"Podróż na tysiąc mil rozpoczyna się od pierwszego kroku"

28.11.2012

Droga...


 Nic tak bardzo nie sprzyja zadumie, jak długie jesienne wieczory.
Gdy zimno i mglisto wokół, miło jest usiąść przy ogniu... zapatrzeć się w jego płomienie... i pozwolić myślom poszybować...
W jeden z takich  wieczorów...  poszybowałam daleko.
Aż do początku mojej drogi.
Do dnia... w którym wszystko się zaczęło.





A zaczęło się od marzeń.
Marzeń o domu. O własnym skrawku nieba. Ja, emigrantka... tymczasowa, zapragnęłam... powrotu do domu.
Z tym, że ten dom musiałam najpierw znależć.







Dom miał być na wsi, takiej niedużej, na kilka domostw. Takiej, do której prowadziłaby droga szutrowa. A zapach obornika mieszał by się z zapachem lasu. Miało pachnieć wsią. Taką prawdziwą, gdzie kury wychodzą na drogę i psy szczekają, witając radośnie przybyłych.
I las mial być blisko. Tak na wyciagnięcie ręki. A wokół pola i kwitnące łąki. Taki obraz wsi nosiłam w sobie od dzieciństwa.
I dla tego marzenia gotowa byłam porzucić wszystko i zaczynać od nowa.




I zaczęły się poszukiwania.

Długie, kilkuletnie. Szmat drogi zeszłam. Z poludnia wywędrowywałam coraz dalej na północ. Ku morzu, tam mnie ciągneło. Najpierw były to piesze wędrówki z plecakiem i mapą w ręku. I te wspominam najmilej. Póżniej stałam się zmotoryzowana, bo tak było łatwiej się przemieszczać. Do różnych wiosek i do różnych domów trafiałam. Wszystkie je pamiętam mniej lub bardziej, zależnie od tego jak głęboko zapadły mi w serce.
 Lecz wszystko wydawało mi się nie takie. Albo za małe... albo za duże... albo za blisko sąsiadów... albo za daleko... albo za bardzo ucywilizowane. A ja szukałam przestrzeni i ciszy.Chciałam stworzyć miejsce do życia i do pracy. Może jakieś nieduże agro-... domy gliniane... warsztaty. Miałam plany. Dlatego miejsce musiało mieć potencjał.
I któregoś dnia, gdy byłam już na północy, trafiłam do niewielkiej wioski... takiej na kilka domów, do której wiodła... szutrowa droga, a na jej końcu był już tylko las i... stary opuszczony dom. A wokół pusta przestrzeń i cisza. I wtedy poczułam jakiś dziwny ucisk w sercu... tak bardzo znajomy... zwiastujący tę niczym nie zmąconą pewność... że to właśnie To!!!







 I jak dziś pamiętam ten moment, gdy rzuciłam się do wielkiej czereśni przy domu, obsypanej owocami, które rwałam pełnymi garściami. Nie mając dosyć! Czując się tak... jakbym nagle i niespodziewanie trafiła do żródła!


 


I właściwie, gdyby tak się dłużej zastanowić... to do dziś nie wiem, co tak bardzo mnie wtedy urzekło. Czy ten stary, o prostej bryle dom... a raczej jego wspomnienie.
Czy ogromne czereśnie przy domu. Czy może chyląca się nieubłaganie ku upadkowi obora, wciąż tak niezwykle piękna. Czy może ta... cisza i ten  las obok!
A może wszystko razem... stanowiło niepowtarzalny urok, niezwykle piękny obraz starego, noszącego ślady dawnej świetności siedliska, który tak mnie zachwycił!
 I dobrze pamiętam tą chwilę, gdy bez tchu niemalże przebiegałam pokój po pokoju, oniemiała w zachwycie, rozdeptując po drodze sterty śmieci i gruzu walającego się wokół, a z każdym krokiem moja fascynacja rosła! Nie miałam wątpliwości, dom był zrujnowany, ale nie zatracił nic ze swojej szlachetności!

