"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

05.05.2014

Innisfree...

I znów nadszedł maj. I znów przyroda szykuje nam kolejną oszałamiającą sesję z... drzewami... z łąkami... z kwiatami ... z motylami w roli  głównej.
Siedzę w moim letnim salonie pod Królową Czereśnią...  białe platki już opadły i odlecialy daleko niesione przez wiatr. Szkoda... chodż na krótko, bo oto zaczął się nowy spektakl, równie piękny, jak ten poprzedni... 

 

 

Właśnie zakwitły jabłonie!
Stareńkie... powykręcane... ale wciąż tak dzielnie walczące z upływającym czasem i...  wciąż pełne niezłomnej  woli przeżycia...  jeszcze tej jednej... tej kolejnej... tej może już ostatniej wiosny... jakby chciały zakrzyknąć całemu światu.. oto MY... zatrzymajcie się... popatrzcie na nas... świat jest taki piękny!






Jak ja je podziwiam za tę ich niezłomność!
Więc patrzę i napatrzeć się nie mogę.
Stoją...  tak piękne, jak Panny Młode szykujące się do ślubu!
 I czy tylko mi się wydaje, czy też tak jest naprawdę... że z roku na rok są coraz piękniejsze i bujniej obsypane kwieciem, choć tak wiekowe... czyżby dostawały drugie życie, drugą młodość... podobnie jak dom!?
A może odpłacają mi miłością... jak wszystko w tym siedlisku... dopiero teraz, po latach!?


 

 


 










Łąka w moim ogrodzie złoci się mleczami... żółte motyle i roje bzykowatych istot uwijają się wśród nich, sącząc słodki nektar. Widziałam piękne, zapierające dech w piersiach pola rzepaku, ale gdy w nie weszłam... nie było w nich ani jednej pszczoły, ani jednego motyla! Giną, niestety, biedactwa!
Więc i dlatego między innymi, nie wykaszam trawnika, jedynie dróżki, przez co mają u mnie dostatek wszystkiego i tym samym prawdziwy raj... a ja ucztę dla zmysłów...




 

Teraz codziennie rano biegnę po rosie do ogrodu, ciesząc się, że... pietruszka właśnie wzeszła, a fasolka znów urosła o kolejne dwa centymetry, a porzeczki... jakże dobrze się przyjęły!




 Kiedyś... w moim poprzednim życiu, pochłonięta byłam tak... ważnymi sprawami... i tyle ich było, tych wszelakich spraw...  nie cierpiących zwłoki, które teraz wydają mi się tak błahe i nieistotne, a ja wciąż gdzieś biegłam, wciąż coś załatwiałam, wciąż kupowałam... i wciąż czegoś mi brakowało!


 

Podobno co siedem lat zmienia się upodobanie człowieka. To prawda, moje zmieniło się diametralnie. Teraz najbardziej obchodzi mnie to... czy marchewka już wzeszła i...  czy seler przez noc nie zmarzł... i czy Róża wróci z lasu na obiad i... czy deszcz spadnie tej nocy?
Jakże przyziemne stało się to moje życie... a ja stałam się taką zwykłą, wiejską kobietą...


 

Jakże schłopiałam, myślę patrząc na swoje ręce... ale to dziwne... jakoś dobrze mi z tym...
I tylko gdy jadę do K. i idę do urzędu na przykład... chowam te swoje ręce za siebie... niekiedy patrząc jak zahipnotyzowana na olśniewająco piękne dłonie, ozdobione mieniącymi się jak tęcza tipsami, i na twarz z  doskonałym makijażem pani w okienku... wtedy jąkam się tak jakoś... zapominając po co właściwie przyszłam, a gdy ona rzuca mi zza rzęs zniecierpliwione, niechętne spojrzenie... oddycham z ulgą, myśląc, jak dobrze, że omijają mnie podobne tortury...

 

I że robię teraz tylko to, co chcę. O, tak zmieniłam się!
I jak dobrze jest... się zmienić i stać się kimś innym... a życie staje się wtedy bogatsze o nasze nowe wcielenia?!
A w końcu...wa mogę nawet mieć te swoje brudne i połamane paznokcie, ale za to jaka uczta czeka mnie wkrótce... własne smakowite pomidorki... słodka marchewka... i cała reszta smakołyków... i  wtedy myślę z wyższością o olśniewającej okienkowej pani!

I nawet mój posiłek stał się taki jakiś... zwykły... ot, tak jak dziś...
szczawiowa ze świeżego szczawiu... z dodatkiem garści pokrzyw...zerwanych w słońcu... cóż to za jedzenie... takie zwyczajne?!
Ot, takie właśnie życie teraz mam... proste jak ta ziemia...




Złotawa  ropuszka przysiada na kamieniu... zastyga w bezruchu, patrząc na mnie swoimi wyłupiastymi oczyma... a ja szybko wypowiadam życzenie... Z domu dochodzi zapach świeżo upieczonego chleba... Z lasu śpiew ptaków...Słońce przesuwa się nad ścianę lasu...


 




To są właśnie te chwile, gdy popadam w błogostan...
I myślę o... słowach, które napisała mi Majulika /kuferek Majuliki/... o Innisfree... o wyspie na jeziorze.
Wyspie szczęśliwej?


 

Wstanę i pójdę, pójdę
gdzie wyspa Innisfree
i będzie tam lepianka z gliny
i z witek wierzb
fasoli dziesięć rzędów, i ul,
i każdy z dni
brzeczenie pszczół wypełni aż po zmierzch.

I bedę sam, i będzie spokój,
bo on jak miód
sączy się z chmur o poranku na łąki,
gdzie dzwoni świerszcz,
A noc to migot gwiazd,
a dzień
to biały żar wód
A zmierzch-jaskółczy puch, królicza sierść.

Wstanę i pójdę, pójdę
bo słyszę dzień i noc
plusk fal o brzeg jeziora,
puls mojej własnej krwi
i nad szarością ulic wciąż
woła mnie ten głos
I chce, bym szedł, bym szedł
do Innisfree.

/Wiliam Butler Yeats/