nie robię prawie nic... oprócz tego, że zbieram i suszę zioła, zbieram grzyby, robię przetwory.
W tym roku po raz pierwszy byłam na grzybach, choć las mam na wyciągnięcie ręki, ale zawsze mówiłam, że nie mam czasu...


 

 
 

Dziś zrywałam owoce czarnego bzu, którego tak pełno u mnie za płotem, a potem siedziałam w słońcu, w słomkowym kapeluszu, zupełnie jak latem i obrywałam małe kulki dzikiego bzu, z których zrobiłam kilka słoiczków konfitur.
Moja spiżarnia pomału się zapełnia.

 


Jak ja marzyłam o tym całymi latami, zamknięta w klatce bloku, o swoich własnych przetworach! Pamiętam , jak kupowałam je na niemieckim targu, płacąc krocie za jeden malutki słoiczek domowych konfitur. A potem skladałam te słoiczki z namaszczeniem, owijając każdy w szeleszczący cieniutki papier do kartonów, wiedząc, że... to musi nastapić i że to tylko kwestia czasu!
 I gdy tu przyjechałam z tymi kartonami, na których pisało ''Uwaga szkło"... a było ich kilka, wszyscy dziwili się, myśląc, że to coś cennego, może stara porcelana... a to tylko słoiki, myśleli wtedy, że napewno zwariowałam!
I nikt nie wiedział, jak cenne one dla mnie były!

 


I w końcu... po "gorącym" lecie... postanowiłam zwolnić. Mieć czas, którego, nawet tutaj zawsze mi brakowało. Muszę sobie  przecież przypomnieć, że właśnie po to tutaj jestem... po to zamieszkałam w tej starej chacie pod lasem....i po to zmieniłam swoje życie... aby zwolnić.

I zwolniłam na... tydzień cały... bo teraz znów zaczęły się prace przy budowie oczyszczalni. Z tym, że to już i na szczęście,  nie ja robię, tylko fachowiec.

 

 


 Tak więc żegnaj moja kochana "sławojko"... teraz nareszcie bedę miała "luksusy" i będę mogła normalnie, jak wszyscy cywilizowani ludzie żyć, korzystając z ŁAZIENKI!
Tak, tak...czas w końcu porzucić to życie Robinsona Cruzoe i pójść z postępem, tak orzekła rodzina , a ja już nawet nie śmiałam się sprzeciwiać.
Ło,Matko... i jak ja to wytrzymam, tyle luksusu naraz?!





 Ale  potem... gdy już wszystko się pokończy, te wszystkie prace, których szczerze mam dosyć... będę znów tak jak kot... mogła wygrzewać się leniwie w słońcu, jeśli jeszcze dopisze... mrużąc oczy w zdziwieniu nad światem... albo będę ze spokojem przyglądać się... jak pszczoła spija nektar z jeszcze wciąż tak pięknie kwitnących kwiatów dalii... albo podziwiać cieniutkie, pajęcze nitki, srebrzące się wciąż na kwiatach i liściach... albo będę patrzeć na baraszkujące w słońcu psy i utrwalać to wszystko w obiektywie...  myśląc... jak ulotne są te chwile i jak przecież ważne! 






... i oczywiście będę pisać bloga i ... czytywać systematycznie inne blogi... i tak łatwo na wszystko znajdę czas!
Miłego wieczoru Kochani!