Stał jak... zaklęty w zarośniętym... zdziczałym ogrodzie... jak w jakiejś bajce... wstrzymując oddech w oczekiwaniu na moje... TAAAK!!! 


 
 


 I nic, absolutnie nic... nie było w stanie mnie zniechęcić!!!  
Ani zatęchłe ściany... ani rozpadające się mury... ani sypiący się dach... ani odpadający płatami szaro bury tynk... Nic!!!  I co dziwne, że nawet żadne gorączkowe rozważania nie miały miejsca ... i nawet głos rozsądku nie miał do mnie dostępu! Byłam pewna, jak niczego na świecie, że chcę go mieć!
I tylko rodzina pukała się w głowę, myśląc że oszalałam może... i starając się zaapelować do mojego zdrowego  rozsądku.
Wszystko na nic! Byłam w euforii. A wszystko wydawało mi sie takie... jasne i proste, jak nigdy dotąd! 
I stało się.



 


Dla tego zrujnowanego siedliska porzuciłam wszystko. Wielką, błyszczącą milionem świateł zagraniczną metropolię i zamieszkałam w domu pod lasem.

I tak zaczęła się moja przygoda z domem.

 A potem przyszły dni rozterki. Burzyć czy remontować. Dom był totalną ruiną.
A ja tygodniami biłam się z myślami, co robić.

I gdy już zaczęto zdejmować dach i za chwilę miał wjechać buldożer i zrównać wszystko z ziemią, zaiskrzyła szalona myśl, że w żadnym wypadku nie mogę na to pozwolić! I że muszę ratować ten dom!!
I w ostatniej chwili powiedziałam stop!


 


I tak zaczął się remont.
To była jedna wielka niewiadoma. Ponieważ ja, na niczym, absolutnie na niczym się nie znałam!!!  I błądziłam jak dziecko w ciemności.  Popełniając błąd za błędem. Był lęk, czy podołam. Bo ogrom pracy, który wzięłam na siebie był przerażający. Wszyscy odradzali, że sama nie dam rady i że to wszystko z pewnością doprowadzi mnie do niechybnego upadku. Nie miałam ani jednej przychylnej duszy. To wtedy powstała myśl, aby założyć blog, dziennik budowy i dzielić swoje rozterki z ludżmi, którzy podobnie myślą i czują. I gdy znalazłam takich, wiedziałam już, że nie jestem sama. I to było bardzo wspierajace, a komentarze dodawały niezwykłej siły.
I faktycznie, gdy teraz o tym myślę, to było... jak porwanie się z motyką na słońce. Ale wtedy tego nie widziałam. Byłam przecież pełna euforii  a wszystko widziałam w różowych kolorach.!
 A poza tym... uparłam się na ten dom!







 I tak przez dom zaczęły przewijać się tabuny fachowców i specjalistów róznej maści, którzy to najczęściej swoimi poczynaniami okaleczali jedynie szlachetne mury, dziwiąc się niezmiernie, iz  moim największym pragnieniem jest zachować dawne, stare techniki remontowe i że dom ma wyglądać właśnie jak... stary, bo to jego największy urok. A jego piękna dusza nie może stracić nic na uszczerbku.
Ale owi panowie nie mieli zrozumienia ani dla mnie, ani dla domu, a jego dusza była im całkowicie obojętna. Więc, wykorzystując skutecznie moją niewiedzę, odstawiali niezłą fuszerkę, którą ja potem musiałam naprawiać.
I tak wszystko lub prawie wszystko robione było dwukrotnie.

I  w takich chwilach już nic nie wydawało się jasne i proste. A stawało się zawiłe i trudne, a niekiedy obrzydliwe i nie do zniesienia.





Ach... gdy to wszystko sobie przypomnę, co owi specjaliści nawyczyniali, dzisiaj mogę już o tym spokojnie mysleć, ale wtedy, bliska byłam szaleństwa!

Najlepsze było chyba to...  z drzwiami wejściowymi, które tak zostały wstawione, że ani ich zamknąć, ani otworzyć się nie dało, bo przy kolejnej próbie otwarcia drzwi... została mi w ręku część klamki. Więc wielkim kluczem od roweru otwierałam owe drzwi, łapiąc za kawałek pozostałej klamki. Aż do chwili, gdy i ta reszta się wyrwała... wtedy byłam zmuszona do wchodzenia i wychodzenia przez... okno! I to całymi tygodniami.
Wiem, że teraz brzmi to być może zabawnie, ale wtedy, wierzcie mi, było mi daleko do śmiechu!
To tylko jeden z drobnych przykładów fuszerki, a było ich  tak wiele!

Najgorsze wspomnienia to...  gnijące tynki, na których powyrastały zielone roślinki i czarne plamki pleśni, to przyprawiło mnie o czarną rozpacz, bo nie było wiadomo... co dalej z tym zrobić!!!
Aż w końcu nie było już wyjścia i trzeba było tynki zrywać... a potem  kłaść nowe. Wtedy opuszczały mnie wszelkie  uczucia dla domu. A jego mury stawały się moją ścianą płaczu!

 I to były chwile, gdy nic, absolutnie nic się nie układało, a ja pomału zaczynałam wierzyć, że przepowiednia rodziny zaczyna działać i że chwila mojego upadku zbliża się w zastraszającym tempie!





I wtedy pomogła determinacja!

Wiedziałam, że nie mam wyjścia, nie mając dokąd wracać. Całe moje poprzednie życie już przecież nie istniało!
 Musiałam więc dać radę. Tylko jak! I zaciskałam wtedy pięści do bólu i waliłam głową w mur.!
Ale zawziełam się! I tynkowałam, a potem zrywałam wszystko...i  kładłam nowe, malowałam... i robiłam to  wszystko, co tylko byłam w stanie sama zrobić, aby ten dom przystosować chociażby... jako tako do zamieszkania. Ufff... jak cieżko było!






I były też niezwykłe chwile.
To głównie te, gdy szanowni panowie... specjaliści, o czym nie omieszkam wspomnieć... opuszczali mój dom!!!  I pomimo, że zostawałam sama z fuszerkami i ze wszystkim... oddychałam z prawdziwą ulgą!!!

To też te chwile, gdy z moim dzielnym wolontariuszem K. i naszym... upośledzonym!!!  pomocnikiem, który był dla mnie najnormalniejszym ze wszystkich ludzi, mieszaliśmy gliniane zaprawy i farby, a potem rzucaliśmy je na ściany... ciesząc się jak dzieci, że nam wychodzi!!!
Lub te, gdy, zdesperowani... po kolejnej porażce... malowaliśmy wielkie słońce na glinianej... gnijącej ścianie!

I też te tragiczne.
Gdy K. zabrała policja... a ja nie wiedziałam już zupełnie... jak mam dalej temu wszystkiemu podołać!!! 

A dom nie odpuszczał. Wymagał. Jak stara kapryśna Dama, która dobrze wie, czego chce!
Tylko, że ja nie miałam pojęcia, jak tego wszystkiego mam dokonać!!!





I w końcu, jakimś...  cudem dałam radę. I wszystko jakoś się poukładało.
A ja zamieszkałam w domu pod lasem. W pierwszym roku, żyłam w iście spartańskich warunkach. Bez łazienki, bez podłóg, bez wody, którą  nosiłam ze żródła. A gdy i ono zamarzło, topiłam lód na kuchni tak lichej, że woda ledwo się  na niej ugrzać mogła. A i w domu temperatura była ledwie dodatnia, o cieple można było jedynie pomarzyć.
Wytrwałam.

Teraz jest już lepiej . W tym roku mam wodę i łazienkę. Choć cieplej dużo nie jest i palce nadal marzną, gdy dłużej siedzę przy klawiaturze. Myślę, że winą są nieocieplone ściany. Jak dotąd bowiem skutecznie broniłam się przed obłożeniem ich styropianem. Nie cierpię tego czegoś i chcę, aby ściany oddychały. Ale nie wiem, jak długo zdołam się jeszcze przed tym wybronić, chyba że znajdę jakąś inną alternatywę! 


Myślę o drodze, którą przeszłam. Jaka była.... Trudna... na pewno. Kręta. Wyboista.
Tyle się na niej wydarzyło!
 Był śmiech i łzy! I chwile euforii i przerażenie! Determinacja i rozpacz!
Tyle emocji! Jak w operze!
I jak w życiu!



 


A jednak o żadne z nich nie chciałabym być uboższa!





To podobno droga i to co się na niej wydarza, ważniejsza jest od celu.

 


  

01.11.2012

Na finiszu...


Przecieram umyte juz okna octem, patrząc poprzez lśniącą szybę na zieleń ogrodu.
Jestem na finiszu. Finiszu remontowego lata. O całkowitym finiszu mówić jeszcze nie pora. A zresztą, kiedyż on nastapi?
Jeszcze pewnie ze setkę lat potrzeba będzie, aby ten dom i tą ziemię doprowadzić do jako takiego porządku.
Ale póki co, kolejny finisz zaliczony.
Było to jak zwykle, kolejne pracowite lato, już trzecie z rzędu, w pocie czoła, z łopatą i z taczką.
Wkrótce w tym domu każdą jego cegłę, każdą nierówność w murze, każdą belkę... będę niemalże znać na pamięć, robiąc wszystko dwukrotnie i własnoręcznie.
A dom i tak zdaje się nie zauważać tego wszystkiego...  zdartych rąk, licznych pęcherzy i połamanych paznokci, stawiajac jedynie coraz to wyższe wymagania.
Wszystko to trwało, aż do  teraz właściwie, pochłaniając cały nasz czas, energię i siły, tak więc i  na relacje z tego wszystkiego nie było już ani czasu, ani nawet siły. Nasz dzień zaczynaliśmy zwykle wcześniej rano i schodziliśmy z placu boju już prawie o zmierzchu, by potem jak kłody móc rzucić się jedynie na łóżko i spać snem kamiennym, zbierając siły na dzień kolejny.  I tak przez bite cztery miesiące. Praca, praca, praca...bez końca, jak nam się wydawało.

 Ale było to też piękne lato. I to nie tylko ze wzgledu na pogodę, która dopisała, ale też i dlatego, że po raz pierwszy w remontowych zmaganiach nie byłam sama, towarzyszyły mi dzieci, które zjechały ze świata, aby pomagać!. Jak dotąd bowiem, przez te wszystkie lata za jedynych towarzyszy miałam jedynie rzeszę... Specjalistów... co do których, miałam tylko jedno nieodparte życzenie... aby w końcu opuścili mój dom! Wtedy dopiero oddychałam z ulgą.

Ale tego lata było inaczej. Działaliśmy wspólnie. I to było piękne! Choć, jak zwykle towarzyszyła nam cała gama uczuć... od euforystycznej radości... poprzez totalne zniechęcenie... aż do całkowitego obrzydzenia...
Ale, cóż... takie sąwidać uroki tego wszystkiego! Tak pewnie musi być. Żeby potem było co wspominać!

 Tak więc tego lata było znów... glinowo. Choć nie z takim rozmachem jak w roku ubiegłym, gdyż gliniane tynki kładliśmy jedynie w dwóch pokojach. Tych felernych.
Tym razem obyło się na szczęście, bez żadnych przykrych niespodzianek. Nic nie kwitło i nic nie rosło. A ściany całkiem przyzwoicie powysychały.





Podczas, gdy my walczyliśmy z tynkami nasz... ,,maestro,, jak go zwaliśmy... specjalista od piecy wszelkiego rodzaju walczył ze swoją kuchnią kaflową.
Taką, o jakiej zawsze marzyłam... wielką... piękną... z ogniem, z miłym ciepełkiem rozchodzącym się po domu i z zapachem chleba.
Kuchnia więc jest. Wielka, piękna... tylko... że bez... ognia.
,,Maestro,, ...gdy się okazało, że kuchnia nie działa... ulotnił się jak kamfora, zostawiając mnie z nie działającym piecem. Ot, kolejny Specjalista!





... póki co, mam.... obiekt muzealny, na którym lubią siadywać koty... a ja mogę sobie w wolnych chwilach popatrzeć i o ogniu jedynie pomarzyć. 
 

Potem przyszła kolej na ściany. Malowałam je prawie sama, po tym jak dzieci powyjeżdżały i zdażyły tylko z sufitami.Więc cóż było robić, całą resztę musiałam oblecieć sama. A, że już zaprawiona we wszystkim jestem, to obleciałam! A ta reszta to, bagatela...  ponad sto metrów ścian, wszystko dwu lub nawet trzykrotnie malowane. Jako, że farby kredowe, więc nie zawsze równo i dobrze pokrywające.
Najgorsze było chyba ich wymieszanie. Pięćdziesiąt kilo proszku musiałam wymieszać w wodzie, a potem to wszystko przelać przez sito.  Ufff... Mieszałam czym się dało, nawet tłuczkiem do kartofli i...  klęłam na czym świat stoi...


 



Obliczyłam, że kazdy pokój zajął mi średnio ok. 40 godzin... od siódmej rano do siódmej wieczór z przerwami... przez siedem dni w tygodniu. Tyle godzin na drabinie i z pędzlem. Sama nie mogę w to uwierzyć, że aż tyle.
I współczuję wszystkim malarzom!



 



 ... a było przecież strasznie... w całym domu totalna rozpierducha....wszystko popakowane i powynoszone...





 ... a my koczujący  całe lato w przyczepie...




 .... jeszcze z wodą ze strumyka...







... a i przed domem  jeden wielki śmietnik...




... a w tym wszystkim my... trzy dorosłe osobniki... coraz bardziej zdesperowane... dziesięć kotów różnej maści i wieku  i dwa psy... Podczas, gdy  to wszystko wydawało się BYĆ  nie do OGARNIĘCIA!!!

... i tylko te ostatnie zdawały sie nie zauważać niczego... 



... spędzając czas jak zwykle na...  niczym...





... i  ignorując zupełnie powagę sytuacji...








... bądż też, ze stoickim spokojem spoglądając na nasze dość dziwne i wyjątkowo niezrozumiałe poczynania...






...  i gdy  mieliśmy już naprawdę dosyć... a było takich chwil... oj, było niemało... rzucaliśmy wszystko jak na komendę i...  uciekaliśmy z miejsca wypadków... ruszając przed siebie... prosto, drogą prowadzącą wprost nad morze...  a morze i plaża były ukojeniem dla naszych znękanych dusz i ciał...


.... aż w końcu...  w jakiś przedziwny i jeszcze nie do końca wyjaśniony sposób... wszystko zaczęło pomału przybierać kształt i formę....

... i kuchnia stała się kuchnią... z niebieską terakotą... w miejsce zimnego betonu...





.... i ściany zostały pobielone...






A dom... jakby przestał w końcu ignorować nasze połamane  paznokcie... liczne pęcherze i blizny na dłoniach... stając się nam nagle przychylnym!





... i pojaśniał... i odżył jakby...





 ... i Błękitny wrócił na swoje miejsce...





... i Woda i Łazienka pojawiły się również...






... łazienka skromna... jedynie pomalowana wodoodporną farbą... a jedyny jej luksus to ... WODA...

... i  teraz... gdy, mam już te dobrodziejstwa na wyciągnięcie ręki... wciąż łapię się na tym, że chadzam do niej... aby choć kurek kranu odkręcić i ... popatrzeć na wodę... Śmieszne, prawda?  Nigdy, nie myślałam, że tak właśnie będę mieć...!

I aż do tej niemalże chwili, remontowe lato u mnie jeszcze trwa.
Przerwał je niespodziewany atak zimy, zmuszając mnie do opuszczenia mojego letniego azylu i przeniesienia sie z moją kocio-psią rodziną do domu....


 


... i jeszcze ostatnie zdjęcia letniej i ciepłej jesieni...





 


  ... gdy zbierałam ostatnie jabłka i suszyłam ostatnie zioła...





...i  żegnałam ostatnie  klucze żurawi...


   
 
... i ostatnie letnie kwiaty



 



... aby  po remontowych zmaganiach... nawet bez chwili oddechu... wpaść prawie natychmiast w wir palenia!

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę miłego wieczoru.